Nie przyszło mu jednak do głowy, że to przeklęte zamczysko miało wobec nich zupełnie inne plany. Schody nie zamierzały posłać ich na dół. One zamierzył ich po prostu połknąć. Ostatnim co usłyszał Longbottom, gdy pochłonęła go ciemność były okrzyki Menodory, które jednak ucichły równie szybko jak się pojawiły, ustępując miejsca powietrzu świszczącemu w uszach Erika, gdy ten opadał coraz niżej. Niżej. I niżej. I niżej...
Pierwsze uczucie paniki wywołane wpadnięciem w pułapkę zdawało się powoli słabnąć. Gdyby nie cała otoczka wokół tego miejsca, to może nawet zdołałby się zrelaksować w tych warunkach. Przypominało mu to poniekąd tunele powietrzne, jakie można było stworzyć przez umiejętne wykorzystanie czarów na lewitację. Przynajmniej dalej mam różdżkę, pomyślał Erik, dopiero po chwili orientując się, że ściskał ją z całych sił. Studnia powietrzna zdawała się nie mieć końca, chociaż pęd z jakim się poruszał zdawał się stopniowo zmniejszać. Pytanie tylko, co czekało go na dole?
Rząd ostrych kolców na które miał się nadziać jako intruz? A może to wszystko była iluzja, która miała jedynie spowolnić potencjalnych poszukiwaczy przygód? Nie miał zbyt dużego wiedział, a nie był w stanie wydedukować, czy Jonathan i Dora dalej znajdują się w pobliżu. Postanowił więc zaryzykować i pomimo znaczących utrudnień wywołanych lotem, poruszył różdżką, próbując sięgnąć po magię z dziedziny rozproszenia z nadzieją na rozsupłanie węzłów, które obecnie utrzymywały go w powietrzu. Bo w końcu... Co takiego złego mogło się stać? Czy mogło być jeszcze gorzej?
Slaby sukces...
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞