• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[17.09.1972] You are the love I prayed for - Baldwin & Scarlett

[17.09.1972] You are the love I prayed for - Baldwin & Scarlett
The Nocturn's Delight
When I grow up,
I wanna be a heretic.
wiek
20
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
malarz i aktor
Normalnie skóra zdjęta z ojca! 177 cm wzrostu, waży koło 70 kg. Szczupły młodzieniec, chodzi wyprostowany emanując pewnością siebie. Ma wyjątkowo jasne włosy, które od razu zdradzają jego pochodzenie od Malfoyów. Oczy jasne w szarym odcieniu. Można odnieść wrażenie, że jest wiecznie z czegoś niezadowolony, ale wrażenie to umyka, gdy otwiera usta - charyzmatyczny chłopiec z łagodnym, może nieco chrapliwym głosem.

Baldwin Malfoy
#1
14.02.2026, 19:02  ✶  
Ostatnimi czasy Baldwin Malfoy łapał się na rzeczy przedziwnej. Nieważne, w którym momencie dnia - czy o poranku, w południe, gdy siedział na próbach do nowego spektaklu czy wieczorami, gdy wreszcie znajdował sekundę oddechu i siadał do najnowszego obrazu - Scarlett Mulciber krążyła po jego myślach. Czasem bardziej, czasem odrobinę mniej, ale wciąż gdzieś w nich była. Wodziła na pokuszenie niczym Esmeralda, z tej zajebiście topornej i grubej książki pożal się boże francuskiego pisarzyny. Hugo? Nawet nazwisko miał debilne. Laska była cyganką i chyba ją chcieli powiesić za czary (co pewnie znaczyło, że ta mugolka potrafiła czytać i rozwiązać zajebiście trudne równanie jakim było 2+2x2), ale pojawił się jakiś typ z garbem i tego nie zrobili? A może zrobili? Cholera ich wie, przeczytał parę stron, kiedy ta książka mu spadła na łeb z półki, na którą próbował sięgnąć.
Na szczęście Scarlett mugolską cyganką nie było, co jednak wcale nie przeszkadzało jej rozwiązywać zapewne skomplikowanych działań matematycznych, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, co by wolał cygana nad piękną czystokrwistą pannę. Ta tfu.
Był wieczór, kiedy wreszcie przekroczył próg Necronomiconu. Ze względów bezpieczeństwa Scarlett musiała się tu wprost teleportować z Pokątnej, póki nie znała lepiej Nokturnu. A raczej - póki Nokturn nie znał lepiej jej.

Wrócił do domu.
Dziwna to była myśl, że teraz jego dom zamykał się w czterech ścianach zakładu pogrzebowego i ramionach Mulciberówny. I może ostatnimi czasy ciężej im było znaleźć nockę dla siebie, bo pewna ghoulka uznała, że spanie w swoim łóżku jest passe i w ogóle kto to wymyślił, żeby dorośli sami spali z dala od dzieci, ale kiedy tak leżał leniwie przesuwając dłonią po blond włosach śpiącej Scarlett, z wtuloną w siebie Fridą, która udawała że śpi… życie nie wydawało się być znów takie tragiczne. A może były to po prostu pijackie myśli, bo im bardziej Baldwin uświadamiał sobie, że mógłby się zestarzeć w tym cholernym zakładzie z nią przy boku, a ręce drżały mu nad kolejnym portretem Calanthe gotowe do zdrady wobec umiłowanej bliźniaczki. Poprawiał włosy, które nieświadomie malował w złym, nie, nie złym, po prostu… innym odcieniu, poprawiał rysy, które ze szkicu na szkic traciły siostrzane rysy na rzecz tych mulciberowych. Kolor oczu. Ich kształt. Ostatnie płótno spalił na środku Eurydyki,gdy uświadomił sobie, że nie potrafi wykrzesać jednego wspomnienia z siostrą, które nie byłoby skażone jej obecnością. Patrzył jak płonie na kamiennej posadzce, ignorując marudzącą na dym Sabrinę i nielicznych gości, którzy najwyraźniej dostali PTSD po spalonej nocy i spieprzyli gdzie pieprz rośnie. I pozwolił zbliżyć się tylko Ojcu, by odpalił od ogniska papierosa. Sam zresztą go potem wypalił, bo Armand tylko uśmiechnął się kpiąco i gdzieś zniknął. Znał ten uśmiech. Pierdolony uśmiech Poety Podziemi.
Tamtej nocy nie wrócił do Necronomiconu, a kiedy pojawił się o świcie cuchnął wódką, fajami i tymi żałośnie słodkimi perfumami Sabriny, czując się równie żałośnie co momencie, w którym z niego wyszedł.

Dzisiaj jednak nie zboczył po drodze na Podziemne Ścieżki. Nie wstąpił nawet do żadnego baru po drodze z teatru. Swoją świeżo zapuszczoną brodę miał wciąż jeszcze ujebaną farbą przez co mniej niż król gór wyglądał na mugolskiego świętego mikołaja. Ale to tam nieważne.
Natychmiast po przekroczeniu progu zakładu jego wzrok spoczął na Fridzie, która siedziała w korytarzyku na przytarganym z pokoju kocyku z jej ulubionym misiem Puchatkiem i najwyraźniej… urządzała piknik z zawieszoną na ścianie Visenyą, która z jakiegoś powodu nie uciekła poza ramy. Co prawda matka nieszczególnie wydawała się zachwycona zabawą, ale uparcie siedziała w swoim fotelu co jakiś czas unosząc i opuszczając filiżankę, z którą ją namalował. Cóż… może pasowało jej po prostu doborowe towarzystwo, bo w pikniku uczestniczyła również Maria Antonina, głowa Marii Antoniny i pluszowy smok Sir Billiam Humphfrey Izydor IV.
Baldwin przeszedł obok, nie spoglądając nawet na Visenyę, która prychnęła na stan w jakim się znajdował.
- Bawisz się grzecznie z babcią?- Zapytał Fridę, która pokiwała głową unosząc filiżankę z wyimaginowaną herbatą. Nie zerwała się na widok Malfoy’a, więc uznał, że jest jej tu dobrze i ją po prostu zostawił. Zignorował kolejne głośne prychnięcie. Nie odważyła się na komentarz. I dobrze.

Myślami znów wrócił do Scarlett, gdy kierował się po schodach do ich pokoju. Nie był może za duży, zdecydowanie mniejszy niż mieszkanie na Horyzontalnej, ale… był chyba wystarczający. Nawet udało im się wepchnąć tam biurko, co by mogła studiować prawo czarodziejów i robić te wszystkie szalone zadania od swojej prababki. Byłoby miło, gdyby wróciła już z kancelarii. Mogliby gdzieś wyskoczyć.
- Yo Scarlettka, jesteś?- Wepchnął głowę przez uchylone drzwi, rozglądając się uważnie po pokoju.


!BINGO A1
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
14.02.2026, 19:02  ✶  
Walentynkowe Bingo
adres pola: A1
wariant: 1
typ: zdarzenie

Chociaż nad Anglią zawisły ostatnio ciemne chmury, nie udało się zgasić w ludziach dobra i nadziei. Na stadionie Quidditcha nieopodal Londynu zorganizowano charytatywny mecz. Znalazło się na nim kilku zawodowych graczy, jak i lokalnych celebrytów. Udało ci się otrzymać na niego dwa bilety. Zabierzesz na niego swoją drugą połówkę? A jeśli tak – jak dużo galeonów wrzucicie do skarbonki?
Ancymon
"Niewierny jest ten, kto żegna się, gdy droga ciemnieje"
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Nie jest ani wysoka, ani niska, mierzy dokładnie 168 cm. Włosy w kolorze jasnego blondu, ślepia kocie w odcieniu lodowego błękitu. Oczy duże, nosek mały i nieco zadarty, pełne usta na których często widnieje zaczepny bądź pogardliwy uśmiech. Pachnie słodko, lecz nie mdło, mieszanką wanilii, porzeczki i paczuli.

Scarlett Mulciber
#3
15.02.2026, 11:33  ✶  
Tamtej nocy... Oh, jak zarówno żywe i martwe były wspomnienia ubiegłej nocy. Nocy tak brutalnie różniącej się od wszystkich pozostałych do których Malfoy zdążył już przyzwyczaić Mulciberówne.
Tamtej nocy bowiem wyszły strzygi, wpełzając pod łóżko, kłapiąc szeptliwe groźby. Głuchym szeptem po pokoju przesuwały się mary, usadzając się na skraju łóżka i pewna była, że nie podeszły bliżej tylko dlatego, że tuż obok leżała Frida, która ostatnimi czasy upodobała sobie nocowanki w ich sypialni. I Scarlett unikała jej spojrzenia uparcie wiedząc, że te spojrzenie niemo zapyta o coś na co odpowiedzi nie znała.
Tamtej nocy opowiedziała jej kilka norweskich legend, bo te zmęczony umysł wciąż pamiętał.
Opowiadała jej o duchu Nokken, chociaż jej spojrzenie wbite było w zdeformowaną twarz nocnej Mary. 
Tamtej nocy nie spała, pozwalając aby przeszłość z głuchym trzaskiem wdarła się do jej głowy.
Tamtej nocy uświadomiła sobie jak bardzo uzależniła się od wszystkich pozostałych zmierzchów, gdy gładził jej włosy w ten charakterystyczny dla niej sposób, gdy słuchała stukotu jego serca i spokojnego oddechu.
I zgadywała, że nic się nie stało, że nie trzeba go szukać, wróci zalany jak zwykle tylko inaczej, bo później - bo wróci. Bo gdyby zaczęła go szukać... czy wyglądałaby żałośnie? I jak bardzo? Więc dlaczego tak bardzo chciała wiedząc to wszystko?
Tamtej nocy kilka razy schodziła do kuchni, niby to się napić - jak to próbowała przekonać samą siebie, a jednak nasłuchiwała jego kroków. Te jednak nie nadeszły.
Wrócił dopiero nad ranem, a Ona udawała, że śpi, dopóki jego oddech nie wyrównał się w ten charakterystyczny sposób.
Zalany w trupa, ale to nie to zatrzymało ją przed powitaniem -zatrzymał ją odór tanich perfum, jebał okropnie jakąś suką z rynsztoka. I bardzo udawała, że nie wie którą.
Szykując się do pracy zapędzała się w swoich sadystycznych fantazjach, nucąc pod nosem .
Spokojnie Scar.. i tak wisi nad tobą widmo zarzutów. Ona nie jest tego warta- szeptały uspokajająco jej własne myśli. 
Jesteś Mulciberówną. Przyszłaś na świat w rodzie kobiet silnych, trochę zgniłych i trochę zbyt martwych na wrażliwość. Zbyt dumnych na uczuciowe operetki rodem ze ckliwych, chociaż ciut kiczowatych, harlekinów jakie pożyczałaś ze zbioru Lorraine.
Siedząc przy biurku, przesuwając szminką w kolorze burgundowym po miękkich wargach, zerkała na śpiącego blondyna raz po raz.
Ile warte one wszystkie, gdy i tak wracał.
Powoli wstała, podchodząc do łóżka, przez moment wisząc nad nim niczym widmo, mara, która jeszcze przed momentem zasiadała tuż obok. Pochyliła się powoli, nieśpiesznie, biorąc jego lewą dłoń, gładząc opuszkiem palca kamienie bransoletki ofiarowanej niemal na początku ich drogi.
Tuż pod nią, przesunęła czerwoną nić, zdobioną w małe supełki, którą związała na jego nadgarstku. Powoli otworzyła jego dłoń, kreśląc na jej wewnętrznej części Eihwaz, rune jałowca, jedną z nielicznych które to nauczyła ją mentorka.
Z wolna nachyliła się nad nim
-Mnie, Baldwinie Malfoy, Bies nie zabierze, bo podszeptom ulec nie zamierzam. Ciebie... zabrać zaś nie dam. Ale ich... Niech je wszystkie matka miłosierna broni przed jego wzrokiem. - wyszeptała, po czym krwawe usta pozostawiły ślad na alabastrowej skórze jego policzka.

W pracy dzień minął jak zwykle nazbyt intensywnie, chociaż sama Mulciber zdawała się tego dnia zgorzknieć o kilka lat. Panoszyła się po kancelarii niczym po drugim domu, chociaż to nie było niczym nowym czy wyjątkowym - chociaż tego dnia wydawała się ciut bardziej intensywna w swoich zapędach.
Gdy jeden ze współpracowników podsunął jej bilety, mamrocząc coś o wdzięczności za pomoc przy ostatnich sprawach, Scarlett nie była do nich taka przekonana.
Gdy wróciła do domu, zbyt wcześnie w jej opinii, siedząc przy własnym biurku, spoglądając co jakiś czas na bilety spoczywające na drewnianym blacie tuż obok wciąż przekonana nie była.
Co prawda lubiła rywalizację, chociaż nie była nigdy wielką fanką Quidditcha, a jednak kiedy ostatnio wyszli gdzieś z Baldwinem?
Wbiła wzrok w sufit, miętoląc między palcami kartkę kodeksu karnego. Czy zbyt dużo pracowała? Wcześniej nie myślała nad tym zbytnio. A jednak czy wróci? I kiedy? Bo czy w ogóle to wiedziała, chociaż wcześniejsza pewność nieco wyblakła.
Skrzywiła się pod nosem, rzucając krytyczne spojrzenie biurku, jakoby te zawiniło wszystkiemu.
Wróciła do lektury, chociaż jej myśli raz w czas skręcały a to do Malfoya, a to do Alexa - bo ten w nowym świetle pojawił się w jej głowie, jako nowa myśl, a jednak równie potrzebna. Zamknęła książkę, odkładając ją na blacie. Wyciągnęła kartkę, pióro, zaczynając pisać i tym razem bynajmniej nie pisała o swych niepokojach, uznając je za zbyteczne i dziecinne. Z tego wszystkiego umknął jej dźwięk kroków na schodach, a skrzyp drzwi zignorowała, sądząc, że to Frida przyszła znudzona już dotychczasową zabawą, szukając atencji - było zbyt wcześnie aby usłyszeć głos Malfoya, toteż gdy ten dotarł do jej uszu, pierw drgnęła, następnie zastygła na dłuższą chwilę w bezruchu.
-Wróciłeś dziś wcześniej - wymruczała ów fakt, wracając do listu. Wisząc nad nim jeszcze dłuższą chwilę, a gdy skończyła, starannie złożyła papier, wsuwając go do koperty. Zerknęła na Malfoya
-A wiesz... dostałam dziś w pracy dwa bilety na mecz - opuszkami palców przesunęła dwa papierowe świstki w kierunku skraju biurka, jednocześnie drugą ręką robiąc woskowy stempelek - Pomyślałam, że dawno nigdzie nie wychodziliśmy... - westchnęła w końcu, odchyliła się na krześle, a jasne tęczówki z niemalże chłodną pretensją wyłapały jego wzrok - W dupie mam ten mecz, ale chce gdzieś z tobą wyjść. Pójdziemy? 
The Nocturn's Delight
When I grow up,
I wanna be a heretic.
wiek
20
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
malarz i aktor
Normalnie skóra zdjęta z ojca! 177 cm wzrostu, waży koło 70 kg. Szczupły młodzieniec, chodzi wyprostowany emanując pewnością siebie. Ma wyjątkowo jasne włosy, które od razu zdradzają jego pochodzenie od Malfoyów. Oczy jasne w szarym odcieniu. Można odnieść wrażenie, że jest wiecznie z czegoś niezadowolony, ale wrażenie to umyka, gdy otwiera usta - charyzmatyczny chłopiec z łagodnym, może nieco chrapliwym głosem.

Baldwin Malfoy
#4
27.02.2026, 10:15  ✶  
Prawdą było, że Baldwin Malfoy nie zastanawiał się nad cudzymi demonami. Z niczym więcej jak uprzejmą obojętnością spoglądał na ludzi rozszarpywanych przez ich wewnętrzne strzygi czy upiory; nad tymi, którzy nawet w nocy nie potrafili znaleźć ukojenia, a szary świt Nokturnu budził ich w pościelach zlanych potem po snach pełnych tormentów.
Ale prawdą też było, że gdy Scarlett układała wieczorem swoją głowę na jego piersi, nawet jeśli pakowała mu przy tym pachnące wanilią i gruszką kudły do nosa i buzi, to i dla niego poranki były prostsze. Nie potrafił tego przyznać. Nie chciał tego przyznać. Dlatego wracał. Chociaż czasami pojawiała się ta czy inna okazja, wracał do tego co mu stawało się coraz milszym.

Siedziała przy swoim biurku pracując.
Nie przeszkadzało mu, że pracowała. Jasne uważał, że wywoływanie duchów i egzorcyzmy były o wiele bardziej ciekawe, niż uczenie się na pamięć nudnych tekstów z nudnych kodeksów, ale… Scarlett sprawiało to radość. To było chyba ważniejsze od reszty, nie? Jakby na przykład jej sprawiało radość układanie wiązanek pogrzebowych albo gdyby odkryła w sobie pasję cukierniczą i wymyśliła sobie małą kawiarnię na Pokątnej - good for her! Pijałby wszystkie nieudane eksperymenty kawowe. Nie rozumiał jak pijani kumple zachwycali się wizją tego, że ich panny po ślubie zamkną się w domu, będą rodzić dzieci i nudzić się niemożebnie. Może to była kwestia tego, że Visenya dostała w prezencie ślubnym ten swój butik i miała gdzie się bawić małymi krawcowymi jak lalkami, co czyniło ją odrobinę mniej nieznośną? A może tego, że po Lorraine widział jak bardzo każdy moment przerwy od pracy jej nie służy? Po chuj ludziom żony jak planowali je zamykać w wielkich domostwach i prezentować jak ładne pieski na wybiegach podczas wszystkich bali i przyjęć? A potem i tak znajdowali sobie młodsze dziunie argumentując, że “nie są tak zdechłe i puste w środku” jak ich żony? No kurwa, raczej że nie były?
Rozwalało mu to trochę najebany mózg. Podobnie jak te całe płaczki, że jak to kobieta zarabia więcej? A potem patrzył na takiego jednego z drugim na pensji urzędniczej czy ich godnych pożałowania marżach z teatru i zastanawiał się skąd te chłopy chcą mieć hajs na piwko po pracy. Jemu by na przykład bardzo odpowiadało, gdyby np. wychodząc za Scarlett ta rżnęłaby ich system fiskalny na potęgę albo zdzierała grube galeony z żonatych nadzianych typów, którzy chuja w spodniach nie potrafili utrzymać. Przecież on i tak siedział w domu (gdy nie siedział w teatrze albo w knajpie) z Fridą. Jakby chciała mieć kolejne dziecko - mógłby siedzieć i z nim. Miał wprawę w malowaniu z berbeciem na kolanach i jakoś nigdy domalowująca palcami kwiatki Frida nie zburzyła jego wrażliwego, kruchego, męskiego ego.
Ale co ważniejsze…
Scarlett wreszcie znalazła swoje miejsce w Londynie. W dodatku to była dla niej tak dobra okazja na poznanie bliżej swojej rodziny, a jak się wkręci w ten świat na dobre - zawsze mógł ją spiknąć na pogawędkę z Elliottem. W końcu kuzyn był Kanclerzem Skarbu. Na pewno by go ciekawiło takie świeże podejście w prawie. Czy nawet ta jej babka… Desmond swojego czasu miał fioła na punkcie książek starej Mulciber. No i panna na prawie pewnie nie miałaby problemów zaimponować Marcusowi… Otrząsnął się z tej myśli. I tak wszystko sprowadzało się do tego, że Scarlett w tych swoich prawniczych garsoneczkach wyglądała jeszcze seksowniej niż codziennych czarnych fatałaszkach. Nie żeby jej w nich nie lubił, oczywiście, że wolał ją w ogóle bez żadnych ubrań, tak jak ją Bogini Matka stworzyła, ale no było coś w tych urzędniczych ciuszkach, ciasno spiętych włosach i pończochach... Fuck the law nabierało zupełnie innego znaczenia. I całkiem mu się to nowe znaczenie podobało.

W końcu podszedł bliżej, niewiele sobie robiąc z wyrzutu w jasnych oczach. Przecież wrócił! I to o sensownej porze.
Objął ją, przesuwając wpierw kciukami po jej smukłych ramionach; błądząc palcami po kościach obojczyka, łaskocząc bladą skórę Mulciberówny. Uwielbiał jej odcień. Upajał się jej zapachem. Odchylił lekko jej głowę, by móc ucałować ją w zagłębienie między ramieniem a szyją. Przesunął końcówką języka aż do płatka jej ucha, łaskocząc pewnie Scarlett swoją nie przystrzyżoną brodą. Jeszcze trochę i będzie mógł się jej pozbyć. Dziwnie było żyć z brodą - nawet jego ojciec zawsze golił policzki na gładko. Wrócił myślami do blondyneczki. Tak. Smakowała równie dobrze co pachniała.
- Mieliśmy krócej próby, bo ćwiczyli dzisiaj znowu do Ekstazy. A że mnie nie jara oglądanie po raz setny stękającego i samobiczującego się Selwyna, to wróciłem wcześniej. Nie cieszysz się?- Przytulił policzek do jej policzka, specjalnie ją łaskocząc.
Sięgnął leniwie po bilety pozostawione na blacie biurka. Spojrzał przelotnie na drużyny i miejsca. Dawno nigdzie nie wychodziliśmy… Nie mógł jej odmówić prawdy. Cały początek września upłynął na sprzątaniu, ratowaniu co się da z popiołów i przeprowadzce do Necronomiconu. Teraz kiedy tu osiadli… Czy zamieniał się w tych wszystkich chłopów, którzy wynudzali swoje dziewczyny.
Obrócił gwałtownie jej krzesło, tak by znalazła się przed nim, twarzą w twarz. Padł na jedno kolano, dociskając bilety do serca, a drugą dłoń wyciągając w jej stronę.
- Och mi’lady Scarlett Rebecco Mulciber, córo Rebecci Malfoy, czy uczynisz mnie najszczęśliwszym na ziemi i wybierzesz się ze mną na mecz Qudditcha, co byśmy mogli pokibicować jakimś latającym na miotłach no-name’om, a potem mogli świętować zwycięstwo innych no-name'ów całując się w stadionowym kiblu, póki nas ochrona nie wywali na zbyty pysk? - Zastanowił się przez chwilę, po czym zniżył głos do szeptu.- Kupię nam nawet popcorn.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Baldwin Malfoy (1640), Pan Losu (65), Scarlett Mulciber (866)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa