16.02.2026, 21:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.02.2026, 21:21 przez Aaron Andrew Moody.)
Mieszkanie Sonique Abbott
Trochę mu odbiło. Ale to akurat było normalne. Aurorom czasem odbijało. To było normalne. Wszyscy o tym wiedzieli. Wszyscy rozumieli. Nikt jednak nie mówił o tym głośno. Nigdy wprost. Ładne wynajdowali nawet na to nazwy. Dumne. "Serce żołnierza", tak mówił o tym kiedyś dziadek. Do końca życia widział rzeczy, których tak naprawdę nie było. Wspomnienia odtwarzane w technikolorze, zanim jeszcze takowy wyleziono, odgrywane wciąż na nowo w przestrzeni pamięci. Taśmociąg migawek. "Po wojnie długo jeszcze musiał walczyć sam z sobą". Takie określenia też słyszał. Na własne oczy widział, jak rośli mężczyźni wpadali w panikę, gdy coś rozpierdalało ich system nerwowy. Jak tracili rozeznanie w miejscu i czasie. Niektórzy wybuchali szałem. Inni tłumili wszystko w sobie. Jeszcze inni... Ale nie, to wszystko było normalne. Nie było w tym wstydu. Nie wszystkie rany, jakie odnosiło się w boju, manifestowały się przecież w sposób fizyczny. W robocie wiedzieli, co robić w takich sytuacjach. Nikt nie patrzył z pogardą. Nikt nie mamrotał po kątach o szaleństwie. Gorzej było w życiu. Gdy wychodziło się z pracy i szło w świat. "Zmęczenie bojowe", mówili o tym. Sam tak mówił o wizjach Limbo, które nawiedzały Madeleine. Sądził, że jest na takowe odporny. Przecież widział tak wiele spierdolonych rzeczy, a nie przeszkadzało mu to wcale spać spokojnie w nocy. Czemu więc nagle bał się własnego cienia. Nawet popiół w przepełnionej popielniczce na biurku zdawał mu się przeszkadzać. Zdawał się szeptać, jak pył unoszący się nad miastem podczas Spalonej Nocy. Śledziły go istoty utkane z tego pyłu. Nie mógł ich przyłapać, bo dostrzec dało je się wyłącznie kątem oka. Łatwo o nich zapominał. Być może zbyt łatwo.
Należało przecież stale zachowywać czujność.
– Serwus, pani doktor – przywitał się swobodnie z Sonique, wręczając jej czekoladki, które zgarnął naprędce w sklepie, nie chcąc wpadać w odwiedziny ot tak, z pustymi rękoma. Tak nie wypadało, zwłaszcza, że przychodził z prośbą. Butelczynę też przyniósł, ale taką nieszkodliwą, z typowym, babskim winkiem, bo przecież dziecka nie będzie rozpijał. Dziecka, to znaczy Sonique. – Nalot narkotykowy przeprowadzam. Oddawaj wszystkie proszki. – Mówiąc to, Moody zachował oczywiście absolutną powagę. Kąciki ust nawet nie drgnęły w uśmiechu sygnalizującym żart... A jednak za jego plecami nie krył się oddział brygady do spraw walki z nielegalnymi substancjami. Nie, Moody tylko westchnął ciężko, oparłszy się o futrynę. – Możemy pogadać? Mam do ciebie sprawę.
!Strach przed imieniem
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.