—07/09/1972—
Lodziarnia Floriana Fortescue, Ulica Pokątna
Helena Rowle & Lyssa Dolohov
Dzisiaj miała na sobie ciemno-beżowe spodnie z wysokim stanie, brązową koszulę z szerokim kołnierzem, wykończonym falbankami, a na jej ramionach spoczywał ciemny płaszcz, który sięgał nieco ponad kolana. Na głowie miała brązowy kapelusz, ozdobiony złotawą tasiemką, ułożoną w subtelną kokardą z boku korony. Buty na niskim obcasie stukały rytmicznie o bruk, a uderzenia te tylko przybrały na sile, gdy w końcu znalazła się wraz z Lyssą Dolohov pod celem ich podróży, czyli lodziarnią pana Fortescue. Jakoś trzeba było sobie umilić popołudnie po intensywnych ćwiczeniach w gronie innych muzyków, prawda?
— Och, Londyn jest absolutnie niesamowity o tej porze roku! — zachwycała się Helena, przyspieszając nieco kroku, aby ochoczo przytrzymać drzwi do lokalu koleżance, aby ta mogła wejść do środka jako pierwsza. — Ledwo pamiętam miasto w tym wydaniu. Wiem, wiem, to brzmi niedorzecznie, skoro dziś jest dopiero siódmy, ale... Ostatni raz byłem w Londynie o tej porze jeszcze zanim poszłam do szkoły. Zupełnie zapomniałam, jak tu wszystko wygląda o tej porze. Aż nie mogę doczekać się zimy!
Chyba tylko to, że musiała iść na rozpoczęcie roku pierwszego września, powstrzymało ją przed tym, aby nie zerwać się z samego rana z łóżka i nie ruszyć z kompletem kufrów i toreb na Peron 9¾. W przeciwnym razie zapewne zorientowałaby się, że w ogóle nie powinno jej być w Ekspresie do Hogwartu dopiero w połowie drogi do Hogsmeade. Chociaż minął już tydzień, dalej nie potrafiła się przyzwyczaić, że nie ma jej w szkole.
Nie, żeby jakoś szczególnie za nią tęskniła; miała już plany na najbliższą przyszłość. Po prostu po siedmiu latach trudno było zmienić swoją codzienną rutynę. Zapomnieć o rytuałach, które wpajała sobie przez tak długi czas. Helena westchnęła cicho, zatrzymując się przy rzędzie wieszaków. Po chwili namysłu zawiesiła na jednym z haków swój kapelusz, ujawniając ciemne włosy opięte w elegancki kok.
— Zazdroszczę, że mieszkasz praktycznie w samym centrum dzielnicy. Musiałaś poznać mnóstwo ludzi, odkąd przyjechałaś! Sąsiadów pewnie też masz... ciekawych. — Zajęła miejsce w loży zlokalizowanej przy oknie, aby mogły swobodnie obserwować przechodniów i rozciągającą się za oknem ulicę. — Tymczasem w Llanberis ja mogę poznać co najwyżej nowego ogrodnika.
Albo smoczego stajennego w rezerwacie kuzyna Leviathana. I to takiego, który uważa grę na fortepianie za ''bezproduktywne brząkanie'', pomyślała przelotnie. Ewidentnie dramatyzowała. Nie było aż tak źle, ale wiele by dała, aby poszerzyć swój krąg znajomych. Nie mogła doczekać, aż znajdzie się na jakimś większym przyjęciu. Już niedługo miało być Mabon, a potem święto duchów... A od Samhain do Yule to już było jak rzucić kamieniem! Ktoś na pewno zamierzał wyprawić zimowe przyjęcie. Nie wypadałoby zrobić inaczej.
— Hmm — zaczęła, przyglądając się karcie deserów — Po dzisiejszych ćwiczeniach zasługujemy na coś ekstra. Co powiesz na potrójne lody w rożku z posypką i sosem owocowym. Gorąca czekolada do tego na koniec też brzmi bajecznie. Przemyślenia, moja droga?
Podniosła czoło, mierząc Lyssę zaciekawionym spojrzeniem.