– Poproszono mnie o konsultację – oznajmiła tonem nieznoszący sprzeciwu ososbista sekretarka pani Anastazji Dolohov-Burke, zastępczyni szefa Departamentu Skarbu, stając przed biurkiem Morpheusa Longbottoma, Niewymownego. Jak się dostała do Departamentu Tajemnic? Trudno było tak po prostu dostać przepustkę, a jednak pokazała ci takową, zanim jeszcze zdążyłeś zapytać. Odpowiednio ostemplowaną, odpowiednio ciężką, pachnącą świeżym inkaustem i drogimi kobiecymi perfumami o lekko korzennej woni... Perfumy zdecydowanie nie należały do stojącej przed tobą kobiety. Nie, ona pachniała świeżością destylatu ambicji z lekko słodkawą nutą potu, który kojarzył się przede wszystkim z determinacją.
Była ładna. Ładna była nie dlatego, że próbowała być ładną, lecz dlatego, że perfekcja, do której dążyła, przypadkiem mieściła się w granicach tego, co uznaje się za atrakcyjne. Jej włosy miały odcień wypolerowanej do połysku miedzi. Z misternego upięcia nie śmiał wymknąć się choćby kosmyk, jak gdyby każdy włos podlegał ścisłej kontroli jakości. Gdyby choć jedno pasmo wymyknęło się z jej uczesania, sekretarka natychmiast poprawiłaby jego położenie, nawet jeśli nikt by na to nie patrzył. Zwłaszcza wtedy, gdyby nikt nie patrzył.
Była doskonale ubrana; nie po prostu elegancka, lecz przepisowa, jakby jej strój został skrojony nie na miarę ciała, lecz na miarę regulaminu. Ciemna marynarka o ostro odciętych ramionach porządkowała jej sylwetkę w pion, ołówkowa sódnica kończyła się dokładnie tam, gdzie kończyć się powinna, a obcasy były nie za wysokie, i nie za niskie, tylko takie w sam raz. Skóra kobiety była nieskazitelna, pozbawiona piegów i innych niedoskonałości. Podkreślający ostre rysy makijaż nie był wyrazem próżności, lecz służył maskowaniu strachu przed niedoskonałością. Kobieta co kilka sekund mrugała w regularnych odstępach czasu. Robiła to z precyzją metronomu. Raz, dwa, trzy. Było w niej coś obsesyjnego, jak gdyby obawiała się, że nieregularność może zostać odczytana jako słabość. Jej spojrzenie na moment uciekło ku krawędzi twojego biurka, gdzie jedna z teczek wystawała o centymetr za daleko poza blat. Palce kobiety drgnęły odruchowo, jak gdyby chciała ją poprawić, lecz powstrzymała się w ostatniej chwili. Odruchy miała wzmożone, nienaturalnie szybkie, oczy zaś nieustannie skanowały pomieszczenie w poszukiwaniu zagrożenia, którego nie potrafiła nazwać.
Jej oczy, jasne i czujne, nie zatrzymywały się na tobie dłużej, niż było to absolutnie konieczne. Zamiast tego, jej spojrzenie ślizgało się po powierzchniach, krawędziach, kątach prostych i niedoskonałościach pomieszczenia, katalogując je w myślach z obsesyjną dokładnością. Ona widziała kurz, którego ty nie zauważałeś. Widziała krzywo ustawione pióro. Widziała świat jako zbiór błędów do natychmiastowej korekty.
Departament Tajemnic napełniał ją takim samym dyskomfortem, co jej szefowa.
– Przychodzę z ramienia Departamentu Skarbu. Sprawa wagi państwowej. Proszę o możliwie szybką poradę wróżbiarską... – Uśmiechnęła się, może nieco wymuszenie, ale wciąż bardzo wdzięcznie. Raz, dwa, trzy. Kiedy mówiła o konsultacji, jej głos był uprzejmy, lecz pozbawiony ciepła. Jak gdyby automatyczną sekretarkę zaprogramowano tak, aby brzmiała "po ludzku". – Wiem, że pańskie dokonania w tym polu są niezrównanymi.
Ona nie miała pojęcia na temat twoich dokonań, Morpheusie.
Nie wiedziała nic o twoich wizjach, o nocach spędzonych na poszukiwaniu sensu na granicy snu i jawy. Nie wiedziała, jak wiele razy obracałeś w rękach szklane kule wypełnione mgłą uwięzionych w nich przepowiedni, wątpiąc w słowa wypowiedzane w chwili natchnienia. Wątpiąc w swoje własne przepowiednie. Bo jak mogłeś pewną ręką decydować o losach świata, kiedy twoja własna przyszłość rozpadała się, ledwie zdołałeś dotknąć jej choćby opuszkami palców?
Świat, który znałeś, zdawał się rozpadać. Świat się zmieniał. Nie zmieniało się tylko nazwisko, które wciąż sprawiało, że serce szybciej biło ci w piersi. Dolohov, tak powiedziała stojąca przed twoim biurkiem kobieta, Dolohov, powtórzyła, mrugając, raz, dwa, trzy. Tylko że tym razem nie chodziło o niego. Ale przecież zawsze chodziło o niego, czyż nie?
Sekretarka pani Dolohov-Burke wiedziała o tobie tylko tyle, ile musiała wiedzieć o każdym Niewymownym z Sali Przepowiedni. Wiedziała, że jesteś narzędziem, które w sytuacjach określonych ministerialną procedurą bywa skutecznym, a nawet niezbędnym. Dla kogoś takiego jak ty, dla jasnowidza obdarzonego wybitną percepcją, wszystko to było aż nazbyt czytelnym. W głowie tej kobiety nie było miejsca ani na wiarę ani na sceptycyzm. Dla niej sens miała jedynie procedura, którą się kierowała, i lęk przed jej naruszeniem. Wiedziałeś bowiem, że w jej fiksacji na punkcie kontroli kryje się nie siła, lecz paniczny lęk przed tym, co by się stało, gdyby choć raz pozwoliła sobie na błąd.
Raz, dwa, trzy.
W jej głowie nie było miejsca na marzenia o przyszłości, brakło czasu na roztkliwianie się nad błędami przeszłości. Była tylko teraźniejszość. Teraźniejszość z jej stałe aktualizowaną listą zadań. Oczywistym było, że łatwo nie odpuści. Widziałeś w oczach tej kobiety desperację. Zaciśnięta szczęka drgała lekko, jak gdyby z trudem podtrzymywała się przed zgrzytaniem zębów, gdy prosiła cię o postawienie rozkładu tarota dla swojej zwierzchniczki... Zachowywała się profesjonalnie, to było niewątpliwym. A jednak miała w sobie tę specyficzną mieszaninę uległości i agresji właściwą ludziom, którzy całe swoje życie poświęcili na bycie przedłużeniem woli innych, potężniejszych od siebie. Może właśnie dlatego była idealna do pracy u boku Anastazji Dolohov-Burke. Każda z nich na swój sposób rozumiała bowiem, że świat jest miejscem, w którym albo się pożera, albo jest się pożeranym.
Jaka szkoda, Morpheusie, że nie było obok ciebie nikogo, na kogo mógłbyś zwalić tę jakże niewdzięczną robotę. Tak się złożyło, że twój ulubiony współpracownik był akurat na misji badawczej w terenie. Ale tak między nami, nie sądzę, żeby był zbytnio pomocnym. Rude nigdy nie były w jego typie.