27.02.2026, 14:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.02.2026, 14:18 przez Aidan Parkinson.)
Nieomal zakrztusił się bułką, gdy wspomniała o żonie. Kawałeczek bułsona utknął mu na ułamek sekundy w gardle, co spowodowało salwę kaszlu, spotęgowaną dymem, który podczas Spalonej Nocy wdarł mu się w gardło. Na krótką chwilę Aidanowi uciekł oddech, a oczy zaszły łzami. Na szczęście bułka, która spowodowała to wszystko, wystrzeliła z jego ust z prędkością procy.
Czy przeżuta bułka trafi Lyssę w czoło?
Dobrze, że Lyssa stała nieco z boku, bo inaczej niechybnie kawałeczek frytburgera plasnąłby ją w czoło. Mieli jednak na tyle szczęścia, że to się nie wydarzyło.
- Powiem tyle: fuj - chłopak otarł usta wierzchem dłoni, krzywiąc się mocno i wyraźnie. - Ja wiem, że Parkinsonów jest w ciul i jeszcze trochę, ale żeby tak z własną rodziną? Obrzydliwe.
Zakończył, kręcąc głową. Co to w ogóle za pomysły? Na samą myśl robiło mu się niedobrze.
- Tak samo jak jedzenie psów. To fajne zwierzaki, w przeciwieństwie do świń i krów. Nie, nie zjadłbym psa świadomie. Kota też nie. Powiem więcej: chomika też bym nie tknął - odpowiedział rzeczowo, sięgając palcami po frytkę. W połowie tego ruchu jednak przestał. Nawet on zorientował się, że chyba przesadził. Miał ją odstraszyć i zniechęcić do siebie, taki był plan, ale... Kurwa no, nie miało to aż tak daleko zabrnąć. To nie była jego koleżanka, to nie był kolega z Brygady. A ten jej o srace zaczął gadać. To miał być żart, ale jeśli nawet go zrozumiała, to jej się nie spodobał. Uh oh. - Ej no, to nie moja sraka była.
Zaczął się tłumaczyć, a jego policzki - TAK - pokryły się kolorem dorodnego pomidora. Oto on, największy pozer, największy leń i wyjebmistrz w Ministerstwie Magii zaczerwienił się jak podlotek, gdy zdał sobie sprawę z tego, co odjebał.
- Nieważne, to nie ja przytulałem dupą kibel - odechciało mu się jeść. Matka go zapierdoli za to, jak bum cyk cyk. Wstał, zeżarał jeszcze ze trzy frytki i również wywalił je do kosza. - Odprowadzę cię.
Odruchowo przeczesał palcami włosy w niemym zakłopotaniu.
Sraka.
Z.
69.
Kurwa mać.
Gdy odprowadzał Dolohóvnę, był wyjątkowo i dziwnie milczący. Nie zaczepiał jej, a na ewentualne pytania odpowiadał zdawkowo i lakonicznie, jakby obawiał się, że znowu palnie coś, co pośle jego matkę do Azkabanu (bo gdy się dowie, co mówił, to go zamorduje i to publicznie). Pożegnał się z Lyssą uściskiem dłoni, bo ani myślał próbować po tym wszystkim przekraczać kolejnych granic.
Czy przeżuta bułka trafi Lyssę w czoło?
Rzut TakNie 1d2 - 2
Nie
Nie
Dobrze, że Lyssa stała nieco z boku, bo inaczej niechybnie kawałeczek frytburgera plasnąłby ją w czoło. Mieli jednak na tyle szczęścia, że to się nie wydarzyło.
- Powiem tyle: fuj - chłopak otarł usta wierzchem dłoni, krzywiąc się mocno i wyraźnie. - Ja wiem, że Parkinsonów jest w ciul i jeszcze trochę, ale żeby tak z własną rodziną? Obrzydliwe.
Zakończył, kręcąc głową. Co to w ogóle za pomysły? Na samą myśl robiło mu się niedobrze.
- Tak samo jak jedzenie psów. To fajne zwierzaki, w przeciwieństwie do świń i krów. Nie, nie zjadłbym psa świadomie. Kota też nie. Powiem więcej: chomika też bym nie tknął - odpowiedział rzeczowo, sięgając palcami po frytkę. W połowie tego ruchu jednak przestał. Nawet on zorientował się, że chyba przesadził. Miał ją odstraszyć i zniechęcić do siebie, taki był plan, ale... Kurwa no, nie miało to aż tak daleko zabrnąć. To nie była jego koleżanka, to nie był kolega z Brygady. A ten jej o srace zaczął gadać. To miał być żart, ale jeśli nawet go zrozumiała, to jej się nie spodobał. Uh oh. - Ej no, to nie moja sraka była.
Zaczął się tłumaczyć, a jego policzki - TAK - pokryły się kolorem dorodnego pomidora. Oto on, największy pozer, największy leń i wyjebmistrz w Ministerstwie Magii zaczerwienił się jak podlotek, gdy zdał sobie sprawę z tego, co odjebał.
- Nieważne, to nie ja przytulałem dupą kibel - odechciało mu się jeść. Matka go zapierdoli za to, jak bum cyk cyk. Wstał, zeżarał jeszcze ze trzy frytki i również wywalił je do kosza. - Odprowadzę cię.
Odruchowo przeczesał palcami włosy w niemym zakłopotaniu.
Sraka.
Z.
69.
Kurwa mać.
Gdy odprowadzał Dolohóvnę, był wyjątkowo i dziwnie milczący. Nie zaczepiał jej, a na ewentualne pytania odpowiadał zdawkowo i lakonicznie, jakby obawiał się, że znowu palnie coś, co pośle jego matkę do Azkabanu (bo gdy się dowie, co mówił, to go zamorduje i to publicznie). Pożegnał się z Lyssą uściskiem dłoni, bo ani myślał próbować po tym wszystkim przekraczać kolejnych granic.
Koniec sesji