09.01.2026, 14:12 ✶
Na pytanie Lazarusa o cel wspólnego pojawienia się na balu, Ceolsige zareagowała jedynie tajemniczym uśmiechem i lekkim, niemal niedostrzegalnym przewróceniem oczu. Gdy jednak klątwołamacz przeszedł do analizy sygnałów, jakie wysyła obecna, zielona kreacja, kąciki jej ust drgnęły w sugerując tłumione rozbawienie.
W głębi duszy poczuła drobne ukłucie. Nie irytacji, lecz rozczulenia nad jego pragmatyzmem. Lazarus był urokliwie mało zręczny w lawirowaniu między kobiecymi kaprysami a intencjami. Nie wiedział przecież, że ta syrenia suknia nie miała nic wspólnego z Shafiqiem ani balem. Ta była czysto próżną zachcianką, chęcią poczucia na własnej skórze chłodu jedwabiu i sprawdzenia, jak bardzo jej sylwetka zmieniła się od czasów Hogwartu. Nie miała mu ostatecznie za złe jednej z cechu, którą ceniła w tej znajomości.
Nie przerywała mu, pozwalając pytaniom pozostać retorycznymi. Uniosła jedynie brwi, zachęcając go do dalszego dzielenia się spostrzeżeniami. Jej spojżenie, wyraz twarzy a nawet postawa ciała wyrażały uprzjeme zainteresowanie rozmówcą i tym co ma do przekazania. Moznaby to uznac za maskę lub manipulację. Dla niej jednak był to poprostu naturalny, odruchowy, mimowolny element zachowania. Gdy wspomniał o jej biegłości w meandrach socjety, odpowiedziała mu krótkim, potwierdzającym, niesymetrycznym skinieniem głowy. Gest, który sprawiał wrażenie jakby na chwilę się szerzej uśmiechnęła i zarumieniła mimo, ze była to jedynie zmiana perspektywy i taniec cieni na twarzy.
Gdy ekspedientka pojawiła się z nową propozycją, Ceolsige jeszcze przez sekundę trzymała wzrok na twarzy Lazarusa, jakby dawała mu przestrzeń na domknięcie ostatniej myśli. Dopiero potem, z delikatnym, melodyjnym chichotem, wróciła do cieszenia się z roli wymagającej klientki.
– Dziękuję za troskę o „sygnały” tej zieleni, mój drogi – rzuciła przez ramię, kierując się ku ekspedientce. – Ale to była tylko mała wycieczka w przeszłość, by sprawdzić, czy od czasów szkolnych moja prezencja zyskała na sile.
Zwróciła się do czarownicy, bacznie przyglądając się czarnej kreacji oraz masce.
– Krój jest doskonały. Ale maska... – Dotknęła palcem piór. – Chciałabym ją zmodyfikować. Niech bardziej osłania boki głowy, niemal jak hełm z lotek, ale twarz... twarz ma zostać niemal nietknięta. Chcę, by en face jedynie sugerowała, że cokolwiek zakrywa. Goście nie powinni być karani za konwencje balu. - arognackie i niemal buńczuczne stwierdzenie. Wypowiedziane tym tonem, który łatwo kojażył się z realną troską o gości a nie próżnością wygłaszajacego. W sumie kłamstwo z jednej i drugiej strony. Zakrywanie twarzy na balu rodów czystej krwi było, w jej odczuciu czymś zbyt nieeleganckim.
Skinęła na wieszak, który posłusznie ruszył za nią w stronę białej zawiesiny. Już niemal niknąc w oparach, przypomniała sobie o zawieszonym pytaniu Lazarusa.
– A cel pojawienia się na balu? – Jej głos dobiegł już zza mgły. – Ogólnym celem pojawienia się na tym balu, Lazarusie, jest po prostu pojawienie się na nim. Cel jaki przyświeca wielu innym, tego typu wydarzeniom.
Wewnątrz przymierzalni atmosfera delikatnie się zmieniła. Szum magii i zapach kadzideł wydawały się gęstsze, a głos Ceolsige, gdy ponownie się odezwała, stracił swoją żartobliwą nutę. Brzmiała teraz rzeczowo, choć nie znikła z jej tonu typowu uprzejmośc dla jej interakcji z klątwołamaczem.
– W czasach, gdy maski zyskały tak mroczny wydźwięk – mówiła, a słychać było jedynie szelest zdejmowanego materiału – dobrze jest mieć pewność co do tożsamości przynajmniej jednej osoby na sali. Ja to wiem. I zakłądam, że Shafiq też zdaje sobie z tego sprawę. Wiedza o tożsamości ukrytej pod maską jest zawsze cenną walutą w niepewnych czasach. - zawiesiła głos. Przez chwilę słuchac było tylko szum jedwabników. - Jaka by to maska nie była. - dodała już ciszej. Może tylko do siebie, nieswiadoma tego na ile głos niesie się w sali.
Po chwili mgła rozstąpiła się gwałtownie. Ceolsige wyszła z niej w czarnej jak bezgwiezdna noc sukni. Romboidalny dekolt na mostku nadawał całości surowej, geometrycznej elegancji, która idealnie współgrała z jej nowym, poważniejszym wyrazem twarzy.
– I jak? – zapytała, stając przed nim. Przecyliła lekko głowę unosząc brew w pytającym geście – Czy ta czerń jest wystarczająco elegancka? - Skierowała się ku postumentowi i lustrom. - Może zielona szarfa w pasie byłaby dobrym kontrastem dla tego jednolitego koloru? - zapytała przez ramię Lazarusa. Nie było w tym dotychczasowego rozbawienia. Jakby dotarli do własciwego punktu a teraz pytałą o odpowiedni kolor, kiedy ekspedientka niosła poprawioną maskę... teraz bardziej okrycie głowy niż maskę.
W głębi duszy poczuła drobne ukłucie. Nie irytacji, lecz rozczulenia nad jego pragmatyzmem. Lazarus był urokliwie mało zręczny w lawirowaniu między kobiecymi kaprysami a intencjami. Nie wiedział przecież, że ta syrenia suknia nie miała nic wspólnego z Shafiqiem ani balem. Ta była czysto próżną zachcianką, chęcią poczucia na własnej skórze chłodu jedwabiu i sprawdzenia, jak bardzo jej sylwetka zmieniła się od czasów Hogwartu. Nie miała mu ostatecznie za złe jednej z cechu, którą ceniła w tej znajomości.
Nie przerywała mu, pozwalając pytaniom pozostać retorycznymi. Uniosła jedynie brwi, zachęcając go do dalszego dzielenia się spostrzeżeniami. Jej spojżenie, wyraz twarzy a nawet postawa ciała wyrażały uprzjeme zainteresowanie rozmówcą i tym co ma do przekazania. Moznaby to uznac za maskę lub manipulację. Dla niej jednak był to poprostu naturalny, odruchowy, mimowolny element zachowania. Gdy wspomniał o jej biegłości w meandrach socjety, odpowiedziała mu krótkim, potwierdzającym, niesymetrycznym skinieniem głowy. Gest, który sprawiał wrażenie jakby na chwilę się szerzej uśmiechnęła i zarumieniła mimo, ze była to jedynie zmiana perspektywy i taniec cieni na twarzy.
Gdy ekspedientka pojawiła się z nową propozycją, Ceolsige jeszcze przez sekundę trzymała wzrok na twarzy Lazarusa, jakby dawała mu przestrzeń na domknięcie ostatniej myśli. Dopiero potem, z delikatnym, melodyjnym chichotem, wróciła do cieszenia się z roli wymagającej klientki.
– Dziękuję za troskę o „sygnały” tej zieleni, mój drogi – rzuciła przez ramię, kierując się ku ekspedientce. – Ale to była tylko mała wycieczka w przeszłość, by sprawdzić, czy od czasów szkolnych moja prezencja zyskała na sile.
Zwróciła się do czarownicy, bacznie przyglądając się czarnej kreacji oraz masce.
– Krój jest doskonały. Ale maska... – Dotknęła palcem piór. – Chciałabym ją zmodyfikować. Niech bardziej osłania boki głowy, niemal jak hełm z lotek, ale twarz... twarz ma zostać niemal nietknięta. Chcę, by en face jedynie sugerowała, że cokolwiek zakrywa. Goście nie powinni być karani za konwencje balu. - arognackie i niemal buńczuczne stwierdzenie. Wypowiedziane tym tonem, który łatwo kojażył się z realną troską o gości a nie próżnością wygłaszajacego. W sumie kłamstwo z jednej i drugiej strony. Zakrywanie twarzy na balu rodów czystej krwi było, w jej odczuciu czymś zbyt nieeleganckim.
Skinęła na wieszak, który posłusznie ruszył za nią w stronę białej zawiesiny. Już niemal niknąc w oparach, przypomniała sobie o zawieszonym pytaniu Lazarusa.
– A cel pojawienia się na balu? – Jej głos dobiegł już zza mgły. – Ogólnym celem pojawienia się na tym balu, Lazarusie, jest po prostu pojawienie się na nim. Cel jaki przyświeca wielu innym, tego typu wydarzeniom.
Wewnątrz przymierzalni atmosfera delikatnie się zmieniła. Szum magii i zapach kadzideł wydawały się gęstsze, a głos Ceolsige, gdy ponownie się odezwała, stracił swoją żartobliwą nutę. Brzmiała teraz rzeczowo, choć nie znikła z jej tonu typowu uprzejmośc dla jej interakcji z klątwołamaczem.
– W czasach, gdy maski zyskały tak mroczny wydźwięk – mówiła, a słychać było jedynie szelest zdejmowanego materiału – dobrze jest mieć pewność co do tożsamości przynajmniej jednej osoby na sali. Ja to wiem. I zakłądam, że Shafiq też zdaje sobie z tego sprawę. Wiedza o tożsamości ukrytej pod maską jest zawsze cenną walutą w niepewnych czasach. - zawiesiła głos. Przez chwilę słuchac było tylko szum jedwabników. - Jaka by to maska nie była. - dodała już ciszej. Może tylko do siebie, nieswiadoma tego na ile głos niesie się w sali.
Po chwili mgła rozstąpiła się gwałtownie. Ceolsige wyszła z niej w czarnej jak bezgwiezdna noc sukni. Romboidalny dekolt na mostku nadawał całości surowej, geometrycznej elegancji, która idealnie współgrała z jej nowym, poważniejszym wyrazem twarzy.
– I jak? – zapytała, stając przed nim. Przecyliła lekko głowę unosząc brew w pytającym geście – Czy ta czerń jest wystarczająco elegancka? - Skierowała się ku postumentowi i lustrom. - Może zielona szarfa w pasie byłaby dobrym kontrastem dla tego jednolitego koloru? - zapytała przez ramię Lazarusa. Nie było w tym dotychczasowego rozbawienia. Jakby dotarli do własciwego punktu a teraz pytałą o odpowiedni kolor, kiedy ekspedientka niosła poprawioną maskę... teraz bardziej okrycie głowy niż maskę.