22.03.2026, 20:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.03.2026, 08:40 przez Lorien Mulciber.)
Czerwiec 1965 - Jordania, a konkretnie ruiny zamku Al-Karak, gdzie Lorien przebywała przez krótki okres w '65r.
Cuore mio, anima mia,
Powiedz mi czyżeś wyczytał nasz początek i koniec pośród herbacianych fusów z tej paskudnej herby, którą pojono nas podczas zajęć wróżbiarstwa? Czy widzisz odbicie ptasiego oka w tafli zwierciadła? Czy słyszysz jego pieśń pośród halucynogennych oparów, którymi karmiły się podobne tobie w Delfach? Zawróć. Zawróć. Nim klify odetną ci dalszą drogę.
Tutejsze piaski zwodzą wzrok zbłąkanych podróżnych. Ponoć znają twoje pragnienia i potrafią przybierać głos tych, którzy ci najmilsi. To kłamstwo. Nie słyszę twojego wołania pośród ich burz.
Byłam dziś pośród ludzi. Tubylcy handlują tu przyprawami i jedwabiem. Parzą okropnie słodką miętową herbatę. Chyba zaczęła mi smakować, bo nie ma w niej fusów. Sayyidatu aṭ-ṭuyūr. Mówią, po czym wskazują zalęknieni na ruiny, które dziś są mą ostoją i pewnie staną się wkrótce grobem. Shayṭānah dodają. Nie wiem co znaczą ich słowa, po angielsku tu się nie mówi, a włoski pozwala jedynie na wymianę pomniejszych uprzejmości i załatwianie prostych spraw czysto biznesowych. Czuję w nich jednak zwykły, ludzki lęk - to dobrze, wiesz jak bardzo nienawidzę nieproszonych gości.
Czas wlecze się wzdłuż tych zniszczonych murów, wsiąka w najdrobniejsze szczeliny. Nadal zaskakuje mnie, że setki lat dzielą nas od tych, którzy wznieśli ten zamek i od tych, którzy w jego obronie polegli. Dziś część z nich wciąż snuje się korytarzami. Nie wchodzimy sobie w paradę. Dni mijają mi wolniej niż w Londynie - ale może właśnie w tym szaleństwie jest jakaś metoda? Gdy każda minuta zdaje się godziną, a godzina wiekiem, jak mogłabym płakać nad piaskiem przesypującym się w klepsydrze. Przyjedź, spójrz! Za wyłomami w ścianach rozciąga się widok na całą pustynię. A dalej za nią - morze, w którym ponoć nie da się utonąć.
Spodobałaby ci się komnata, którą zajmuję. Uśmiałbyś się, bo brak w niej wszelkich zbytków. W sumie wszystkiego w niej brak. Ale jej ściany zdobią nieruchome freski złączonych w tańcu ludzi - tych żywych i martwych. Dawni kochankowie trzymający się kościotrupów, spleceni w wirze wieczności. Vita brevis, amor longus, libertas aeterna. Jeden z mężczyzn spoglądający ze ściany jest do ciebie całkiem podobny. Myślisz, że artysta był prorokiem, który przewidział, że kiedyś się tu pojawię i miło będzie mi spojrzeć na Ciebie? Lubię tak myśleć.
Za dnia ciężko w ogóle wyjść na zewnątrz. Słońce pali niemiłosiernie. Towarzystwa dotrzymuje mi tutejsze ptactwo. Wolę je od pokrzykujących mugoli.
Nie mogę Cię dosięgnąć. To boli, że jesteś gdzieś tam, tak daleko ode mnie. I wiem, że pewnie się gniewasz, że Ci nie powiedziałam kiedy i dokąd odejdę. Ale czy można zaskoczyć czymkolwiek proroka? Może, nim ten list zdąży przekroczyć Europę, staniesz z samego rana na progu moich ruin, narzekając na piasek w butach, a mi pozostanie złość, że zmarnowałam na ciebie całkiem niezgorszy pergamin! Tęsknię za Tobą, a ten na fresku jednak nie jest wcale do Ciebie podobny.
Czuję, że powoli popadam w obłęd.
Potrzebuję Cię. Tu. Teraz. W tym momencie.
Pomóż mi.
Powiedz mi czyżeś wyczytał nasz początek i koniec pośród herbacianych fusów z tej paskudnej herby, którą pojono nas podczas zajęć wróżbiarstwa? Czy widzisz odbicie ptasiego oka w tafli zwierciadła? Czy słyszysz jego pieśń pośród halucynogennych oparów, którymi karmiły się podobne tobie w Delfach? Zawróć. Zawróć. Nim klify odetną ci dalszą drogę.
Tutejsze piaski zwodzą wzrok zbłąkanych podróżnych. Ponoć znają twoje pragnienia i potrafią przybierać głos tych, którzy ci najmilsi. To kłamstwo. Nie słyszę twojego wołania pośród ich burz.
Byłam dziś pośród ludzi. Tubylcy handlują tu przyprawami i jedwabiem. Parzą okropnie słodką miętową herbatę. Chyba zaczęła mi smakować, bo nie ma w niej fusów. Sayyidatu aṭ-ṭuyūr. Mówią, po czym wskazują zalęknieni na ruiny, które dziś są mą ostoją i pewnie staną się wkrótce grobem. Shayṭānah dodają. Nie wiem co znaczą ich słowa, po angielsku tu się nie mówi, a włoski pozwala jedynie na wymianę pomniejszych uprzejmości i załatwianie prostych spraw czysto biznesowych. Czuję w nich jednak zwykły, ludzki lęk - to dobrze, wiesz jak bardzo nienawidzę nieproszonych gości.
Czas wlecze się wzdłuż tych zniszczonych murów, wsiąka w najdrobniejsze szczeliny. Nadal zaskakuje mnie, że setki lat dzielą nas od tych, którzy wznieśli ten zamek i od tych, którzy w jego obronie polegli. Dziś część z nich wciąż snuje się korytarzami. Nie wchodzimy sobie w paradę. Dni mijają mi wolniej niż w Londynie - ale może właśnie w tym szaleństwie jest jakaś metoda? Gdy każda minuta zdaje się godziną, a godzina wiekiem, jak mogłabym płakać nad piaskiem przesypującym się w klepsydrze. Przyjedź, spójrz! Za wyłomami w ścianach rozciąga się widok na całą pustynię. A dalej za nią - morze, w którym ponoć nie da się utonąć.
Spodobałaby ci się komnata, którą zajmuję. Uśmiałbyś się, bo brak w niej wszelkich zbytków. W sumie wszystkiego w niej brak. Ale jej ściany zdobią nieruchome freski złączonych w tańcu ludzi - tych żywych i martwych. Dawni kochankowie trzymający się kościotrupów, spleceni w wirze wieczności. Vita brevis, amor longus, libertas aeterna. Jeden z mężczyzn spoglądający ze ściany jest do ciebie całkiem podobny. Myślisz, że artysta był prorokiem, który przewidział, że kiedyś się tu pojawię i miło będzie mi spojrzeć na Ciebie? Lubię tak myśleć.
Za dnia ciężko w ogóle wyjść na zewnątrz. Słońce pali niemiłosiernie. Towarzystwa dotrzymuje mi tutejsze ptactwo. Wolę je od pokrzykujących mugoli.
Nie mogę Cię dosięgnąć. To boli, że jesteś gdzieś tam, tak daleko ode mnie. I wiem, że pewnie się gniewasz, że Ci nie powiedziałam kiedy i dokąd odejdę. Ale czy można zaskoczyć czymkolwiek proroka? Może, nim ten list zdąży przekroczyć Europę, staniesz z samego rana na progu moich ruin, narzekając na piasek w butach, a mi pozostanie złość, że zmarnowałam na ciebie całkiem niezgorszy pergamin! Tęsknię za Tobą, a ten na fresku jednak nie jest wcale do Ciebie podobny.
Czuję, że powoli popadam w obłęd.
Potrzebuję Cię. Tu. Teraz. W tym momencie.
Pomóż mi.
- Lorien
Odłożyła czarno-kobaltowe pióro na bok.
Nie zauważyła, kiedy nad dawną fortecą krzyżowców zaczął powoli zapadać zmierzch. Czuła na plecach ciepłe promienie zachodzącego słońca, ale wciąż jeszcze wpatrywała się w milczeniu w błyszczące, mokre litery. Pergamin wchłaniał tusz powoli. Roztarła go, brudząc palce. Roztrzęsione słowa starły się w jedną niewyraźną plamę. Tak. Tak było lepiej. Paul, niecierpliwie oczekujący na swoją pierwszą poważną misję, przeskakiwał z nóżki na nóżkę. Był przecież gotowy. Mógł zanieść list gdzie tylko pani sobie zamarzy! Lorien ucałowała czubek ptasiej głowy, z czułością gładząc czarne pióra podopiecznego. Nie. Jeszcze nie czas na żadną wiadomość.
Bezceremonialnie wrzuciła zgnieciony pergamin w rozpalone na posadzce ognisko, patrząc na płonie wraz z resztą listów.