Powietrze pachniało jesienią, w witrynach odbijało się blade słońce, a dłoń Prudence spoczywała w mojej jak coś oczywistego, jak coś, co zawsze tam było… To nie było do końca prawdą, musieliśmy przejść cholernie długą drogę, żeby w ogóle móc iść tak obok siebie. Ten dzień miał w sobie coś dziwnie kojącego, Londyn szumiał wokół nas jak zawsze - stukot kroków, otwierane drzwi sklepów, odległe głosy ludzi, którzy wracali do swojego rytmu życia - a jednak w tym wszystkim było coś nowego. Jeszcze tydzień temu leżałem prawie martwy, a ona klęczała przy mnie z rękami umazanymi moją krwią. Jeszcze kilka tygodni temu ogień pożerał miasto, a ona całowała mnie na placu przed Ministerstwem, nie wiedząc, czy za godzinę nie będziemy oboje trupami. Teraz szliśmy obok siebie jak zwyczajna para ludzi na spacerze - trzymałem jej rękę i czułem ten znajomy ciężar spokoju, który zawsze pojawiał się, kiedy była blisko.
Wchodząc w najnowszą część odbudowanej magicznej dzielnicy, zwolniłem krok odrobinę, pozwalając na to, by tłum idących za nami ludzi ponownie nas wyminął. Moje spojrzenie przez chwilę błądziło po okolicy, skanując nowe i stare szyldy, wypatrując zmian w infrastrukturze, ale nie zatrzymałem się na dłużej, zamiast tego szedłem dalej, po prostu patrząc trochę uważniej - to nie tak, że byłem tu po raz pierwszy, odkąd wszystko spłonęło, a jednak sporą część zmian widziałem po raz pierwszy. Odrobinę przekrzywiając głowę, przez chwilę patrzyłem przed siebie, wreszcie kierując wzrok na wystawę mniejszego jubilera po drugiej stronie chodnika, na samym rogu wąskiej alejki prowadzącej w stronę Nokturnu - słońce odbijało się w szybie i w drobnych błyskach metalu w środku, w całej tej eleganckiej kolekcji błyskotek, którą normalnie omijałem bez większego zainteresowania, o ile nie chodziło o coś, co mógłbym zdobyć, odklątwić lub zaklątwić, i sprzedać - przechyliłem lekko głowę, bo dopiero teraz do mnie dotarło, że…
Właściwie nigdy nie kupiłem Prue żadnej biżuterii. W sensie… Nic. Kompletnie nic, na samą myśl uniosłem lekko brwi, jakbym sam był zdziwiony skalą własnej niekompetencji. Z całym moim talentem do robienia rzeczy spontanicznie, dramatycznie albo kompletnie nie w porę… Ominąłem wszystkie te normalne momenty. Kolczyki, bransoletki, łańcuszki… Jakiekolwiek okazje… Oświadczyłem się jej jak idiota, który nagle zdał sobie sprawę, że nie zamierza już nigdy pozwolić jej odejść, bez żadnego planu, bez pierścionka, bez tej całej ceremonii, którą normalni ludzie podobno przygotowywali tygodniami - podobno - a potem życie po prostu ruszyło dalej, szybciej niż ktokolwiek z nas planował.
Spojrzałem na nią kątem oka, rzadko miałem problem z mówieniem, ale czasem trafiały się takie momenty, kiedy wolałem chwilę pomyśleć, zanim coś wypuszczę w świat, cholera…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)