Widok nie był dla Victorii ani odrobinę łatwiejszy.
Widziała to już kilka razy – najpierw, gdy wybrała się tutaj z Primrose, tuż po Spalonej Nocy, by oszacować szkody na spokojnie, by pomóc siostrze uporać się z tym widokiem, który zastała, gdy dom płonął na jej oczach, a ona nie mogła na to nic poradzić. Później, gdy zabierała stąd jedyne nadające się do wyniesienia rzeczy, czyli książki, które zabezpieczyła ich matka, albo któraś z sióstr, bo tajemnice Parkinsonów pozwoliły im sprawić, że ich księgi nie płonęły. Następnie ponownie odwiedziła ruiny domu przed uroczystą kolacją na Mabon, czując jakąś taką nostalgię za miejscem ze wspomnień, i wtedy odkryła, że ktoś się tutaj kręcił, że coś majstrował… Za każdym jednak razem nie bolało to ani trochę mniej.
Teraz już co prawda smród w większości zniknął, wywiał go wiatr i deszcz, który w ostatnich dniach pojawiał się na niebie znacznie częściej. Nie było więc już smrodu, czymkolwiek ten był: odorem dymu, pyłu i spalenizny czy czarnej magii – było go wtedy tak dużo, że nie potrafiła tego określić. Z niegdyś pięknej, dużej rezydencji i urokliwego ogrodu zostały tylko resztki ścian i zawalony szkielet budynku, do którego dało się co prawda wejść i gdy wiedziało się, gdzie znajdowało się jakieś pomieszczenie, to nawet zorientować gdzie się było, tylko po co? Ale piętro już nie istniało – w większości zawalone, schody całkowicie spopielone.
Stali teraz na jednej z nielicznych rzeczy, które się zachowały: na kamiennej dróżce, która prowadziła od resztek bramy i płotu do kilku schodków przy drzwiach wejściowych (których też już nie było rzecz jasna). Wokół były placki wypalonej ziemi i roślin, które musiały tam kiedyś rosnąć, nie było tu nawet źdźbła trawy.
Chwilę trwało nim Victoria puściła Christophera; wiedziała przecież dokładnie czego się spodziewać, a mimo wszystko nie była na to ani trochę gotowa, niezależnie od tego, ile razy tutaj bywała (a starała się nie bywać zbyt często). W końcu w jakimś takim odruchu poprawiła na ramionach płaszcz, którym się okryła, choć nie dawał jej ani odrobiny ciepła, a teraz nawet lekko zadrżała, po czym na krótko zacisnęła jedną z dłoni w pięść, nim po chwili ją rozprostowała i głośno westchnęła.
– Witam cię w rezydencji rodziny Lestrange – mruknęła i w końcu się rozejrzała. Było tu… raczej tak, jak to zapamiętała. Ziemia w wielu miejscach zdawała się być ruszona, zwłaszcza tuż obok tych kilku schodów, które prowadziły do wejścia i się ostały – ale to już widziała i wiedziała, co tam jest. Martwy kogut. – Jak mówiłam… nie ma stąd co wynosić.