• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 9 Dalej »
[17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence

[17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
23.03.2026, 21:38  ✶  
Spacerowaliśmy zdecydowanie wolniej niż ktokolwiek rozsądny powinien iść przez jedną z najbardziej ruchliwych ulic Londynu o tej porze dnia, praktycznie tak samo żywą i wypełnioną ludźmi, jak niemagiczne części stolicy. Nie byłem przyzwyczajony do podobnego tempa, zazwyczaj poruszałem się znacznie szybciej i bardziej bezmyślnie, nie musiałem pilnować swoich kroków, po prostu stawiałem stopy tam, gdzie należało to zrobić, bez zastanowienia wciskając się we wszystkie luki, jakie powstawały pomiędzy mrowiem pieszych - tym razem jednak parokrotnie dostrzegłem niezadowolenie malujące się na twarzach szybszych czarodziejów, którzy musieli nas omijać, skręcać lekko w bok albo całkowicie zmieniać trasę, by nie spotkać się z naszymi plecami. W pewnym momencie ktoś rzucił pod nosem jakieś niezbyt przychylne mruknięcie, inna osoba westchnęła ciężko, ale nie przejmowałem się tym szczególnie, nie dałem po sobie poznać tego, że cokolwiek słyszałem, wychodząc z założenia, iż po wszystkim, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach, zwykły spacer był czymś absurdalnie cennym - zbyt wartościowym, by przejmować się cudzymi „straconymi cennymi sekundami”... Gdybym w ogóle zwykł brać pod uwagę opinię obcych ludzi, rzecz jasna, co praktycznie się nie działo. Nie w tym życiu, nie w żadnym innym, teraz liczyło się dla mnie tylko to, w jaki sposób my mogliśmy spożytkować własny czas, a spędzanie go na szwendaniu się po mieście brzmiało świetnie, zwłaszcza po prawie tygodniu uziemienia w domu.
Powietrze pachniało jesienią, w witrynach odbijało się blade słońce, a dłoń Prudence spoczywała w mojej jak coś oczywistego, jak coś, co zawsze tam było… To nie było do końca prawdą, musieliśmy przejść cholernie długą drogę, żeby w ogóle móc iść tak obok siebie. Ten dzień miał w sobie coś dziwnie kojącego, Londyn szumiał wokół nas jak zawsze - stukot kroków, otwierane drzwi sklepów, odległe głosy ludzi, którzy wracali do swojego rytmu życia - a jednak w tym wszystkim było coś nowego. Jeszcze tydzień temu leżałem prawie martwy, a ona klęczała przy mnie z rękami umazanymi moją krwią. Jeszcze kilka tygodni temu ogień pożerał miasto, a ona całowała mnie na placu przed Ministerstwem, nie wiedząc, czy za godzinę nie będziemy oboje trupami. Teraz szliśmy obok siebie jak zwyczajna para ludzi na spacerze - trzymałem jej rękę i czułem ten znajomy ciężar spokoju, który zawsze pojawiał się, kiedy była blisko.
Wchodząc w najnowszą część odbudowanej magicznej dzielnicy, zwolniłem krok odrobinę, pozwalając na to, by tłum idących za nami ludzi ponownie nas wyminął. Moje spojrzenie przez chwilę błądziło po okolicy, skanując nowe i stare szyldy, wypatrując zmian w infrastrukturze, ale nie zatrzymałem się na dłużej, zamiast tego szedłem dalej, po prostu patrząc trochę uważniej - to nie tak, że byłem tu po raz pierwszy, odkąd wszystko spłonęło, a jednak sporą część zmian widziałem po raz pierwszy. Odrobinę przekrzywiając głowę, przez chwilę patrzyłem przed siebie, wreszcie kierując wzrok na wystawę mniejszego jubilera po drugiej stronie chodnika, na samym rogu wąskiej alejki prowadzącej w stronę Nokturnu - słońce odbijało się w szybie i w drobnych błyskach metalu w środku, w całej tej eleganckiej kolekcji błyskotek, którą normalnie omijałem bez większego zainteresowania, o ile nie chodziło o coś, co mógłbym zdobyć, odklątwić lub zaklątwić, i sprzedać - przechyliłem lekko głowę, bo dopiero teraz do mnie dotarło, że…
Właściwie nigdy nie kupiłem Prue żadnej biżuterii. W sensie… Nic. Kompletnie nic, na samą myśl uniosłem lekko brwi, jakbym sam był zdziwiony skalą własnej niekompetencji. Z całym moim talentem do robienia rzeczy spontanicznie, dramatycznie albo kompletnie nie w porę… Ominąłem wszystkie te normalne momenty. Kolczyki, bransoletki, łańcuszki… Jakiekolwiek okazje… Oświadczyłem się jej jak idiota, który nagle zdał sobie sprawę, że nie zamierza już nigdy pozwolić jej odejść, bez żadnego planu, bez pierścionka, bez tej całej ceremonii, którą normalni ludzie podobno przygotowywali tygodniami - podobno - a potem życie po prostu ruszyło dalej, szybciej niż ktokolwiek z nas planował.
Spojrzałem na nią kątem oka, rzadko miałem problem z mówieniem, ale czasem trafiały się takie momenty, kiedy wolałem chwilę pomyśleć, zanim coś wypuszczę w świat, cholera…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
23.03.2026, 22:02  ✶  

Ten dzień był wyjątkowo spokojny, przynajmniej w ich wykonaniu. Nie do końca pasowali do otoczenia, do ludzi, którzy gnali za swoimi sprawami. Mieli to szczęście, że dzisiaj nigdzie im się nie spieszyło, mogli robić co tylko im się podobało, skoro więc postanowili spacerować, właściwie to włóczyć się po Pokątnej to nikt nie mógł im w tym przeszkodzić. Nie wątpiła w to, że irytowali otoczenie swoim niezbyt pospiesznym krokiem, tymi momentami, gdy zatrzymywali się, aby spojrzeć sobie w oczy, powiedzieć coś, czego nikt inny nie miał usłyszeć. Nie przejmowała się tym jakoś szczególnie, nie dzisiaj, nie po tym wszystkim co ostatnio przeżyli. Kiedyś pewnie starałaby się być jak najbardziej kulturalna i grzeczna, dostosowywać się do tego, co działo się wokół niej, jednak wiele się zmieniło, ona się zmieniła przez te kilkanaście tygodni, chociaż pewnie na pierwszy rzut oka nie widać było żadnych zmian, no może poza tym błyskiem w oku, który pewnie dostrzegliby ci, którzy lepiej ją znali.

Szli więc bardzo powoli, przed siebie, nie mieli żadnego konkretnego celu, nie pojawili się tutaj z konkretnej przyczyny, to był pierwszy dzień, kiedy pozwoliła swojemu mężowi opuścić ich dom od momentu, kiedy pojawił się tam cały zakrwawiony, kiedy praktycznie umarł na jej rękach. Po tej odległości, którą już pokonali była pewna, że nie potrzebował eskorty, jedna czuła się dobrze z tym, że towarzyszyła mu w tym pierwszym wyjściu, chociaż przez moment mogła kontrolować to, co się z nim działo, a to nie miało mieć miejsca zbyt często. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Tym i jego przyszłymi aktywnościami będzie się jednak martwić później, to miał być przyjemny, jesienny dzień. Zresztą udało jej się już przygotować na kolejne ewentualności, które mogły się pojawić, uzupełniła apteczkę, dzięki czemu mogła być nieco spokojniejsza, nie powinien jej zaskoczyć, aż tak bardzo jak ostatnio, chociaż może nie wypadało kusić losu, bo potrafił bardzo często udowadniać, że jest zupełnie inaczej, niż się może wydawać.

Londyn wydawał się powoli wracać do swojego dawnego rytmu, Prue obserwowała mijane kamienice, rejestrowała, co zmieniło się przez ostatni czas. Niektóre miejsca przestały istnieć, inne wydawały się w ogóle nie odczuć tego, co się wydarzyło. Zapamiętywała to, jak wygląda miasto, musiała przywyknąć do nowego porządku świata. Nie miała pojęcia ile czasu już szlajali się po okolicy, straciła rachubę czasu, bo nigdzie się nie spieszyli, a że dzień był całkiem przyjemny jak na jesień, praktycznie w ogóle nie odczuwało się tej mniej przyjemnej części roku która zbliżała się do nich nieuchronnie. Warto było korzystać z tych ostatnich podrygów lata, chociaż może do lata to nieco brakowało tej pogodzie.

Poczuła na sobie spojrzenie mężczyzny, co spowodowało, że znowu się zatrzymała, a ktoś prawie zatrzymał się na jej plecach, minął ją, jednak posłał jej przy tym niezbyt przyjazne spojrzenie, które sugerowało, że chciałby rzucić w jej stronę coś w deseń Patrz jak łazisz, jednak ugryzł się w język widząc mężczyznę, którego trzymała za rękę. Fajnie było mieć męża, który powodował, że ludzie bali się do niej odezwać. Uśmiechnęła się sama do siebie na tę myśl, dopiero po chwili przypomniała sobie dlaczego właściwie się zatrzymała.

- Coś nie tak? Patrzysz się. - Powiedziała jeszcze do Benjy'ego, jakby przypadkiem sam nie zdawał sobie sprawy z tego, że na nią spoglądał. Nie miała pojęcia, czy coś się stało, ale wydawało jej się, że dostrzegła na jego twarzy jakiś intensywny proces myślowy, więc po prostu zapytała o to, co go spowodowało, no może nie do końca w ten sposób to ujęła, ale cel miała ten sam. - W sensie, patrzysz się i wyglądasz jakbyś chciał coś powiedzieć, ale nie mówisz, a to jest dziwne. - Podkreśliła jeszcze o co jej chodzi, raczej nie miewał takich momentów zawieszenia, tylko od razu mówił to, co miał na myśli, więc wolała się upewnić, że wszystko było w porządku, bo nie było to typowym dla niego zachowaniem, no.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
23.03.2026, 23:10  ✶  
Zatrzymałem się razem z nią, trochę siłą rzeczy, trochę dlatego, że i tak od samego początku naszego spaceru szedłem bardziej obok niej niż przed siebie. Spojrzałem na faceta, który o mało co się w nią nie wbił, odwzajemniwszy to jego spojrzenie zupełnie bez wysiłku i namysłu, zarejestrowałem go gdzieś na obrzeżach, instynktownie, jak wszystko, co mogło być potencjalnym problemem - wystarczyło, zaraz potem zniknął, rozmył się w tłumie i hałasie, zniknął z naszej osi świata równie szybko, jak się pojawił, najwidoczniej rewidując decyzję, kiedy dotarło do niego, na jaki typ pary spacerowiczów trafił. Parsknąłbym, gdyby nie to, że coś zupełnie innego siedziało mi w głowie, nie był wart nawet pół myśli.
- Patszę się, bo mogę. - Mruknąłem najpierw, odruchowo, trochę z przyzwyczajenia, trochę żeby kupić sobie te dwie, trzy sekundy więcej. - I nie mów, sze to dziwne, bo to akulat lobię dość legulalnie. - Przypomniałem, z cieniem uśmiechu, który bardziej czuć było w moim głosie niż widać na twarzy - nie zaprzeczyłem, nawet nie próbowałem tego robić, oboje wiedzieliśmy, że miała rację - patrzyłem się, i faktycznie… Rzeczywiście się zawiesiłem. Nie dlatego, że „coś było nie tak”, właśnie odwrotnie, wszystko było podejrzanie w porządku, a ja nie do końca wiedziałem, co z tym zrobić. Miałem zdecydowanie za dużo ciszy w głowie, jak na standardy dawnego mnie - tego sprzed kilkunastu tygodni - było aż za bardzo w porządku. Zerknąłem na nasze dłonie, splecione, a potem z powrotem na jej twarz, słońce znowu wyszło zza chmur i przez moment musiałem lekko zmrużyć oczy. Mieliłem wypowiedź w głowie, tylko tym razem nie było to nic, co dało się rzucić od ręki w formie żartu albo półzdania, próbowałem więc ułożyć zdanie tak, żeby brzmiało mniej… Jak ja. Niespecjalnie mi to wychodziło, chociaż to było absurdalnie zwyczajne - stać tak na środku ulicy i zastanawiać się nad czymś, co normalni ludzie pewnie załatwiają bez większej filozofii. - Podobno wolno. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, jakbym próbował kupić sobie jeszcze sekundę. Na moment odwróciłem wzrok, przelotnie, na witrynę jednego ze sklepów, na szkło, złoto i kilkanaście pierścionków wyłożonych na ciemnym materiale - nie zatrzymałem się na nich długo, ale wystarczająco, żeby to było czytelne.
- Więc - odchrząknąłem lekko - zanim znowu zaczniesz analizowaś, czy zalas mi się coś nie odklei przy chodzeniu… - Westchnąłem cicho przez nos i przesunąłem kciukiem po jej dłoni, już nie tak zaczepnie jak wcześniej, tylko wolniej, bardziej… Przytomnie. - Pomyślałem o czymś i telas mnie to… Uwiela. - Zacząłem, krzywiąc się odrobinę, ale tym razem nie miało to nic wspólnego z bokiem. - Pomyślałem właśnie - podjąłem, trochę bardziej powoli niż zwykle, jednak tym razem nie dla celowej teatralności, tylko w zamyśleniu - sze to wszystko było… - Urwałem na moment, szukając słowa, które by nie brzmiało głupio. - Szybkie. - Krótki uśmiech przemknął mi przez twarz. - W sensie, nie naszekam. - Dodałem od razu, z lekką chrypką w głosie, chociaż to była oczywistość, której nie trzeba było tłumaczyć. - Laszej… Nadlabiam zaległości. Lobię bilans. Jak zwał, tak zwał. - Spojrzałem na jej rękę w mojej, na obrączkę, która była już czymś naturalnym, jakby była tam od zawsze, a nie od… No, wcale nie tak dawna. - I wiesz co? To jest tlochę szałosne. - Dodałem spokojnie, bez prób rozbrojenia tego żartem - Niewaszne, jak balso mam gdzieś konwenanse. Są szeszy, któle… - Ponownie urwałem na moment, szukając właściwego słowa, bez niepewności, raczej z namysłem. - Któle się po plostu lobi. Dla kogoś. Zwłaszcza dla własnej dlugiej połówki. - Ścisnąłem lekko jej dłoń, jakby to miało mi pomóc utrzymać się przy tym wątku, zamiast skręcić w coś lżejszego. - I nie chodzi nawet o to, sze ty tego potszebujesz. - Spojrzałem na nią uważniej. - Wiem, że nie. Masz to wszystko głęboko gdzieś, tak samo jak ja. - Kącik ust drgnął mi tym razem odrobinę wyżej. - Ale powinienem to wziąś pod uwagę tak czy inaczej. - Krótka cisza, zupełnie niepasująca do ruchliwej ulicy wokół, zapadła na moment. - Zachowałem się tak, jakbym zakładał, sze „i tak się obejdzie”. - Kciukiem znowu zahaczyłem o jej obrączkę, tym razem wolniej. - Więc -  mruknąłem, unosząc lekko spojrzenie, już z tym cieniem znajomej przekory - powiedz mi… - Zatrzymałem na niej wzrok, uważnie, bez uciekania. - Na pewno nie chciałabyś pielścionka do kompletu? - Przechyliłem lekko głowę, przypatrując się jej reakcji uważniej niż wszystkiemu dookoła od dobrych kilku minut, przesunąłem spojrzeniem po twarzy Prue, zatrzymałem się na moment na jej oczach, potem niżej - na ustach, na znajomej linii szczęki, którą znałem już na pamięć, a i tak czasem łapałem się na tym, że przyglądałem się jej, jakbym widział ją pierwszy raz. Przesunąłem ciężar ciała, ignorując znajome ciągnięcie, tym razem świadomie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
24.03.2026, 01:05  ✶  

Ten spacer był pełen nieoczekiwanych przystanków, lekkich pytań i odpowiedzi, jakby naprawdę byli zupełnie normalnym, świeżym małżeństwem, które cieszyło się wspólnie spędzonym dniem. W sumie trochę tak było. Do tej pory ich codzienność nieco różniła się od tej typowej dla pary młodej. To było całkiem przyjemne poczuć się jak ktoś zupełnie normalny, kto nie nosi na swoich ramionach żadnego ciężaru. Łatwo było się przyzwyczaić do tego, że życie mogło tak wyglądać, chociaż na dłuższą metę pewnie mogło być nudne, a oni przecież nie lubili nudy. Nie musieli się przejmować mijającymi ich ludźmi, ci najwyraźniej nawet jeśli nieco zirytowani ich powolnym przemieszczaniem się nie mieli zamiaru się odzywać, może to i lepiej, dzięki temu mogli skupić się na sobie, a w tej chwili to wydawało się jej być najbardziej słuszne.

- Jest to jakiś argument. - Tylko, czy w pełni do niej przemawiał? No nie do końca. Wydawał się być nieco bardziej zamyślony niż zazwyczaj, nie bez powodu zwróciła na to uwagę, nie, żeby sugerowała, że normalnie nie myśli... jednak raczej nie należał do tej grupy ludzi, która na zbyt długo pozwalała sobie odpływać. W ich przypadku to było raczej jej domeną, stąd to zaskoczenie. - No tak, masz oczy więc patrzysz, w sumie chyba każdy to robi dosyć regularnie. - Każdy kto miał oczy oczywiście, większość ludzi je miała, więc nie powinno to być niczym nietypowym. Tylko, że rzadko zdarzało mu się zawieszać i odpływać, być może miał to być jeden z nielicznych momentów, tylko zaczęła się zastanawiać, czym mogło zostać to spowodowane, czy aby na pewno ta zmiana w zachowaniu nie wynikała z czegoś, co mogło wzbudzać kolejne pytania. Z drugiej strony może nie powinna nad tym rozmyślać, wszystko przecież wydawało się być w najlepszym porządku, niepotrzebnie miała tendencje do szukania dziury w całym i przesadnego analizowania wszystkiego, co się działo. Nie umykały jej jednak żadne szczegóły, to pewnie przez to.

- Wolno, Tobie wolno wszystko. - Nie umknęło jej to, że spojrzał w kierunku witryny. Zmrużyła na moment oczy zastanawiając się ponownie nad tym, co właśnie może siedzieć w jego głowie. Na szczęście nie musiała się nad tym dłużej domyślać, bo w końcu postanowił podzielić się z nią tym. Doskonale, będzie spokojniejsza.

- Raczej już mam wszystko dokładnie przeanalizowane. - Weszła mu w słowo. Oczywiście, że zauważył, jak dokładnie go obserwowała, ale nie powinno go to zdziwić. Musiała sprawdzić, czy na pewno wszystko jest z nim w porządku po tym co się wydarzyło. Prawie wyzionął ducha, musiał jej wybaczyć tę bardzo dokładną analizę, to było zwyczajnym odruchem. Wpatrywała się w niego bardzo intensywnie, dostrzegała każdą, najmniejszą zmarszczkę na jego twarzy. Chwilę zajęło mu wyrzucenie z siebie tego o czym myślał, słuchała go jednak bardzo uważnie i nie przerywała, czekała, aż dokończy myśl.

- No mam nadzieję, że nie narzekasz, już zaczęłam się obawiać, że zbyt szybkie. - Wydawało jej się, że coś nie gra w tym wszystkim, ale chyba nie było powodu do tego, aby jeszcze się tym zacząć przejmować. - Nie sądzisz, że trochę zbyt szybko na bilanse? - Zapytała jeszcze, bo nie da się ukryć, że to wszystko było zupełnie nowe.

Przekrzywiła nieco głowę w lewą stronę, patrzyła na niego z lekkim niedowierzaniem, posłała krótkie spojrzenie w stronę witryny, na którą przed chwilą spoglądał, dostrzegła tam jakieś pierścionki, i inne pierdolety, nic co powinno zwrócić jej uwagę.

Mrugnęła i ponownie na niego spojrzała, jej głowa nadal była nieco przekrzywiona, jakby to miało jej pomóc dojść do tego, co właściwie miał na myśli. Zaczęła się trochę w tym gubić, ale pewnie już niedługo ustali co takiego miał jej do przekazania. Nie było łatwo, nie wypluł tego z siebie od razu, raczej ostrożnie podchodził do tematu, co też było dość nietypowe.

Odetchnęła z ulgą kiedy w końcu to z siebie wyrzucił. Nie było to nic strasznego, wbrew temu, co podsuwały jej myśli. Doskonale, obawiała się, że coś mogło pójść nie tak. - Pierścionka? - Powtórzyła za nim zupełnie nieświadomie, bo nieco zaskoczyło ją to pytanie. - To nie tak, że nie chciałabym pierścionka, w sensie po prostu nie wydawał mi się być potrzebny, obeszliśmy się bez niego, i nie uważam, żeby posiadanie go miało coś zmienić? - Faktycznie dość szybko podjęli wiele decyzji, które uniemożliwiły pewne, standardowe podejście do tematu, ale nie rozmyślała nad tym, nie sądziła, że to tak naprawdę było im do czegoś potrzebne. - Wiesz, nie miałabym nic przeciwko temu, żeby mieć jakąś pamiątkę, aczkolwiek Twój prezent zaręczynowy był dużo bardziej Twój od pierścionka, może nie do końca praktyczny, ale nie można mu odbierać uroku. - Nie wydawało jej się, aby często sztylet zastępował pierścionek zaręczynowy, to było bardzo w ich dość nietypowym stylu. - Mogłabym chcieć pierścionek? - Chyba nie powinna pytać, ale jakoś tak wyszło, że zabrzmiało to jak pytanie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
24.03.2026, 21:37  ✶  
Ten dzień miał w sobie coś niepokojąco lekkiego, jakby ktoś na chwilę zdjął z nas ciężar, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić na tyle, że przestałem go świadomie zauważać. Szedłem obok Prue w tempie, które jeszcze tydzień temu doprowadziłoby mnie do szału, teraz było… Znośne. Może nawet przyjemne, chociaż nie zamierzałem tego nazywać na głos, żeby przypadkiem nie przyzwyczaić nas za bardzo do tej wersji rzeczywistości, ale nie walczyłem z tym w taki sposób jak sądziłem, że będę, jeszcze kilka dni temu - moje ciało miało swoje tempo i, cholera, tym razem postanowiłem go nie forsować, przynajmniej nie na tyle, żeby dać żonie powód do kolejnej interwencji. Wyjątkowo nie próbowałem maskować własnego osłabienia przyspieszeniem kroku ani żadnym bezsensownym manewrem, który miałby udowodnić komukolwiek - głównie jej - że byłem już w pełni sprawny. Skupiałem się na wędrówce przed siebie, idąc obok niej tym naszym nowym tempem, które bardziej przypominało włóczenie się niż spacer w jakimś konkretnym celu, kątem oka łapałem ludzi, którzy musieli nas omijać, ich spojrzenia, te krótkie, oceniające i… Zupełnie mnie to nie ruszało, ich tempo nie było moim tempem, nie miałem najmniejszego zamiaru się do niego dostosowywać - my mieliśmy czas, przynajmniej tak wybierałem myśleć, pierwszy raz od dawna naprawdę go mieliśmy. Każdy miał gdzieś jakieś swoje „zaraz” i „już”, ale my byliśmy poza tym rytmem, niezsynchronizowani z resztą świata, i chyba właśnie to było w tym najlepsze.
- No, całe szczęście, sze to ustaliliśmy. Człowiek patrzy, bo ma oczy, a ja patrzę, bo mam na co. To akurat się nie zmieni. - Mruknąłem pod nosem, z cieniem rozbawienia, to było dokładnie w jej stylu - przyznać rację i jednocześnie jej nie przyznać, zostawiwszy sobie przestrzeń, żeby jeszcze to podważyć, gdyby przyszła jej na to ochota. - Bałem się pszes chwilę, sze odklyłaś coś, czego nie wiem o moich własnych oczach.
Czułem na sobie spojrzenie Prudence, być może nie nachalne, lecz z pewnością dokładne, rozbierające mnie na czynniki pierwsze z tą jej charakterystyczną precyzją, której nie dało się oszukać byle czym - to, że zwróciła uwagę na moje zamyślenie, nie było zaskoczeniem, znała mnie za dobrze, żeby nie zauważyć tej różnicy, tego zawieszenia, które w moim przypadku pojawiało się rzadko i zwykle nie trwało długo, bo zazwyczaj nie widziałem sensu w filtrowaniu czegokolwiek przed wypowiedzeniem. Parsknąłem cicho pod nosem, kiedy rzuciła tym swoim półprzyznaniem racji, i przechyliłem lekko głowę, zerkając na nią z boku. Nie musiałem się nawet zastanawiać, czy to było poważne, ponieważ ja z kolei znałem ją na tyle, żeby wiedzieć, że lubiła zostawiać takie zdania zawieszone gdzieś pomiędzy ironią a szczerością - jej sposób mówienia zawsze balansował gdzieś między sarkazmem a czystym stwierdzeniem faktu i nigdy do końca nie było wiadomo, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie.
Kiedy rzuciła, że „wolno mi wszystko”, uniosłem lekko brew, a potem uśmiechnąłem się krzywo, jakbym coś sobie właśnie uświadomił i postanowił to zachować.
- Zapamiętam. - Odpowiedziałem bez wahania. - Bszmi jak coś, co mosze mi się jeszcze pszydaś.
I rzeczywiście, odłożyłem to sobie gdzieś z tyłu głowy, jak drobny as na przyszłość - nie dlatego, że planowałem ją przeciwko niej używać, raczej dlatego, że lubiłem mieć takie rzeczy pod ręką.
Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, zatrzymując się na chwilę na jej oczach.
- Wiem, sze analizujesz w eksplesowym tempie. - Kiwnąłem twierdząco, kiedy weszła mi w słowo, zanim zdążyłem dokończyć swoją myśl. Gdybym był na jej miejscu, robiłbym dokładnie to samo, tylko pewnie mniej subtelnie. - I sze laszej powinienem się pszyzwyczaić, bo będziesz to lobiś jusz zawsze. - To wszystko nigdy nie było proste, zawsze coś się rozjeżdżało, ktoś się cofał, coś się psuło w najgorszym możliwym momencie, a mimo to i tak staliśmy tu teraz, jakby to był jedyny logiczny punkt końcowy tej całej krętej drogi.
- Nie, nie naszekam. Musiałbym być kompletnym idiotą, szeby naszekaś na coś takiego. - Dodałem zaraz, spokojnie, kiedy zeszliśmy na temat szybkości. - To by oznaczało, sze coś poszło nie tak, a jakoś nie mam takiego wlaszenia. - To było proste, wręcz bezczelnie oczywiste, ale nie widziałem powodu, żeby to ubierać w coś bardziej skomplikowanego, nie wszystko wymagało filozofii, niektóre rzeczy po prostu były.
- Gdybyś nie miała tej swojej uloszej tendencji do spławiania mnie pszy kaszdej sensowniejszej okazji, zdecydowanie hajtnęlibyśmy się duszo wcześniej. - Ciągnąłem, zupełnie bez skrępowania. - I oboje dobsze o tym wiemy. - Kącik ust drgnął mi wyżej, już z wyraźnym rozbawieniem. - Nie oszukujmy się, w końcu bym cię do tego pszekonał. Mam na to całkiem niezłe algumenty. Głównie siebie. - Rzuciłem lekko, bez cienia skrępowania, nie było w tym nawet próby zachowania sztucznej skromności, po czym spojrzałem na nią z boku, jakbym sprawdzał, czy kupi tę wersję wydarzeń, bo w mojej głowie była ona całkiem logiczna. Mówiłem pół żartem, pół serio, ale nie było w tym ani grama wątpliwości, zbyt dobrze wiedziałem, jak to między nami działało. Ta kręta droga nie była przypadkiem, tylko wynikiem dwóch upartych charakterów, które uparcie szły w swoją stronę, aż w końcu trafiły na siebie w odpowiednim momencie - nie zmieniała też faktu, dokąd prowadziła, my tylko szliśmy nią dłużej, niż być może musieliśmy.
Kiedy zeszliśmy na temat „bilansów”, prychnąłem cicho, kręcąc głową.
- Tlochę szybko na bilanse, co? - Powtórzyłem za nią. - Mosliwe. Ale wiesz, mam tendencję do nadlabiania szeszy nalas, jak jusz się zolientuję, sze coś pszegapiłem. - Wzruszyłem ramionami.
Rejestrowałem każde słowo, najdrobniejszy niuans, starając się nadążać za tym jej sposobem układania myśli, który zawsze był uporządkowany, nawet jeśli dotyczył czegoś tak nieuchwytnego jak „potrzeba” czegoś, czego wcześniej nie brała pod uwagę. Miała rację, oboje ją mieliśmy, pierścionek zaręczynowy nie był potrzebny, nic by nie zmienił, ponieważ to, co było między nami, nie opierało się na kawałku metalu i błyszczącym oczku, ale… Zerknąłem krótko w stronę sklepu, na rzędy błyszczących, idealnie oszlifowanych kamieni, które wyglądały, jakby wszystkie były stworzone według jednego schematu - ładne, poprawne, kompletnie nie nasze. Na wspomnienie sztyletu kącik ust drgnął mi w półuśmiechu.
- No tak, kaszda kobieta maszy o tym, szeby dostaśs bloń zamiast biszutelii. - Zmrużyłem oczy, unosząc brwi. - Szeby nie było, nie cofam tego. Dalej uwaszam, sze to był dobly wyból. - To było nasze, niekonwencjonalne, trochę absurdalne, ale dokładnie takie, jakie miało być. Biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności występujące w tamtym momencie, nie wyobrażałem sobie, żebym mógł postąpić inaczej, to nie wykluczało jednak tego, co przyszło mi do głowy teraz, jedno nie odbierało sensu drugiemu.
A potem padło to jedno pytanie…
„Mogłabym chcieć pierścionek?”
Przez chwilę patrzyłem na nią w milczeniu, jakbym naprawdę próbował zrozumieć, co właśnie usłyszałem.
- Czy ty mnie właśnie pytasz o pozwolenie na własne chcenie? - Odezwałem się w końcu, spokojnie, ale z wyraźnym niedowierzaniem podszytym pod spodem pozornie neutralnego pytania. - Nie autolyzuję twoich szyczeń, Sunny. - Westchnąłem lekko, bardziej do siebie niż do niej, i pokręciłem głową z cieniem rozbawienia, który pojawił się mimo wszystko. - To nie ten układ. Nie jestem despotą, co najwyszej wichszycielem, jak jusz. To jest zasadnicza lósznica. - Na moment zawiesiłem na niej spojrzenie, pozwalając sobie na tę krótką ciszę, która wcale nie była niewygodna.
- Naplawdę powinienem to wiedzieś lepiej… - Mruknąłem, raczej w ramach dygresji, niż tłumaczenia swoich dotychczasowych niedociągnięć. - Wychowałem się s siostlami. - Uniosłem lekko brew, wracając do niej spojrzeniem, to też nie była żadna odkrywcza informacja, lecz nie do tego zmierzałem. - Myślałby ktoś, sze coś s tego zostaje…
Zerknąłem jeszcze raz w stronę witryny, jakby porównując w głowie to, co tam widziałem, z tym, kogo miałem obok siebie.
- Nie chodzi o to, szeby nagle lobiś s nas pszykład do podlęsznika etykiety. - Powiedziałem spokojnie. - Bo nim nie jesteśmy i laszej nie będziemy, chwała bogom. - Przesunąłem wzrok z powrotem na nią, zatrzymując go na dłużej. - Ale to nie zmienia faktu, sze są szeszy, któle chcę dla ciebie lobiś, jeśli tylko tego chcesz. - Ścisnąłem lekko jej dłoń, tym razem bardziej zdecydowanie. - Nawet jeśli trochę się spóźniłem. - Przyjrzałem jej się jeszcze przez chwilę, jakbym chciał zapamiętać dokładnie ten moment, ten układ światła na jej twarzy, to lekkie przekrzywienie głowy, które znałem już na pamięć. - Więc tak. - Skinąłem głową, powoli, bo rozumiałem ten tok myślenia, my naprawdę nigdy nie robiliśmy rzeczy „bo tak trzeba”, ale przecież czasami mogliśmy zrobić coś zgodnie z konwenansami, nawet trochę później niż zazwyczaj. - Moszesz chcieś pielścionek. Moszesz mieś oczekiwania, moszesz mieś wszystko… - Zrobiłem krótka pauzę, utrzymując na niej spojrzenie, które nie uciekło ani na chwilę. - Jestem od tego, szeby to blaś pod uwagę i, jeśli mogę, spełniaś. - To było całkiem oczywiste, a więc jeśli pragnęła właśnie tego, co nas powstrzymywało?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
24.03.2026, 22:42  ✶  

Prue zdawała sobie sprawę z tego, że było to całkiem wyjątkowe, że poruszali się tak powoli. Raczej miała problem z tym, aby nadążyć za Benjy'm, nie przeszkadzało jej w tej chwili nawet to, z czego wynikała ta zmiana. Dobrze było raz na jakiś czas nigdzie się nie spieszyć, nie pędzić, po prostu iść przed siebie, jakby nigdy nic. Nie to, że wcześniej nie mieli szansy spacerować, tyle, że zawsze kończyło się to na tym, że jej mąż musiał nieco zwalniać, aby mogła za nim nadążyć na tych swoich niezbyt długich nogach. Nie sądziła, że będzie wiele podobnych momentów, no, chyba, że Benjy postanowi trochę zbyt często tańczyć ze śmiercią, co jednak nie wydawało jej się odpowiednim rozwiązaniem na dłuższą metę, zresztą na pewno wiedział, że skończy się to kolejną wcale niedyskretną obserwacją jego osoby, a nie wydawało jej się, żeby lubił kiedy aż tak dokładnie mu się przyglądała. Musiała mieć jednak pewność, że na pewno wszystko jest z nim w porządku, no jeszcze nie w pełnym, ale powinna sprawdzać, czy ten spacer nie okazał się dla niego zbyt męczący, nie mogli niepotrzebnie ryzykować jego szybkiej rekonwalescencji, bo wbrew pozorom, wiedziała, że mu na niej zależało.

- Tak, prosta sprawa, żeby patrzeć trzeba mieć oczy i trzeba mieć na co. Całkiem logiczne. - Pokiwała jeszcze głową twierdząco, jakby właśnie odkryli jakąś zupełnie nową prawdę. - Myślę, że to też dałoby się zrobić, na pewno widzę w nich więcej, niż Ty sam. - Nie mogła odmówić sobie ostatniego zdania. Ostatnio miała naprawdę dużo czasu, aby się w nie wpatrywać i była w stanie odtworzyć to, jak wyglądały z zamkniętymi oczami.

Obserwowała go uważnie, bo widziała, że coś zmieniło się w jego postawie. Nie powinno to być zaskakujące, znali się przecież doskonale, byli w stanie wyłapać nawet najdrobniejsze niuanse. Wiedziała, że on miał tak samo, doskonale zdawał sobie sprawę, kiedy zmieniał jej się nastrój, bez względu na to, jak bardzo chciałaby to zachować tylko dla siebie. Próbowała rozgryźć, co mogło spowodować te tymczasowe zawieszenie, jednak póki co nie do końca była w stanie, oczywiście, że jej umysł zaczął jej podsuwać najróżniejsze pomysły, jednak chyba lepiej było nie gdybać, tylko poczekać, aż w końcu sam jej powie, co się stało. Wiedziała już, że takie rozważania i domysły nie miały najmniejszego sensu, bo zazwyczaj nie były trafne.

- Że też sama wsadziłam Ci w ręce tę kartę, strasznie nieodpowiedzialne. - Skomentowała jeszcze swoje słowa. Powinna była ugryźć się w język, bo na pewno postanowi skorzystać z tego argumentu w najmniej oczekiwanym momencie. Doskonale wiedziała, że nie należał do osób, które zapomniałyby o takim komentarzu. Jakoś będzie musiała sobie poradzić z konsekwencjami, nie był to pierwszy raz, kiedy tak się działo. Będzie musiała mieć to tylko na uwadze w przyszłości. Na szczęście jej pamięć była doskonała, nie zapomni o tym, co padło podczas tej rozmowy.

- Nie da się ukryć, że analizowanie to część mnie, i tak raczej na pewno powinieneś się do tego przyzwyczaić, bo nie podejrzewam, żeby mogło się to kiedykolwiek zmienić. - Akurat z tym raczej nie była w stanie walczyć, to działo się samo, gdzieś poza nią, wystarczyło słowo, aby jej proces myślowy zaczynał podążać w tylko sobie znanym kierunku i żył własnym życiem. Bywało to czasem męczące, ale przez lata przywykła do tego, że tak po prostu miała, zresztą Benjy doskonale wiedział, że nie wzięło się to znikąd, i że od zawsze zachowywała się w ten sposób.

- To dobrze, zabrzmiało to na początku nieco pesymistycznie. - Może bardziej nostalgicznie? Sama nie do końca wiedziała, jak to opisać, ale to stwierdzenie wzbudziło w niej ten charakterystyczny proces myślowy. Tym bardziej nie wiedziała czego się spodziewać, bo w jej oczach wszystko co zrobili miało ręce i nogi. Tak - było spontaniczne, niespodziewane, ale przecież krążyli wokół siebie od lat, to musiało się skończyć w ten sposób.

- Sugerujesz, że bylibyśmy już starym małżeństwem, gdyby nie to, że byłam odporna na Twój urok osobisty? Odważne. - Kącik ust uniósł się jej w uśmiechu, bo faktycznie coś w tym było. Gdyby tak bardzo ze sobą nie walczyli, gdyby wyjaśnili sobie wszystko bardzo dawno temu, to istniała szansa, że wiele lat wcześniej wydarzyłoby się coś podobnego. Musieli jednak przejść swoje, aby uświadomić sobie to, co działo się między nimi. Nie żałowała tego, jak wyglądała ich przeszłość, być może ich życie potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdyby wcześniej zdali sobie z tego sprawę, ale to było tylko gdybanie, a przecież najważniejsza była teraźniejszość, a teraz stali tutaj przed sobą jako mąż i żona, tylko to się liczyło.

- No tak, z tym argumentem jest bardzo trudno walczyć, nie wiem, czy ktokolwiek dałby się oprzeć, nawet tak bardzo asertywny jak ja. - Starała się trzymać od niego z daleka, ale to nigdy nie miało zadziałać, próbowała sobie wmawiać, że tak będzie najlepiej, a i tak robiła coś zupełnie innego, nie miała na to żadnego wpływu, mimo, że wydawało jej się, że potrafi się odciąć od niechcianych uczuć, mydliła sobie oczy.

- Nie można Ci tego odmówić, zawsze robisz wszystko dużo bardziej intensywnie niż większość ludzi. - Kiedy już coś do niego docierało, to drążył, nie miał hamulców, nie zważał na słowa, po prostu robił i mówił to, co wydawało mu się za słuszne, taki już był jego urok.

Wzruszyła jedynie ramionami, kiedy wspomniał o marzeniach większości kobiet. Pierścionki były tradycją, normalnością, tyle, że oni nie do końca wpasowywali się w typowe ramy. Czy zakładała kiedykolwiek, że miłość jej życia oświadczy się jej sztyletem? No nie. Czy uważała to za coś złego? Też nie. Nie zamieniłaby tych oświadczyn na żaden inne, były wyjątkowe, tak jak to co ich łączyło, wydawało jej się to całkiem proste. - To dobrze, że tego nie cofasz, bo się z tym zgadzam, to był naprawdę doskonały wybór, chociaż może nie do końca spodziewany, ale przecież my jesteśmy tacy spontaniczni... - Uśmiechnęła się teraz nieco szerzej, kiedy Benjy się przy niej znajdował naprawdę była innym człowiekiem i czerpała przyjemność z takich nieprzewidzianych sytuacji, nawet jeśli wprowadzał do jej ułożonego życia swój chaos.

- Nie, bardziej pytałam siebie, czy mogłabym chcieć pierścionek, głośno myślę, dopóki o tym nie wspomniałeś nie zastanawiałam się nad tym, czy jakiegoś chcę. - Może też faktycznie i jego się o to zapytała, sama już nie wiedziała do końca do czego zmierzała. Po prostu nie myślała o tym wcześniej, zadał to pytanie zupełnie znienacka. - Tak, to spora różnica. - Dodała jeszcze, bo faktycznie nieco zbił ją z pantałyku.

- Niby tak, ale czy właściwie coś zmienia to, że wychowałeś się z siostrami? W tamtej chwili zrobiłeś to, co było najlepsze, później byliśmy trochę zajęci, nie wydaje mi się, że wynika to z tego, że masz nieodpowiednie podejście. - Nie widziała nic złego w tym, że nie wpadł na to, że mogłaby chcieć pierścionek - sama o tym nie pomyślała, więc czy właściwie było się w ogóle nad czym zastanawiać?

Zauważyła jak zerkał w stronę witryny, w końcu sama na nią spojrzała, aby przyjrzeć się bardziej temu, co znajdowało się na witrynie. Pierścionki. Ładne, takie jak chciałaby większość kobiet, kiedyś miała już jeden podobny i zdecydowanie za bardzo jej ciążył.

- Co do tego mamy zgodność, zdecydowanie nie jest nam po drodze z podręcznikową etykietą. - I bardzo dobrze, to mogłoby być bowiem przytłaczające, wolała, aby mieli szanse podejmować swoje własne decyzje, a nie spełniać oczekiwania kogoś, kto już dawno umarł.

- Czy ja wiem, czy tak bardzo się spóźniłeś? Kto właściwie może to ocenić? Ja nie zamierzam. - Przecież sami sobie ustalali swoje zasady, więc jeśli stwierdziliby, że to wcale nie było zbyt późno, to właśnie tak miało się wydarzyć, to było naprawdę sporym profitem wynikającym z nieprzestrzegania zasad etykiety, a podążania własną drogą.

- Zapamiętam to sobie. - Oczy jej błysnęły. Możesz mieć wszystko brzmiało naprawdę dobrze, chętnie też wykorzysta w przyszłości tę kartę, którą sam wsunął jej do ręki, tylko, czy właściwie, to nie miała już wszystkiego czego potrzebowała? To było kolejne filozoficzne pytanie, na które mogłaby szukać odpowiedzi godzinami. - Niech Ci będzie, chcę pierścionek. - Może jeszcze kilka minut temu wcale nie odczuwała takiej potrzeby, ale kiedy tak o tym mówił to się pojawiła, trochę zasugerował jej, że może chcieć właśnie tego. Miło byłoby mieć na palcu coś, co wiązało się z jego osobą, co wybrał właśnie dla niej.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
25.03.2026, 15:27  ✶  
Miasto robiło swoje, jak zawsze, zakopywało ślady, wygładzało rysy, jego mieszkańcy pomagali mu w tym z zadziwiającą łatwością, Pokątna żyła swoim rytmem, jakby nic się nie wydarzyło, a ogień sprzed miesiąca był tylko czyjąś przesadzoną opowieścią. Ludzie mijali nas szybko, zerkali kątem oka, czasem z irytacją, czasem z ciekawością, ale nikt nie miał odwagi nic powiedzieć, co najwyżej tylko bezgłośnie burknąć coś pod nosem - i dobrze - nie miałem dziś cierpliwości do nikogo poza nią. Czułem dłoń Prue w swojej i to było bardziej realne niż cokolwiek wokół, bardziej konkretne niż odbudowane ściany, świeży tynk i udawanie, że zagrożenie zniknęło. Mogliśmy sobie pozwolić na wszystko…
Przeważnie świat oglądałem w biegu, z ręką na rękojeści różdżki albo sztyletu, przeskakując nad przeszkodami, które życie rzucało mi pod nogi, teraz jednak stałem w miejscu, czując pod stopami twardy bruk, a obok siebie ciężar obecności Prue. Moje ciało wciąż jeszcze pamiętało ostatnie bliskie spotkanie z kostuchą - każdy głębszy oddech przypominał mi o tym, że żebra potrzebowały czasu, by znów stać się jednością - ale jej bliskość działała lepiej niż jakikolwiek eliksir przeciwbólowy. Patrzyłem na nią, mrużąc oczy przed blaskiem dnia, byliśmy osobliwą parą, co do tego nie było wątpliwości, ironia losu polegała na tym, że dwoje tak skomplikowanych i na swój sposób „uszkodzonych” ludzi stworzyło coś, co o dziwo działało.
Zerknąłem na nią z ukosa, kiedy mówiła o tej całej „logice patrzenia”, i uśmiechnąłem się pod nosem, bardziej do siebie niż do niej, pokiwałem  lekko głową, jakbym właśnie przyjął do wiadomości coś naprawdę istotnego. Lekki wiatr szarpnął połami mojego płaszcza, a ja oparłem się ciężarem ciała o zdrowszą nogę, starając się wyglądać na bardziej swobodnego, niż czułem się w rzeczywistości - Prue i jej „analizowanie”, tak - to była integralna część pakietu, który brałem z pełnym dobrodziejstwem inwentarza. Spojrzałem na nią - stała tuż obok, skanując mnie tym swoim wzrokiem, który przenikał na wylot każdą warstwę mojego płaszcza i kłamstw, którymi próbowałem mamić świat - wiedziałem, co robiła, liczyła moje oddechy, sprawdzała, czy nie pobladłem bardziej niż zwykle… Czułem na sobie jej badawcze spojrzenie i byłem świadomy, że analizowała każdy mój oddech, każde drgnienie mięśnia na twarzy, szukając oznak słabości, których tak bardzo starałem się nie pokazywać. Wiedziała, oczywiście, że wiedziała, że to cholerne człapanie nie wynikało z nagłego przypływu romantyzmu, tylko z faktu, że moje wnętrzności wciąż próbowały dojść do porozumienia z resztą organizmu po ostatniej „tanecznej imprezie” ze śmiercią. Prudence była zbyt bystra, by dać się nabrać na nagłą zmianę charakteru, ale doceniałem, że milczała, wyłącznie spoglądając na mnie kątem oka. Inna kobieta mogłaby mnie tym drażnić, sprawić, że poczułbym się jak okaz pod mikroskopem, ale Pruey? Ona robiła to z tą swoją specyficzną, chłodną logiką, pod którą chowała więcej troski, niż kiedykolwiek przyznałaby na głos - to jej zainteresowanie było jednocześnie moim zbawieniem i moim przekleństwem - patrzyłem na nią i widziałem tę samą kobietę, która latami stawiała mi opór, a teraz nosiła moje nazwisko, ale hej, przynajmniej ze mną nie można było narzekać na nudę.
Uśmiechnąłem się półgębkiem, słysząc jej uwagę o tym, że widziała w moich oczach więcej niż ja sam, dla mnie to był fundament, wiedziałem w końcu, kogo biorę za żonę. Nie potrzebowałem potulnej lalki, która potakiwałaby na każdy mój durny pomysł, potrzebowałem kogoś, kto potrafiłby rozebrać świat na części pierwsze, kiedy ja byłem zajęty jego podpalaniem.
- W to akurat wieszę. - Przyznałem, pokiwałem powoli głową, przyswajając to. - Masz więcej czasu, szeby się im pszyglądaś, nisz ja, szeby się nad nimi zastanawiaś. - Nie była to tylko zaczepka - ostatnie tygodnie naprawdę nauczyły mnie, że czasem naprawdę nie miałem pełnego wglądu we własną głowę - ona miała, czasem aż za duży, a skoro oczy były oknami duszy… Sprawa wyglądała raczej jasno. Wiedziałem, ile czasu przy mnie spędziła, kiedy leżałem i dochodziłem do siebie, ile miała okazji, żeby patrzeć bez przerwy, bez rozpraszaczy, to niewątpliwie zostawiało ślad.
- Za późno, kochanie. Słowo się szekło. - Odparłem bez wahania, z błyskiem w oku, tym samym, który zawsze zwiastował, że zamierzałem wykorzystać sytuację na swoją korzyść. To było łatwe, wrócić do tej wersji siebie, która zawsze miała coś w zanadrzu, jednocześnie jednak czułem, że to nie było dokładnie to samo co wcześniej, coś się przesunęło, może trochę wyostrzyło, może trochę uspokoiło. - Tak, to było sklajnie nielozsądne z twojej stlony. - Dodałem, lekko wzruszywszy ramionami. - Właśnie dałaś mi algument, któly będę wykoazystywał w najmniej odpowiednich momentach pszes najbliższe… - Zawiesiłem głos na chwilę, jakbym liczył. - Całe szycie. - Coś na kształt krótkiego, rozbawionego, ale chrapliwego parsknięcia wydobyło się z mojego gardła, to był dźwięk, który w ciemnych zaułkach zazwyczaj oznaczał, że ktoś właśnie popełnił błąd, którego pożałuje, ale tutaj, na tym cholernym, powolnym spacerze, był tylko wyrazem uznania dla jej błyskotliwości.
Zatrzymałem spojrzenie na jej oczach, krócej niż zwykle, ale wystarczająco, żeby to wybrzmiało.
- To część ciebie. - Wzruszyłem lekko ramieniem. - Jak to, sze ja lobię szeszy, zanim zdąszę je pszemyśleś. Kącik ust uniósł mi się minimalnie. - Wychodzi na zelo. - Odparłem, przenosząc wzrok z jej twarzy na nasze niewyraźne odbicie w szybie wystawowej. Moja nagła pauza, to „zawieszenie”, o którym wspomniała, a które pewnie odczytała zesztywnieniem moich ramion, było prostym impulsem. Wyglądaliśmy... Normalnie, jak ludzie, którzy mieli przed sobą jutro, nie tylko kolejne starcie, z którego można było nie wrócić.
- Tlochę mnie udeszyło, sze są szeszy, któle powinienem był ogalnąś wcześniej. To wszystko. - Nie robiłem z tego tragedii, to nie był rachunek sumienia, raczej szybkie podsumowanie, które przyszło znikąd i postanowiło zostać na chwilę dłużej.
Pozwoliłem sobie na cień uśmiechu, kiedy podchwyciła temat „starego małżeństwa”.
- Sugeluję, sze bylibyśmy jusz absolutnie nieznośni dla otoczenia. - Uściśliłem. - I pewnie mielibyśmy doskonale wyplacowany system ignolowania wszystkich dookoła. - Uniosłem lekko brew, przyglądając się jej z rozbawieniem, które było podszyte czymś bardziej pewnym, cięższym. - Gdybyś nie była tak konsekwentna w odpychaniu mnie, zdecydowanie bym cię do tego pszekonał wcześniej. - Nie było w tym cienia wątpliwości, powiedziałem to tak, jak mówiło się o rzeczach, które się po prostu wiedziało, nawet jeśli mogło to brzmieć odrobinę na wyrost. - Mam dość… Pszekonującą osobowość. - Dodałem bardziej żartobliwie, z lekkim przechyleniem głowy, a kiedy przyznała, że trudno byłoby się oprzeć temu argumentowi, uśmiechnąłem się szerzej, tym razem już bez ukrywania satysfakcji.
- Widzisz? - Mruknąłem. - Nawet twoja mityczna aseltywność ma swoje granice. - Przesunąłem spojrzeniem po twarzy żony jeszcze raz, zatrzymując się na moment na jej ustach, zanim wróciłem do oczu. - I dobsze. Inaczej byłoby nudno. - To była prawda, sposób myślenia Prue, nawet jeśli w przeszłości momentami mnie irytował, bo nie lubiłem być tym, kto za nim nie nadążał, był też czymś, co ją definiowało, a ja nie chciałem jej „uprościć” tylko dlatego, że świat był łatwiejszy bez komplikacji.
Uniosłem lekko ramiona, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, to był chyba jeden z moich bardziej konsekwentnych talentów - angażować się we wszystko trochę za bardzo - nie widziałem problemu, nigdy go w tym nie dostrzegałem.
- Nie widzę sensu lobiś czegokolwiek połowicznie. - Odpowiedziałem. - Szycie jest za klótkie na bycie letnim, Pluey. Albo wchodzisz w coś całkowicie, albo wcale. - Wzruszyłem ramionami, nie widząc w swojej naturze niczego nadzwyczajnego, to była zasada, która prowadziła mnie przez większość życia, czasem prosto w ścianę, ale jednak. „Odważne”, powiedziała - może i tak - odwaga zawsze była moją jedyną walutą, nawet jeśli często płaciłem nią za głupotę, zazwyczaj grałem va banque, nie bawiłem się w półśrodki. Ponadto zdecydowanie lubiłem ją prowokować - lubiłem patrzeć, jak ta jej asertywność kruszyła się pod wpływem moich niskich instynktów i jeszcze niższych argumentów, to było bardzo nasze.
Rozmowa zeszła na pierścionek - ten nieszczęsny symbol normalności, który w naszym przypadku wydawał się tak obcy, a jednak... Kuszący.
- Cieszę się, sze doceniasz finezję tego wybolu. - Mruknąłem, mrużąc oczy, w których odbijało się popołudniowe słońce, a mój wzrok na chwilę uciekł w stronę wystawy, przed którą stanęliśmy. Na temat sztyletu i tego, że tego nie cofałem, nie miałem nic więcej do dodania poza lekkim wzruszeniem ramienia i pewnym spojrzeniem. Diamentem nie poderżniesz nikomu gardła w razie potrzeby, ostrze jest praktyczniejsze, pierścionkiem trudniej kogoś pchnąć, gdyby zaszła taka potrzeba… Te wszystkie błyskotki, ułożone na aksamitnych poduszeczkach, wydawały mi się tak strasznie banalne, tak nieprzystające do kobiety, która stała u mojego boku - Prue nie była „większością kobiet”, była siłą natury ubraną w te swoje eleganckie buciki i inteligencję, która potrafiła ciąć dotkliwiej niż mój nóż. Te wszystkie błyskotki, diamenty wielkości grochu i misterne oprawy... Pasowały do niej jak siodło do świni, nasz „ślubny” sztylet, który wciąż miałem przed oczami, był znacznie bardziej wymowny niż te wszystkie świecidełka razem wzięte. Nie miałem zamiaru dopasowywać się do czegoś, co nigdy nie było jej, moje czy nasze, lecz chyba powoli klarowałem sobie pomysł w głowie.
Dopiero przy jej wyjaśnieniu, że „głośno myśli”, pozwoliłem sobie na kolejne krótkie kiwnięcie, które było już czystą aprobatą.
- To by wiele wyjaśniało - stwierdziłem - bo pszes chwilę miałem wlaszenie, sze plóbujesz negocjowaś ze mną własne myśli. - Skrzywiłem się z lekkim błyskiem w oczach. - A to byłby nowy poziom wtajemniczenia. - To nie tak, że nie próbowałbym sobie z tym poradzić, zawsze lubiłem wyzwania, lecz zdecydowanie bardziej pasowała mi taka odpowiedź.
Komentarz o siostrach przyjąłem z półuśmiechem, który miał w sobie coś bardziej osobistego, pokręciłem głową lekko, jakbym nie do końca się zgadzał - nie chodziło o to, że nagle stawałem się ekspertem od wszystkiego, raczej o to, że pewne rzeczy wchodziły w nawyk, nawet jeśli człowiek o nich zapominał.
- Mose nie zmienia wszystkiego. - Mruknąłem. - Ale daje pewne… Podstawy. Ty miałaś jednego blata. Ja miałem całe stado. To tlochę inna szkoła pszetlwania. - Przesunąłem spojrzeniem na witrynę, a potem z powrotem na nią, wspomnienie tamtego czasu było na tyle żywe, że aż prawie poczułem je fizycznie. - Uwiesz mi, to uczy człowieka kilku szeszy, nawet jeśli nie wszystkie zostają na stałe. - Przy wielu osobach człowiek zdecydowanie szybciej uczył się szybciej, że jeśli czegoś nie ogarnie, to ktoś mu to wytknie.
- Etykieta jest dla ludzi, któszy nie mają własnego chalaktelu. - Stwierdziłem, ignorując fakt, że moje prawdziwe nazwisko i pochodzenie teoretycznie zobowiązywały mnie do czegoś innego - powiedziałem to spokojnie, bez wielkich słów, jakby to była oczywistość, która nie wymagała ani obrony, ani uzasadnienia, dokładnie tak jak późniejsze wnioski. - Nie chodzi o to, kto inny to ocenia.  odpowiedziałem. - Ja to oceniam. - To nie było obwinianie się, lecz stwierdzenie faktu, który nie miał już znaczenia poza tym, że go zauważyłem.
Zatrzymałem na niej spojrzenie, widziałem ten błysk w jej oczach i uśmiechnąłem się pod nosem, jak ktoś, kto właśnie sam na siebie zastawił pułapkę i był tego w pełni świadomy.
- Oczywiście, sze zapamiętasz. - Odmruknąłem, to był fakt, z którym nie dało się dyskutować. - I oczywiście, sze uszyjesz tego pszeciwko mnie. - Uniosłem lekko brew. - Liczę na to. Wplost czekam. - Cokolwiek innego byłoby nudne i zupełnie nie w naszym stylu, dlatego przeszło mi to przez usta tak gładko, jakbym wcale nie musiał się nad tym zastanawiać - w rzeczy samej - skoro Prue dała mi wcześniej podobną możliwość, ja też nie zamierzałem jej tego odmawiać, wbrew pozorom, lubiłem mieć z nią mniej więcej równy oręż.
A potem padło to jedno zdanie.
„Chcę pierścionek.”
I to wystarczyło.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
25.03.2026, 21:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2026, 21:43 przez Prudence Fenwick.)  

- Tak, mam więcej czasu, do tego jestem w stanie idealnie je odtworzyć w swojej głowie nawet kiedy nie ma Cię obok, jednak można znaleźć jakieś plusy w mojej przypadłości. - Nie mówiła o tym jak o chorobie, z początku wiadomość o tym, że jest inna niż większość osób nieco w nią uderzyła, z czasem do tego przywykła, a nawet nauczyła się czerpać z tego korzyści. Jasne, zdarzało jej się odpływać, gubić w swoich myślach, zawieszać się nawet wtedy kiedy bardzo tego nie chciała, ale doceniała też to, co mogła z tego wyciągnąć, a tak się składało, że pamiętała dosłownie wszystko, no może poza momentami, w których była skrajnie pijana i urywał się jej film, ale te zdarzały się Prudence naprawdę rzadko, może kilka razy w życiu, bo nie znosiła tracić kontroli.

- Nie masz dla mnie litości, nie, żeby mnie to dziwiło. - Sama skorzystałaby z podobnej okazji, gdyby tylko się nadarzyła. Jakoś sobie  z tym poradzi, nawet jeśli to bardzo spontanicznie rzucone zdanie będzie ciągnęło się za nią do końca życia. Nie wątpiła nawet przez sekundę, że Benjy nigdy nie wyprze tego z pamięci. Sama włożyła mu sztylet w dłoń, pozostawało czekać, kiedy w nią nim uderzy.

- To bardzo optymistyczny scenariusz, ale nie zamierzam oponować. Słowo się rzekło, masz rację. Pozostaje więc wziąć za nie odpowiedzialność. - Nie miała zamiaru się przed tym bronić, to, że nie do końca panowała nad tym, co wychodziło z jej ust w jego towarzystwie było zupełnie inną sprawą, już tak miała kiedy czuła się przy kimś pewnie, że nie analizowała jakoś specjalnie tego, co mówiła. To pewnie już nigdy się nie zmieni, na pewno pojawi się jeszcze więcej złotych myśli z których będzie mógł skorzystać.

- Znowu pokazuje jak bardzo jesteśmy ze sobą kompatybilni. - Nie mogła sobie odmówić tego komentarza. Kontrastowali ze sobą praktycznie na wszystkich życiowych płaszczyznach, a zupełnie im to nie przeszkadzało, nauczyli się akceptować te różnice, nie roztrząsali tego, co najważniejsze to faktycznie działało w ich przypadku. Doskonale się przecież ze sobą dogadywali. Jak widać miłość czasem może połączyć ze sobą osoby, które na pierwszy, czy nawet drugi, a może i trzeci rzut oka mogą do siebie zupełnie nie pasować. Każde z nich przeżyło swoje, dość mocno zostało pokiereszowane przez przeszłość, jednak to tylko jeszcze bardziej ich ze sobą spoiło.

- Gdybyś miał jakieś wcześniej, to mógłbyś się nad tym zastanawiać. - Nie mieli zbyt wiele czasu na przemyślenie swoich decyzji, to działo się bardzo szybko, zupełnie niespodziewanie. Raczej nie mogli przewidzieć tego, że postanowią ledwie miesiąc po swoim ponownym spotkaniu zostać małżeństwem, chociaż spotykały ich różne rzeczy, to było jednak dość mocno chaotyczne nawet jak i na nich.

- Wszystko przed nami, nie wątpię, że otoczenie prędzej, czy później zacznie mieć nas dość, a ignorowanie wszystkich dookoła mamy już w jednym palcu, nie musimy być starym małżeństwem, żeby to robić, tak właściwie to się już dzieje. - Od samego początku nie mieszali nikogo w to, co się między nimi działo, nie mówili zbyt wiele o swoich deklaracjach, czy uczuciach, mieli ochotę wziąć ślub to go wzięli, nie pytali nikogo o aprobatę. To doskonale odzwierciedlało to w jaki sposób się traktowali. - Skoro tak twierdzisz, kimże jestem, żeby Ci tego odmawiać. - Nigdy nie mieli sprawdzić tego, co by było gdyby, jednak całkiem ciekawą perspektywą było wyobrażanie sobie tego, że to wszystko mogło wydarzyć się dużo wcześniej, gdyby potrafili tylko wtedy ze sobą rozmawiać. Młodość jednak rządziła się swoimi prawami, była po to, aby popełniać błędy, jak widać jednak, co się odwlecze to nie uciecze, bo w końcu skończyli z obrączkami na palcach.

- Nie wiem, czy osobowość jest w Tobie najbardziej przekonującą cechą. - Rzuciła jeszcze zaczepnie, mierząc go przy tym wzrokiem od stóp do głów. Tak właściwie to chyba chodziło o cały pakiet, jaki się na niego składał, a mało kto posiadał tak wiele atrakcyjnych cech zarówno jeśli chodzi osobowość, jak i inne rzeczy. Odruchowo przygryzła dolną wargę, kiedy tak mu się przyglądała, zawiesiła się też przy tym na krótką chwilę.

- Ma swoje granice, dobrze jednak, że nikt poza Tobą nie zdaje sobie z tego sprawy, to mogłoby popsuć opinię na mój temat. - Lubiła kiedy inni myśleli o niej, jako o kimś rozsądnym, kto potrafił stawiać na swoim, jednak i ona miała swoje słabości, a największą z nich był jej osobisty mąż.

- Szkoda czasu na półśrodki. - Nie mogła się z tym nie zgodzić, zważając na to, ile czasu stracili przez to, że nie potrafili się ze sobą do końca porozumieć, teraz, gdy wszystko było jasne, kiedy postanowili sięgać po to, co im się należało, to mogli to robić tylko w ten najbardziej właściwy sposób, czyli biorąc wszystko.

- Jakże mogłabym jej nie docenić? Nie mogłeś wybrać lepiej. - W tamtym momencie, ani w żadnym innym. Dostała zamiast pierścionka bardzo praktyczny sztylet, który był dla niego ważny, który przeżył z nim wiele, który mógł jej opowiedzieć wiele historii, musiała docenić finezję. Nie istniał pierścionek, który mógłby się z tym równać i nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Naprawdę uważała, że nic nie mogło tamtego wieczora pójść lepiej.

- Uprzedzę Cię, jak spróbuję wprowadzić nowy poziom wtajemniczenia, to jeszcze nie jest ten moment. - Uśmiechnęła się przy tym. Zdarzało jej się czasem głośno myśleć, rozmawiać ze sobą, to było całkiem typowe, jednak rzadko kiedy zdarzało się w towarzystwie kogokolwiek, zazwyczaj bowiem prowadziła tylko w swojej głowie bardzo długie dyskusje.

- Nie wątpię, posiadanie takiej ilości rodzeństwa może być bardzo problematyczne, ja czasem ledwie dawałam sobie radę z Eliasem, u Ciebie to musiało być dużo bardziej skomplikowane, szczególnie, że byłeś jedynym chłopakiem w tym królestwie dziewcząt. - Nie mogła nie spróbować go sobie wyobrazić w tym całym chaosie, który musiał panować w jego domu. Dziewczęta w pewnym wieku bywały naprawdę intensywne, a taka ich ilość w jednym miejscu... mogła doprowadzić do różnych stanów. Udało mu się to jednak przetrwać, podejrzewała, że między innymi dlatego żadne potwory nie były mu straszne.

- Pewnie sporo się nasłuchałeś, i tak, to na pewno wiele uczy, pewne rzeczy stają się nawykami, czy odruchem. - Być może łatwiej mu było dzięki temu odczytywać potrzeby kobiet, skoro od młodych lat był nimi otoczony, to na pewno zwrócił uwagę na pewne zachowania, czy oczekiwania. Widział więcej.

- Dobrze, że charakteru raczej nigdy nam nie zabraknie. - Nie musieli się więc przejmować tym, że kiedyś będą skazani na to, aby zwracać uwagę na etykietę, na całe szczęście, Prue nie do końca odpowiadało dopasowywanie się do ogólnie przyjętych norm, nie kiedy już zaczęła całkowicie z tego wychodzić i przestała zastanawiać się nad tym, czy inni zaakceptują podejmowane przez nią decyzje. To było już za nią.

- Podejrzewam, że Twoja ocena może być jeszcze bardziej krytyczna od każdej innej. - Bywał wobec siebie ostry, co wcale jej nie umykało, dużo od siebie oczekiwał.

- Doskonale, na pewno się tego doczekasz, nie mogłabym nie skorzystać z takich możliwości, teraz tylko musi nadarzyć się ku temu okazja. - Będzie miała to z tyłu głowy, kiedy nie spodoba mu się nowa lampa, którą widziałaby w ich sypialni, ewentualnie nowy dywan do przedpokoju o bardzo jaskrawych kolorach, na pewno wymyśli coś odpowiedniego.

Ruszyli się w końcu przed siebie, sprzed tej witryny przy której na moment utknęli, cały dzień praktycznie mieli przed sobą, ale jeśli dalej tak pójdzie to niewiele dzisiaj zobaczą. - Skoro postanowiliśmy dzisiaj kupić wycieczkę w ciemno, znaleźć pierścionek, to może po prostu urządzimy sobie drobne zakupy, tak rozrywkowo. - Nie, żeby przepadała za taką formą spędzania czasu, ale dzisiaj wydawało jej się być nie najgorszym pomysłem.


Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4734), Prudence Fenwick (4043)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa