25.03.2026, 22:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2026, 22:55 przez Aaron Andrew Moody.)
Rezydencja Lucy Rosewood w hrabstwie Somerset, okolice Bath
– Do broni, bracia dziś, zewrzyjcie szyki wraz, i marsz, i marsz! By ziemię krwią napoić, przyszedł czas – zanucił ochryple Aaron Moody, wsłuchując się przez chwilę w echo swego własnego głosu, odbijającego się od ścian starego opactwa. Z podziwem rozejrzał się wokół, doceniając kunszt architekta, który musiał przystosować rezydencję do potrzeb jej mieszkańców. Patrzył z podziwem, może też nieco z kpiną, bo nie wyobrażał sobie życia na takiej przestrzeni. Nigdy nie był człowiekiem, który lubowałby się w zbytku. Może dlatego z ust jego spłynęły słowa Marsylianki, zdające się w tym wszystkim zwyczajnie żartobliwymi. Ale Moody zawsze miał ciężki dowcip.
– Nie przepadam za kościołami, ale muszę przyznać, że mają dobrą akustykę. – Jak gdyby nigdy nic pokiwał z uznaniem głową w stronę gospodarza. No tak, wampiry miały rozmach. Nawiedzone dwory, kolekcje gromadzonych przez lata antyków, pamięć o trwaniu, choć bez trwania. Aaron Moody uważał, że wampiry były niewygojonymi bliznami na powierzchni historii. Od nich tylko zależało, czy będą bliznami wstydliwymi, ukrywanymi przed oczami innych, czy bliznami prezentowanymi dumnie w pełni swej krasy, jako pamiątka czynów chwalebnych. Bo przecież nie wszystkie blizny były złe. Nie wszystkie wampiry takie były. Aaron zawsze uważał, że to nie krwią żywią się tak naprawdę, lecz esencją życiową. Może dlatego tak łatwo przyszło mu zwrócić się o pomoc do słynnego wampirzego doktora w sprawie Madeleine, gdy wszystko zdawało się już zawodzić. Aaron Moody zawsze wierzył, że droga do prawdziwej wielkości prowadzić musi poprzez obsesję. A kto lepiej znał się na krwi niż wampir, pożądający jej ponad wszystko w zmierzchu swej ziemskiej egzystencji? Ponad dwadzieścia lat minęło od śmierci Madeleine. Dla Gabriela wszystko to wydarzyło się wczoraj zaledwie, ale dla Aarona zdawało się straszliwie wręcz odległym. Ludzkie sprawy w perspektywie wieczności nie były dla wampira niczym więcej jak wyrwanym z kontekstu wspomnieniem słońca.
– To może ja lepiej buty zdejmę – rzucił na wejściu Aaron, odstawiając skrzynkę z narzędziami, żeby się rozbuć. – Chyba, że planujesz też cyklinowanie parkietów. To co się tam w końcu u was stało?
!Strach przed imieniem
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.