29.03.2026, 23:22 ✶
— Oczywiście, ze się przejmą. W dokumentach wszystko musi się zgadzać, co do pojedynczej litery — odbił bez zastanowienia argument ducha.
Nie obawiał się konsekwencji swoich działań ze strony szefostwa. Raczej nie wlepiliby mu nagany za to, że skupił się na załatwianiu swojego głównego zlecenia niż wchodzeniu w negocjacje z duchem, które według urzędu nawet tutaj nie było. Oczywiście, zapewne to na niego spadłby obowiązek wyśledzenie Turpina i zamknięcia w go w naczyniu, ale to należałoby do jego codziennych obowiązków. To nie była żadna kara. Turpin nie groził mu więc niczym, czego mógłby się w tej chwili bać. Spojrzenie Macmillana momentalnie oderwało się od ducha, gdy brygadzistka zaczęła się wycofywać. Cóż to miało być? Tchórzostwo? Z-D-RA-D-A?
— Jak na wzorową funkcjonariuszkę, to bardzo łatwo poddałaś się bezpodstawnym naciskom zewnętrznym — stwierdził, postanawiając nie zadawać dodatkowych pytań.
Jego zdaniem obecne zachowanie panny Longbottom wywodziło się z frustracji. Złości wywołanej opieszałością machiny biurokratycznej ich obecnego miejsca pracy, konsekwencjami Spalonej Nocy, jak i tymi problemami, które już czekały na nią na horyzoncie. I na niego zresztą też. Sebastian wypuścił powoli powietrze przez usta. Samhain zbliżała się nieubłaganie, a wraz z nim rozliczenie się z problemami Zimnych...
A jego badania dalej tkwiły w martwym punkcie, pomiędzy rozgrzebanym badaniem archiwów kowenu, a wyciąganiem wniosków z tego, co się obecnie działo na Polanie Ognisk. W duchu liczył, że wszystkie brakujące elementy układanki same wskoczą na miejsce w odpowiedniej chwili, jednak nawet on czuł już na sobie presję czasu. Mężczyzna pokręcił powoli głową.
— Ja bym nie chciał być zamknięty na cmentarzu w Little Whinging — mruknął Sebastian po dłuższej chwili w odpowiedzi na komentarz Brennę. Wbił zmęczone spojrzenie w półprzezroczyste widziadło pana Turpina, próbując jakoś ''dopasować'' go do jakiegoś porządnego cmentarza. — Proponuje cmentarz świętego Swituna pod Oksfordem. Niezbyt duży, na uboczu i z ładnym widokiem na miasto po drugiej stronie rzeki. Z tego, co wiem, pochowano tam parę osób z Shackleboltów i Skamanderów. — Zamyślił się na chwilę. — Nie wszyscy przeszli na drugą stronę, więc mógłby pan liczyć na jakieś doraźne towarzystwo.
O ile duchowi spodobał się ten pomysł, Macmillan przywołał do siebie ruchem dłoni swoich asystentów. I tak zmarnował już wystarczająco dużo czasu, próbując dojść do porozumienia z tym duchem. Chciał jak najszybciej załatwić kwestię umieszczenia madame Turpin na cmentarzu, toteż procedurę przerzucenia jej małżonka do nowego miejsca zamieszkania zamierzał pozostawić Alice i Damienowi.
— Aż mnie zastanawia, jak wyglądały ich codzienne rozmowy w domu — skomentował przyciszonym głosem, przecierając wolną dłonią zmęczoną twarz, zgrabnie omijając siniaka pod okiem.
Nie obawiał się konsekwencji swoich działań ze strony szefostwa. Raczej nie wlepiliby mu nagany za to, że skupił się na załatwianiu swojego głównego zlecenia niż wchodzeniu w negocjacje z duchem, które według urzędu nawet tutaj nie było. Oczywiście, zapewne to na niego spadłby obowiązek wyśledzenie Turpina i zamknięcia w go w naczyniu, ale to należałoby do jego codziennych obowiązków. To nie była żadna kara. Turpin nie groził mu więc niczym, czego mógłby się w tej chwili bać. Spojrzenie Macmillana momentalnie oderwało się od ducha, gdy brygadzistka zaczęła się wycofywać. Cóż to miało być? Tchórzostwo? Z-D-RA-D-A?
— Jak na wzorową funkcjonariuszkę, to bardzo łatwo poddałaś się bezpodstawnym naciskom zewnętrznym — stwierdził, postanawiając nie zadawać dodatkowych pytań.
Jego zdaniem obecne zachowanie panny Longbottom wywodziło się z frustracji. Złości wywołanej opieszałością machiny biurokratycznej ich obecnego miejsca pracy, konsekwencjami Spalonej Nocy, jak i tymi problemami, które już czekały na nią na horyzoncie. I na niego zresztą też. Sebastian wypuścił powoli powietrze przez usta. Samhain zbliżała się nieubłaganie, a wraz z nim rozliczenie się z problemami Zimnych...
A jego badania dalej tkwiły w martwym punkcie, pomiędzy rozgrzebanym badaniem archiwów kowenu, a wyciąganiem wniosków z tego, co się obecnie działo na Polanie Ognisk. W duchu liczył, że wszystkie brakujące elementy układanki same wskoczą na miejsce w odpowiedniej chwili, jednak nawet on czuł już na sobie presję czasu. Mężczyzna pokręcił powoli głową.
— Ja bym nie chciał być zamknięty na cmentarzu w Little Whinging — mruknął Sebastian po dłuższej chwili w odpowiedzi na komentarz Brennę. Wbił zmęczone spojrzenie w półprzezroczyste widziadło pana Turpina, próbując jakoś ''dopasować'' go do jakiegoś porządnego cmentarza. — Proponuje cmentarz świętego Swituna pod Oksfordem. Niezbyt duży, na uboczu i z ładnym widokiem na miasto po drugiej stronie rzeki. Z tego, co wiem, pochowano tam parę osób z Shackleboltów i Skamanderów. — Zamyślił się na chwilę. — Nie wszyscy przeszli na drugą stronę, więc mógłby pan liczyć na jakieś doraźne towarzystwo.
O ile duchowi spodobał się ten pomysł, Macmillan przywołał do siebie ruchem dłoni swoich asystentów. I tak zmarnował już wystarczająco dużo czasu, próbując dojść do porozumienia z tym duchem. Chciał jak najszybciej załatwić kwestię umieszczenia madame Turpin na cmentarzu, toteż procedurę przerzucenia jej małżonka do nowego miejsca zamieszkania zamierzał pozostawić Alice i Damienowi.
— Aż mnie zastanawia, jak wyglądały ich codzienne rozmowy w domu — skomentował przyciszonym głosem, przecierając wolną dłonią zmęczoną twarz, zgrabnie omijając siniaka pod okiem.