• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[Spalona Noc, 9.09] Henry & Odile

[Spalona Noc, 9.09] Henry & Odile
malfoy z temu
You've got so much to do
And only so many hours in a day
wiek
20
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Fotograf
1,85 m wzrostu, włosy [s]wcale nietlenione[/s] jasne, kręcone, zawsze w lekkim chaosie; błękitne oczy. Ubrany zazwyczaj w koszulę i dżinsy, często nosi krawat, skórzaną kurtkę i aparat fotograficzny zawieszony na pasku na szyi.

Henry Lockhart
#1
04.04.2026, 14:28  ✶  
9.09.1972, Spalona Noc
Niemagiczny Londyn

To była ostatnia przeprawa. Henry wracał do domu.

Powoli człapał w kierunku dzielnicy Hackney, doszczętnie wycieńczony. Wszystko, co działo się tej nocy wydawało się złym snem, z którego niestety nie dało się wybudzić. Już zdążył przyzwyczaić się do smrodu dymu i pieczenia w oczach. Komunikacja miejska nie funkcjonowała, a w takim czasie nie był w stanie się teleportować. Rower zostawił wcześniej w Dziurawym Kotle. Miał nadzieję, że z knajpą nic złego się nie działo.

Nie spodziewał się, że koszmar tej nocy jeszcze się nie skończył.

Skręcił z bocznej alejki w szeroką ulicę, jedną z głównych dróg Hackney. Miało minąć około piętnaście minut, może dwadzieścia, zanim znajdzie się już w domu. Miał nadzieję, że mieszkanie było całe. Już za dużo się złego naoglądał. Może przynajmniej tym razem los nie będzie dla niego okrutny? Nadzieja jednak szybko wygasła. Na ulicy zgromadziło się strasznie dużo ludzi. Henry poczuł, że zrobiło się mu słabo. Nigdy nie lubił tłoku, a w tym momencie takie miejsca były po prostu niebezpieczne. Przejść musiał jak najszybciej, by nie narazić się na żadne niebezpieczeństwo.

Przepchał się między ludzi, wywołując kilka oburzonych okrzyków. Nie obchodziło go to, był zbyt zmęczony. Marzył tylko, by położyć się we własnym łóżku, zmyć z siebie ten obrzydliwy popiół. Czuł się brudny, podejrzewał też, że pachniał nie za przyjemnie. Mięśnie nóg i pleców bolały już go po dzisiejszym treningu, a teraz... nie nadawały się chyba do niczego przez najbliższe kilka dni.

Najwidoczniej ludzie starali się przejść do tuneli metra, schronić się w nich. Tam podobno kryli się przed atakami bombowymi, więc teraz chcieli postąpić podobnie. Henry szedł w przeciwną stronę niż oni. I być może to go zgubiło.

Nagle z rozmyślań wyrwał go rozbrzmiewający z oddali huk. Reakcja tłumu była natychmiastowa. Ludzie zaczęli szarżować w kierunku przeciwnym, w którym szedł Henry. Przerażony chłopak, spróbował rzucić się w bok, jednak to niewiele dało. Oni byli wszędzie, biegli w panice, chcieli ratować swoje życie nawet kosztem czyjegoś. Chłopak jednak się nie poddawał. Przepychał się, byle przylgnąć do pobliskiego budynku i tam przeczekać zawieruchę. Już prawie tam trafił, gdy nagle ktoś nieznajomy podłożył mu nogę. Henry wywrócił się do przodu, podparł się dłońmi o kostkę brukową. Zdarł sobie dłonie do krwi. Adrenalina jednak znów krążyła w jego żyłach. Spróbował szybko podnieść się i iść dalej. Kiedy wyprostował lewą rękę, na której niechybnie oparł ciężar ciała, poczuł ból, jakiego chyba jeszcze nigdy w życiu nie czuł. Towarzyszyło mu nieprzyjemne, ostre chrupnięcie. Jego przedramię  zaczęło płonąć. Mimo to, Henry wykorzystał resztki sił, by odciągnąć się poza zasięg biegnącego tłumu. Ten zresztą po niedługiej chwili się rozrzedził.

Chłopak doczołgał się do pobliskiego budynku, podniósł się do siadu i oparł plecy o ścianę. Zostawił po sobie ślad krwi, dłonie miał rozharatane, a przedramię... Nie kryła go już koszulka, wcześniej przecież podwinął rękawy. Doskonale więc widział wystającą z zakrwawionego ciała kość. Nie mógł ruszać ręką, przekrzywiła się bowiem pod nieludzkim kątem. Henry nie miał już nawet siły, by krzyczeć o pomoc.
last responder
Are we magic or science?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
niewymowny, magimedyk
175 cm wzrostu, czarne oczy i włosy. Kiedy nie ma na sobie fartucha laboratoryjnego, nosi się raczej w męskim stylu. Czuć wokół niej woń papierosów.

Odile Fawley
#2
05.04.2026, 19:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.04.2026, 20:42 przez Odile Fawley. Powód edycji: dodałam dopisek przewagi, z której korzystam )  
Odile była zmęczona.

Dzisiejszy dzień miał zostać poświęcony na relaks i przyjemności, czyli prowadzenie jej własnych, nieautoryzowanych badań. Ostatnio brakowało jej czasu, żeby móc porządnie zabrać się za ten research, więc pierwszy raz od dawna postanowiła wziąć dzień wolny od pracy. Fawley co prawda nie była typem pracoholika, lecz zwyczajnie interesowało ją to, czym zajmowała się w Departamencie Tajemnic. Niestety, im ciekawszy przedmiot badań, tym więcej wysiłku trzeba było w nie włożyć i finalnie brakowało energii na inne zajęcia (tym bardziej, że czasami trzeba było siedzieć nad jednym projektem do późnych godzin). Taki stan rzeczy jednak szybko doprowadziłby ją do wypalenia, a zatem dzień przerwy wydawał się odpowiednim remedium. Poza prywatnymi badaniami, mogłaby wykorzystać ten czas na zakupy oraz posprzątanie mieszkania. Wieczorem, kiedy już wszystko byłoby ogarnięte, spokojnie odpoczęłaby nad książką.


Najwyraźniej jednak nie było jej dane odpocząć tego dnia, ponieważ od siedmiu godzin była na nogach, próbując ocalić cokolwiek się dało przed apokalipsą.

Gdy w Londynie pojawiły się pierwsze pożary, Odile od razu rzuciła wszystko, co do tej pory robiła i zaczęła zbierać swój najcenniejszy dobytek w celu ewakuacji. Zanim zdążyła skończyć pakowanie, ogień szybko wdarł się do jej mieszkania. Fawley musiała myśleć szybko, inaczej wszystko ległoby w płomieniach. Rzuciła więc zaklęcie mające zmienić strukturę ścian oraz mebli w hartowane szkło i choć nie był to najbardziej przemyślany plan, najwyraźniej zadziałał. Szczęśliwie materiał trudno zapalny w połączeniu z zamkniętymi oknami oraz drzwiami ograniczył rozprzestrzenianie ognia do tego stopnia, że Odile mogła sama sobie z nim poradzić. Gdyby wcześniejszy czar transmutacji się nie udał, zapewne umarłaby w pułapce płomieni... Teraz jednak nie było czasu na ponure rozmyślania; posiadała przecież umiejętności, które są niezastąpione w tak krytycznej sytuacji. Po upewnieniu się, że jej dobytek jest zabezpieczony przed kolejnymi falami ognia, Fawley chwyciła podręczny zestaw do pierwszej pomocy i ruszyła w sponiewierane pożarami miasto.

Wbrew temu, co uważali jej bracia oraz niektórzy współpracownicy, Odile interesowali nie tylko zmarli. Nie była przecież zupełnie pozbawiona moralności (w przeciwieństwie może do innych członków rodziny) i spędziła dobrych parę lat w Mungu ucząc się jak leczyć innych. Co prawda nie pracowała obecnie jako uzdrowiciel, więc niektóre rzeczy z pewnością zapomniała, ale wciąż potrafiła udzielić pierwszej pomocy lepiej od przeciętnego czarodzieja. Zwłaszcza, że skurwysyny w maskach mogły atakować swoje ofiary także czarnomagicznymi zaklęciami...

Fawley planowała szukać potrzebujących najpierw w okolicy swojego mieszkania w Chelsea, a następnie stopniowo poruszać się w stronę Charing Cross Road. Ostatecznie jednak biegła wszędzie tam, gdzie słyszała wołanie o pomoc. Zajmowała się wszystkimi: poparzonymi w płomieniach, ofiarami bezpośrednich ataków, a nawet tymi po prostu spanikowanymi, których należało uspokoić. Najcięższe obrażenia były niestety poza jej kompetencjami i w takich przypadkach po udzieleniu podstawowej pomocy, kierowała rannych do Munga. Szczerze mówiąc, nie była pewna czy szpital jeszcze jakkolwiek funkcjonował albo czy przynajmniej wciąż przyjmował potrzebujących, lecz nie mogła zrobić nic innego.

W pewnym momencie wpadła w stan absolutnego skupienia; nie zrażał jej już nawet widok wszechobecnego zniszczenia i rozpaczy, liczyło się tylko pomaganie innym. Straciła rachubę czasu, zapuszczając się w głębię miasta, do dzielnic, których do tej pory nie odwiedzała. Jak długo już trwała ta noc? Parę godzin a może parę miesięcy? Wydawało się, że ten koszmar nigdy się nie skończy, a ona mogła tylko brnąć przed siebie, by pomóc jak największej liczbie osób.

Co dziwne, w porównaniu do większości mieszkańców Londynu, Odile zdawała się mieć niesamowite szczęście. Mimo siejących żniwo płomieni, udało jej się spędzić tę noc praktycznie bez szwanku. Uniknęła zarówno zmiażdżenia przez walące się kamienice jak i stratowania przez spanikowany tłum. Nie padła nawet ofiarą bezpośredniego ataku fanatyków Voldemorta, choć status jej krwi nie był sekretem (może dla wielmożnych panów nie była wystarczająco ważna?).

Niezależnie jednak od tego, jak dużego szczęścia by nie miała, zmęczenie w końcu musiało dać się jej we znaki. Adrenalina, która przez ostatnie godziny pchała do działania, stopniowo zaczęła opuszczać jej ciało. Odile poczuła potrzebę, by stanąć na chwilę i zapalić papierosa. Jakby nie było ci mało dymu i ognia na dzisiaj, pomyślała zaciągając się, oparta o ścianę budynku, który wyglądała w miarę solidnie. Rozejrzała się po otoczeniu. Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje; chyba w Hackney? Nie, żeby to miało teraz jakieś większe wrażenie. Pojeby w maskach chyba już się uspokoiły, ponieważ płomienie zdawały się bardziej dogorywać niż płonąć. Ale rannych wciąż nie ubywało... Jak długo jeszcze będzie na siłach? Przy którym potrzebującym powie "nie dam rady"?

W rozmyślań wyrwał ją odgłos huku z oddali, a następnie zbliżające się krzyki. Fawley, przeczuwając co nadciąga, przylgnęła bliżej do ściany, by uniknąć bycia porwaną przez tłum. Tej nocy widziała już parę przypadków ludzi stratowanych przez taki tłok, więc nie zamierzała ryzykować swojego zdrowia. Zamiast tego przeczekała, aż tłum się przerzedzi i zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu kolejnych rannych. Kiedy jej wzrok natrafił na chłopaka siedzącego po przeciwnej stronie ulicy, od razu zaczęła skanować otoczenie w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń. Upewniwszy się, że dookoła jest bezpiecznie, podeszła do rannego chłopaka.
– Hej, słyszysz mnie? – spróbowała nawiązać kontakt, szykując od razu sprzęt do zaopatrzenia rany. – Jestem uzdrowicielem, pomogę ci. – powiedziała, klękając obok niego.

Przewaga: leczenie (III)
malfoy z temu
You've got so much to do
And only so many hours in a day
wiek
20
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Fotograf
1,85 m wzrostu, włosy [s]wcale nietlenione[/s] jasne, kręcone, zawsze w lekkim chaosie; błękitne oczy. Ubrany zazwyczaj w koszulę i dżinsy, często nosi krawat, skórzaną kurtkę i aparat fotograficzny zawieszony na pasku na szyi.

Henry Lockhart
#3
07.04.2026, 16:19  ✶  
Siedział przez chwilę pod ścianą budynku i bynajmniej nie oczekiwał cudu. Nie miał właściwie jak myśleć o zrządzeniach losu o tajemniczych ścieżkach przeznaczenia. Właściwie nie był w stanie odczuwać czegokolwiek innego niż paraliżujący, przeszywający na wskroś ból. Krew ciekła mu po przedramieniu, skapywała na nogawkę dżinsów, tworząc w połączeniu z pyłem, czarne, pojedyncze plamki. Wstrząsał nim dreszcz, było mu raz zimno, raz gorąco. Na czoło wstąpiły mu kropelki potu, zęby zacisnęły się, a w płucach brakowało powietrza. Czy miał zginąć tu, pod tą ścianą? Wykrwawić się powolutku? Nie byłby pierwszą ofiarą tej nocy, która nie skończyła jeszcze dwudziestu lat.

Wtedy zobaczył kobietę. Widział jej twarz jak we mgle. Podbiegła do niego. Miała kruczoczarne włosy i torbę lekarską. Czy on... czy sobie ją wyobraził? Nie mógł mieć przecież takiego szczęścia. Chociaż... czy w tej sytuacji można w ogóle mówić o szczęściu? Głos nieznajomej brzmiał, jakby mówiła przez niewidzialną barierę. Dotarł do Henia dopiero po chwili. Przedarł się przez pulsowanie krwi w jego uszach.

– Ja... Tak, słyszę – wydusił. Chciał wrócić do domu. Do dziadków. Do rodziców. Do Brynji. Tęsknił za swoją rodziną. Chciał, żeby ktoś przytrzymał go za zdrową rękę. Powiedział, że wszystko będzie dobrze. – Moja... Moja ręka. Oni po niej przebiegli...

Głos chłopaka drżał, w oczach czaiły się kropelki łez. Nie dawał już sobie rady. Był tak zmęczony, że ledwo oddychał. Wtedy poczuł senność, tak dziwną, ale tak właściwą... Co jeśli by zasnął? Czy obudziłby się? Czy to było teraz ważne? Zmrużył oczy. Światło dobiegające z pobliskiej latarni strasznie go raziło. Aż kręciło mu się w głowie.
last responder
Are we magic or science?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
niewymowny, magimedyk
175 cm wzrostu, czarne oczy i włosy. Kiedy nie ma na sobie fartucha laboratoryjnego, nosi się raczej w męskim stylu. Czuć wokół niej woń papierosów.

Odile Fawley
#4
10.04.2026, 20:37  ✶  
Złamanie otwarte nie było najgorszą rzeczą, jaką Odile widziała w życiu. Po tylu latach doświadczenia, nie zrażał jej już widok krwi ani odsłoniętej kości. Podczas pracy w biurze koronera, miała okazję brać udział w sekcjach ofiar brutalnych ataków, które szokowały nie tylko ilością ran ale także sadystycznością ich zadania. Rozkrajała ciała topielców, wykopane z grobu zwłoki w trakcie rozkładu, a nawet ghoula (zresztą bardzo ciekawy z perspektywy naukowej okaz, ponieważ jego głowa została przyszyta do innego ciała). W przeciwieństwie do większości ludzi, nie brzydziła się pracą z trupami (zapewne przez wpływ częstych wizyt w rodzinnym Mauzoleum). Nie, Fawley o wiele bardziej od swądu umarlaków denerwowali żywi pacjenci. Zmarli najczęściej po prostu leżeli na stole sekcyjnym (wyjątek stanowiły żywe trupy), a zwykli ranni potrafili robić wszystko, by tylko utrudnić leczenie. Na przykład tacy geniusze, którzy wsadzali sobie różdżkę w tyłek i potem sprzeciwiali się jej wyjęciu. Oczywiście, czasami działo się to nieświadomie pod wpływem silnych emocji. Podczas tej nocy wiele razy musiała już uspokajać rozhisteryzowanych ludzi, którzy byli zbyt spanikowani by dać się wyleczyć. Miała nadzieję, że chłopak okaże się być inny, bo męczyło ją to ciągłe użeranie się osobami zachowującymi się irracjonalnie.

– Tak, widziałam. – szczęśliwie ranny był na tyle świadomy, by móc opisać sytuację. Szybko zaczął jednak tracić przytomność, więc Odile delikatnie pacnęła go w policzek (normalnie potrząsłaby za ramiona, ale nie chciała jeszcze bardziej uszkodzić złamanej ręki). – Nie odlatuj mi tu. Będziesz mógł pospać, jak założę opatrunek. – pochyliła się na tyle blisko, że zapewne poczuł jej oddech pachnący papierosami. Zapach szlugów mógł być jednak dla niego przyjemniejszy od odoru krwi i spalenizny.

Przy tego typu złamaniu w pierwszej kolejności należało zatamować krwotok, więc Fawley zabrała się za zakładanie jałowego opatrunku. Szczęśliwie w swojej przenośnej apteczce miała jeszcze kompresy z gazy i bandaże, choć ich ilości były już na wykończeniu. Starała się bandażować jak najściślej, nie uciskając jednak nadmiernie miejsca złamania. Gdy w końcu udało jej się powstrzymać krwawienie, rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu jakiegoś usztywnienia. Oczywiście, w tym zasmolonym mieście nie było żadnych patyków leżących na ulicy. Była za to cegła, która zapewne odpadła ze zniszczonego budynku. Odile musiała myśleć szybko; czy była gotowa ryzykować zaklęciem transmutacji przed kimś, kto mógł być mugolem? Czy jednak zdrowie brało pierwszeństwo nad przestrzeganiem kodeksu tajności? Ostatecznie zdecydowała się zlitować nad tym nieszczęśnikiem. W najgorszym wypadku spróbuje wmówić chłopakowi, że miał jakieś zwidy ze zmęczenia. Oderwała na sekundę wzrok od rannego, by dyskretnie rzucić zaklęcie przemiany cegły w deskę, którą będzie można unieruchomić złamaną kość.

// Transmutacja IV: zmiana cegły w deskę
Rzut PO 1d100 - 87
Sukces!
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Henry Lockhart (752), Odile Fawley (1260)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa