• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu Biały Wiwern [17/10/72] I got you something from a very reputable dark alley | Benjy, Prue

[17/10/72] I got you something from a very reputable dark alley | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
10.04.2026, 19:33  ✶  
Biały Wiwern nie zmienił się ani trochę od czasu, kiedy ostatni raz przekroczyliśmy jego próg, podczas tamtej pamiętnej nocy, co w gruncie rzeczy było jego największą zaletą. Zapach alkoholu mieszał się z czymś cięższym, trudnym do zidentyfikowania, a przytłumione światło sprawiało, że twarze gości wydawały się ostrzejsze, bardziej podejrzane, jakby każdy miał coś do ukrycia. Kiedy minęliśmy drzwi prowadzące na zaplecze, do moich nozdrzy doleciała również woń czegoś, co w przypływie niezdrowego optymizmu można było nazwać „całkiem sycącą strawą” składającą się z mięsa o wątpliwej jakości, uprzednio obkrojonych warzyw i mączno-ziemniaczanego zapychacza - kiedyś byłoby to całkiem kuszące rozwiązanie na wczesny obiad, ale teraz nawet nie spojrzałem w kierunku karty dań.
Wybrałem stolik w rogu, w kącie, z którego miałem dobry widok na wejście i większość sali, bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej potrzeby - tak już działałem, nawet jeśli nie byłem tu na zleceniu, nie potrafiłem tego wyłączyć - plecy do ściany, przestrzeń pod kontrolą, drogi ucieczki w zasięgu wzroku, dokładnie tak, jak powinno się siadać w miejscach, gdzie nigdy nie wiadomo, kto i po co się pojawi. To był odruch, którego nie dało się oduczyć, chociaż przecież nie byliśmy tu dla interesów ani dla problemów, tylko… Dla siebie.
- Lomantysznie. - Rzuciłem półgłosem, kąciki ust unosząc w tym swoim charakterystycznym, nieco przekornym uśmiechu, kiedy oparłem łokieć o blat. Krzesło zaskrzypiało cicho, kiedy się na nim rozsiadłem, wyciągając nogi trochę dalej niż wypadało i opierając się swobodnie, jakbym był u siebie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
10.04.2026, 19:53  ✶  

Nie mogli ominąć wizyty w Wiwernie, skoro już znaleźli się na Nokturnie. Ostatni raz byli tutaj tamtej pamiętnej nocy... uśmiechnęła się sama do siebie, gdy przekroczyła próg. Przed oczami pojawił się jej obraz, kiedy ostatnio przez nie przechodzili. No, kiedy wyprowadziła stąd Benjy'ego w całkiem cywilizowany sposób, jak na to miejsce.

Nie czuła się tutaj jak u siebie, ale też widać było, że nie jest jej jakoś nieswojo. Bywała w tym miejscu, wiedziała, czego można się po nim spodziewać. Szła za swoim mężem, ignorowała ludzi, których mijali, nie obchodziło jej czego tu szukali i po co się tutaj znaleźli, w końcu był to Nokturn, jedno nieodpowiednio rzucone spojrzenie mogło zacząć niezbyt przyjemną wymianę zdań, która mogła zakończyć się różnie.

Benjy zmierzał w kąt sali, niespecjalnie ją to zdziwiło - znała już jego przyzwyczajenia. Wiedziała, że lubił kontrolować otoczenie, a w takim miejscu było to najłatwiejsze. Mógł obserwować salę, wiedział kto pojawiał się w drzwiach, kto wychodził. Uważała to za dobry wybór, nie lubiła rzucać się w oczy, a dużo łatwiej było wtopić się w tło siedząc z boku.

Usiadła na krześle na przeciwko niego, najpierw jednak dokładnie je obejrzała - kto wie, kto siedział na nim wcześniej i czy przypadkiem nie pozostawił po sobie jakiegoś śladu. Gdy to skontrolowała w końcu na nim usiadła.

- Bardzo romantycznie, dawno nas tutaj nie było. - Dzisiejszy spacer spowodował, że odwiedzili naprawdę dużo miejsc, nie zakładała tego, że będzie to taki intensywnie spędzony czas, ale chyba nie było w tym niczego złego. Benjy nie narzekał na swój stan zdrowia - nie, żeby liczyła na to, że tak będzie, ale i jej obserwacja nie sugerowała, aby przedobrzył. Krótka przerwa w Wiwernie powinna im jednak dobrze zrobić. Pod nogami miała papierową torbę ze swoimi zakupami, nie do końca była z nich zadowolona, pól godziny okazało się być bowiem naprawdę małą ilością czasu na znalezienie czegoś wyjątkowego.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
10.04.2026, 20:33  ✶  
Popchnąłem drzwi i wszedłem pierwszy, odruchowo rejestrując wnętrze. Wiwern nigdy nie był miejscem, do którego się wracało dla przyjemności - wracało się tu z przyzwyczajenia, z potrzeby, czasem z czystej przekory, żeby sprawdzić, czy coś się zmieniło, nawet jeśli Nokturn, na którym znajdował się ten przybytek, na ogół nie produkował nowości, tylko przetasowywał to, co już było. Nic się tu raczej nie zmieniało. Zatrzymałem się na moment przy wejściu, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby, podświadomie pozwalając oczom przyzwyczaić się do półmroku, po czym poprowadziłem ją w głąb sali, bez słowa, instynktownie wybierając miejsce, które dawało mi najlepszy widok na wejście i resztę pomieszczenia. Nie musiałem się nad tym zastanawiać, to wchodziło w krew, lata robienia rzeczy, których nie powinno się robić, w miejscach, gdzie nie powinno się przebywać, uczyły jednego - plecy zostawia się przy ścianie, a oczy tam, gdzie mogą zobaczyć problem, zanim problem zobaczy ciebie.
Usiadłem ciężko w instynktownie wybranym miejscu, rozluźniając się tylko na tyle, na ile pozwalała nam sytuacja i stosunkowo wczesna pora popołudnia, rozciągając nogi pod stołem, jakbym chciał zaznaczyć swoją obecność jeszcze zanim ktokolwiek spróbuje ją podważyć. Przesunąłem spojrzeniem po sali, zanim zatrzymałem je na żonie - niektóre rzeczy się nie zmieniały, niezależnie od tego, czy siedziałem w spelunie na Nokturnie, czy w jakimś egzotycznym, ale równie obskurnym porcie po drugiej stronie świata - stare nawyki nie znikały, szczególnie w miejscach, gdzie jeden błąd mógł kosztować więcej niż tylko dumę. Nie uśmiechnąłem się szeroko, tylko minimalnie, ledwie zauważalnie, widząc sposób, w jaki Pruey zlustrowała krzesło, nim na nim zasiadła.
- Stalam się. Jak widzisz, mam gest. - Odparłem bez większego wysiłku, przenosząc spojrzenie z powrotem na nią. - Nie kaszda piękna pani dostaje landkę w takim miejscu. Wiesz, świece, muzyka, eleganckie towaszystwo. - Przesunąłem dłonią po krawędzi drewnianego blatu, ignorując to, co się do niej lepiło, i oparłem się wygodniej, przyglądając się jej przez chwilę uważniej, splatając dłonie na stole, jakbyśmy naprawdę byli na spokojnej, normalnej randce w przyzwoitym lokalu, a nie w miejscu, gdzie ludzie znikali szybciej, niż zdążono zapamiętać ich twarze. Nieliczni znajdujący się w środku byli dokładnie tacy, jakich można się było spodziewać - zajęci swoimi sprawami, zbyt podejrzliwi, żeby ignorować innych całkowicie, ale też zbyt doświadczeni, żeby szukać problemów tam, gdzie nie było to konieczne. Kilka znajomych twarzy, więcej takich, które lepiej było ignorować - nic, czym warto byłoby się przejmować.
- I? - Rzuciłem krótko, wracając oczami w kierunku ukochanej, jednocześnie skinieniem głowy wskazując na torbę u jej stóp. - To ma byś to, czym plóbujesz mnie pszebiś? - Wrócił ten lekki błysk w spojrzeniu, znajomy, stary, dokładnie taki sam jak kiedyś, kiedy jeszcze wszystko między nami opierało się na tym, kto pierwszy ustąpi, tyle że tym razem nie zamierzałem ustępować wcale - w najlepszy możliwy sposób, no, przynajmniej jak na okoliczności…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
10.04.2026, 20:55  ✶  

Prue w towarzystwie Benjy'ego mogła być mniej ostrożna niż zazwyczaj, nie musiała wiecznie czuwać, pilnować otoczenia. Jasne, to był Noktur zagrożenie mogło czaić się w każdym kącie, normalnie miała takie podejście, ale przy nim czuła się dużo pewniej, bezpiecznie, wiedziała, że nie pozwoli na to, aby stała jej się krzywda. No i mało kto chciałby z nim zadzierać chociażby przez wzgląd na jego aparycję. Gdy pojawiała się tutaj sama, bywało różnie, zdarzało jej się słyszeć pytanie Czy przypadkiem się nie zgubiła. Kiedy był obok nie musiała się tym martwić.

Wiwern wyglądał jak zawsze, nic się w nim nie zmieniło i pewnie nie miało zmienić przez najbliższe lata. To miejsce może nie było szczególnie wyszukane, ale można było w nim zaznać spokoju, jeśli tego właśnie się szukało. Zwłaszcza zajmując stolik z boku, z dala od wszystkich. Tego w tej chwili potrzebowali. Oczywiście, że musiała dokładnie obejrzeć krzesło, niektóre rzeczy się nie zmieniały - Prue lubiła wiedzieć, czy przypadkiem się do czegoś nie przyklei, przywiązywała wagę do szczegółów, była bardzo ostrożna jeśli chodzi o takie rzeczy. Zresztą w tym miejscu każdy powinien być ostrożny, naprawdę nigdy nie wiadomo, kto mógł siedzieć tutaj przed nią.

- Tak, masz gest, a jakże. - Poprawiła się odrobinę na krześle, siedziała wyprostowana, być może nie miała szansy widzieć tego, co działo się za nią, jednak nasłuchiwała, chociaż przecież nie musiała, bo Benjy widział wszystko. - Nie mogłabym wymarzyć sobie lepszego towarzystwa, fakt, aczkolwiek wolałabym, żeby jednak obeszło się bez muzyki. - Spodziewała się, że za muzykę mogliby uznać śpiewy nie do końca trzeźwych klientów, na nie jednak było jeszcze zbyt wcześnie, przynajmniej miała taką nadzieję.

- Tak, taki miałam plan, tym spróbuję Cię przebić. - Starała się brzmieć pewnie, bo oczywiście, że potraktowała to wyzwanie bardzo poważnie, tylko naprawdę obawiała się, że tym razem poległa. Nie była mistrzynią spontaniczności, raczej bardzo dokładnie analizowała kupno jakichkolwiek prezentów, a dzisiaj działo się to bardzo szybko - nie była w swoim żywiole i to mogło spowodować jej niepowodzenie. Nie zamierzała jednak łatwo odpuszczać, nigdy tego nie robiła, zwłaszcza kiedy chodziło o drobną rywalizację z jej mężem. W tym przypadku zawsze starała się wypaść jak najlepiej, zostało w niej to z przeszłości, kiedy konkurowali ze sobą praktycznie na każdej płaszczyźnie. Póki co jednak jeszcze nie sięgnęła po swoją torbę, wypadałoby najpierw coś zamówić, żeby przypadkiem nie pozbyto się ich z tego przybytku - nie, żeby się tego spodziewała, raczej mało kto miałby ochotę do nich podejść. - Będziemy to rozpakowywać na trzeźwo? - Wolałaby tego nie robić, szklaneczka alkoholu na pewno ułatwiłaby podzielenie się tymi niesamowitymi zdobyczami.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
10.04.2026, 21:43  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.04.2026, 21:47 przez Benjy Fenwick.)  
Nie odrywałem od niej wzroku na długo, ale kątem oka cały czas kontrolowałem salę, drzwi, ruchy ludzi przy barze - to wchodziło w krew i już w niej zostawało, nawet jeśli przy obecności zaufanej osoby faktycznie mogłem sobie pozwolić na trochę mniej czujności, nie znaczyło to, że ją wyłączałem.
- Nieplawdasz? - Odparłem, jakbym mówił coś oczywistego, choć w rzeczywistości nigdy się nie starałem w ten sposób. - Masz szczęście. - Rzuciłem lekko, bez cienia skromności, chociaż bardziej ku podtrzymaniu żartu, niż serio, przesuwając spojrzeniem po pomieszczeniu tylko na ułamek sekundy, zanim wróciłem do niej. - Nie zawsze jestem w takiej folmie. - W tym także było pół żartu, pół prawdy, lecz pod innym względem niż mogłoby się wydawać - to nie była wyłącznie głupia zaczepką, nadal nie byłem w pełni sił, ale nie zamierzałem tego rozkładać na czynniki pierwsze - wystarczało, że siedziałem tu prosto i nie było po mnie widać efektów ostatnich wydarzeń, przynajmniej na pierwszy rzut oka, reszta nie miała znaczenia.
Na wzmiankę o muzyce uniosłem lekko brew, kątem oka zahaczając o grupkę przy barze, która już zaczynała być trochę głośniejsza, niż powinna.
- Niestety, oplawa nie zaleszy od nas… Daj im… Hm… Jeszcze kwadlans. - Mruknąłem, spokojnie, niemal lakonicznie. - Potem zacznie się koncelt. - Nie było w tym zgadywania, przypuszczeń ani niczego takiego, tylko pewność kogoś, kto widział takie rzeczy już wystarczająco wiele razy, żeby wiedzieć, jak to się skończy - to było nieuniknione, w każdej lokalnej Wiwernie zawsze prędzej czy później ktoś zaczynał śpiewać, krzyczeć albo robić jedno i drugie jednocześnie. To miejsce miało swoje etapy - najpierw cisza, potem gwar, a na końcu chaos, który dla niektórych był formą rozrywki. Dla mnie… Zależało od dnia.
Zatrzymałem na niej wzrok dłużej, kiedy wspomniała o tym, że rzeczywiście spróbuje mnie przebić, było w tym coś znajomego, coś, co cofało nas o lata, do momentów, kiedy każde z nas chciało być o krok przed drugim. Nadal się podpuszczaliśmy, nadal graliśmy w te same gry, chociaż nie było w tym tej samej ostrości co kiedyś, a ja… Nadal lubiłem wygrywać, nawet w takich głupich, małych rzeczach jak to.
Zerknąłem na jej torbę, potem z powrotem na nią, jakbym oceniał szanse, chociaż nie potrzebowałem wiele, żeby wyrobić sobie zdanie. Nie chodziło nawet o to, co kupiła - chodziło o to, jak do tego podeszła, jak zawsze podchodziła do takich rzeczy. Wiedziałem, że miało być dobrze, naprawdę dobrze, nawet jeśli w tym momencie nie zamierzałem tego powiedzieć na głos.
- Za balso to analizujesz. - Rzuciłem mimochodem, nie próbując jej bezcelowo pocieszać, wypadając tym samym z roli, i zamiast tego przesuwając palcem po krawędzi stołu. - A to nigdy nie działa na twoją koszyść w takich sytuacjach, Bletchley. Wiesz o tym, plawda? - To ostatnie powiedziałem cicho, prawie bezgłośnie, kierując słowa wyłącznie do uszu Prudence. Kącik ust znowu mi zadrżał, lecz nie był to pełny uśmiech, raczej cień, coś na pograniczu krzywego grymasu.
Dopiero kiedy padło pytanie o alkohol, uśmiechnąłem się wyraźniej, tym razem bez ukrywania, i przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, jakbym rozważał to przez ułamek sekundy, chociaż decyzja była oczywista - skinąłem lekko głową w stronę baru, nie odrywając od niej spojrzenia.
- Co dziś pijesz? - To nie było pytanie rzucone w próżnię - zamierzałem to załatwić, zanim ktoś wpadnie na pomysł, żeby podejść do naszego stolika z własnej inicjatywy - zadając je, wyprostowałem się z powrotem, przygotowując się do tego, by wstać i ruszyć w kierunku baru. Temat nie był zamknięty, był jedynie odroczony, oboje wiedzieliśmy, że ta część zabawy dopiero się zaczynała.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
10.04.2026, 23:15  ✶  

- To prawda, mam ogromne szczęście. - Nie było w tym nawet odrobiny kłamstwa, to, co mówiła było zupełnie szczere, bo istotne było to, że byli w swoim towarzystwie, nie liczyło się miejsce, czy cokolwiek innego, a jego obecność. Jeszcze całkiem niedawno to przecież nie było wcale takie oczywiste. Najpierw zawinął się i wyjechał, a później omal nie umarł na jej rękach, miała więc prawo cieszyć się każdą, wspólną chwilą. - Co do formy, tutaj mogłabym z Tobą nieco podyskutować, chociaż nie da się nie zauważyć, że jest całkiem nieźle. - Nie był być może w pełni sił, ale nie najgorzej sobie radził jak na to, co mu się ostatnio przytrafiło. Nie sądziła, że ktokolwiek inny tak szybko by się pozbierał po czymś takim, a on naprawdę dobrze znosił ten dzisiejszy spacer.

- Kwadrans? Jesteś pewny? - Odwróciła się odrobinę, tak właściwie to spojrzała przez ramię na to, co działo się za nimi. Faktycznie niektórzy bawili się już całkiem nieźle, pewnie wystarczy kilka minut, aby naprawdę zaczęli odnajdywać w sobie artystyczne umiejętności, którymi chcieli się podzielić z innymi. Nie do końca jej się to podobało, Prue nie lubiła, kiedy robiło się zbyt głośno, jej myśli były wystarczająco natarczywe, nie potrzebowała kolejnych bodźców, ale jakoś to przetrawi. Grunt, że byli tu razem, jak zwyczajne, młode małżeństwo, znaleźli sobie idealne miejsce na randkę.

Wróciła wzrokiem do swojego męża, uśmiechnęła się, kiedy zaczęła się w niego wpatrywać. Ten dzień był tak zwyczajny, że chyba bardziej by nie mógł i naprawdę się jej podobał, raczej nie przywykli do podobnych dni.

Nie mogła sobie odmówić tej przyjemności. To było przecież dla nich typowe, zawsze ze sobą rywalizowali w ten sposób, chociaż aktualnie było to dużo bardziej zdrowe niż kiedyś. Był taki moment, że zupełnie nie zważali na swoje uczucia, nie patrzyli na słowa, próbowali udowodnić sobie dosyć drastycznie, które z nich ma rację. Na szczęście to już było za nimi, ta chęć wygrywania jednak nadal w nich tkwiła, i dobrze, to dodawało sporo koloru do ich codzienności.

- Nie da się za bardzo analizować. - Nie przestawała mu się przyglądać, oczywiście, że miał inne zdanie na ten temat, jak zawsze stawiał na swoją ulubioną spontaniczność, kiedy to ona próbowała jakoś to rozegrać. Kiedy powiedział kolejne słowa nachyliła się odrobinę, tak by jej twarz znalazła się tuż obok jego twarzy. - To zawsze działa na moją korzyść, czy Ci się to podoba, czy nie, Wish. - Również nieco ściszyła ton swojego głosu, tak aby nikt kto nie powinien nie usłyszał, co mieli sobie do powiedzenia. Poczuła ekscytację, naprawdę uwielbiała stawać z nim w szranki, bez względu na to, czego dotyczyła rywalizacja. To był odpowiedni moment na to, by uwierzyła, że to, co kupiła było odpowiednie, musiała wierzyć w siebie, jeśli chciała wygrać ten ich drobny konkurs.

- Hmmm. - Wymsknęło jej się, tak właściwie to jeszcze nie miała tego do końca przemyślanego. Wiedziała, że chce się czegoś napić, nie wiedziała czego. Cóż, to miejsce skłaniało do podejmowania raczej mało spontanicznych decyzji, nigdy nie można było mieć pewności, co akurat barman będzie miał pod ręką. - Może postawię na klasykę, niech będzie ognista. - Wydawało się to być całkiem proste do podania, a im mniej komplikacji w tym miejscu, tym powinno to lepiej smakować.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
11.04.2026, 01:17  ✶  
Uśmiechnąłem się, zanim jeszcze skończyła mówić, nie był to jednak ten krótki, zdawkowy uśmiech, który rzucałem ludziom w szemranych miejscach, żeby wiedzieli, gdzie jest ich miejsce - ten był inny, lżejszy, bardziej znajomy. I, co gorsza, zupełnie niekontrolowany. Poczułem znajome ukłucie gdzieś pod żebrami, coś między rozbawieniem a czymś znacznie bardziej pierwotnym.
-Mogę ci udowodniś, sze to więcej nisz „nieźle”. - Stwierdziłem z tym znajomym błyskiem w spojrzeniu, który nie miał nic wspólnego z powagą, lecz nie rozwinąłem tego bez potrzeby - oboje wiedzieliśmy, do czego tym zmierzałem, szczególnie po ostatnim tygodniu ciągnącym się tak, jakby w rzeczywistości był całymi latami.
Zerknąłem krótko ponad ramię Prudence, rejestrując to, co działo się za nią - kilku gości było już na etapie, w którym zaczynali uważać się za artystów - po czym parsknąłem cicho pod nosem, kiwając głową.
- Kwadlans. - Potwierdziłem bez cienia wahania. - Mose dwadzieścia, jak będą się losklęcaś wolniej nisz zwykle, maks, i zaczną wyś, jakby ktoś im płacił. - Wróciłem spojrzeniem do żony i przez moment po prostu jej się przyglądałem, bez słów, bez pośpiechu, jakbym próbował zapamiętać ten obraz dokładnie takim, jaki był, bo był… Zwyczajny, to było w tym najdziwniejsze, ten dzień był zwyczajny, aż podejrzanie zwyczajny, ale to działało na naszą korzyść, bo w tej zwyczajności było miejsce na rzeczy, które kiedyś przychodziły nam naturalnie - na zaczepki, na spojrzenia, na to podskórne napięcie, które nigdy tak naprawdę nie zniknęło, tylko zmieniło formę. Było w tym coś niebezpiecznie znajomego, coś, co uderzało prosto w stare nawyki, które najwyraźniej wcale nie zniknęły, tylko czekały na odpowiedni moment, aby przekształcić się w coś znacznie bardziej właściwego. Po wielu latach ten moment właśnie nadszedł.
Przechyliłem lekko głowę, nie odrywając od niej wzroku, i przez chwilę milczałem, przesuwając palcem po przybrudzonej krawędzi stołu, jakbym sprawdzał jego fakturę, chociaż w rzeczywistości wracałem myślami dokładnie tu, gdzie nie planowałem wracać - do tamtej nocy - do tego samego miejsca, tych samych ścian, tego samego zapachu, który teraz był tylko tłem, a wtedy zupełnie mnie przytłaczał. Pamiętałem, jak siedziałem tutaj wcześniej, wkurwiony na pół świata, na siebie najbardziej, z tym ciężarem w klatce piersiowej, który nie miał nic wspólnego z alkoholem. Wszystko się sypało i nie miałem zamiaru tego zatrzymywać, bo w mojej ocenie było wtedy prostsze do zniszczenia niż do naprawienia, byłem przekonany, że to już koniec, że nie ma do czego wracać… Ostatnim razem siedziałem tu, sądząc, że wszystko poszło w tę cholerną stronę, z której się nie wracało. Pamiętałem ją też, stojącą przede mną, z tą swoją determinacją, której wtedy nie chciałem przyjąć do wiadomości i…
Mówiliśmy o szczęściu, żartowaliśmy z jej farta, a prawda była taka, że oboje go mieliśmy, ja go miałem…
Kiedy się nachyliła, nie cofnąłem się ani o centymetr, wręcz przeciwnie, minimalnie przesunąłem głowę w jej stronę, tak, żeby dystans między nami zrobił się jeszcze mniejszy, jakby to było najbardziej naturalne posunięcie na świecie. Pachniała znajomo, czymś lekkim, co kontrastowało z ciężkim powietrzem Wiwernu, i przez moment miałem wrażenie, jakby wszystko wokół trochę przycichło. Ten uśmiech, którym mnie obdarzyła, był niebezpieczny - nie w ten sposób, do którego przywykłem na Nokturnie, nie jak ostrze przyłożone do gardła albo klątwa czekająca pod powierzchnią, tylko w ten stary, znajomy sposób, który pamiętałem jeszcze z młodszych lat, z czasów, kiedy wszystko między nami było prostsze i jednocześnie bardziej chaotyczne, gdy potrafiłem gadać bez końca, byle tylko zobaczyć, jak przewraca oczami albo jak próbuje mnie zgasić.
- Och, działa na twoją koszyść? - Powtórzyłem cicho, z cieniem zaczepki w głosie, który osiadł gdzieś nisko. Pozwoliłem temu zawisnąć między nami przez chwilę, zanim lekko przechyliłem głowę, przyglądając się jej uważniej, jakbym próbował ocenić, na ile blefowała w byciu tak pewną tego, iż cokolwiek dla mnie kupiła, wygra z moimi prezentami. W rzeczywistości po prostu przypominałem sobie, jak to było, kiedy jeszcze wszystko między nami polegało na takich właśnie momentach - na zaczepkach, na tym lekkim napięciu, na tym, że żadne z nas nie chciało odpuścić - i cholera, brakowało mi tego, podobało mi się to bardziej, niż powinno. Przez ułamek sekundy poczułem się dokładnie tak samo jak lata temu, kiedy wszystko między nami było ostrzejsze, mniej nazwane, bardziej ryzykowne. - Zawsze, co? - Mój wzrok zsunął się na moment niżej, na jej usta, zanim wrócił do oczu, uniosłem brew, przyglądając jej się uważnie z bliska, bez żadnego skrępowania, jakbym miał pełne prawo być dokładnie tu, gdzie byłem. Tym razem nie było to już pobożnym życzeniem, teraz naprawdę oboje mieliśmy okazję kosztować tego, co od samego początku było nam… Chyba w jakiś sposób pisane, nawet jeśli nie do końca wierzyłem w jakiekolwiek wyższe plany.
- Wiesz, sze to nie jest kwestia statystyk. - Odezwałem się ponownie, ciszej, opierając łokieć o stół i pochylając się jeszcze odrobinę w jej stronę. - Tylko tego, czy faktycznie masz czym glaś. - Nie spieszyłem się ze wstaniem po alkohol, w ogóle, właśnie w tym momencie bardziej liczyło się to, co między nami, niż to, co było w tych cholernych torbach, jakbyśmy znowu mieli po kilkanaście lat i bawili się w coś, co wtedy wydawało się śmiertelnie poważne.
- Klasyka, hm? - Rzuciłem, dostając swoją odpowiedź i przesuwając spojrzeniem po niej z góry na dół, bez większej subtelności. - Bszmi jak plóba glania bezpiecznie. Myślałem, sze tu tesz splóbujesz mnie czymś zaskoczyś. - Zawiesiłem spojrzenie na jej oczach, nie uciekając, nie rozpraszając się niczym innym. - Chyba że to część planu - dodałem po chwili, przechylając głowę minimalnie - uśpiś moją czujność, a potem zaatakowaś. - Kącik ust uniósł mi się znowu, tym razem wyraźniej. - Ładne… Ale tlochę pszewidywalne, wiesz. - Nie cofnąłem się od razu, mogłem spokojnie odwzajemnić to spojrzenie, bez uciekania gdziekolwiek indziej. Pozwoliłem tej chwili potrwać odrobinę za długo, tak jak kiedyś, kiedy robiłem dokładnie to samo tylko po to, żeby zobaczyć, czy się speszy, czy wytrzyma - zawsze mnie to bawiło bardziej, niż powinno, zwłaszcza wtedy, gdy próbowała porazić mnie swoimi iskrzącymi oczami - dopiero po parunastu sekundach odsunąłem się z powrotem na swoje miejsce, jakby nic się nie wydarzyło, jak gdyby to był zwykły fragment rozmowy, a nie coś, co podnosiło temperaturę o kilka stopni.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
11.04.2026, 18:27  ✶  

Uniosła brew, prosił się o to, uwielbiał ją podpuszczać, a ona całkiem chętnie pozwalała się łapać na tę przynętę, skoro tak, to - Jeśli sam to proponujesz, to bardzo chętnie zobaczę jak to udowadniasz. - Nie powinna na to pozwalać, bo była też jego uzdrowicielką, jednak w tej chwili chyba bardziej przemawiała przez nią rola żony, cóż - trudno było jej się oprzeć. Skoro sam to zasugerował, to pozostawało teraz jej czekać na to, jak będzie miał zamiar to udowodnić, tak właściwie to miała nawet pewien pomysł, ale to nie ona wyskoczyła z taką deklaracją, więc zamierzała pozostawić mu pole do manewru.

- Oby zajęło im to jak najdłużej, chociaż się nie zapowiada, mam wrażenie, że faktycznie znajdują się już na granicy. - Niektórzy odnajdywali w sobie artystów po zbyt dużej ilości wlanego w siebie alkoholu, zwracała uwagę na ich dobre humory, nieco uniesione głosy - bardzo łatwo było domyślić się w jaką stronę będzie zmierzać dalsza część popołudnia tamtej grupy. Zbyt dobrze się bawili aby ominąć śpiewanie.

Jako, że oni dopiero tutaj weszli to zdecydowanie będą mieli przyjemność usłyszeć to, co tamto grono zamierzało zaprezentować. Nigdzie się przecież nie spieszyli. Nie sądziła, że będzie to występ warty zapamiętania, nie ma się co dziwić jej sceptycyzmowi, doskonale zdawała sobie sprawę, jak zazwyczaj się to kończyło. Nie sądziła jednak, że nawet ewentualne wycie będzie w stanie popsuć im ten dzień.

Całkiem zwyczajny, okropnie normalny dzień. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że tak łatwo będzie jej do tego wszystkiego przywyknąć. Doskonale odnajdywała się bowiem w tym ich nowym życiu, które przecież prowadzili ledwie od kilkunastu dni. Nie spodziewała się, że to będzie, aż taki proste, a teraz siedzieli tutaj, być może nie było to najwspanialsze miejsce na ziemi, jednak znajdowali się obok siebie i świetnie się przy tym bawili, jakby faktycznie było im to pisane od lat. Może było? Musieli nieco pobłądzić, aby w końcu się z tym pogodzić, to co teraz mieli warte jednak było oczekiwania.

Nie brakowało im lekkości, siedzieli tutaj, wpatrywali się w siebie, zupełnie nie przejmowali otoczeniem, bo dlaczego by mieli, liczyli się tylko oni, czyż nie? Nie sądziła, że ktoś mógłby chcieć im przerwać tę krótką grę na spojrzenia. Nie odrywała wzroku od jego twarzy nawet na sekundę, zwłaszcza, kiedy znalazł się jeszcze bliżej, nie musiała tego robić, mogła się w niego wpatrywać do woli, była przecież jego żoną, miała do tego pełne prawo.

- Ależ oczywiście, nie spodziewałam się, że kiedykolwiek docenisz analizowanie, ale nie da się ukryć, że to moja najsilniejsza strona. - Potrafiła rozkładać wszystko na drobne kawałki, przyglądać się każdej części z osobna, jak i w całości. To było jej przewagą. Nauczyła się czerpać z tego korzyści, bo być może nieco wolniej działała przez tę cechę, ale jej wybory były zawsze bardzo celne, no prawie zawsze.

- Niech Ci będzie, prawie zawsze, ale bardziej zawsze niż mniej. - Zauważyła, że zawiesił wzrok na jej ustach, cóż, specjalnie je wtedy przygryzła, próbując go nieco zdekoncentrować, potrzebowała jakiejś przewagi, obawiała się bowiem, że tym razem może jej się nie udać osiągnąć spektakularnego sukcesu, bo nie zdążyła wszystkiego dokładnie przeanalizować, trudno było o czas na to podczas tych bardzo spontanicznych zakupów.

- Wiem, to zależy od tego, czy ja mam czym grać, ale też od tego, jak wygląda to z Twojej strony. Szanse są wyrównane. - Nie do końca była co do tego przekonana, bo Benjy z natury lepiej działał pod presją, zawsze był w stanie coś wymyśleć, znaleźć jakieś rozwiązanie bez niepotrzebnej analizy, mimo wszystko starała się wierzyć w to, ze faktycznie i on i ona mogli wygrać, nie byłaby sobą, gdyby nie zakładała wygranej. Lubiła tę ich rywalizację, nigdy nie można było mieć pewności, kto akurat będzie miał więcej szczęścia, tak działo się od lat, pewnie nigdy nie miało się to zmienić, było to w pewien sposób ich.

- Nie wyjawię Ci swojego planu, później zobaczysz, czy to było jego częścią. - Faktycznie nie zamierzała zamawiać niczego niezwykłego, bo nie była przekonana co do tego, czy warto było robić to w miejscu jak to. Mniejsze szanse na to, że ktoś naleje jej czegoś wątpliwego pochodzenia, właśnie dlatego stawiała na klasykę, w przypadku ognistej chyba ciężko było coś spieprzyć, łatwo można było rozpoznać, czy chociaż stało to przy niej.

- To akurat nie powinno Cię dziwić, przecież jestem bardzo przewidywalna, nie ma chyba nikogo, kto byłby bardziej przewidywalny ode mnie. - Kącik ust drgnął jej w uśmiechu. Właściwie była w tym odrobina prawdy, Prue miała pewne wzorce zachowań, przyzwyczajeń, których ciężko było się jej pozbyć, jednak gdzieś w głębi było też coś więcej. Mało komu pokazywała tę swoją drugą stronę, jednak akurat Benjy doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co kryło się pod powierzchnią i że ta jej przewidywalność wcale nie była taka oczywista, bo potrafiła sięgać po zupełnie niespodziewane karty.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
14.04.2026, 12:09  ✶  
Patrzyłem na nią uważnie, kiedy uniosła brew, i już wtedy wiedziałem, że w to wejdzie - znałem ją zdecydowanie za dobrze, żeby kupować tę jej wersję samej siebie, którą czasem próbowała sprzedać światu - nigdy nie odpuszczała, a już zwłaszcza wtedy nie wtedy, gdy chodziło o mnie i nasze relacje, i chyba właśnie to było jedną z rzeczy, które najbardziej w niej ceniłem, nawet jeśli kiedyś doprowadzało mnie to do szału. Oparłem się wygodniej, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy z wyraźnym uznaniem, jakbym oceniał przeciwnika przed walką, chociaż w rzeczywistości nie było tu już żadnej walki, przynajmniej nie takiej jak kiedyś.
- Och, balso chętnie… - Mruknąłem nisko, nie odrywając od niej wzroku ani na moment, pozwalając, żeby to zdanie zawisło między nami z całym tym podtekstem, którego nie trzeba było rozwijać. Uśmiechnąłem się samymi kącikami ust, poprawiając się na krześle, ale spojrzenie miałem już inne, bardziej skupione, cięższe o to coś, co nie znikało, nawet kiedy próbowałem grać lekko. Lubiłem takie momenty, kiedy napięcie budowało się praktycznie samo, powoli, bez pośpiechu, jakbyśmy oboje wiedzieli, do czego to prowadzi, ale nikt nie miał zamiaru powiedzieć tego pierwszy.
Przechyliłem lekko głowę, kiedy wspomniała o nadziei na to, iż dojście do etapu koncertowania zajmie bywalcom tego lokalu jak najdłużej, rzucając krótkie spojrzenie w stronę grupy za nią, która - na nasze i wszystkich innych nieszczęście - była o krok od tego, żeby zacząć robić z siebie widowisko. Nie miałem na to recepty, również na nasze nieszczęście, która wykluczałaby zwracanie uwagi na nas oboje, dlatego tylko uśmiechnąłem się krzywo, wzruszając ramionami. Bywały chwile, gdy powiedziałbym coś o tym, że zawsze mogliśmy im zasugerować jak najszybsze znalezienie się po drugiej stronie drzwi, ale dzisiaj nie był to jeden z takich dni - dziś byliśmy tu wspólnie i ostatnim, czego chciałem, było wdawanie się w słowne, być może nie tylko, przepychanki w innej formie, niż ta, którą mieliśmy między sobą nawzajem.
Nieważne, ile lat minęło, ile rzeczy między nami się zmieniło, ile razy udawaliśmy, że jesteśmy ponad to - wystarczyła jedna iskra i wracaliśmy dokładnie tam, gdzie wszystko się zaczęło. Patrzyłem na nią dłużej, niż było to konieczne, nie odwracałem wzroku, nawet kiedy robiła dokładnie to samo, było w tym coś cholernie znajomego, coś, co przypominało mi tamte wszystkie momenty sprzed lat, kiedy siedzieliśmy naprzeciwko siebie i żadne z nas nie chciało pierwsze odpuścić. Tyle że teraz nie chodziło już o to, kto wygra… A może nadal trochę chodziło, tylko inaczej, nawet hałas i chaos wokół były tylko tłem, które w gruncie rzeczy nie miało znaczenia. Przechyliłem lekko głowę, przyglądając jej się uważnie, bez pośpiechu, pozwalając sobie na tę chwilę w pełni - to nie było tylko podpuszczanie - to było… Znajome. Dobre. Właściwe.
Miała w tym rację, była cholernie dobra w rozkładaniu wszystkiego na czynniki pierwsze, w dostrzeganiu rzeczy, które innym umykały - wiedziałem, że potrafiła wyciągać rzeczy, których nikt się nie spodziewał, dokładnie wtedy, kiedy było to najbardziej niewygodne, i właśnie dlatego tak dobrze się z nią grało, bo nigdy nie było łatwo, zawsze trzeba było się postarać, ale…
- Najsilniejsza? - Powtórzyłem powoli, jakbym naprawdę to rozważał, chociaż już po samym moim tonie było jasne, że nie zamierzałem jej tego oddać bez wyrażenia własnego zdania. - Analizowanie? Selio chcesz iść w tę stlonę? - Nie odrywałem od niej wzroku, jakbym czekał, aż sama się poprawi, choć oboje wiedzieliśmy, że tego nie zrobi. - Bletchley, twoją najsilniejszą stloną nigdy nie było i nie bęsie analizowanie. - Westchnąłem cicho przez nos, nie spieszyłem się jednak z niczym więcej - nie z rozwijaniem tej myśli, nie z wyjaśnianiem, wyjątkowo nawet nie z wyjawianiem mojej opinii, ani z czymkolwiek innym, nie było po co - ona i tak siedziała tu ze mną, patrzyła na mnie tak, jak kiedyś, kiedy jeszcze nie byliśmy niczyi, a jednocześnie byliśmy bardziej swoi niż ktokolwiek inny, teraz różnica polegała tylko na tym, że nie musieliśmy się już cofać ani udawać, że to nie ma znaczenia. Mieliśmy czas i możliwości.
- Okej. - To nie była nagła ugodowość z mojej strony, oboje o tym wiedzieliśmy, ale wersja przedstawiona przez Prudence była już czymś, z czym mogłem sobie radzić. - „Plawie zawsze” to nadal nie zawsze. - Kiwnąłem spokojnie, wracając do meritum. - A ja potszebuję tylko jednej okazji. - Stwierdziłem, nawet jeśli oboje wiedzieliśmy, że zawsze czekałem na „ten jeden raz”, po którym następował jeszcze jeden raz, jeszcze ten jeden raz i tak dalej - raczej nie budowałem długofalowych kampanii, nie dało się ukryć, iż po prostu lubiłem mieć przewagę i ostatnie zdanie tu i teraz. Możliwość wykazania się w taki sposób, aby ją zaskoczyć, była czymś, na co czekałem od dłuższej chwili, nie była to czcza groźba rzucona od niechcenia przy stoliku w Wiwernie - i tym razem byłem wyjątkowo pewny swego.
Na moment spojrzenie zsunęło mi się na jej usta, zwłaszcza kiedy je przygryzła, nie udawałem, że tego nie zauważyłem - mój wzrok zatrzymał się tam na sekundę dłużej, niż powinien, zanim wróciłem wyżej, ale już z wyraźnie innym wyrazem twarzy.
- Naplawdę? - Bąknąłem pod nosem, bardziej do siebie niż do niej, ale wystarczająco wyraźnie. - Tak chcesz glaś? - To zdecydowanie nie było fair, z drugiej strony, przecież oboje wiedzieliśmy, już z dawien dawna, że „zawsze jest fair, na ile się da”, a to był Nokturn - tu takie zagrania pasowały bardziej, niż gdziekolwiek indziej - korzystając z okazji, przesunąłem więc spojrzeniem po twarzy Prudence jeszcze raz, wolniej, dokładniej, jakbym naprawdę miał czas, żeby się tym nacieszyć, i może zazwyczaj właśnie tak było… Ale nie w tej chwili. Teraz to było jawne rozpraszanie.
- Szanse są wylównane? - Podjąłem moment później, mrugając i wracając do wątku. Opierając łokieć o stół, przpatrzyłem jej się z lekkim niedowierzaniem, chociaż w gruncie rzeczy, to było dokładnie to, co lubiłem - kiedy wchodziła w określoną narrację bez oporu, kiedy nie udawała, że nie wie, do czego zmierzam, tylko brała to i odbijała z powrotem, czasem nawet mocniej. - Doble sobie… - Zawiesiłem głos na sekundę, patrząc Prue prosto w oczy, co prawda, nie uśmiechnąłem się szeroko, to nie był ten rodzaj momentu, ale moje spojrzenie zdradzało wystarczająco dużo.
- Loskładasz wszystko na części, analizujesz, szukasz sensu - ciągnąłem ciszej, wolniej, nie odrywając od niej wzroku - a ja wchodzę i biolę całość, zanim zdąszysz zdecydowaś, od czego zacząś… - Celowo pominąłem ten fragment obrazu, na którym nie zawsze było to dobrą - i przemyślaną - decyzją, to było dokładnie to, co od zawsze nas różniło i przyciągało jednocześnie. - No, „plawie zawsze” tak to wygląda. - Dodałem cicho, odbijając jej własne słowa, z cieniem rozbawienia. - Ale doceniam, sze plóbujesz nowych technik. - Dodałem. - To ulosze. - To słowo padło celowo, nawet jeśli było prawdą - ponieważ moja małżonka zdecydowanie była urocza - wiedziałem, że zadziała, tak samo jak wspomnienie o przewidywalności i o planie, na które to odpowiedzi znacząco uniosłem brwi, a potem, jakby nigdy nic, odsunąłem się odrobinę i kiwnąłem głową w stronę baru.
- Zostajesz pszy ognistej, ma się losumieś? - Spytałem, zanim wstałem, by złożyć zamówienie przy, całe szczęście, niezbyt zapełnionym barze. Było jeszcze stosunkowo wcześnie, więc powrót nie zajął mi kolejnej dekady, jak to bywało czasem w miejscach takich jak Wiwern, gdy przeżywały prawdziwe oblężenie klienteli - poza grupą czarodziejów, coraz bliższych śpiewaniu, tak naprawdę nie było tu nikogo, kto mógłby nam przeszkodzić.
Stawiając butelkę i szkło na blacie, przesunąłem dłonią po krawędzi stołu, po czym skinąłem lekko głową w stronę jej szklanki.
- No dalej. - Rzuciłem, z wyraźną zachętą w głosie. - Pokasz, co potlafisz. Zobaczymy, czy faktycznie mam się czego baś. - Podpuszczanie jej nigdy mi się nie nudziło, tak samo jak to, że Prudence nigdy nie przestawała wchodzić w nasze wyzwania w ten sposób, który sprawiał, że chciałem ciągnąć wszystko jeszcze trochę dalej.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (3602), Prudence Fenwick (2072)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa