18.03.2026, 23:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.03.2026, 23:06 przez Urd Nordgesim.)
Mugolskie kino?
Żałosne.
Jak mogłaby zaproponować Ceolsige coś tak obrzydliwego? Nie żeby sama od czasu do czasu nie korzystała z mugolskich rozrywek, ale... szanujmy się.
Z wdzięcznością przyjęła bilety na ten sam wieczór do The Globe.
Nie mogło być doskonalszej sztuki dla tej okazji, choć tylko mgliście kojarzyła fabułę i nie miała pojęcia jak angielscy dyletanci podejdą do jej realizacji. Nie miało to znaczenia od momentu gdy tylko Ceolsige odpowiedziała "tak" na pytanie o wspólne wyjście zadane w możliwie najbardziej nonszalanski sposób, na jaki było stać Urd w tym momencie.
Niech Cię szlag Sige, czemu Ty tak zamiatasz tymi rzęsami, że nie mogę przestać myśleć o Twoich oczach...
Nie narzekała. Wcale nie. Bilety prowadziły do urokliwej loży niedaleko sceny, tak że mogły zaglądać czy jakiemuś aktorowi na dupie nie poszły szwy. Uh... czasy gdy chichotały jak podlotki na sztuce absolutnie zbyt wyzywającej jak na ich wiek dawno przeminęły.
Teraz... teraz obie były takie poważne. Ciche. Niepewne?
Siedziała w półcieniu kameralnej loży, kurtyna powędrowała w górę już kilka chwil temu. Światło sceny docierało ledwie jako miękka poświata, zatrzymująca się na krawędziach zamiast je obnażać przed wścibskim plotkarskim okiem. Lubiła takie miejsca – wystarczająco blisko, by widzieć szczegóły, i wystarczająco na uboczu, by samej pozostać… niedopowiedzianą.
Jej szata układała się wokół ciała miękko, warstwami, które zdawały się przesuwać przy każdym oddechu. Oddech jak fale. Jedwab w głębokim odcieniu przygaszonej śliwki przechodził miejscami w chłodniejszy fiolet, jakby materiał łapał światło tylko po to, by zaraz je oddać. Rękawy były długie i lekkie, zbierające się przy nadgarstkach w miękkie fałdy, które poruszały się przy każdym, nawet najmniejszym geście. Dekolt pozostawał skromny, dopóki nie pochylała się odrobinę bliżej, wtedy linia szyi i obojczyków odsłaniała się na tyle, by przyciągnąć wzrok i pozwolić mu zostać. Na ramionach miała narzucony ażurowy szal z cienkiej, ciemnej wełny – grafit przełamany fioletem, cięższy, bardziej osadzający ją w miejscu, jak zachłanna rybacka sieć. W jego wnętrzu, niewidoczne dla oka, kryły się drobne hafty ochronne. Palce odnajdywały je czasem bezwiednie, jakby sprawdzała, czy wszystko nadal działa tak, jak powinno. Z zewnątrz zdawało się to ledwie niewinnym gestem, nawykiem, potrzebą zabawy. Nigdy przecież jednak nie było wiadomo, kiedy trafią na ducha, a w operze... aż się prosiło o upiora.
Biżuteria była ograniczona do minimum. Jeden pierścień, srebrna obrączka z runą, obracana powoli na palcu. Cienkie, lśniące kolczyki błyszczące w niemym komplemencie długiej szyi, odsłoniętej również misternie upiętym kokiem, w którym pasma splatały się żmudną pracą fryzjerki zamówionej na ostatnią chwilę.
I brosza.
Ametyst oprawiony w srebro, osadzony wysoko przy linii obojczyka – bliżej serca niż krtani, jakby to, co miał chronić, zaczynało się właśnie tam. Kamień miał w sobie coś głębszego, spokojniejszego – jakby zatrzymywał światło zamiast je odbijać.
Nie wybrałaby go sama.
Przesunęła po nim opuszkiem palca. Wolno, jakby sprawdzała nie jego obecność, a ciężar tego, co za nim stało. Gest był krótki, prawie niezauważalny. Prawie.
Być może obie wiedziały, że zamiast własnego palca wolałaby zobaczyć na nim jej język. Tak blisko, by kubeczkami smakowymi właścicielka języka mogła poczuć również zapach, na który Norgesim zdecydowała się tego wieczoru – coś pomiędzy kadzidłem a chłodnym powietrzem po deszczu, z ledwie wyczuwalną nutą soli. Zapach który zbyt łatwo lubił zostawać na cudzej skórze.
Siedziała lekko bokiem, jedno ramię oparte o oparcie loży, drugie spoczywające swobodnie na podłokietniku, dbając o to, by fala oddechu nie zdradzała tego nagłego przypływu uczuć i sentymentów. Na bogów, była przecież profesjonalistką!
Na scenie ktoś podniósł głos, muzyka dramatycznie umilkła, sala wypełniła się echem okrzyku, a Urd zastanawiała się, czy po spektaklu będzie w stanie rozmawiać jakkolwiek o tym co działo się na scenie, skoro w tej małej kameralnej loży, w tym miękkim przygaszonym aksamicie, działo się więcej niż była w stanie poświęcić uważności, panując nad bardzo nieokrzesanym zwykle ciałem.
– Mam nadzieję, że się nie nudzisz sówko. Wyglądasz na nieco zaspaną... – szepnęła pieszczotliwie nachylając się do niej, pozwalając sobie otoczyć swoją wonią kiwającą się główkę, skoro nie mogła uczynić tego własnymi ramionami.