Dzisiejszego dnia pomagała wykluć sowę z jaja, które znalazł Chistopher i Victoria faktycznie pomyślała, że to najwyższy czas, by w końcu zająć się swoim, które znalazła na początku miesiąca, gdy robiła pierwszy obchód po świeżo zakupionej posesji domu. Domu, który nie miał być tym przejściowym, a stałym, wymarzonym. Wzgórza, las, polany i jeziora, malownicze widoki i święty spokój tak od czarodziejów, jak i mugoli – czego chcieć więcej?
Napaliła w kominku w salonie, dnie były już chłodne i co prawda sama nie czuła żadnej różnicy z wesoło trzaskającym ogniem czy nie, ale inni domownicy już owszem. No i… Potrzebowała dzisiaj tego ognia. Odczekała więc, aż się rozpali porządnie, upewniła się, że ma zapas drewna, by było z czego dorzucać tak przez cały wieczór, by wystarczyło przez noc i przez kolejny dzień – bo tym razem nie mogło tutaj zgasnąć. Zresztą poinstruowała o tym również swoją skrzatkę, której wytłumaczyła, co chce zrobić, a ta – skrzacim zwyczajem – przejęła się tematem.
Ostrożnie wyjęła czarne jajo, wyglądające jak zwęglony ziemniak i spokojnie włożyła dłoń do ognia, prosto w największe płomienie, nie przejmując się tym ani trochę (wcześniej podwinęła tylko rękawy koszuli) i upewniła się, że zrobiła tam takie gniazdko, by jajo leżało sobie bezpiecznie. Nie zapaliło się, nie zaczęło się zmniejszać, czy cokolwiek. Victoria w końcu uśmiechnęła się pod nosem, oglądała to zjawisko jeszcze przez chwilę, po czym usiadła na jednym z miękkich foteli i sięgnęła po swój notatnik, wracając do szkicu tekstu, nad którym pracowała. O wynikach swojej pracy dotyczącej eliksirów, jakie opracowała specjalnie dla wampirów.