20.02.2023, 22:50 ✶
9 kwietnia 1972 roku
Mawiają, że nadzieja jest matką głupich, a sam Perseus nigdy nie należał do czarodziejów przesadnie rozważnych (owszem, poszczycić mógł się wiedzą książkową i oprawionym w ramkę dyplomem po ukończeniu magisterium uzdrowiecielskiego, zajmującym zaszczytne miejsce na ścianie jego gabinetu, lecz czymże są wykute na pamięć podręcznikowe definicje w starciu z prawdziwymi mądrościami ulicy?) zatem żywił szczerą nadzieję, że (była już) szwagierka nie wciśnie mu ruiny w ładnym opakowaniu starej posiadłości. Z drugiej jednak strony, dlaczego Eden miałaby tego nie zrobić? Pod niezmąconą taflą spokoju, jaką prezentowała światu, kryło się coś mrocznego, coś drapieżnego, czego nie chciał drażnić. Z tego powodu nigdy nie umiał utrzymać dłuższego kontaktu wzrokowego z bliźniaczą siostrą swej dawnej miłości; za każdym razem obawiał się, że im dłużej spogląda w stalowe obręcze, tym więcej Eden o nim wie.
A bardzo nie chciał, aby dowiedziała się, że piętnaście lat temu nazwał ją obrzydliwym zielonym glutem.
Spokojnie, powtarzał sobie w myślach, spotykasz się z nią na gruncie biznesowym, nie prywatnym. Marne to było jednak pocieszenie! Landlordowie od zawsze bowiem budzili w Perseusie nieuzasadniony lęk. Byli niczym dementorzy - kiedy tylko przekraczali próg mieszkania, temperatura spadała o kilka stopni, wpędzając lokatorów w stan bojaźliwej apatii, zupełnie tak, jakby szczęście miało nigdy nie nadejść. Najgorsze były trzecie czwartki miesiąca, kiedy Madame Toussaint (od której to wynajmował swe paryskie mieszkanie, pewien, że nie zabawi w stolicy Francji dłużej, niż kilka miesięcy) przychodziła po czynsz. Nigdy nie wiedział, kiedy ubzdura sobie, że na ścianie znajduje się jakaś drobna plamka, której nie dostrzegłby nawet pod mikroskopem, albo na podłodze znajduje się milimetrowa rysa - olbrzymie szkody dla właściciela, wymagające gwałtownego podniesienia czynszu! I o ile dla Blacka pieniądze nigdy nie stanowiły powodu do zmartwień (przez blisko dwadzieścia lat swego życia był pewien, że w razie kryzysu gospodarczego można je po prostu wydrukować i dlaczego inni w ogóle nie mogą tego zrobić, jeżeli są biedni? Dopiero Elliott uświadomił go, że to niemożliwe, lecz na to, aby wytłumaczyć mu cały proces zabrakło już czasu i cierpliwości), to śmiertelnie irytowały go pretensje owdowiałej staruszki, której zdecydowanie nudziło się na emeryturze. Zapisałaby się do klubu seniora, zamiast głowę zawracać poważnemu magipsychiatrze.
Tak bardzo nie lubił landlordowych czwartków, że umówił się z Eden w niedzielę. Przez moment miał z tego powodu wyrzuty sumienia, ale ostatecznie doszedł do wniosku, że to przynajmniej jedna głowa mniej do planowania jego śmierci podczas rodzinnego obiadu Malfoyów w Wiltshire. Chociaż nie mógł mieć pewności, czy nieszczęśliwy wypadek nie został już zaplanowany, a spotkanie miało na celu zwabienie go do miejsca, w którym dokona swojego żywota. Ale czy w takim wypadku nie rzucałoby to podejrzeń na Eden? Nie zdziwiłby się, gdyby było to celowe działanie, pomysł tak sprytny, że jego pełen gwoździ umysł nie był w stanie go udźwignąć.
O, dżdżownica.
Różowy robak wijący się w rozmokłej ziemi pod jego stopami całkowicie pochłonął myśli Perseusa, który odrzucił na bok teorie spiskowe o zemście w ramach siostrzanej solidarności i zaczął zastanawiać się nad tym, jaki żywot wiódłby jako robak i czy wtedy Elliott też chciałby z nim być? Czy trzymałby go pod łóżkiem w akwarium? A może nadziałby go na haczyk i uczynił z niego przynętę na ryby? Tak wiele pytań pozostało bez odpowiedzi, gdy różowe wijątko zniknęło pod eleganckim damskim buckiem, który pojawił się znikąd. Podniósł wzrok na właścicielkę obcasów, pod którymi zakończyła swój żywot dżdżownica i cofnął się o krok przerażony, gdy zobaczył przed sobą Eden.
— Na rany Morgany, planujesz mnie wykończyć tak szybko? Be żadnych tortur? Żadnego zmuszenia mnie do błagania o litość? Nic? — wysilił się na słaby uśmiech, podkreślając, że to żart, ale nie był pewien, jak pani Lestrange (niech Merlin ma w opiece Williama!) odbierze jego słowa. Stali przed jedną z posiadanych przez nią nieruchomości, jednak otaczający ją mur porośnięty bluszczem i żeliwna brama przypominająca bardziej drzwi, aniżeli furtkę skutecznie uniemożliwiały mu przyjrzenie się domostwu z daleka. Czekał więc niecierpliwie, aż Pani Właścicielka wpuści go do środka.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory