• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[30.09.72] No rest for the wicked

[30.09.72] No rest for the wicked
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
19.05.2026, 15:42  ✶  
Magiczny Londyn o tej porze był jednocześnie żywy i martwy, zależnie od tego, gdzie się patrzyło i czego się szukało, a ja, chociaż nie przyznałbym tego na głos, szukałem w nim chyba czegoś, co pozwoliłoby mi przestać myśleć… Najlepiej całkowicie, choć było to jedynie pobożnym życzeniem, natomiast już z pewnością o czymkolwiek, co miało związek z sytuacją, w której - jak zwykle - znalazłem się na własne, cholerne życzenie. Chciałem powłóczyć się do momentu, gdy byłbym skrajnie zmęczony, by spróbować położyć się w zimnym, pustym łóżku z zamiarem przespania chociaż kilku godzin. Nie byłem w nastroju na przygody, co prawdopodobnie powinno było dać mi do myślenia i powstrzymać mnie przed jakimikolwiek krokami, ponieważ zazwyczaj oznaczało, że potencjalna, niekoniecznie chciana niespodzianka i tak mnie znajdzie - i to w najmniej elegancki sposób, jaki tylko był możliwy, zupełnie tak, jakby świat miał do mnie osobisty uraz albo przynajmniej bardzo kiepskie poczucie humoru. Nie do końca potrafiłem stwierdzić, które bardziej, lecz chyba nie miało to większego znaczenia, nie teraz, nie w tych okolicznościach, nie skoro tak naprawdę nie chciałem tego analizować.
Szedłem bez konkretnego celu, co samo w sobie nie było niczym nowym, od jakiegoś czasu częściej włóczyłem się bez powodu niż wracałem prosto do wynajętej nory, jakbym liczył na to, że bezustanny ruch coś we mnie… Uporządkuje? Może i tak, chociaż w takim wypadku pojawiało się to nawracające pytanie, czy w ogóle jeszcze było, co tam w środku naprawiać… Ale może przynajmniej mogło zagłuszyć myśli, które uparcie wracały wtedy, kiedy tylko robiło się ciszej.
Teraz było cicho, tak cicho, że czułem się jak jedyny żywy duch w mieście, które zapomniało, w jaki sposób oddycha się pełną piersią.
Latarnie paliły się nierówno, część z nich migotała, co nie było niczym dziwnym w kontekście Nokturnu - pełne światło nie było tu mile widziane, lecz całkowita ciemność sprzyjała rzeczom, których nikt przy chociaż trochę odrobinę zdrowych zmysłach nie chciał oglądać - powiedziałbym nawet, iż półmrok stanowił tu jedyną powszechnie akceptowaną oprawę, pozwalającą handlarzom i rzezimieszkom ukrywać twarze pod sfałszowanymi uśmiechami. Powietrze było cięższe niż powinno było być o tej porze roku, zamglone i wilgotne, lecz nie rześkie, niosło zapachy niedawnego kataklizmu, które nie chciały się rozproszyć, mimo że od pożarów minęło już wiele dni - w moje nozdrza uderzał swąd popiołu i dymu, słodycz rozkładu i coś metalicznego, co rozpoznawałem aż nazbyt dobrze, a co niezmiennie kojarzyło mi się z krwią rozlaną na zimnej kostce brukowej.
Cienie kładły się długimi plamami na zroszonym bruku, wydłużając się w zależności od kąta, pod jakim na nie patrzyłem. Miały w sobie coś nienaturalnego - a może to była moja własna paranoja narastająca we mnie od wielu dni - mimowolnie zacisnąłem palce na różdżce ukrytej w rękawie płaszcza. Gładkie drewno, chociaż znajome i zazwyczaj stanowiące dla mnie przedłużenie mojej własnej ręki, nie przyniosło mi tym razem oczekiwanego spokoju. Każdy krok, który stawiałem, wydawał mi się zbyt głośny, a echo odbijające się od odrapanych ścian kamienic brzmiało niczym drwina. Miałem już zawrócić, uznać tę noc za straconą i pozwolić sumieniu nakarmić kolejną dawkę bezsenności, gdy nagle z bocznej, wąskiej uliczki dobiegł mnie dźwięk…
„Świetnie”, pomyślałem, czując znajomy, gorzki skurcz w żołądku, „po prostu idealnie”.
Nie był głośny, lecz podejrzanie cichy, urwany - zawieszony pomiędzy westchnieniem a zduszonym jękiem, który ktoś próbował zatrzymać w gardle, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek go usłyszał. Zatrzymałem się odruchowo, unosząc głowę i napinając mięśnie, bo to nie był odgłos, który dało się zignorować, nawet jeśli rozsądek podpowiadał, że lepiej iść dalej i nie wchodzić w cudze sprawy. Tyle że nigdy nie byłem szczególnie dobry w słuchaniu rozsądku…
Przez ułamek sekundy walczyłem z samym sobą, przeklinając w duchu swoją naturę, ten zakorzeniony instynkt prowadzący do mojej rychłej samozagłady, ale nogi już same niosły mnie w kierunku źródła dźwięku. Zrobiłem krok w stronę mroku, pozwalając, by wrodzona, przeklęta ciekawość ostatecznie zabiła resztki moich wątpliwości. Światło przygasającej latarni zatańczyło w mętnej wodzie kałuży, w której odbijała się sylwetka skulona pod ścianą, zastygła w nienaturalnej pozycji. Los znowu rozdał karty, a ja - jak zwykle - zamierzałem sprawdzić, co miał w zanadrzu.

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
19.05.2026, 15:42  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach. Przerażenie narasta w tobie z każdą chwilą, aż nagle wbrew swojej woli wypluwasz z siebie słowa: Mój triumf to porządek świata, w którym nie musimy ukrywać naszej magii..
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
19.05.2026, 18:32  ✶  
Zrobiłem krok do przodu, a podeszwy moich butów bezgłośnie dotknęły wilgotnego bruku, przesuwając się po nim już z konkretną intencją - włóczenie się dobiegło końca, teraz miałem już określone zamiary, nawet jeśli jeszcze nie do końca wiedziałem, w co się władowałem. Wykonawszy kilka kroków w kierunku, z którego dotarł do mnie tamten niepokojący odgłos, zatrzymałem się u wlotu wąskiej, ślepej uliczki, najpewniej ułatwiającej zatowarowanie zapleczy pobliskich lokali, lecz teraz tak ciemnej, iż trudno mi było odróżnić od siebie niektóre kształty. Przez chwilę stałem w półcieniu, obserwując dziejącą się przede mną scenę, starając się wyłapać szczegóły, pozwalając oczom przyzwyczaić się do kontrastu między marnym, mdłym światłem latarni a głęboką czernią wnęki między budynkami. Krew pachniała inaczej, kiedy była świeża, nie zdążyła jeszcze zmieszać się z powietrzem i utlenić, to właśnie ten zapach uderzył mnie najmocniej, zanim jeszcze w pełni pojąłem, na co patrzyłem…
W gęstym mroku wnęki, tuż przy obłupanym i pomazanym graffiti murze, tkwiła nie jedna, ale dwie osoby dostrzegalnie różnych płci - tyle tylko, że jedno z nich było tak nienaturalnie skryte, tak idealnie wtopione w architekturę nocy, że niemal zlewało się w cieniem rzucanym przez gzyms kamienicy, co wcześniej nakazało mi stwierdzić, iż chodziło wyłącznie o jednego człowieka. Właściwie… Wystarczyła chwila, bym upewnił się, iż to wciąż była prawda. Było w tym wszystkim coś groteskowo intymnego, co w innym kontekście dałoby się pomylić z tanią bliskością, z szybkimi, odstręczającymi aktami niemającymi zbyt wiele wspólnego z romantyzmem, a wszystko z zaspokojeniem chuci, jakie bez wątpienia miewały miejsce w okolicznych zaułkach i bramach - wszystko mogłoby wyglądać właśnie w ten sposób, gdyby nie jeden szczegół, który natychmiast przyciągał wzrok i nie pozwalał go odwrócić… Usta skrytego w mroku, wysokiego mężczyzny znajdowały się zbyt mocno przy szyi odrobinę niższej od niego kobiety, natomiast sposób, w jaki był w nią wczepiony i zapach docierający do moich nozdrzy, nie pozostawiały wiele miejsca na interpretację.
Nagle, w ułamku sekundy, postać w cieniu zamarła, męska sylwetka drgnęła - posilający się jegomość nie wykonał jednak gwałtownego ruchu, po prostu zesztywniał, a jego oczy, dotąd przymknięte w upiornej ekstazie, błysnęły w mdłym świetle latarni, odnajdując mnie bezbłędnie w ciemności. Chociaż nie wykonałem żadnego bardziej wyraźnego gestu ani kroku, potrafiąc poruszać się praktycznie bezgłośnie i korzystając z tego przy podobnych sytuacjach, wampir uniósł lekko głowę, jakby zarejestrował moją obecność samym tylko zmysłem powonienia lub - chuj wie - zareagował na subtelną zmianę ciśnienia w powietrzu. Nie drgnął po raz drugi, nie rzucił się do ucieczki ani nie obnażył kłów w durnym, filmowym geście, zamiast tego odsunął się od dziewczyny o kilka centymetrów, pozwalając jej jeszcze bardziej bezwładnie, prawie całym ciężarem ciała oprzeć się o cegły. Na jego bladej twarzy nie odmalowało się zaskoczenie, zamiast tego z ubabranych ciemną cieczą ust dobiegł mnie cichy, nienaturalnie spokojny głos, który jednak jakimś cudem z łatwością przeciął szum nocnego miasta.
- Nie przeszkadzaj sobie, przyjacielu. - Odezwał się pierwszy, jakby rzucał luźną uwagę o pogodzie, spojrzał prosto na mnie, a jego oczy, choć pozbawione blasku, zogniskowały się na mojej twarzy z absolutnym spokojem. - To wyłącznie sprawa prywatna. I, zapewniam cię, oparta na obopólnej zgodzie. - Kontynuował, przesuwając kciukiem po zakrwawionym obojczyku dziewczyny, która zwisała w jego ramionach niczym szmaciana lalka. - Dostała to, czego chciała. Ja również. Nic tu po tobie. - Jego głos był zaskakująco zwyczajny, pozbawiony tej całej teatralnej nuty, której można byłoby się spodziewać - bardziej zmęczony niż groźny, bardziej rzeczowy niż uwodzicielski, łagodny, niemal uprzejmy, jakbyśmy spotkali się przypadkiem na przyjęciu, a nie w ciemnej uliczce, gdzie właśnie pił czyjąś krew.
- Yhy. Zelo ploblemu. Wygląda na zachwyconą. - Rzuciłem, nie spuszczając z niego wzroku, ponieważ coś w jego postawie mówiło mi, że wystarczyła zaledwie jedna chwila nieuwagi, aby sytuacja mogła się zmienić w coś znacznie gorszego.
- To była jej decyzja. Wszyscy jesteśmy dorośli. Gdyby tego nie chciała, nigdy by tu za mną nie przyszła. - Zaznaczył chorobliwie blady jegomość, tym razem odrobinę bardziej zdecydowanie, chociaż wciąż bez nadmiernej twardości, a jego spojrzenie na moment przesunęło się na swoją ofiarę, jakby chciał upewnić się, że ta nie miała zrobić niczego, co podważyłoby jego wersję wydarzeń. Wróciwszy do mnie wzrokiem, uśmiechnął się lekko - kąciki ust uniosły mu się odrobinę, ale w jego oczach nie było ciepła, tylko coś, co mogłem określić nie inaczej, niż jako chłodną kalkulację - żadnej paniki, żadnego poczucia winy, raczej narastajaca irytacja spowodowana tym, że ktoś wchodził mu w paradę. Kłamstwo, nawet jeśli zostało wypowiedziane płynniej niż niejedna prawda, zawisło między nami w sposób, który niemal kazał mi się roześmiać - niemal… Zduszony w gardle śmiech nie miał w sobie niczego zabawnego, czułem bowiem wyłącznie tę suchą nutę niedowierzania, która pojawiała się, kiedy ktoś próbował sprzedać mi coś, co było tak oczywiście nieprawdziwe, że aż obraźliwe dla inteligencji.
- Naplawdę w to wieszysz - spytałem cicho, przesuwając drętwiejącymi palcami po fakturze różdżki schowanej w płaszczu - czy po plostu powtaszasz to sobie co noc, szeby łatwiej ci się tlawiło? - Byłem o krok od tego, by sięgnąć po broń - tyle tylko, że w tym wypadku wahałem się jeszcze pomiędzy tym, czego chciałem użyć. Rzucenie zaklęcia byłoby szybsze niż sięgnięcie po sztylet, lecz ten drugi być może lepiej by go unieruchomił… I…
Wampir w tym czasie westchnął cicho, poprawiając uścisk na ramieniu dziewczyny, która zwisała w jego ramionach niczym bezwładna, szmaciana lalka, nawet z tej odległości byłem pewien, że jej oczy były teraz półprzymknięte, zamglone, zapatrzone w nicość. Z pewnością była zachwycona swoim bieżącym stanem - no, jasne.
- Wiara nie ma tu nic do rzeczy. - Odparł znużonym tonem, zabrzmiwszy jak nauczyciel tłumaczacy dziecku oczywistość, co wyłącznie jeszcze bardziej mnie podkurwiło. - Świat opiera się na transakcjach. Ona daje mi to, czego potrzebuję, ja daję jej zapomnienie, jakiego nigdy nie znalazłaby w żadnej butelce ani tabletce. Więc bądź tak miły, odwróć się na pięcie i zajmij własnym życiem. Ta noc nie musi skończyć się dla ciebie brzydko. - Jeśli nie byłbym pewien, co chcę zrobić, te słowa z pewnością by mi to uświadomiły - chciałem rzucić mu w twarz jakąś ciętą ripostą, nazwać go potworem, wyciągnąć broń, zrobić cokolwiek, co przerwałoby ten chory impas, tyle tylko, że wtedy to poczułem…
To nie była zwykła hipnoza, tyle już wiedziałem po moich poprzednich doświadczeniach, nie był to również wpływ krwiopijcy, bardziej coś w rodzaju paraliżu senny na jawie… W mojej głowie zaczęły kłębić się myśli, których nie potrafiłem ułożyć w żaden logiczny wzór. Poczułem, jak grunt ucieka mi spod nóg, chociaż fizycznie wciąż stałem na popękanej, nadgryzionej zębem czasu kostce brukowej… Wampir patrzył na mnie z góry, z absolutną pewnością siebie kogoś, kto uważał się za szczyt łańcucha pokarmowego, jego brew uniosła się w oczekiwaniu na komentarz z mojej strony, podczas gdy coś obcego, ciężkiego i lepkiego próbowało wślizgnąć się pod moją czaszkę, sparaliżować wolę, zmusić kolana do ugięcia się pod naporem tej niewidzialnej siły, lodowatego przerażenia, które mnie ogarniało.
- Mój triumf to porządek świata, w którym nie musimy ukrywać naszej magii. - Głos, który opuścił moje gardło, nie należał w pełni do mnie - był głęboki, zimny, pozbawiony wszystkich moich naleciałości, palił moje gardło, piekł struny głosowe i niósł ze sobą coś, czego sam dobrowolnie nigdy bym nie powiedział - echo tych słów zamarło w głuchej ciszy, wampir drgnął i po raz pierwszy na jego twarzy odmalowało się coś, co nie było kalkulacją - czysty, pierwotny niepokój. Cofnął się o krok, potem o drugi, puszczając dziewczynę na mokre podłoże, spojrzał na mnie, jakbym nagle zmienił się w potwora znacznie większego niż on sam. Minęła sekunda, później dziesięć, potem jeszcze minuta bądź dwie… Zanim, bez słowa, zniknął w cieniu - zupełnie tak, jakby noc po prostu go wchłonęła.
Uścisk w klatce piersiowej nagle puścił, pozwalając mi łapczywie wciągnąć powietrze do płuc. Serce waliło mi jak szalone. „Zgodziła się, mhm”,, powtórzyłem sobie w myślach, teraz z zupełnie innym, metalicznym posmakiem tych słów, próbując opanować drżenie rąk i wrócić do rzeczywistości. Przesunąłem dłonią po twarzy, czując zmęczenie, które nagle wróciło ze zdwojoną siłą, podszyte resztkami tego cholernego, mistycznego strachu.
- Świetna noc, co nie. - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie niż do nowej koleżanki, gdyż towarzysząca mi od teraz dziewczyna zdecydowanie nie była zbyt przytomna, z tym gorzkim rozbawieniem, które pojawiało się u mnie zdecydowanie za często, by było całkowicie zdrowe. To zapewnienie o zgodzie, teraz, gdy już zostaliśmy we dwoje, wydawało mi się jeszcze bardziej absurdalne niż na początku, chociaż w świecie, w którym żyłem, widziałem już wystarczająco wiele, żeby wiedzieć, że ludzie zgadzali się na rzeczy, których później żałowali, albo których sensu nie potrafili wytłumaczyć nikomu poza sobą. Może naprawdę, być może faktycznie w pewnym momencie popełniła błąd, ufając komuś takiemu - sam znałem aż za dobrze to, czym kończyła się wiara pokładana w kimś jej niegodnym - tylko że zgoda to jedno, a stan, w jakim się teraz znajdowała, to drugie, i coś mi mówiło, że granica między tymi dwoma rzeczami była dużo bardziej rozmyta, niż kwitujący to tak gładko krwiopijca chciałby przyznać… Może w jakimś pokręconym sensie było w tym wszystkim ziarno prawdy, a nieznajoma rzeczywiście kiedyś powiedziała „tak”, ale to, co widziałem, nie było świadomym wyborem - było jego cieniem, krzywym odbiciem, wypaczonym, pokręconym w sposób, który budził we mnie coś znacznie bliższego gniewowi niż obojętności, nawet jeśli przez moment, chwilę krótką jak tchnienie, przemknęła mi przez głowę myśl, że mogłem po prostu pójść dalej - nie sprawdzić, nie zatrzymać się, nie wchodzić w coś, co nie było moje, tylko że… Teraz już było za późno na refleksję nad byciem bohaterem… „Świetna noc, zajebista, no, naprawdę…” Dokładnie o takiej marzyłem, gdy kierowałem swoje kroki za próg wynajętej klitki - dokładnie taką dostałem, kiedy zbliżyłem się, by podnieść otumanione dziewczę, zastanawiając się, co dalej…
Jebane wampiry…  I jebana przeszłość, która nigdy nie dawała o sobie zapomnieć.
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (2293), Pan Losu (57)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa