19.05.2026, 15:42 ✶
Magiczny Londyn o tej porze był jednocześnie żywy i martwy, zależnie od tego, gdzie się patrzyło i czego się szukało, a ja, chociaż nie przyznałbym tego na głos, szukałem w nim chyba czegoś, co pozwoliłoby mi przestać myśleć… Najlepiej całkowicie, choć było to jedynie pobożnym życzeniem, natomiast już z pewnością o czymkolwiek, co miało związek z sytuacją, w której - jak zwykle - znalazłem się na własne, cholerne życzenie. Chciałem powłóczyć się do momentu, gdy byłbym skrajnie zmęczony, by spróbować położyć się w zimnym, pustym łóżku z zamiarem przespania chociaż kilku godzin. Nie byłem w nastroju na przygody, co prawdopodobnie powinno było dać mi do myślenia i powstrzymać mnie przed jakimikolwiek krokami, ponieważ zazwyczaj oznaczało, że potencjalna, niekoniecznie chciana niespodzianka i tak mnie znajdzie - i to w najmniej elegancki sposób, jaki tylko był możliwy, zupełnie tak, jakby świat miał do mnie osobisty uraz albo przynajmniej bardzo kiepskie poczucie humoru. Nie do końca potrafiłem stwierdzić, które bardziej, lecz chyba nie miało to większego znaczenia, nie teraz, nie w tych okolicznościach, nie skoro tak naprawdę nie chciałem tego analizować.
Szedłem bez konkretnego celu, co samo w sobie nie było niczym nowym, od jakiegoś czasu częściej włóczyłem się bez powodu niż wracałem prosto do wynajętej nory, jakbym liczył na to, że bezustanny ruch coś we mnie… Uporządkuje? Może i tak, chociaż w takim wypadku pojawiało się to nawracające pytanie, czy w ogóle jeszcze było, co tam w środku naprawiać… Ale może przynajmniej mogło zagłuszyć myśli, które uparcie wracały wtedy, kiedy tylko robiło się ciszej.
Teraz było cicho, tak cicho, że czułem się jak jedyny żywy duch w mieście, które zapomniało, w jaki sposób oddycha się pełną piersią.
Latarnie paliły się nierówno, część z nich migotała, co nie było niczym dziwnym w kontekście Nokturnu - pełne światło nie było tu mile widziane, lecz całkowita ciemność sprzyjała rzeczom, których nikt przy chociaż trochę odrobinę zdrowych zmysłach nie chciał oglądać - powiedziałbym nawet, iż półmrok stanowił tu jedyną powszechnie akceptowaną oprawę, pozwalającą handlarzom i rzezimieszkom ukrywać twarze pod sfałszowanymi uśmiechami. Powietrze było cięższe niż powinno było być o tej porze roku, zamglone i wilgotne, lecz nie rześkie, niosło zapachy niedawnego kataklizmu, które nie chciały się rozproszyć, mimo że od pożarów minęło już wiele dni - w moje nozdrza uderzał swąd popiołu i dymu, słodycz rozkładu i coś metalicznego, co rozpoznawałem aż nazbyt dobrze, a co niezmiennie kojarzyło mi się z krwią rozlaną na zimnej kostce brukowej.
Cienie kładły się długimi plamami na zroszonym bruku, wydłużając się w zależności od kąta, pod jakim na nie patrzyłem. Miały w sobie coś nienaturalnego - a może to była moja własna paranoja narastająca we mnie od wielu dni - mimowolnie zacisnąłem palce na różdżce ukrytej w rękawie płaszcza. Gładkie drewno, chociaż znajome i zazwyczaj stanowiące dla mnie przedłużenie mojej własnej ręki, nie przyniosło mi tym razem oczekiwanego spokoju. Każdy krok, który stawiałem, wydawał mi się zbyt głośny, a echo odbijające się od odrapanych ścian kamienic brzmiało niczym drwina. Miałem już zawrócić, uznać tę noc za straconą i pozwolić sumieniu nakarmić kolejną dawkę bezsenności, gdy nagle z bocznej, wąskiej uliczki dobiegł mnie dźwięk…
„Świetnie”, pomyślałem, czując znajomy, gorzki skurcz w żołądku, „po prostu idealnie”.
Nie był głośny, lecz podejrzanie cichy, urwany - zawieszony pomiędzy westchnieniem a zduszonym jękiem, który ktoś próbował zatrzymać w gardle, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek go usłyszał. Zatrzymałem się odruchowo, unosząc głowę i napinając mięśnie, bo to nie był odgłos, który dało się zignorować, nawet jeśli rozsądek podpowiadał, że lepiej iść dalej i nie wchodzić w cudze sprawy. Tyle że nigdy nie byłem szczególnie dobry w słuchaniu rozsądku…
Przez ułamek sekundy walczyłem z samym sobą, przeklinając w duchu swoją naturę, ten zakorzeniony instynkt prowadzący do mojej rychłej samozagłady, ale nogi już same niosły mnie w kierunku źródła dźwięku. Zrobiłem krok w stronę mroku, pozwalając, by wrodzona, przeklęta ciekawość ostatecznie zabiła resztki moich wątpliwości. Światło przygasającej latarni zatańczyło w mętnej wodzie kałuży, w której odbijała się sylwetka skulona pod ścianą, zastygła w nienaturalnej pozycji. Los znowu rozdał karty, a ja - jak zwykle - zamierzałem sprawdzić, co miał w zanadrzu.
!Strach przed imieniem
Szedłem bez konkretnego celu, co samo w sobie nie było niczym nowym, od jakiegoś czasu częściej włóczyłem się bez powodu niż wracałem prosto do wynajętej nory, jakbym liczył na to, że bezustanny ruch coś we mnie… Uporządkuje? Może i tak, chociaż w takim wypadku pojawiało się to nawracające pytanie, czy w ogóle jeszcze było, co tam w środku naprawiać… Ale może przynajmniej mogło zagłuszyć myśli, które uparcie wracały wtedy, kiedy tylko robiło się ciszej.
Teraz było cicho, tak cicho, że czułem się jak jedyny żywy duch w mieście, które zapomniało, w jaki sposób oddycha się pełną piersią.
Latarnie paliły się nierówno, część z nich migotała, co nie było niczym dziwnym w kontekście Nokturnu - pełne światło nie było tu mile widziane, lecz całkowita ciemność sprzyjała rzeczom, których nikt przy chociaż trochę odrobinę zdrowych zmysłach nie chciał oglądać - powiedziałbym nawet, iż półmrok stanowił tu jedyną powszechnie akceptowaną oprawę, pozwalającą handlarzom i rzezimieszkom ukrywać twarze pod sfałszowanymi uśmiechami. Powietrze było cięższe niż powinno było być o tej porze roku, zamglone i wilgotne, lecz nie rześkie, niosło zapachy niedawnego kataklizmu, które nie chciały się rozproszyć, mimo że od pożarów minęło już wiele dni - w moje nozdrza uderzał swąd popiołu i dymu, słodycz rozkładu i coś metalicznego, co rozpoznawałem aż nazbyt dobrze, a co niezmiennie kojarzyło mi się z krwią rozlaną na zimnej kostce brukowej.
Cienie kładły się długimi plamami na zroszonym bruku, wydłużając się w zależności od kąta, pod jakim na nie patrzyłem. Miały w sobie coś nienaturalnego - a może to była moja własna paranoja narastająca we mnie od wielu dni - mimowolnie zacisnąłem palce na różdżce ukrytej w rękawie płaszcza. Gładkie drewno, chociaż znajome i zazwyczaj stanowiące dla mnie przedłużenie mojej własnej ręki, nie przyniosło mi tym razem oczekiwanego spokoju. Każdy krok, który stawiałem, wydawał mi się zbyt głośny, a echo odbijające się od odrapanych ścian kamienic brzmiało niczym drwina. Miałem już zawrócić, uznać tę noc za straconą i pozwolić sumieniu nakarmić kolejną dawkę bezsenności, gdy nagle z bocznej, wąskiej uliczki dobiegł mnie dźwięk…
„Świetnie”, pomyślałem, czując znajomy, gorzki skurcz w żołądku, „po prostu idealnie”.
Nie był głośny, lecz podejrzanie cichy, urwany - zawieszony pomiędzy westchnieniem a zduszonym jękiem, który ktoś próbował zatrzymać w gardle, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek go usłyszał. Zatrzymałem się odruchowo, unosząc głowę i napinając mięśnie, bo to nie był odgłos, który dało się zignorować, nawet jeśli rozsądek podpowiadał, że lepiej iść dalej i nie wchodzić w cudze sprawy. Tyle że nigdy nie byłem szczególnie dobry w słuchaniu rozsądku…
Przez ułamek sekundy walczyłem z samym sobą, przeklinając w duchu swoją naturę, ten zakorzeniony instynkt prowadzący do mojej rychłej samozagłady, ale nogi już same niosły mnie w kierunku źródła dźwięku. Zrobiłem krok w stronę mroku, pozwalając, by wrodzona, przeklęta ciekawość ostatecznie zabiła resztki moich wątpliwości. Światło przygasającej latarni zatańczyło w mętnej wodzie kałuży, w której odbijała się sylwetka skulona pod ścianą, zastygła w nienaturalnej pozycji. Los znowu rozdał karty, a ja - jak zwykle - zamierzałem sprawdzić, co miał w zanadrzu.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)