• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[25.10.1972] Ignorance was bliss, until it wasn't. | Benjy & Geraldine

[25.10.1972] Ignorance was bliss, until it wasn't. | Benjy & Geraldine
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
20.05.2026, 20:32  ✶  

Geraldine ostatnio nie było z Londynem po drodze. Większość czasu spędzała w swoim nowym domu w Little Hangleton, to znaczy w domu jej i Roise'a. Nadal nie mogła uwierzyć w to, że w końcu oficjalnie stali się małżeństwem, mimo, że minął już miesiąc od tego wspaniałego dnia. Oczywiście bywała w stolicy, to tutaj dobijało się najlepszych interesów, łapało najwspanialsze zlecenia, więc pojawiała się tu od czasu do czasu. Nie włóczyła się już jednak uliczkami jak kiedyś, nie miała tu czego szukać, w końcu udało jej się stworzyć dom, do którego miała po co wracać.

Znalazła się na Nokturnie, aby dostarczyć przesyłkę jednemu ze swoich stałych klientów. Poinformowała swojego wspólnika o tym, że będzie kręcić się po okolicy, licząc na to, że znajdzie dla niej czas. Nie widzieli się bowiem od tamtej pamiętnej nocy, która skończyła się dosyć spektakularnie - grunt, że i ona i on ją przeżyli, bo to wcale nie było takie oczywiste. Miała nadzieję, że tamten jeden dzień nie zaważy o ich współpracy, wszak Benjy z tego co wiedziała też całkiem niedawno zmienił swój stan cywilny, a jego małżonka pewnie nie do końca była przyzwyczajona do takiego trybu życia. Zresztą sama nie miała lekko, wysłuchała swoje na temat nieodpowiedzialności, którą się wykazała, jakoś to przeżyła. Udało im się zresztą przetrwać starcie z wilkołakiem, a mieliby sobie nie poradzić z najbliższymi - dobre sobie.

Mieli się spotkać przy jednym z charakterystycznych, niewielkich sklepików. Oparła się o parapet i zaczęła bawić się obrączką, która znajdowała się na jej palcu. Nie paliła od jakiegoś czasu, a więc musiała zająć czymś swoje dłonie. To wcale nie było dla niej takie łatwe, bo fajki były w jej życiu od dawien dawna, czego się jednak nie robi dla nowego członka rodziny.

Ubrana była zwyczajnie, w ten sam skórzany płaszcz, te same, zniszczone buty co zawsze. Trudno było dostrzec na pierwszy rzut oka te zmiany, jakie zaczęły pojawiać się w jej wyglądzie. Dobrze, wolała póki co zatrzymać pewne informacje dla siebie i najbliższych. Poprawiła kaptur na głowie, wiatr, który uderzał w jej twarz nie należał do najprzyjemniejszych.

Dostrzegła w końcu znajomą sylwetkę, zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów - nie wyglądał najgorzej, wręcz przeciwnie prezentował się naprawdę nieźle jak na to, co im się ostatnio przytrafiło. Mieli do pogadania po tym, czego się dowiedziała, nie wiedziała, jakim cudem udało mu się wtedy ukrywać swój stan, musiał być wyjątkowo twardym skurwysynem, chociaż przecież powinna się tego spodziewać. - Skończył Ci się areszt domowy? - Zapytała, kiedy tylko znalazł się odpowiednio blisko, aby ją usłyszeć.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
20.05.2026, 22:55  ✶  
Szedłem wolnym krokiem przez zamglone zaułki Nokturnu, nawet nie starając się, by moje ruchy wyglądały na naturalne, gdyż od pewnego czasu zacząłem intuicyjnie dostosowywać je do nowego stylu życia - już teraz wiedziałem, że zamierzałem bywać tutaj częściej, niż przewidywałem na samym początku, tuż po moim powrocie do kraju, więc zacząłem wychwytywać lokalne zwyczaje, aby się do nich dostosować. Może nie byłem konformistą ani papugą, lecz kamuflaż przychodził mi raczej całkiem naturalnie, był integralną częścią mnie, tak samo jak skradanie się niepostrzeżenie i wychwytywanie różnych anomalii w otoczeniu. Byłem uważny, może nawet uważniejszy niż wcześniej, chociaż bez paranoi, ponieważ tym razem nie chodziło już wyłącznie o mnie.
Gdy tylko skręciłem w dobrze mi znaną, ponurą alejkę, w której miałem się spotkać z moją wspólniczką, praktycznie od razu dostrzegłem jej sylwetkę - Geraldine stała oparta o parapet jednego z tych obskurnych sklepików, idealnie wtapiając się w tutejszy krajobraz. Ten sam skórzany płaszcz, te same znoszone ciężkie buty… Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło, ale gdy podszedłem bliżej, zauważyłem, że jej dłonie - zazwyczaj trzymające papierosa lub zapalniczkę wyjętą, by go podpalić - teraz nerwowo bawiły się lśniącą na palcu obrączką. To był dziwny widok, wyglądało to wręcz nierealnie, ale w obliczu wszystkiego, co się wydarzyło, powstrzymałem się od wygłoszenia złośliwego komentarza na samym starcie. Oboje daliśmy się zaobrączkować niemal w tym samym czasie, co przy naszym trybie życia zakrawało na jakiś absurdalny żart losu, lecz zdecydowanie nim nie było - nie wątpiłem, że była tak samo zadowolona z życia, co ja, nawet jeżeli nie zwykliśmy plotkować ze sobą przy popołudniowej herbatce i w ogóle często się spotykać. Odkąd opuściliśmy Exmoor, nasza relacja powróciła do normy przewidzianej dla podobnych nam ludzi, co właściwie było całkiem pozytywną informacją, ponieważ najpewniej nie wytrzymalibyśmy ze sobą na dłuższą metę. Lubiliśmy się - to też była zmiana - ale zawsze uważałem, iż kluczem do najlepszej współpracy był zdrowy dystans i sporo niezależności, dopóki tak było między nami, dopóty wszystko układało się idealnie. No… Prawie…
Kiedy podszedłem bliżej, a jej pytanie przecięło chłodne powietrze, na mojej twarzy mimowolnie pojawił się lekki, nieco ironiczny grymas mogący z powodzeniem zostać uznany za krzywy półuśmiech.
- Mosna to tak ująś. - W moim głosie pobrzmiewała sucha ironia. - Oficjalnie? Pszepustka za doble splawowanie. Nieoficjalnie? Cósz. Dostatecznie jusz wydobszałem, by nie było algumentów za tszymaniem mnie w aleszcie. - Wzruszyłem ramionami, zatrzymując się krok od niej, i naciągnąłem mocniej kołnierz płaszcza, chroniąc się przed nieprzyjemnym, lodowatym wiatrem, który bezlitośnie smagał mi twarz. - Chociasz, nie powiem, nikt nie ostszegał, sze negocjacje małszeńskie s usdlowicielem są o stokloś tludniejsze nisz ubijanie intelesów s wampilami. Zwłaszcza, kiedy musisz tłumaczyś się s kilku nowych, dość głębokich śladów po pazulach i flaków na wieszchu. - To mogło zabrzmieć jak żart, lecz prawda była taka, że tamtej pamiętnej nocy uratowała mnie wyłącznie czysta adrenalina oraz to, z jak wybitną uzdrowicielką się ożeniłem. Sam nie rozumiałem, jakim cudem udało mi się ustać na nogach i nie zemdleć na polanie w samym środku przeklętego lasu, kiedy krew sączyła się przez warstwy porwanych ubrań, a potrzaskane żebra trzeszczały przy każdym, nawet najmniejszym oddechu, jaki zaczerpywałem. Zacisnąłem wtedy zęby, bo tak trzeba było zrobić - byłem twardym skurwysynem, fakt, ale tamtej nocy po prostu nie mogłem pozwolić, żebyśmy oboje zostali tam na zmarnowanie i żeby którekolwiek z nas nie wróciło do najbliższych. Cała reszta była marginalna.
Biorąc wdech, po tamtych słowach, schowałem dłonie do kieszeni i zmrużyłem oczy, uważnie lustrując sylwetkę Gerdy, gdyż byłem pewien, że nie wezwała mnie po to, żeby pytać mnie o zdrowie albo o sytuację w moim domu.
- Więc? - Zagadnąłem, unosząc lekko brew i przyglądając się jej twarzy ukrytej pod kapturem. - Jak się czuje dumna pani na włościach? I co to za niezwykle waszny inteles splowadził cię w te syfiaste lejony, sze postanowiłaś odelwaś się od wiejskiej sielanki? - Zniżywszy głos jeszcze bardziej, rozejrzałem się po otoczeniu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
21.05.2026, 10:26  ✶  

Nie dość, że dali się zaobrączkować w tym samym momencie, to padło na podobną kategorię człowieka, co Geraldine wydawało się całkiem zabawne, bo pewnie postronne osoby mógł kłuć w oczy kontrast jaki pojawiał się między nimi, a ich partnerami. Jak widać jednak nic sobie z tego nie robili, nie znała wszystkich szczegółów historii Fenwicka i jego wybranki, mogła podejrzewać, że była równie wyboista, co jej i Roise'a, nie sądziła bowiem, aby Benjy podejmował takie decyzje irracjonalnie, zresztą widziała w Rumunii, jak bardzo mu zależy. Nadal była pełna podziwu dla tego, jak rozwiązał swój kłopot, nie spodziewała się, że po prostu weźmie z tą kobietą ślub, jak widać był pełen niespodzianek.

Nawet ucieszyła się, kiedy go zobaczyła, co było sporą zmianą, zważając na to, że ich początki były dość trudne. No, te nowe początki, kojarzyli się przecież w jego poprzednim życiu, nie mieli szansy wtedy jakoś mocno się do siebie zbliżyć z racji na dość napięte stosunki między rodzinami. Była jednak całkiem zadowolona z tego, że ich drogi znowu się przecięły. Widziała w nim naprawdę sporo z Yaxleyów, co uważała za ogromną zaletę, nigdy nie ukrywała, że uwielbia swoją rodzinę.

- Nie był to najbardziej przyjemny czas, co? - Nie chodziło jej nawet o ból, a o to, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że medycy mieli bardzo konkretne podejście, kiedy chodziło o zdrowie ich najbliższych. Znając go pewnie jak i ona machnąłby ręką na swoje obrażenia i nie cackał się ze sobą, uniemożliwiała to jednak obecność osobistego medyka. Jako, że też posiadała swojego własnego wiedziała, że bywa to upierdliwe.

- Straszni są, co nie? - Niesamowite było to, że mogła z nim dzielić ten los. - Najgorsze, że w naszym przypadku będzie to wracać niczym bumerang. - Nie było się co oszukiwać, na pewno prędzej, czy później przytrafi im się kolejny uraz wymagający uwagi. Często przecież znajdowali się w niebezpieczeństwie, nie mogło więc być inaczej, nie zawsze dało się poradzić sobie z zagrożeniem bez szwanku. Taki już urok ich pracy.

- Zaskakująco dobrze, obawiałam się, że będzie mi tego brakować - Machnęła ręką pokazując na otoczenie. Może nie był to najlepszy przykład, bo Nokturn nie był szczególnie uroczy, ale chodziło jej ogólnie o miasto. - jednak okazało się zupełnie inaczej. - Nie miała zbyt wiele do powiedzenia na ten temat, właściwie to dorastała przecież na wsi, z czasem zapragnęła czegoś innego, ale w końcu wróciła do korzeni.

- Musiałam podrzucić jedną, drobną przesyłkę, ojciec prosił. - Ojciec prosił, Geraldine spełniała te prośby, to pewnie też nigdy nie miało się zmienić.

- Szykuje się zlecenie do ogarnięcia, jeszcze je dogaduje, ale pewnie niedługo będziemy musieli się wybrać do Zakazanego Lasu. Masz coś przeciwko powrotowi do szkoły? - Nie było sensu jeszcze mówić na co przyjdzie im polować, ale wolała wspomnieć o tym, że niebawem, być może udadzą się w okolice Hogwartu.

Nagle zrobiło się drobne zamieszanie, zza winkla wyszła grupa czarodziejów i goblinów, odruchowo spojrzała w ich stronę. Nieczęsto tak tłumnie poruszano się po Nokturnie. Dziwne. Dyskutowali całkiem głośno, jednak trudno jej było jeszcze wyłapać temat ich rozmowy, bo znajdowali się zbyt daleko.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
21.05.2026, 21:51  ✶  
Niczym niepohamowane parsknięcie, które wyrwało się z moich ust, było chyba najbardziej szczerym wyrazem solidarności, na jaki mogłem się zdobyć w tych realiach. Prychnąłem cicho, a na moje usta wypłynął ten sam, niezmiennie krzywy i nieco cyniczny uśmiech, kiedy Gerda z tak rozbrajającą trafnością podsumowała charakterologiczny profil medyków. Miała cholerną rację - ci ludzie potrafili być gorsi niż cała chmara rozwścieczonych widłowęży, zwłaszcza gdy w grę wchodziło puszczanie mimo uszu ich zaleceń lekarskich - posiadanie uzdrowiciela w domu, zwłaszcza takiego z osobistym i całkowicie uzasadnionym prawem do wypytywania człowieka o każdą nową bliznę, drastycznie zmieniało komfort chorowania.
- Szebyś wiedziała. - Palnąłem od razu, chociaż - bynajmniej - przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, z czym to się jadło. - Ani sekundy spokoju. Człowiek chciałby po plostu wstaś, otszepaś się s… Kulwa… Klwi i iść dalej lobiś swoje, a zdesza się ze ścianą i wykładem o pelfolasji nasządów. - Żenada… Potrząsnąłem głową już na samo wspomnienie leżenia w łóżku przez tyle długich, długaśnych dni i jeszcze gorszych nocy. - Splóbuj się zbuntowaś, to nie tylko dostaniesz szlaban na opuszczanie łószka, a i taki zestaw eliksilów, po któlym pszes tydzień będziesz widzieś testlale na lószowo. Ale… - Zawiesiłem na chwilę głos, moje spojrzenie złagodniało w sposób, jaki dawny Benjy Fenwick prawdopodobnie uznałby za słabość. - Ma to tesz swoje doble stlony. - Wzruszyłem lekko ramionami, gdyż wizja tego, że ten stan rzeczy będzie wracał niczym bumerang przy każdej kolejnej akcji, była równie pewna co podatki czy to, że w ministerstwie pracowali prawie sami idioci, taki lajf, oboje wiedzieliśmy, na co się pisaliśmy, i raczej żadne z nas nie zamierzało nagle przerzucić się na hodowlę bydła i bezpieczne zbieranie ziółek na prowincji, nawet jeśli Geraldine twierdziła, że wiejska sielanka zaskakująco dobrze jej służyła.
Kiedy odpowiedziała mi na pytanie dotyczące swojej aklimatyzacji na wsi, mówiąc o tym, że ku własnemu zaskoczeniu odnalazła tam spokój, zmierzyłem ją uważnym wzrokiem. Trudno mi było wyobrazić ją sobie karmiącą kury czy sadzącą rzepę, ale rozumiałem ten mechanizm - sam po powrocie z Rumunii szukałem stałego gruntu pod nogami, odnajdując go w najmniej oczekiwany sposób. Byliśmy pod tym kątem do siebie podobni, może nawet bardziej niż chciałbym przyznać, byle tylko limit szczęścia nie wyczerpał się nam obojgu w tym samym momencie.
- Cieszy mnie to. Naplawdę. - Powiedziałem całkiem szczerze, rezygnując na moment z ironicznego tonu. Odnotowałem to machnięcie ręką, ten subtelny gest rezygnacji z miejskiego blichtru - to miało sens, na dłuższą metę, gdyż ludzie tacy jak my potrzebowali przestrzeni, żeby nie zwariować, nawet jeśli geny Yaxleyów czy specyfika obranej przez nas ścieżki życiowej pchały nas czasem w najbardziej obskurne zaułki Londynu. Mało kto z naszych kręgów potrafił w porę zwolnić i docenić, że ma dokąd wracać, dobrze, że Gerda i Roise potrafili stworzyć dla siebie takie miejsce.
- Jasne. Skolo staly Yaxley plosi, to się nie odmawia. - Skomentowałem krótko jej wzmiankę o przesyłce. Sam aż nazbyt dobrze rozumiałem, co to znaczy mieć zobowiązania, z których nie można było się ot tak wypisać. Szacunek do ludzi godnych szacunku i nawiązywanych z nimi układów miałem we krwi, więc jej lojalność wobec ojca była dla mnie czymś absolutnie naturalnym. Szanowałem to, szczególnie odkąd zauważyłem, iż dla Yaxleyów krew zawsze była gęstsza od wody.
Prawdziwe zainteresowanie wzbudziła we mnie jednak dopiero zapowiedź nowego zlecenia - na dźwięk słów „Zakazany Las” i „Hogwart” drgnęła mi brew, a w oczach błysnęło czyste zaintrygowanie.
- Zakazany Las? Hogwalt? - Powtórzyłem, lekko przekrzywiwszy głowę. - Jeśli pytasz, czy tęsknię za wlószbialstwem i tlansmutacją, to niezbyt. Był moment, kiedy najchętniej spaliłbym tę budę lasem s dylem i jego świętoszkowatą kadlą - przyznałem bez ogródek - ale telen… Jak mam byś szczely, to całkiem niezły plac zabaw. - Stare śmieci bywały całkiem dochodowe, a tamtejsza puszcza kryła rzeczy, za które tutejsi kupcy daliby sobie uciąć rękę. Albo komuś innemu… To drugie jeszcze bardziej. - Byle tylko tym lasem obyło się bez… No, wiesz, flaków na wieszchu. - Nagle urwałem, moja uwaga, dotychczas skupiona wyłącznie na Geraldine, błyskawicznie przeniosła się w inne miejsce… Zanim zdążyłem zapytać o naturę tego zlecenia, chłodne powietrze rozdarł nietypowy, głośny gwar. Moje mięśnie drgnęły, a uwaga natychmiast przeniosła się na koniec alejki, skąd dobiegł hałas - przerwałem wpół słowa, spojrzeniem natychmiast powędrowawszy w stronę winkla pobliskiego, mocno nadszarpniętego zębem czasu budynku, skąd - zaledwie kilkanaście jardów od nas - wyłoniła się dziwna procesja. Ludzie i nieludzie. Razem. Na Nokturnie. Cała grupa w warunkach tego miejsca wyglądała wręcz groteskowo. Czarodzieje ramię w ramię z goblinami? I to nie w Gringottcie, nie przy podpisywaniu oficjalnych glejtów, ale tutaj, w tym syfie, prowadząc głośną, jawną dyskusję? To nie pasowało do tutejszego krajobrazu, na Nokturnie interesy załatwiało się szeptem, pod osłoną półmroku, z ręką na rękojeści różdżki, a nie robiąc wokół siebie raban na pół ulicy. Moje oczy momentalnie się zwęziły, odruchowo cofnąłem się o pół kroku, wtapiając się głębiej w cień rzucany przez odrapany balkon nad parapetem, przy którym stała Gerda. Moja dłoń, ukryta w kieszeni płaszcza, bezwiednie zacisnęła się na chłodnym drewnie różdżki. Zgiełk zbliżał się zaskakująco szybko, chociaż podmuchy targały połami ich ubrań i rozpraszały dźwięki, nietypowa grupa była zbyt podniecona, by dbać o dyskrecję. Było ich pięciu - trzech czarodziejów w ciemnych, podróżnych szatach, podszytych grubym materiałem oraz dwa gobliny, z których jeden wymachiwał chudymi łapskami z taką pasją, jakby zaraz miał komuś wydłubać oko długim, zakrzywionym pazurem. Atmosfera między nimi była gęsta i aż nadto wyczuwalna. Nadstawiłem uszu, próbując wyłowić z szumu lodowatego wiatru i pokrzykiwań pojedyncze słowa, zanim tamci zrównają się z naszą miejscówką.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
22.05.2026, 15:16  ✶  

- Oj tak, potrafią się mścić w bardzo cywilizowany sposób, lepiej z nimi nie zadzierać. - W końcu nie znali się na tych magicznych miksturach na tyle, aby negować zasadność ich przyjmowania. Nauczyła się więc grzecznie wykonywać polecenia, aby przypadkiem nie dać sposobności do tego, aby stosowali te swoje metody. Byli sprytniejsi, niż się mogło wydawać. Nie za bardzo mieli inne wyjście jak się do tego dostosować, co było całkiem zabawne, bo ani ona, ani Benjy raczej nie należeli do osób, które tak łatwo pozwalały mówić im, co mają robić.

- Ma więcej dobrych stron, niż można by się spodziewać. Inaczej się żyje ze świadomością, że ktoś na Ciebie czeka. - Wcześniej nie przejmowała się zbytnio tym, czy dany dzień będzie ostatnim, aktualnie przywiązywała wagę do tego, aby robić wszystko co w swojej mocy, by wrócić do domu. Podejście zmieniało się ze świadomością, iż ryzyko mogło spowodować krzywdę kogoś innego. Łatwiej było się nie przejmować, chociaż nie dało się ukryć, że dopiero teraz to wszystko nabierało jakiegokolwiek sensu.

- Dobra, przestańmy, bo robi się zbyt ckliwie, ktoś jeszcze pomyśli, że zrobiliśmy się miękcy. - Doceniała to, że Benjy jest dla niej miły, naprawdę, to było miłą odmianą, dobrze było wiedzieć, że ktoś cieszy się z tego, że innym się układa. Niektórzy ludzie mieli w sobie tylko i wyłącznie zawiść i byliby skłonni podrzucać innym kłody pod nogi tylko dlatego, że zbyt dobrze im się wiodło. Jej kuzyn taki nie był.

- Tak jest, niektóre rzeczy się nie zmieniają. - Nie brzmiała jednak jakoś na specjalnie rozczarowaną tym, że spełnia polecenia swojego ojca. Zawsze była mu lojalna, doceniała to, co osiągnęła dzięki swojej rodzinie, póki więc jeszcze mogła na coś przydać się Gerardowi to to robiła, zresztą nie bardzo miał oparcie w reszcie swoich dzieci. Nigdy się nie spodziewała, że to ona będzie tą najbardziej związaną z rodzicami, ale jak widać los potrafił być bardzo przewrotny. Traktowała też bardzo poważnie jak na nią sprawy związane z reprezentowaniem ich familii, w sumie wiedziała, że wiele od tego zależy, bo przyszło żyć im na takim świecie, a nie innym, a dla Greengrass-Yaxley nie było nic ponad jej rodziną.

Prychnęła. - Coś Ty, transmutacja była fajna, szczególnie ktoś przypadkiem zmienił wodę w gówno, zamiast w rum. Zawsze wiele się tam działo. - Był to jeden z jej ulubionych przedmiotów, zresztą z sentymentem też wspominała nauczycielkę, która zaczęła ją uczyć na piątym roku, to przez nią zainteresowała się animagią i opanowała tę umiejętność, chociaż pani profesor do dzisiaj o tym nie wiedziała.

- Fakt tam nie dało się nudzić, szkoda tylko, że większość czasu musieliśmy przesiedzieć w zamku. - Kiedy tylko miała chwilę to eksplorowała tajemnice zamku, ale nie było go na tyle, żeby poznać je wszystkie, zresztą nie wydawało jej się, aby nawet sam Dumbledore miał taką szansę.

- Flaki raczej nie opuszczą swojego miejsca. - Rzuciła jeszcze, chociaż nigdy nie można być tego stuprocentowo pewnym, zwłaszcza w miejscu takim jak Zakazany Las.

Nie przywykła do tego, że taka chmara ludzi pojawiała się na Nokturnie, nie wydawali się zupełnie przejmować otoczeniem, tylko żywo dyskutowali. Zauważyła, że poza czarodziejami znajdowały się tam również gobliny. Bardzo interesujące zbiegowisko zupełnie przypadkowych osób, a może to było mylne, w końcu niektórzy mieli wspólny mianownik jakim było to, że wyszli z jakiejś gobliniej nory, czy taka znajdowała się na Nokturnie? Jest na to szansa.

Zbliżali się do nich, była w stanie w końcu wyłapać o czym rozmawiali. Bunt goblinów? Serio? Na Nokturnie takie dyskusje? Nie do końca uważała to za rozsądne, komuś mogło się nie spodobać to, że robili to tak głośno. Przeniosła wzrok na swojego towarzysza, nie do końca rozumiała, co się właściwie dzieje, czy był to jakiś manifest? Chyba nie, nie było ich tutaj, aż tak wielu.

Nie dało się zignorować tego, co mówili. Usłyszała coś o powstaniach goblinów, o tym, że wielu z nich straciło życie i to było niesprawiedliwe, o tym, że czarodzieje chcieli kontrolować Bank Gringotta - wcale nie było to dziwne, zważając na to, że tym małym skrczybykom świeciły się oczy, gdy tylko coś mignęło złotem. Mijali ich, myślała, że już po wszystkim, że będą mogli dalej rozmawiać, tyle, że grupka zatrzymała się tuż obok parapetu, który był miejscem ich spotkania.

- Czarodzieje powinni się odpieprzyć od interesów goblinów, zostawić to tym, którym jest to pisane, prawda kolego? - Spojrzał na Benjy'ego swoją parszywą gębą, uśmiechnął się przy tym pokazując ostre zęby, najwyraźniej oczekiwał jego aprobaty.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
24.05.2026, 18:02  ✶  
Chłodny powiew wiatru, niosący ze sobą zapach wilgoci i stęchlizny, tak typowej dla tego miejsca, zmierzwił mi włosy. Cicho parsknąłem nosem, poprawiając kołnierz płaszcza, gdyż chłód Nokturnu zaczął powoli wdzierać się pod gruby materiał. Moje usta nieznacznie wykrzywiły się w typowym dla mnie,  denerwującym, acz tym razem odrobinę bezsilnym uśmiechu na samo wspomnienie tamtych specyfików, którymi po ataku wilkołaka faszerowano mnie przy lada okazji. Człowiek myśli, że ma własne zdanie, a potem budzi się rano, grzecznie przełyka to świństwo i jeszcze dziękuje, że nie dostał gorszego…
Słowa o kimś, kto czeka w domu, uderzyły w nieco inną, gęstszą strunę naszej rozmowy. Przestałem obracać rzemyk wokół nadgarstka ukrytego wraz z ręką w głębokiej kieszeni i spojrzałem na nią uważniej.
- To akulat plawda, choś bszmi to… - Nie dokończyłem, nawet nie próbowałem, wystarczyło, że krótko pokręciwszy głową, prychnąłem, przenosząc wzrok na kołyszący się nad naszymi głowami, zardzewiały szyld sklepu. Człowiek staje się strasznie ostrożny, kiedy uświadomi sobie, że jego nagła śmierć mogłaby komuś popsuć doskonale zaplanowany wieczór albo, co gorsza, całe życie - to uwiązanie bywało ciężkie, niosło wiele trudnych myśli i decyzji, które nie mogły już opierać się wyłącznie na niezależności i chęci przygody, ale na swój sposób trzymało w pionie, gdy wszystko dokoła zaczynało się sypać, zdążyłem się już o tym przekonać. Nie wątpiłem, że Geraldine również.
- Masz lasję, zalas oboje zaczniemy lysześ jak pensjonalki ze szkoły dla panien s doblych domów. - Rzuciłem z rozbawieniem, szturchając ją lekko ramieniem - Niedoczekanie, nie. - Mruknąłem pod nosem, wciąż z lekkim, kpiącym uśmieszkiem, chętnie podchwytując jej nagłą chęć ucieczki od tej sentymentalnej pułapki, w którą niechcący wpadliśmy. Rozumiałem jej potrzebę ucięcia tematu, bo Nokturn z całą swoją zapyziałą, niebezpieczną otoczką nie był miejscem na rozczulanie się nad rodzinnym szczęściem, a poza tym oboje mieliśmy zbyt wiele dumy, by pozwolić sobie na publiczne okazywanie miękkości. Cieszyłem się jednak jej szczęściem, autentycznie i bez cienia tej toksycznej zawiści, którą tak często widywało się wśród rodów czystej krwi, w których każdy sukces kuzyna był traktowany jak osobista potwarz i powód do knucia intryg. U nas było inaczej, może dlatego, że oboje przeszliśmy zbyt wiele, by marnować energię na tak przyziemne i podłe emocje.
Kwestia jej ojca i rodziny zawsze była dla mnie skomplikowana, ale szanowałem jej lojalność, nawet jeśli na ogół sam miałem zupełnie inne podejście do autorytetów, tym bardziej już do rodzicielskich nakazów. W moim własnym rodzie byłem tym, który latami szukał bocznych drzwi i uciekł przez okno, gdy dom zaczął płonąć, mimo to, w głębi duszy rozumiałem ten ciężar, presję krwi, czasami nieznośną a czasami - jak w przypadku Greengrass-Yaxley - będącą powodem do noszenia się z dumą. Presję, warto dodać, która wiązała nas mocniej niż jakiekolwiek zaklęcia więżące, nawet jeśli los bywał tak cholernie przewrotny, prowadząc nas na różne nieprzewidziane ścieżki.
Kto by na przykład pomyślał, iż po latach staniemy się do siebie całkiem… Podobni w naszej inności…
Jednak kiedy wspomniała o swoim zamiłowaniu do transmutacji, mój żołądek zwinął się w dobrze znany supeł niechęci, przypomniały mi się te wszystkie zmarnowane godziny i surowy wzrok McGonagall, kiedy zamiast idealnego kielicha z myszy wychodziło mi coś, co przypominało owłosiony nocnik. Moje szkolne lata z tym przedmiotem to była jedna wielka katastrofa, pasmo szlabanów i wiecznych awantur o to, że zamiast skupić się na teorii, wolałem sprawdzać, jak spektakularnie można coś wysadzić w powietrze. Zawsze uważałem, że zmienianie jednych rzeczy w drugie to oszukiwanie natury i strata czasu, zresztą z moją cierpliwością i tak zaraz wszystko stawało w płomieniach. Wolałem eliksiry albo obronę, przynajmniej można było coś wysadzić legalnie.
- Jasne. Mów sobie. - Skrzywiłem się lekko, gdy przypomniałem sobie sam zamek i te wieczne ograniczenia, które na nas nakładano, zawsze szukałem drogi ujścia dla swojej energii poza murami, co rusz lądując w samym środku kłopotów. Oparłem się plecami o chłodny kamień, krzyżując ręce na piersi i wodząc wzrokiem po ciemnych zakamarkach ulicy. Wspomnienia z Hogwartu zawsze wywoływały we mnie mieszane uczucia - z jednej strony kumple i mecze Quidditcha, z drugiej wieczna chęć rozniesienia tego miejsca od środka.
Jeśli chodziło o flaki, cóż, w miejscach takich jak Zakazany Las czy właśnie Nokturn, anatomiczne prawdy potrafiły być rzeczą niezwykle płynną.
- Obyś miała lasję, bo szkoda by było znowu psuś tak dobsze sklojony płaszcz. Ledwo go wywabiłem. - Skwitowałem krótko, nie rozwijając tematu, bo naszą uwagę przykuło coś znacznie bardziej niepokojącego. Ulica, zazwyczaj będąca schronieniem dla ludzkich mętów, czarnoksiężników i handlarzy nielegalnymi artefaktami, teraz zaroiła się od stworzeń, których widoku szczerze i z całego serca nienawidziłem. Zmrużyłem oczy, obserwując nietypową mieszankę czarodziejów i goblinów wykrzykujących coś o buncie, niesprawiedliwości i kontroli nad Gringottem.
Gobliny… Nie znosiłem ich - nie znosiłem ich rzekomej wyższości, wiecznego focha na cały czarodziejski świat, chciwości ukrytej pod płaszczykiem bankierskiej rzetelności i tej parszywej, zakłamanej dumy, która co kilka dekad pchała ich do wywoływania krwawych, bezsensownych buntów. Hałaśliwa grupa, która wyrosła nagle z cienia, zepsuła resztki spokojnej atmosfery - Nokturn nigdy nie był bezpiecznym miejscem, ale to, co działo się teraz, przekraczało granice zwykłej, codziennej anarchii panującej w tej dzielnicy. Już myślałem, że skoro wyglądaliśmy jak wyglądaliśmy, dyskutanci chociaż postanowią minąć nas bokiem… I wtedy jeden z nich, zdecydowanie najbardziej wyszczekany z goblinów, z gębą pełną ostrych jak szpilki zębów, zwrócił się bezpośrednio do mnie, szeroko otwierając niewyparzoną paszczę - jego oddech cuchnął tanim alkoholem i surowym mięsem, czułem to, nawet jeśli koleś ział mi prosto w okolicę pępka. Powoli, z najwyższą, ostentacyjną wręcz pogardą, zlustrowałem niską sylwetkę rozmówcy, zatrzymując wzrok na brudnych pazurach, po czym przeniosłem go z powrotem na te małe, chciwe ślepia. Oczekiwał aprobaty. Mojej aprobaty. Nie cierpiałem, gdy ktoś naruszał moją przestrzeń, a już na pewno nie tolerowałem, gdy robił to bezczelny stwór, który najwyraźniej szukał taniego poklasku u swoich kumpli.
- Wydaje mi się, kolego - zacząłem, cedząc każde słowo z nietypowym dla siebie spokojem, choć w moim głosie kryła się groźba, której nie sposób było przegapić - sze pomyliłeś adlesy. Pilnuj swojego nosa i swoich splaw, a biznesy zostaw tym, któszy faktycznie mają na nie wpływ. - Skwitowałem bez wahania, po czym odepchnąłem się powoli od ściany, prostując sylwetkę, by moja przewaga wzrostu była aż nadto widoczna, nie zamierzałem dać się podejść na własnym terenie. Spojrzałem na niego z góry, z chłodnym, absolutnie obojętnym wyrazem twarzy, tłumiąc w sobie ochotę, by po prostu odepchnąć go różdżką. - Czalodzieje i ich intelesy to jedyna szesz, któla tszyma ten wasz mały, podziemny światek w jakiejkolwiek kupie, więc na twoim miejscu zamknąłbym pysk i wlacał do liczenia cudzych monet, zanim pszypomnisz sobie, dlaczego popszednie bunty zawsze kończyły się dla was tak samo. - Nie byłem krasomówcą, nie zamierzałem wdawać się w polityczne dysputy na środku ulicy z kimś, kto sięgał mi ledwo do pasa, ale zuchwałość tego stworzenia przekraczała wszelkie granice, a ulica bywała śliska, zwłaszcza dla kogoś z tak krótkimi nogami.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
29.05.2026, 09:35  ✶  

- Tak. - Mruknęła jedynie cicho. Doskonale wiedziała, jak to brzmiało. Dużo łatwiej było pakować się w kłopoty ze świadomością, że nikt na ciebie nie czekał. Odpowiedzialność była mniejsza, dotyczyło to raczej tylko głównych zainteresowanych, a że praktycznie w tym samym momencie zmienili swój stan cywilny, to podejrzewała, że i zaczęli myśleć w podobny sposób. Musieli nieco zmienić przyzwyczajenia, nie mogli, aż tak ryzykować, bo dotyczyło to już nie tylko ich, jedną głupią, nieprzemyślaną decyzją mogli spierdolić życie swoich najbliższych.

- aż tak źle nigdy z nami nie będzie. - Na jej twarzy pojawił się uśmiech, kiedy szturchnął ją ramieniem. Wystarczy na dzisiaj tej ckliwości, chociaż całkiem miło było mieć z kim podzielić się swoimi przemyśleniami, zwłaszcza, że wiedziała, że jak nikt inny będzie w stanie ją zrozumieć, naprawdę wiele ich łączyło, co nawet mogło być przerażające, nie spodziewała się, że gdzieś na świecie istnieje męska wersja jej osoby, a mogła śmiało stwierdzić, że Fenwick był właśnie kimś takim, no przynajmniej na większości płaszczyzn życia.

Naprawdę była zadowolona z tego, że i jemu udało się znaleźć swoje szczęście, że mimo tych wszystkich przeciwności losu, jakoś ułożył sobie swój świat, że postanowił zostać, bo każdy potrzebował mieć jakieś swoje miejsce na ziemi, nawet jeśli twierdził, że było inaczej. Nie dało się ciągle żyć w drodze, uciekać przed całym światem. Nokturn jednak nie był odpowiednim miejscem na takie konwersacje.

Jej podejście do rodziny wiązało się z tym, że miała sporo szczęścia. Nigdy nie mogła narzekać na to, że rodzice podcinali jej skrzydła, cóż ułatwiał to fakt, że wyjątkowo dobrze odnalazła się w ich rodzinnej profesji, była Yaxleyem z krwi i kości, a ojcu zupełnie nie przeszkadzało to, że nie ma penisa, co wcale nie było takie częste. Spotykała się dezaprobatą, krzywymi spojrzeniami innych mężczyzn, którzy zajmowali się tym, co ona, ale Gerard zawsze w nią wierzył, dzięki czemu mogła zajmować się tym, co naprawdę kochała. Była mu wdzięczna za takie podejście, jej lojalność nie wzięła się z powietrza.

- W sumie to właśnie było fajne w szkole, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie. - Mieli naprawdę najróżniejsze zajęcia, dzięki czemu każdy był w stanie znaleźć coś w czym mógł się spełniać. W sumie to nie narzekała na te lata nauki, chociaż ona wiedziała, czym chce się zajmować jeszcze zanim w ogóle postawiła swoją stopę w zamku. Nie mogła jednak kłócić się z tym, że nauczyła się tam sporo i stała się naprawdę zdolną czarownicą dzięki tym godzinom spędzonym w szkolnych ławkach.

- Myślisz, że powinniśmy jakiś procent z naszych dochodów przeznaczać na nowe ubrania? - Zapytała całkiem poważnie. W końcu byli współpracownikami, mogli wydzielić na to, jakiś osobny fundusz. Częste było niszczenie garderoby podczas polowań. Mogli więc przeznaczyć jakiś procent ich wspólnych dochodów na zaopatrzenie się w zapas odpowiednio skrojonych strojów, które też musiały być odpowiedniej jakości.

Z rozmowy o rozwoju ich działalności wyrwała ich przechodząca grupa czarodziejów, w sumie to mieszanka naprawdę dziwnych ludzi i nie tylko ludzi.

Geraldine nie miała jakiegoś specjalnego problemu z goblinami, nie była ich fanką, ale nie darzyła ich też nienawiścią. Ogólnie rzecz biorąc nie do końca ufała wszystkiemu, co nie było człowiekiem, ale miała to po prostu we krwi, została stworzona po to, by polować na magiczne stworzenia, gobliny nie były niby zwierzętami, ale mimo wszystko nie do końca darzyła je zaufaniem.

Spojrzała na Benjy'ego, kiedy goblin się do niego odezwał i dość szybko dotarło do niej, że tamten nie wiedział co robi. Widziała, że się zirytował, być może nie miał, aż tak ambiwalentnego podejścia jak ona. To nie mogło się skończyć dobrze. Czekała jednak na rozwój sytuacji, czuwała, gdyby musiała zareagować. Nie, żeby chciała się wtrącać w to co robił Fenwick, ale wolała się zaangażować, jeśli faktycznie będzie to potrzebne.

Goblin zacisnął mocno swoje ostre zęby. Zdecydowanie nie podobało mu się to, co powiedział Benjy. - Och, widzę, że trafił nam się jeden z tych, który uważa się za lepszego od nas. Niesamowite, gówno prawda, nic byście nie mieli, gdyby nie my. Sami nie potraficie zadbać o swoje monety. Prędzej, czy później uda nam się osiągnąć swój cel. W końcu dojdziemy po swoje, wtedy nie będziecie mieli szansy zareagować. Nie doceniacie nas, może i dobrze, upadek będzie bardziej bolesny. - Oczy mu się świeciły, wydawało się, że naprawdę wierzy we własne słowa.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
29.05.2026, 17:28  ✶  
Zanim na horyzoncie pojawili się samozwańczy rewolucjonistyczni buntownicy ze skłonnością do zaglądania w cudze skrytki i sakiewki, Nokturn przez krótką chwilę wydawał się wręcz spokojny, przynajmniej jak na lokalne standardy. Oparłem się trochę wygodniej o wilgotny parapet kamienicy, przy której się spotkaliśmy, wciskając dłonie głęboko w kieszenie mojego wysłużonego, skórzanego płaszcza - niegdyś całkiem drogiego i jakościowego, lecz teraz zdecydowanie mającego na sobie więcej śladów niż powinno było mieć jakiekolwiek ubranie uznawane za „wyjściowe”. Poza tamtymi nieszczęsnymi trepami, które dokonały swego żywota na ganku w Exmoor, uznawałem ten element garderoby za jeden z moich ulubionych, był dla mnie idealny, gdyż doskonale spełniał swoją funkcję - chronił przed wiatrem i miał wystarczająco dużo zewnętrznych i wewnętrznych kieszeni na wszystko, co potrzebowałem ukryć. Na przykład na paczkę papierosów, którą teraz wymuskałem z głębi jednej z kieszonek, sięgając po pojedynczą fajkę, by wetknąć ją sobie w usta, następnie bezmyślnie wyciągając resztę w kierunku Geraldine. To był odruch, nie, w dalszym ciągu trudno mi było wyobrazić ją sobie zupełnie trzeźwą i niepalącą. Potrzebowałem chwili, by się zreflektować i schować szlugi, lecz liczyły się słuszne intencje - prawda? Może niekoniecznie chciałem mięknąć i chlipać sobie nawzajem w kołnierz, nawiązując iście siostrzano-braterską relację pośrodku śmierdzącego rynsztoka, zreflektowanie się było słuszne, lecz dobrze było mieć kogoś, kto wiele rozumiał.
Dużo, ale… Najwyraźniej nie wszystko - wciąż mieliśmy sporo różnic. Na przetartym rękawie, którym przed nią zamachałem, od tygodni strzępiła się wyjątkowo długa nitka. Już dawno miałem ją urwać, ale jakoś nigdy nie było mi po drodze - nawet wtedy, gdy zmuszony byłem poddać okrycie wierzchnie dużo szerszym naprawom po tym wszystkim, co zrobiły z nim wilkołacze pazury.
Kiedy Gerda zadała kuriozalne pytanie o procent z dochodów, autentycznie zamarłem z zapalniczką w pół drogi do ust. Dla mnie sprawa była prosta i niezmienna od lat, nawet tych spędzonych jako teoretyczny szlachcic, odkąd pamiętałem, uważałem, że odzież pełniła jedną, zasadniczą funkcję - miała chronić ciało i nie krępować ruchów podczas skradania się, walki czy taktycznych odwrotów. Dopóki materiał trzymał się na szwach, całe połacie nie odpadały z moich ramion i dopóki spodnie nie pękały w najmniej odpowiednim momencie, rzecz nadawała się do użytku. Idea wydawania ciężko zarobionych galeonów na coś, co i tak za tydzień mogło zostać rozszarpane przez pazury jakiegoś cholernego stworzenia albo przepalone czarnomagiczną klątwą, wydawała mi się kompletnym absurdem. Spojrzałem na moją kuzynkę z lekkim niedowierzaniem, upewniwszy się, iż naprawdę zapytała o to całkiem poważnie - jej wargi nadal się poruszały, wydając spomiędzy siebie dźwięki, nie przesłyszało mi się zatem - zadała mi biznesowe pytanie o fatałaszki, jakbyśmy prowadzili elegancki butik na Pokątnej, a nie zajmowali się brudną, niebezpieczną robotą, która z definicji zostawiała na człowieku krew, błoto i ślady po zaklęciach.
- Pieldolisz. - Spojrzałem na nią, marszcząc brwi, jak gdyby nagle zaczęła mówić w jakimś dziwacznym, starożytnym dialekcie, którego za nic nie potrafiłem pojąć. Procent z dochodów na ciuchy? Fundusz na ubrania? Odpowiedni krój? W naszym fachu? - Spójsz na mnie. Wyglądam, jakbym pszejmował się odpowiednim taliowaniem albo jakością jedwabiu? - Rzuciłem, rozkładając szeroko ręce i prezentując swoją potężną, praktycznie dwumetrową sylwetkę w całej okazałości, razem z tym nieszczęsnym, poszarpanym płaszczem. - Stala, nie planuję chodziś na lauty do Malfoyów, tylko taszaś się w błocie. Jak mi się lwie lękaw, to biolę igłę i go zszywam. A potem znowu i znowu, i… Zgadnij, po chuj to lobię. - Odchrząknąłem, nie ukrywając zmieszania, tylko krzywiąc się wymownie, gdyż mogła się domyślić, jak szczerze nienawidziłem przymiarek, musząc przechodzić przez nie w młodości więcej razy, niż to było rozsądne. Na moje usta wypełzł szeroki, drwiący uśmiech, gdy wyobraziłem sobie swoją dwumetrową, zwalistą sylwetkę wciśniętą w jakieś ciasne, pedalskie koronki i idealnie skrojone marynarki. Tak, zdecydowanie miałem do tych spraw podejście skrajnie bieda-pragmatyczne, związane jednak nie tylko z ograniczoną możliwością targania ze sobą garderoby przez pół kraju na kolejne roboty, lecz również z prywatnymi niechęciami do wyglądania „jak czlłowiek z klasą”. Miałem dosłownie kilka ciuchów do wyboru, nosiłem je aż nie nadawały się do dalszego noszenia, tyle, wszystkie były przeznaczone do tego, by chronić mnie przed chłodem albo upałem, nie mogąc więc rozpadać się w trakcie ucieczki przed cholernym stadem akromantul, nie musiały być moją wizytówką ani niczym takim. Przynajmniej… Jak dotąd? - Chcesz mnie ublaś w jakiś kulwa smoking? Galniak a stylu noil? Yaxleyowie mają dless code filmy? - Dokończyłem, już całkiem bez powagi, a parsknięcie śmiechu uciekło mi z gardła, zanim zdołałem je powstrzymać. - Jusz to widzę. Ja w klawacie, a ty s apaszką, polujący na sklątki. - Przywołałem, aby ona również mogła to sobie wyobrazić.
Doskonale, kurwa, wiedziałem, że nie o to jej chodziło - dziewczyna myślała po prostu praktycznie, nie była idiotką, mówiła o porządnych, wzmacnianych skórach, łachach odpornych na zaklęcia i rozdarcia, które nie rozpadną się po pierwszej lepszej szarży w chaszczach, a nie o salonowej modzie dla paniczy - to miało sens i było cholernie rozsądne, ale perspektywa zrobienia z tego czegoś zupełnie innego i obrócenia wszystkiego w żart była zbyt kusząca, żeby odpuścić. Drażnienie jej i patrzenie, jak zaraz zacznie przewracać oczami, dawało mi po prostu za dużo czystej, szubrawskiej satysfakcji. Zanim zdołaliśmy jednak dokończyć tę bzdurną gadkę o jedwabnych smokingach i herbatkach u socjety, z rozmowy o rozwoju naszej działalności wyrwała nas przechodząca grupa czarodziejów - a raczej mieszanka naprawdę dziwnych ludzi i istot, które z ludźmi miały odstręczająco niewiele wspólnego - Nokturn chłonął osobliwe zbiegowiska jak gąbka, ale ta konkretna zgraja wyjątkowo głośno szukała zaczepki, nawet jak na lokalne standardy.
Nie należałem do cierpliwych facetów, a karzeł, który nas zaczepił, szybko zdecydował się przekroczyć granicę, zza której dla takich jak on nie było powrotu - wąską linię, której nie powinien był nawet dotykać swoimi pazurzastymi łapskami. Słuchanie tych jego rewolucyjnych bzdur o upadku czarodziejów i naszej rzekomej bezradności sprawiło, że po prostu pękłem. Gówno mnie obchodził traktat pokojowy czy polityczne konwenanse, zwłaszcza pośrodku zaplutej dzielnicy. Moja wątpliwa cierpliwość skończyła się dokładnie w momencie, gdy parszywa morda goblina wykrzywiła się w jeszcze głębszym niż wcześniej, pełnym jadu grymasie, a jego małe, czarne ślepia niemal zapłonęły chorą, fanatyczną wiarą. Nie musiałem nawet czekać na to, aż ze zdeformowanej gęby gnoja wyleciało słowo „gówno” czy jakiekolwiek inne inwektywy, nie należałem do ludzi, którzy dawali się pouczać, a już na pewno nie stworzeniom, które sięgały mi ledwo do pasa. Momentalnie poczułem intensywny buch gorąca towarzyszący uczuciu tętna coraz mocniej pulsującego mi w skroniach - moja krew gwałtownie zabuzowała, uderzając falą prosto do mózgu.
Znałem ten typ - mały, zakompleksiony krzykacz, który myślał, że rzucaniem gróźb w ciemnej alejce wywalczy wolność dla swojego gatunku - nienawidziłem, kiedy ktoś naruszał moją przestrzeń osobistą, natomiast ten kurdupel stał już zdecydowanie za blisko, plując mi pod nogi tymi swoimi rewolucyjnymi hasełkami. Nie zamierzałem wysłuchiwać politycznych manifestów od nikogo, szczególnie nie od kogoś tego pokroju, zwłaszcza na moim własnym terenie. Zrobiłem jeden gwałtowny, ciężki krok w przód, całkowicie odklejając się od ściany, wychodząc naprzód i praktycznie zderzając się z wątłą, mikrą sylwetką „kolegi”, który najwyraźniej nie potrafił dać sobie siana i odpuścić, zanim sytuacja zrobi się zupełnie nieprzyjemna, choć przecież kulturalnie go o to prosiłem…
-Jestem. Lepszy. Jak większość tych, któszy was otaczają. Myślisz, sze kogoś tu obchodzą wasze niespełnione sny o potędze? Jesteście tylko bandą małych, chciwych szkodników, któle za balso ulosły w piólka pszes siedzenie na wolkach ze złotem. - Przelotnie zerknąłem na resztę jego grupki, rzucając im wyzywające, wściekłe spojrzenie. - Splóbuj tylko jeszcze las na mnie szczeknąś, a ten twój „bolesny upadek” zacznie się tutaj, telas, od spotkania twojej gliniastej japy a lynsztokiem. Jasne? - Warknąłem, cedząc słowa przez zęby, mój głos aż zawibrował od ledwo powstrzymywanej wściekłości, serce waliło mi coraz mocniej, gotowe na natychmiastową, krwawą burdę zakończoną przynajmniej paroma wybitymi zębami. Byłem za duży i zbyt wściekły, żeby dać się zastraszyć jakiemuś ulicznemu podżegaczowi, który jeśli chciał rewolucji, trafił na najgorszego możliwego „sojusznika”… Jeszcze się pilnowałem, nie chcąc zwracać na nas nadmiernej uwagi, ale…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
29.05.2026, 23:34  ✶  

- A czy ja wyglądam Ci na kogoś takiego? - Specjalnie to powiedział, żeby zobaczyć, jak zaczyna się irytować. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, na pewno wiedział, co miała na myśli. Geraldine ceniła sobie jakość materiałów, one mogły zdziałać cuda, lubiła też wykorzystywać wszystkie części zwierząt na które polowała, tak, aby nic się nie zmarnowało, nie zabijała przecież dla zabawy, a dla komponentów, a więc warto było wykorzystać wszystko, co się dało. Magiczne ubrania mogły zdziałać cuda, uchronić ich przed naprawdę sporą ilością przypadkowych uszkodzeń. Wydawało się to dla Geraldine dość istotne, najwyraźniej Benjy jednak nie podzielał tego entuzjazmu - trudno, albo po prostu ja podpuszczał, to też nie byłoby niczym nowym.

- Odpowiednie ubrania mogą ułatwić nam pracę, też jestem przywiązana do swojego płaszcza, chodzę w nim od dekady, a może i więcej, ale tylko dlatego, że został odpowiednio stworzony i nie muszę mu przyszywać rękawów. - Na całe szczęście, bo nie potrafiła szyć, materiał i szwy były jednak na tyle trwałe, że nie musiała tego robić, wszystko działało samo i zależało jej na tym, aby mieli jak najwięcej podobnych ubrań dostępnych od ręki, tak samo jak broni - akurat tego im nie brakowało.

- Tak, oczywiście, że chodzi mi o smoking. - Przewróciła jeszcze oczami. - Idealnie się nadaje do biegania po lasach. - Prychnęła, nie mogąc się powstrzymać od kolejnego komentarza. Jak widać, nadal potrafili całkiem nieźle się irytować, mimo swojego zupełnie nowego sojuszu.

Później ich jakże istotną rozmowę o ubraniach przerwała obecność tej dziwnej gromady, która pojawiła się zupełnie znikąd. Greengrass - Yaxley stała z boku, grzecznie się wszystkiemu przypatrywała w przeciwieństwie do swojego kompana. Widziała, że jest bliski wybuchu. Będzie musiała jakoś go odsunąć od tego pomysłu.

Goblin zamiast ugryźć się w język postanowił nadal kontynuować temat, nie wiedział co robił, nie miał pojęcia… nie było sensu igrać z ogniem, szkoda, że nie zdawał sobie z tego sprawy. Geraldine wyprostowała się, żeby móc jak najszybciej zareagować, kiedy sprawy zaczną wymykać się spod kontroli.

Widziała, że ten o ostrych zębach chciał powiedzieć coś więcej, przekroczyć kolejne granice, ale nie zamierzała mu na to pozwolić, nie miała zamiaru też pozwolić na to, aby Benjy wdał się w bójkę w tym miejscu, nie miała ona żadnego sensu.

- Benjy, już późno, powinniśmy iść. - Nie czekała na reakcję, wsunęła mu po prostu rękę pod ramię i pociągnęła go za sobą, mimo tego, że widziała w jego oczach pioruny, które sugerowały, że dopiero zaczynał się zajmować tematem. - Życzę miłego wieczoru. - Rzuciła jeszcze tamtej grupce na odchodne, przesadnie miłym, sztucznym tonem głosu. Musieli znaleźć się jak najdalej stąd, a najlepiej by było wylać na jej towarzysza kubeł zimnej wody, może wtedy by się nieco uspokoił.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (3993), Geraldine Greengrass-Yaxley (2823)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa