Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Pomieszczenie tonęło w gęstym, wieczornym mroku, który bez słowa zacząłem rozpraszać, odruchowo sięgając do kieszeni po różdżkę, wyciągnąwszy ją niespiesznym, wyćwiczonym ruchem i nakreśliwszy w powietrzu kilka płynnych łuków, celując kolejno w rozstawione po kątach lampy - zarówno te pozostawione nam przez Ellie, jak i kupione niedawno, by pasowały do wystroju, który tu stopniowo wprowadzaliśmy. Jeden po drugim, wyjątkowo harmonijnie, różnokolorowe abażury rozbłysły ciepłym blaskiem, a łagodne, bursztynowe światło leniwie rozlało się po meblach, przeganiając najgłębsze cienie w kąty pokoju podlegające już pod jurysdykcję naszych pajęczych lokatorów. Szczerze mówiąc, od zawsze szczerze nienawidziłem ostrego, górnego oświetlenia, ponieważ jego surowy, bezlitosny strumień obnażał każdy, nawet najmniejszy mankament otoczenia i sprawiał, że przytulne domowe zacisze zaczynało przypominać sterylną salę szpitalną, kojarząc mi się przede wszystkim z surowymi korytarzami Świętego Munga oraz innych umieralni albo z kryształowymi kandelabrami od dziesiątek lat zwisającymi z wysokich sufitów rodowej rezydencji Rookwoodów, w których świece płonęły zaczarowanym, zimnym blaskiem. Zresztą - obojgu nam nie było teraz do niczego potrzebne mocniejsze oświetlenie, skoro szukaliśmy raczej spokoju i intymności niż laboratoryjnej jasności.
W końcu zatrzymałem się kilka kroków od kanapy, obróciłem głowę przez ramię i skierowałem wzrok na Sunny, która wciąż stała nieco w półcieniu, podbródkiem wskazując jej mebel.
- Gdzie tszymasz tę swoją maść na opuchliznę i siniaki? - Zapytałem, mając na myśli niemal już legendarny specyfik Johna, starając się, by mój głos brzmiał tak spokojnie i naturalnie, jak to tylko było możliwe, choć w piersi wciąż tłukło mi się głębokie, trudne do opanowania napięcie. Nie oszukujmy się, doskonale zdawałem sobie sprawę, że uzdrowiciel był ze mnie raczej chujowy i wszelkie skomplikowane zaklęcia medyczne potrafiłem co najwyżej koncertowo spieprzyć, zostawiając po sobie więcej szkód niż pożytku, ponieważ moje rzemiosło od zawsze opierało się na zupełnie innych, znacznie bardziej niszczycielskich fundamentach, ale w tej chwili jakiekolwiek braki w magicznej edukacji nie miały dla mnie najmniejszego znaczenia, ustępując miejsca czystej, instynktownej potrzebie zatroszczenia się o kobietę, którą kochałem. Wreszcie lokalizując słoiczek z mazią i biorąc go do ręki, podszedłem bliżej, zatrzymując się tuż przed Prue, po czym delikatnie uniosłem dłoń, zamierzając osobiście, tak delikatnie, jak tylko pozwalały mi na to moje szorstkie opuszki i naznaczone bliznami dłonie, przesmarować wyraźny ślad, który odznaczał się na jej kości jarzmowej. Choć trzeba było obiektywnie przyznać, że zmiana nie wyglądała jakoś potwornie makabrycznie i daleko temu było do urazu zagrażającego życiu, to fioletowo-siny obrzęk wyraźnie odznaczał się na tle jasnej, delikatnej skóry mojej żony, kłując mnie w oczy za każdym razem, gdy na nią spoglądałem - „jebany poltergeist, gdybym go tylko znalazł…” - świadomość, że nie mogłem tego momentalnie naprawić, tylko potęgowała palącą wściekłość, którą teraz starałem się przekuć w znacznie spokojniejsze zachowanie, ze skutkiem… Umiarkowanym.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)