23.05.2026, 13:36 ✶
Przyśpieszone oddechy.
Adrenalina, pchająca ciało do ruchu, mimo bólu w zmęczonych mięśniach.
Brud na znoszonych ubraniach.
Krew wypływająca ze świeżych ran, nakładających się na te powoli się gojące, jak i te zabliźnione.
Atak nadszedł znienacka - jak można się spodziewać po atakach. Od dłuższego czasu nie było słychać o aktywności Śmierciożerców i jak głupi poczuli się zbyt bezpiecznie, pozwalając sobie myśleć, że w końcu udało im się uciec.
Nie udało. Przynajmniej nie tak, jak by chcieli.
Byli wtedy w jednym z punktów składowania zbiorów, w którym mogli zaopatrzeć się na prowiant i inne potrzebne rzeczy, zanim ruszą w dalszą drogę. Punkt prowadziła rodzina półkrwi, której nazwiska już nikt nie kojarzył, ale wszyscy byli wdzięczni i próbowali im pomóc, jak tylko się dało. Jessie i Hannibal dotarli tam popołudniem i zostali jeszcze na kilka godzin, żeby odpocząć. Zapakowali żywność, artykuły pierwszej pomocy, w kącie niewielkiego pokoju nawzajem nałożyli sobie nowe opatrunki na gojące się rany (te na plecach Jessiego goiły się paskudnie) i mieli już ruszać dalej, kiedy nadlatujące zaklęcie wysadziło w powietrze skradziony przez nich kilka dni temu samochód.
Śmierciożercy pojawili się w niedużej grupie, ale i te kilka zamaskowanych osób wystarczyło, by wywołać panikę, w której wszyscy próbowali uciec, zamiast stanąć we własnej obronie. Sami Hannibal i Jessie byli jednymi z pierwszych, którzy się ulotnili - jeżeli chociaż raz spojrzeli za siebie, mogli jeszcze zobaczyć, jak znajome, sympatyczne twarze krzywiły się z bólu lub zastygały bez życia, trafiane bezlitosnymi zaklęciami.
Deportowali się kilka razy, znikając z zasięgu Śmierciożerców, a potem już po prostu biegli, z ciężarem na ramionach i w sercach, i schowanymi różdżkami. Używanie zaklęć było ryzykowne - zdradzało lokalizację. Jeżeli chcieli przetrwać, musieli powstrzymać się od używania magii.
Księżyc był już wysoko na niebie, kiedy dotarli na opuszczony plac budowy - dobre miejsce na przetrwanie nocy. Przeskoczyli przez wysoką siatkę i przebiegli przez hałdy zgarniętego piachu, obijając się o siebie i potykając przez nierówność terenu i własne zmęczenie.
-Kurwa - wydusił z siebie Jessie, zanim zrzucił z ramion plecak i padł na wyklepaną przed samym gmachem.
Na jego twarzy pojawił się grymas, kiedy rany na plecach przypomniały sobie pod bandażami, a kiedy jego spojrzenie odnalazło Hannibala, w jego zaszklonych oczach czaiła się mieszanka uczuć - ulga, złość, ból, zmęczenie i czająca się nieobecność.
Musieli przetrwać. Ich bliskich nie było już na tym świecie, ale oni starali się przeżyć, chociaż cena była okropna.
Adrenalina, pchająca ciało do ruchu, mimo bólu w zmęczonych mięśniach.
Brud na znoszonych ubraniach.
Krew wypływająca ze świeżych ran, nakładających się na te powoli się gojące, jak i te zabliźnione.
Atak nadszedł znienacka - jak można się spodziewać po atakach. Od dłuższego czasu nie było słychać o aktywności Śmierciożerców i jak głupi poczuli się zbyt bezpiecznie, pozwalając sobie myśleć, że w końcu udało im się uciec.
Nie udało. Przynajmniej nie tak, jak by chcieli.
Byli wtedy w jednym z punktów składowania zbiorów, w którym mogli zaopatrzeć się na prowiant i inne potrzebne rzeczy, zanim ruszą w dalszą drogę. Punkt prowadziła rodzina półkrwi, której nazwiska już nikt nie kojarzył, ale wszyscy byli wdzięczni i próbowali im pomóc, jak tylko się dało. Jessie i Hannibal dotarli tam popołudniem i zostali jeszcze na kilka godzin, żeby odpocząć. Zapakowali żywność, artykuły pierwszej pomocy, w kącie niewielkiego pokoju nawzajem nałożyli sobie nowe opatrunki na gojące się rany (te na plecach Jessiego goiły się paskudnie) i mieli już ruszać dalej, kiedy nadlatujące zaklęcie wysadziło w powietrze skradziony przez nich kilka dni temu samochód.
Śmierciożercy pojawili się w niedużej grupie, ale i te kilka zamaskowanych osób wystarczyło, by wywołać panikę, w której wszyscy próbowali uciec, zamiast stanąć we własnej obronie. Sami Hannibal i Jessie byli jednymi z pierwszych, którzy się ulotnili - jeżeli chociaż raz spojrzeli za siebie, mogli jeszcze zobaczyć, jak znajome, sympatyczne twarze krzywiły się z bólu lub zastygały bez życia, trafiane bezlitosnymi zaklęciami.
Deportowali się kilka razy, znikając z zasięgu Śmierciożerców, a potem już po prostu biegli, z ciężarem na ramionach i w sercach, i schowanymi różdżkami. Używanie zaklęć było ryzykowne - zdradzało lokalizację. Jeżeli chcieli przetrwać, musieli powstrzymać się od używania magii.
Księżyc był już wysoko na niebie, kiedy dotarli na opuszczony plac budowy - dobre miejsce na przetrwanie nocy. Przeskoczyli przez wysoką siatkę i przebiegli przez hałdy zgarniętego piachu, obijając się o siebie i potykając przez nierówność terenu i własne zmęczenie.
-Kurwa - wydusił z siebie Jessie, zanim zrzucił z ramion plecak i padł na wyklepaną przed samym gmachem.
Na jego twarzy pojawił się grymas, kiedy rany na plecach przypomniały sobie pod bandażami, a kiedy jego spojrzenie odnalazło Hannibala, w jego zaszklonych oczach czaiła się mieszanka uczuć - ulga, złość, ból, zmęczenie i czająca się nieobecność.
Musieli przetrwać. Ich bliskich nie było już na tym świecie, ale oni starali się przeżyć, chociaż cena była okropna.