25.06.2026, 02:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.08.2026, 01:05 przez Septima Ollivander.)
Było popołudnie, ale niebo powoli zastygało już w brunatnym półmroku. Oboje z Samem tego dnia pracowali i nie byli w stanie umówić się o porze bardziej przyzwoitej — choć trudno powiedzieć, czy pod koniec października wciąż obowiązywały stare zasady przypisujące półmrokowi nikczemność, albo złe intencje.
Po wczorajszej przechadzce z Savašem, nie sądziła, że w Epping Forest zagości jeszcze kolejnego dnia. Umawiając się z Samem na leśny „spacer”, nie wiedziała czego się dokładnie spodziewać. Poza warsztatem, nie spędzali razem czasu. Miała wrażenie, że oboje tkwili w niezręcznej próżni, łagodnych zejściach z zajmowanej wcześniej drogi, kołtunie słów, które chciały wybrzmieć, a które nie mogły przedrzeć się przez zaciśnięte gardło. Septima potrafiła konwersować z ludźmi wpisanymi w konkretny schemat, z ludźmi, którzy jej początkową nieśmiałość potrafili obejść naokoło, nawet jeśli z czystej grzeczności — to inni decydowali o tym jak przełamywane były pierwsze lody. Skorupa lodowej tafli pękała potem sama, nawet jeśli nie całkowicie, nie do końca, to to szczelina wystarczała, żeby przez moment uwierzyć, że pod spodem zawsze była tylko… woda.
Samuela zaś, nie potrafiła odczytać. Samuel nie wpisał się do żadnego znanego jej schematu — widziała za to jaką troską obarczył mężczyznę jej własny ojciec. Widziała również, że to co między nimi się formowało, niczym nie przypominało relacji Garricka z jego dotychczasowymi uczniami. Być może powinna czuć nieprzyjemne ukłucie pod żebrami na samą myśl o nowym, przyszywanym potomku męskiej płci, który miałby ją kiedyś zastąpić, ale jeszcze to uczucie nie nadeszło. Być może dlatego, że wciąż nie wiedziała z kim ma do czynienia.
W swoich wypolerowanych kaloszach (których nierozsądnie wczoraj na sobie nie miała) szła krokiem nieco sztywnym, jak gdyby coś faktycznie ograniczało jej mobilność poza sztywnym gumiakiem; z lewą nogą przestawianą do przodu zawsze o sekundę za późno, co nadawało jej szczupłej sylwetce, nieco pokracznego charakteru. Miała nadzieje, że mężczyzna tego nie zauważył. Zatrzymała się, nieco chwiejnie, przy pierwszym rzędzie dębów.
— Wiesz gdzie chcesz iść? Znam ten las całkiem dobrze. Mogę nas poprowadzić.
Figlarny wiatr poruszył materiałem jej płaszcza, wdarł się pod nieroztropnie rozpięte poły, uderzając w nią niespodziewanym, jesiennym chłodem. Przeszył ją nieprzyjemny dreszcz.
Po wczorajszej przechadzce z Savašem, nie sądziła, że w Epping Forest zagości jeszcze kolejnego dnia. Umawiając się z Samem na leśny „spacer”, nie wiedziała czego się dokładnie spodziewać. Poza warsztatem, nie spędzali razem czasu. Miała wrażenie, że oboje tkwili w niezręcznej próżni, łagodnych zejściach z zajmowanej wcześniej drogi, kołtunie słów, które chciały wybrzmieć, a które nie mogły przedrzeć się przez zaciśnięte gardło. Septima potrafiła konwersować z ludźmi wpisanymi w konkretny schemat, z ludźmi, którzy jej początkową nieśmiałość potrafili obejść naokoło, nawet jeśli z czystej grzeczności — to inni decydowali o tym jak przełamywane były pierwsze lody. Skorupa lodowej tafli pękała potem sama, nawet jeśli nie całkowicie, nie do końca, to to szczelina wystarczała, żeby przez moment uwierzyć, że pod spodem zawsze była tylko… woda.
Samuela zaś, nie potrafiła odczytać. Samuel nie wpisał się do żadnego znanego jej schematu — widziała za to jaką troską obarczył mężczyznę jej własny ojciec. Widziała również, że to co między nimi się formowało, niczym nie przypominało relacji Garricka z jego dotychczasowymi uczniami. Być może powinna czuć nieprzyjemne ukłucie pod żebrami na samą myśl o nowym, przyszywanym potomku męskiej płci, który miałby ją kiedyś zastąpić, ale jeszcze to uczucie nie nadeszło. Być może dlatego, że wciąż nie wiedziała z kim ma do czynienia.
W swoich wypolerowanych kaloszach (których nierozsądnie wczoraj na sobie nie miała) szła krokiem nieco sztywnym, jak gdyby coś faktycznie ograniczało jej mobilność poza sztywnym gumiakiem; z lewą nogą przestawianą do przodu zawsze o sekundę za późno, co nadawało jej szczupłej sylwetce, nieco pokracznego charakteru. Miała nadzieje, że mężczyzna tego nie zauważył. Zatrzymała się, nieco chwiejnie, przy pierwszym rzędzie dębów.
— Wiesz gdzie chcesz iść? Znam ten las całkiem dobrze. Mogę nas poprowadzić.
Figlarny wiatr poruszył materiałem jej płaszcza, wdarł się pod nieroztropnie rozpięte poły, uderzając w nią niespodziewanym, jesiennym chłodem. Przeszył ją nieprzyjemny dreszcz.
Kocham drewno i duże bicepsy.