• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[1952] Nothing ventured, nothing exaggerated | Aloysius, Prudence

[1952] Nothing ventured, nothing exaggerated | Aloysius, Prudence
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
22.07.2026, 13:23  ✶  
Stałem na kamiennym murku będącym jednocześnie balustradą jednego z najwyższych mostów, jakie widziałem w całym moim dotychczasowym życiu, z rękami wepchniętymi głęboko do kieszeni, i bujałem się na piętach, raz po raz coraz bardziej wychylając się poza jego krawędź, jakbym specjalnie próbował sprawdzić, czy w końcu zlecę na łeb i go sobie, jak debil, rozbiję. Pewnie powinienem był uważać, ale nigdy nie miałem do tego szczególnego talentu, zwłaszcza w przypadku zakazanych aktywności - a ta zdecydowanie nią była - im częściej ktoś mówił mi, żebym czegoś nie robił, tym bardziej miałem ochotę właśnie to zrobić, choćby tylko po to, żeby później z głupkowatym uśmiechem udawać, że wszystko, co poszło nie tak, w rzeczywistości od początku było częścią genialnego planu. Bądźmy całkowicie szczerzy - okej - po prostu lubiłem sprawdzać, gdzie właściwie przebiegała granica między odwagą a zwyczajną bezmyślnością. Nigdy nie potrafiłem jej znaleźć, z jakiegoś dziwnego powodu, więc regularnie ją przesuwałem - skakałem tam, gdzie inni woleli schodzić ostrożnie, wspinałem się tam, gdzie nie było, po co się wspinać, a kiedy coś trzeszczało mi pod nogami, zamiast się wycofać, robiłem jeszcze jeden krok naprzód. Miałem w sobie coś z kretyna i byłem tego całkowicie świadomy, tylko kompletnie mi to nie przeszkadzało.                                 
Najbardziej bawiło mnie jednak to, jak bardzo wszystkich irytowało, że prawie zawsze uchodziło mi to płazem. W praktyce najczęściej kończyło się na obdartych dłoniach, posiniaczonych kolanach i przekonaniu, że następnym razem na pewno pójdzie mi lepiej. Los najwyraźniej uznał, że będzie mnie rozpieszczał, przynajmniej w tej jednej kwestii, więc zamiast spektakularnych katastrof dostawałem najwyżej kilka siniaków i powody do przechwalania się przez następny tydzień - oczywiście, wyolbrzymiałem każdą historię - jeżeli spadłem z dwóch metrów, opowiadałem później, że było ich pięć, jeżeli rozciąłem sobie dłoń o kamień, to po kilku dniach rana stawała się w mojej wersji pojedynkiem z czymś znacznie groźniejszym. No, przynajmniej jeśli akurat nie było tam kogoś, kto mógłby zweryfikować moje słowa.   
Nigdy nie przyznałbym tego na głos, prędzej odgryzłbym sobie język, niż pozwolił komukolwiek wykorzystać to przeciwko mnie, ale świadomość, że ktoś patrzył na moje idiotyczne pomysły z przewróceniem oczami zamiast z prawdziwym potępieniem, działała na mnie lepiej niż jakiekolwiek mądre słowa. Wystarczyło, że wiedziałem, iż później usłyszę, jakim byłem kretynem, bym mimo to znowu robił dokładnie to samo. Tego dnia też nie zamierzałem zachowywać się rozsądnie, bo w końcu rozsądek był potwornie nudny, natomiast nuda wydawała mi się chyba najgorszą rzeczą, jaka mogła spotkać człowieka mającego kilkanaście lat i całe życie przed sobą. No - o ile miał je przeżyć, co w przypadku tego murku wydawało się coraz mniej oczywiste. Odchyliłem się jeszcze kawałek do tyłu, tylko po to, żeby usłyszeć za plecami ciężkie westchnienie, na którego dźwięk uśmiechnąłem się pod nosem, nawet się nie odwracając. Moje usta od razu wygięły się szerzej, bo rozpoznałbym ten dźwięk dosłownie wszędzie - paradoksalnie - był jednym z moich ulubionych odgłosów towarzyszących podobnym akcjom.
- Daj spokój, nie patrz tak na mnie. - Wiedziałem, że patrzyła. - Jeszcze nawet nie spadłem, a ty już wyglądasz, jakbyś miała iść po pielęgniarkę. - Na pewno tak wyglądała, sto pro. - Przecież sobie radzę! - Prychnąłem cicho i, nadal balansując na murku, rzuciłem przez ramię z tą samą bezczelną pewnością siebie, której zwykle było we mnie zdecydowanie za dużo, jak na standardy dorosłych.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
22.07.2026, 19:37  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.07.2026, 19:37 przez Prudence Fenwick.)  

Spieszyła się, tak właściwie to dość szybko tuptała przed siebie. Skończyła zajęcia z historii magii, jej ulubione, a więc humor dopisywał Prue, bo popisała się swoją wiedzą. Postanowiła zaczerpnąć świeżego powietrza, tak właściwie to liczyła na to, że gdzieś na zewnątrz spotka Wisha, zawsze się gdzieś szwendał, a gdzie on się szwendał tam ona się pokazywała - tak już mieli. Nie musieli się umawiać, zawsze jakoś na siebie wpadali, to było naprawdę fantastyczne w ich znajomości.

Z daleka dostrzegła most, nie lubiła mostów, szczególnie takich, które znajdowały się bardzo wysoko nad ziemią, a to był jeden z takich mostów, nie lubiła przez nie przechodzić, zazwyczaj spoglądała przed siebie, aby nie mieć świadomości jak wysoko się znajdowała - nabawiła się lęku wysokości jako dzieciak, jeszcze nim rozpoczęła naukę w Hogwarcie i raczej nie czuła, aby on miał zniknąć. Dopiero po chwili, kiedy zaczęła się zbliżać dostrzegła znajomą sylwetkę, znajdowała się w miejscu, w którym nikt o zdrowych zmysłach nie powinien się znajdować. Aloysius jednak od zawsze wykazywał się brawurą, czy jej się to podobało, czy nie, trochę go podziwiała, trochę się o niego bała, zawsze też była gdzieś obok, kiedy podejmował te najgłupsze decyzje. Mogła być jego wsparciem, gdyby pojawiła się taka potrzeba. Przyspieszyła kroku, aby jak najszybciej znaleźć się blisko niego. Nie miała pojęcia, co w tej chwili robił, po co to robił, ale było to naprawdę głupie - wystarczyła chwila nieuwagi, a przecież spadłby w otchłań.

Zatrzymała się w końcu za nim. Skupiła się na jego sylwetce, starając się ignorować tę nieszczęsną wysokość i ciężko westchnęła, obawiała się odezwać, bo jeszcze by go wystraszyła i wtedy miałaby na sumieniu swojego najlepszego przyjaciela, a tego zdecydowanie by nie chciała. Wyczuł jej obecność, oczywiście, że to zrobił. Nie byłby to pierwszy raz, nie zdziwiło jej to nawet jakoś specjalnie, nie musiał patrzeć, aby wiedzieć, że to właśnie ona stała za jego plecami, było to całkiem proste i logiczne.

- Mam pewne obawy, czy jeśli faktycznie byś spadł to pielęgniarka byłaby tutaj w ogóle potrzebna. - Raczej nie byłoby czego zbierać, musieliby raczej załatwić jakiś zespół do zdrapywania wnętrzności z bruku, czy coś. Na pewno istnieli od tego jacyś specjaliści.

- Tak właściwie, to skoro mówisz, że jeszcze nawet nie spadłeś, to oznacza, że chcesz to zrobić? Wiesz, że Cię nie złapię. - Nie było to może szczególnym pocieszeniem, ale Prue była świadoma tego, że jeśli chodzi o podobne manewry to niestety raczej wszystkie były skazane na porażkę. Wish był bardzo zwinny i sprawny fizycznie, ona niestety była jego przeciwieństwem, właśnie dlatego raczej stała z boku i obserwowała jego poczynania, trochę mu zazdroszcząc trochę zastanawiając się, czy w ogóle myślał o konsekwencjach swoich czynów. W sumie raczej ich nie ponosił, zawsze miał więcej szczęścia niż rozumu.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
22.07.2026, 21:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.07.2026, 21:06 przez Benjy Fenwick.)  
Zawsze musiałem sprawdzić, jak blisko krawędzi mogłem podejść, zanim ktoś uznałby, że zwariowałem. Nie planowałem skakać, nie planowałem spadać, po prostu lubiłem miejsca, od których innym miękły kolana. Lubiłem patrzeć na świat z góry, nie dlatego, że czułem się wtedy potężniejszy od innych, tylko dlatego, że wszystko wydawało się mniejsze, prostsze i mniej warte przejmowania się. Wiatr wciskał mi włosy do oczu, szarpał za szatę, wdzierał się za kołnierz, próbował przekonać mnie, że stanie na kamiennej balustradzie było złym pomysłem. Jak zwykle kompletnie go ignorowałem, bo gdyby człowiek słuchał wszystkiego, co usiłowało go przestraszyć, to skończyłby zamknięty w dormitorium, trzęsąc się pod kocem już na samo wspomnienie o tym, co mogło go czekać poza stosunkowo bezpiecznymi murami. Poza tym miałem  nieodparte wrażenie, że wszyscy dookoła ciągle mówili o zasadach tylko i wyłącznie dla samej zasady. „Tego nie rób”. „Tam nie wchodź”. „Tego nie dotykaj”. „Nie wspinaj się”. ,Nie skacz”. „Nie ryzykuj”. „Nie, nie, nie”. Brzmiało to tak, jakby dorośli wymyślili całe życie wyłącznie po to, żeby było nudne, ja natomiast tym bardziej chciałem sprawdzić, „dlaczego?”, zwłaszcza, iż zwykle okazywało się, że ustna odpowiedź była po prostu rozczarowująca. „Bo można spaść”. „Bo można się ubrudzić”. „Bo można dostać szlaban”. Naprawdę trudno było mi traktować takie argumenty poważnie, starzy ludzie uwielbiali wymyślać katastrofy, które nigdy się nie wydarzały, a potem zachowywali się, jakby właśnie uratowali komuś życie.
Nie patrzyłem w dół, bo nie było po co, był tam, gdzie zawsze, nie zamierzał nagle zniknąć. Nie zeskoczyłem niżej nawet wtedy, gdy usłyszałem znajome, szybkie kroki odbijające się echem od kamieni. Wręcz przeciwnie - jeszcze bardziej się wyprostowałem, jakbym był linoskoczkiem zamierzającym dać zaraz indywidualny pokaz mojej jednoosobowej publiczności. Nigdy nie umiałem tego wyjaśnić, ale po prostu wiedziałem, że to Sunny, i że zaraz powie coś interesującego - zawsze wpadaliśmy na siebie w przeróżnych okolicznościach, choćbyśmy się na to nie umawiali, zawsze też miała jakiś komentarz na okoliczność, w której się spotykaliśmy. Nie odwracałem się, ale byłem gotów założyć wszystkie galeony, że właśnie przewróciła oczami albo zacisnęła usta w tę swoją cienką kreskę, tak jak wtedy, kiedy uznawała, że jestem kompletnym idiotą. Miała rację - byłem, tyle że jakoś nigdy mi to nie przeszkadzało. Jej chyba też nie, skoro się ze mną przyjaźniła.
- Ale z ciebie optymistka. Nawet nie dajesz mi szansy na eleganckie połamanie kilku kości. Od razu kaplica. - Pokręciłem głową z udawanym rozczarowaniem, mimo to kącik ust sam uniósł mi się do góry, bo z całego Hogwartu tylko ona potrafiła zacząć rozmowę od rozważań o tym, czy zostałoby ze mnie cokolwiek do leczenia.
Odwróciłem się trochę bardziej i splotłem dłonie za plecami, wcale nie przejmując się tym, że wystarczyłby jeden głupszy ruch, bym mógł tego pożałować, po czym zmarszczyłem nos i wzruszyłem ramionami.
- Całe życie słyszę, że czegoś nie wolno, bo jest niebezpieczne. Gdybym ich słuchał, to zanudziłbym się na śmierć dużo szybciej niż od spadania, wiesz. - Przechyliłem się odrobinę w kierunku czeluści, specjalnie, dosłownie o kilka centymetrów, tylko po to, żeby usłyszeć, jak nabiera gwałtownie powietrza.
Przewróciłem oczami, kiedy zaczęła mówić o łapaniu mnie, bo naprawdę miała o sobie dziwnie niskie mniemanie, jeśli chodziło o takie rzeczy - jasne, nie potrafiła wspinać się po murach ani skakać przez balustrady, ale za to zawsze pojawiała się dokładnie tam, gdzie trzeba było, i miała zaskakująco wiele ciekawych informacji - na pewno nie poprzestałaby na gapieniu się i staniu, wymyśliłaby coś praktycznie od razu, byłem o tym święcie przekonany.
- To dobrze, bo byłby jeszcze jeden trup do posprzątania. Wyobrażasz sobie minę McGonagall, gdyby musiała pisać dwa listy do rodziców zamiast jednego? To dopiero byłby przypał. Ciekawe, czy tylko zmieniłaby imiona… - Stwierdziłem bez krzty zaniepokojenia tą makabryczną wizją, bo przecież ona nie miała spadać, mi też tak naprawdę to nie było po drodze, więc czemu miałbym czuć się tym przejęty. - Jak już spadnę, to liczę, że będziesz mnie zbierała do wiaderka. Przyjaźń chyba do czegoś zobowiązuje. - Spojrzałem najpierw na nią, potem demonstracyjnie w dół, a później znowu na nią. Lubiłem ją zaczepiać, bo wtedy marszczyła nos w ten charakterystyczny sposób, który zawsze zapowiadał coś ciekawego. - Poza tym, przecież mam świetny plan. Nie spaść. Jak na razie działa bez zarzutu. - Wyszczerzyłem zęby bez cienia powagi, bo doskonale wiedziałem, że ona już dawno uznała ten pomysł za kompletnie idiotyczny, nie musiała go pewnie nawet wysłuchiwać do końca. Osobiście jednak byłem przekonany, że brzmiało to całkowicie logicznie - w mojej głowie naprawdę tak było, wszyscy w kółko powtarzali, że kiedyś zrobię coś tak głupiego, że skończy się tragedią, ale jakoś nikt nie potrafił wskazać dnia, w którym rzeczywiście miałoby do tego dojść - nigdy nie zastanawiałem się nad tym, co stanie się, jeśli coś pójdzie źle. Po co miałem marnować czas na rzeczy, które jeszcze się nie wydarzyły?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
22.07.2026, 21:51  ✶  

Prudence bardzo lubiła nowe doświadczenia, chciała wiedzieć jak najwięcej o świecie, co nie zawsze wiązało się z bardzo odpowiedzialnym zachowaniem, jednakże wysokość była czymś, co nie do końca jej służyło. Nie byłaby w stanie stanąć na krawędzi, jej lęk był zbyt wielki. Właśnie dlatego spoglądała na Aloysiusa z podziwem w oczach, imponowało jej to trochę, trochę się o niego bała, bo wiedziała, że wystarczył jeden krok, by skończyło się to tragicznie. Mało kto wiedział, że nie miała problemu z nieprzestrzeganiem regulaminu, tłumaczyła to wszystko wartością naukową. Nie powinna się szlajać w pewnych miejscach, próbować wejść do działu ksiąg zakazanych, ale jednak to robiła z zwyczajnej, ludzkiej ciekawości. Chciała wiedzieć jak najwięcej i miała świadomość, że często ta najbardziej pożądana wiedza była ukrywana przed większością ludzi. Nie zamierzała pozwolić na to, żeby i ona nie mogła jej posiąść. Tym bardziej, że już zauważyła, że jej mózg działał nieco inaczej niż większości ludzi, chłonęła wiedzę jak gąbka, więc chciała jej czerpać jak najwięcej.

- Jestem realistką Wish, jakbyś uderzył w ziemię z takiej wysokości nie byłoby co zbierać. Wolę być z Tobą szczera, a nie dawać Ci złudną nadzieję. - Jasne, mogła mu przytaknąć, powiedzieć, że połamie kończynę, czy dwie, że będzie git, no ale to nie miało sensu, nawet z jego szczęściem taki upadek nie zakończyłby się inaczej niż śmiercią.

Obserwowała jak jego płaszcz powiewał na wietrze, zastanawiała się nad tym, czy silniejszy podmuch nie pociągnąłby za sobą materiału, a przy okazji i jej przyjaciela. Mrugnęła, nie mogła myśleć, aż tak negatywnie. Na pewno wiedział co robi, zawsze wiedział, nawet jak nie do końca wiedział.

- Wiem, przecież nie zabraniam Ci tam stać, po prostu sugeruję co może się stać jak spadniesz. - Wzruszyła jedynie ramionami, bo nie chciała być jego niszczycielem dobrej zabawy. Mogła go wspierać, z odpowiedniego dystansu, wolała nie sprawdzać jak szybko biłoby jej serce gdyby chociaż doszła do tej balustrady. Nie znosiła wysokości, był to jej największy lęk.

- Pewnie tak, nie chciałoby jej się wymyślać nowego, zresztą co innego mogłaby napisać skoro to byłaby taka sama śmierć? - Cóż, gdyby spróbowała go złapać to pewnie tak by się skończyło. - W sumie może nawet nie mogliby nas od siebie rozdzielić, zlalibyśmy się w jedną, wielką plamę krwi, może by nas razem przez to pochowali? - Rozważanie na temat ewentualnej, wspólnej śmierci wydawało jej się całkiem interesujące. Nie, żeby nie chciała dalej żyć, po prostu sytuacja prosiła się o to, aby ją jak najdokładniej przeanalizować.

- Na pewno bym Cię zebrała do wiaderka, nie pozwoliłabym, żebyś tak sobie leżał, wiesz, że jestem bardzo dokładna, więc możesz mieć pewność, że niczego bym nie pominęła. - Jak przystało na prawdziwą przyjaciółkę. Co by się nie działo zamierzała go wspierać, nawet po śmierci.

- Fakt, to bardzo dobry plan, lepszego nie ma, długo zamierzasz tak stać? Jest w tym jakaś metoda, czy po prostu stoisz, bo stoisz? - Była ciekawa, czy miał jakiś określony cel, czy po prostu tam wlazł, bo tak, wolała więc o to zapytać. Sama póki co jeszcze trzymała się z tyłu, w sumie to dopóki nie nadejdzie jakaś pilna potrzeba to nie zamierzała się ruszać nawet o krok. Dobrze jej było w tym miejscu, w którym właśnie stała.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
23.07.2026, 00:29  ✶  
Wcale nie zamierzałem spadać, w mojej głowie istniała jakaś dziwna pewność, że takie rzeczy przytrafiały się innym ludziom, nie mnie. Nie analizowałem tego, nawet nie próbowałem odbierać Prudence ulubionego zajęcia polegającego na rozkładaniu świata na drobne kawałeczki, zamiast tego byłem po prostu dzieciakiem, który podświadomie uznawał, że szczęście było czymś równie stałym, co kolor oczu. Mieliśmy w końcu po kilkanaście lat i śmierć wydawała się czymś, co dotyczyło wszystkich dookoła, tylko nie nas. Nie tak na serio, na zawsze.
- No i dlatego, realistko, zawsze pytam ciebie, a nie kogokolwiek innego. Wszyscy pozostali powiedzieliby, że przeżyję, a ty od razu przechodzisz do etapu wnętrzności. To jest dopiero konkret. - Pokiwałem lekko głową, nadal stojąc dokładnie tam, gdzie stałem wcześniej, lecz jednocześnie przypatrując jej się kątem oka z narastającym zaciekawieniem. Właśnie za to tak bardzo ją lubiłem, większość ludzi zaczęłaby piszczeć, wołać profesora albo próbowałaby mnie przekonać, że życie było zdecydowanie cenne na podobne wygłupy i powinienem natychmiast zejść na dół, Pruey zamiast tego prowadziła ze mną całkiem poważną dyskusję o tym, jak dokładnie wyglądałyby moje zwłoki po spotkaniu z brukiem - jak mokra plama trudna do zeskrobania - brzmiało to tak absurdalnie, że aż trudno było się nie uśmiechnąć. Wyszczerzyłem się więc sam do siebie, bo - paradoksalnie - w moim świecie szczerość była dużo ważniejsza od pocieszania, brutalna logika Prue działała na mnie lepiej niż wszystkie ostrzeżenia świata, ani trochę nie miałem jej tego za złe, nawet jeśli nie była zbyt optymistycznie nastawiona do przeżywania upadków z podobnych wysokości i od razu przeszła do statystyk dotyczących moich szans na brak zmiany stanu skupienia… Lub też statystyk dotyczących braku takowych, bo chyba głównie do tego zmierzała…
Teoretycznie od samego początku zdawałem sobie sprawę z tego, że gdybym teraz spadł, zostałbym rozmazany po bruku jak rozdeptana żaba, teraz miałem na to potwierdzenie eksperta, lecz jakoś wcale mnie to nie przerażało. Wiedziałem, że z każdym kolejnym zdaniem ta rozmowa robiła się coraz bardziej makabryczna, ale właśnie dlatego bawiła mnie jeszcze bardziej - zresztą, skoro Sunny i tak twierdziła, że zginę od razu, to nie było sensu bać się połamania kilku kości - brzmiało to potwornie, ale dla mnie było po prostu śmieszne.
- No dobra, masz rację, ciutkę, przyznaję, że to wyjątkowo kiepska perspektywa. Ale zobacz, jaki mam świetny sposób, żeby tego uniknąć. Wystarczy nie spaść. - Spojrzałem w dół, specjalnie po to, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście było aż tak wysoko, jak twierdziła, a potem wzruszyłem ramionami, z tą typową dla mnie pewnością siebie, której chyba nic nie potrafiło ruszyć. Nigdy za bardzo nie myślałem o tym, co może pójść źle, to było strasznie męczące zajęcie, znacznie łatwiej było zrobić pierwszy krok, a dopiero później zastanawiać się, czy w ogóle należało go stawiać.
- Na razie wychodzi na moje, bo nadal tu stoję. - Uniosłem dłoń i machnąłem nią lekceważąco, jak gdyby nuda pchająca mnie ku podobnym zachowaniom rzeczywiście była największym zagrożeniem, jakie mogło mnie spotkać, znacznie poważniejszym od kilkunastometrowego lotu w dół. Nie umiałem przejmować się czymś, co jeszcze się nie wydarzyło - gdybym zaczął, musiałbym przestać robić połowę rzeczy, które sprawiały mi frajdę, a na to nie zamierzałem się zgadzać. Naprawdę wierzyłem, że dopóki sam nie zrobię czegoś kompletnie głupiego, świat będzie musiał jeszcze długo poczekać, zanim zdoła mnie pokonać.
- To byłoby okropnie głupie… - Urwałem na moment, zerknąłem na nią przez ramię, dostrzegając, że wciąż nawet nie zbliżyła się do balustrady. Wiedziałem, jak bardzo nie znosiła wysokości, dlatego nigdy jej nie namawiałem, żeby zrobiła to samo co ja. Drażnienie jej było zabawne, zmuszanie jej do czegoś, czego naprawdę się bała, już nie. - Ale w sumie… Jak już miałbym być z kimś pochowany, to mógłbym być z tobą. - Powiedziałem to tak swobodnie, jakby chodziło o wybór miejsca przy stole w Wielkiej Sali podczas sabatu. - Nikogo innego bym nie chciał. - Wzruszyłem ramionami, całkowicie naturalnie, nie zdając sobie nawet sprawy, jak dziwnie poważnie zabrzmiały moje własne słowa, nie dostrzegając w tym niczego szczególnego - wydawało mi się to oczywiste, bo nie wyobrażałem sobie świata, w którym po śmierci miałbym błąkać się gdzieś bez niej. Duchy zawsze kojarzyły mi się z tym, że przez większość czasu snuły się samotnie po starych zamczyskach albo cmentarzach, narzekały lub straszyły ludzi, a przecież we dwójkę byłoby znacznie ciekawiej gospodarować wiecznym odpoczynkiem. - Przynajmniej nie musielibyśmy się później szukać po całym cmentarzu. Wyobrażasz sobie? Ty w jednej krypcie, ja w drugiej, i przez sto lat tylko latamy, i pytamy wszystkich, czy nie widzieli tej drugiej osoby. Duch też chyba może się zgubić? - Spytałem, marszcząc czoło, gdyż nigdy nie przeszło mi przez myśl, by jakiegoś o to spytać, ale wydawało mi się… Nieważne… Liczyło się to, że dzięki temu prostemu planowi nie musiałbym siedzieć sam pod jakimś głupim nagrobkiem, natomiast perspektywa szukania kogoś „swojego” przez wiele lat wydawała mi się zwyczajnie męcząca, gdy już się miało tę osobę i można było być z nią w jednej bazie. Na zawsze.
- To co? Umowa? Jak kiedyś oboje umrzemy, to jesteśmy razem duchami. Żadnego rozdzielania. Żadnego samotnego straszenia. Razem. - Wyciągnąłbym do niej mały palec, ale wyjątkowo tego nie zrobiłem, z wiadomych względów mogliśmy zostawić to na później, w końcu umowy ustne również nas obowiązywały. Dla mnie takie obietnice naprawdę coś znaczyły, nawet jeśli dotyczyły rzeczy, które miały wydarzyć się dopiero za bardzo, bardzo długi czas. Nie łamało się danego słowa - prawda? - nie takiego, ono było zupełnie poważne. Skoro można było obiecać komuś wspólny spacer albo siedzenie nad jeziorem, można było też obiecać wspólne straszenie ludzi po śmierci.
- To nawet strasznie miłe. Dobrze wiedzieć, że nie zostałbym byle jak zamieciony. - Pokiwałem głową z miną człowieka, który właśnie dopiął wyjątkowo ważną umowę. - Zapamiętam to. Jak będę kiedyś komuś opowiadał, jaka jesteś, to powiem, że jesteś jedyną osobą, która obiecała pozbierać mnie do wiaderka. To jest prawdziwa przyjaźń. - Przez moment zrobiło mi się zwyczajnie ciepło na myśl, że naprawdę by to zrobiła. Nie spodziewałem się rychłej śmierci, lecz nigdy nie musiałem zastanawiać się, czy mogłem liczyć na to, że cokolwiek się stanie, mieliśmy być swoim wsparciem - po prostu mogłem - było to dla mnie tak oczywiste, że nawet nie potrafiłem nazwać tego uczucia. Wiedziałem tylko, że kiedy odwracałem głowę i widziałem ją kilka kroków za sobą, świat wydawał się jakiś bardziej poukładany. - Jak już mam kiedyś zginąć, to chyba wolę od czegoś ciekawego niż ze starości we własnym fotelu. - Uniosłem jedną brew i stuknąłem czubkiem buta o kamień, wysokość naprawdę nie robiła na mnie większego wrażenia. Nie dlatego, że uważałem się za niezwyciężonego, po prostu nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego ludzie bali się patrzeć w dół bardziej niż tego, że przez całe życie będą stali bez ruchu.
- I zębów też poszukaj. - Dodałem po chwili, całkiem szybko powracając do przerwanego roku myślenia. - Szkoda byłoby takiego ładnego uśmiechu. - Cmoknąłem z dezaprobatą, chociaż ani trochę nie kierowała mną powaga.
Zmarszczyłem nos, kiedy zapytała, po co właściwie tutaj stałem, na moment zamilkłem i spojrzałem daleko przed siebie, na dalekie wzgórza za murami Hogwartu, na błyszczącą taflę jeziora i dachy zamku, które z tej wysokości wyglądały zupełnie inaczej niż zwykle, przez chwilę naprawdę się nad tym zastanawiałem, bo nigdy wcześniej nie próbowałem ubrać tego w słowa. Wiatr znowu poruszył materiałem mojego płaszcza, upodabniając mnie pewnie do wielkiego ptaka albo nietoperza, ale nawet nie drgnąłem. Czemu? Tak naprawdę nie chodziło o to, żeby komukolwiek coś udowodnić, nie wspinałem się tutaj dla poklasku, nie liczyłem, że ktoś mnie zobaczy, po prostu lubiłem sprawdzać, czy dam radę - to była szczera prawda - im bardziej jakieś miejsce wydawało mi się niedostępne albo głupie do zdobycia, tym bardziej mnie do siebie przyciągało.
- Jest metoda. - Odezwałem się spokojniej niż wcześniej. - Stoję tutaj tak długo, aż przestanę czuć, że jestem wysoko. Jak postoję wystarczająco długo, to potem robię krok dalej i znowu czekam. Lubię sprawdzać, czy potrafię przyzwyczaić się do rzeczy, których inni się boją. To trochę jak ćwiczenie. - Nie wiedziałem, czy naprawdę tak było, dopiero teraz, odpowiadając Pruey, ubrałem to w słowa, ale nagle wydało mi się to całkiem sensowne. Nie umiałem tego lepiej wyjaśnić… Czułem tylko, że kiedy znajdowałem się tutaj, wszystko wydawało się prostsze niż na dole, gdzie każdy czegoś chciał, czegoś wymagał i ciągle mówił, czego nie wolno.
Uśmiechnąłem się do niej raz jeszcze, tym razem już bez tego przesadnego zadziornego błysku w oczach, który zwykle pojawiał się, kiedy specjalnie kogoś drażniłem. Przez chwilę przyglądałem jej się w milczeniu, doszedłszy do wniosku, że właściwie zawsze tak było - nigdy nie musieliśmy się umawiać, zawsze jakoś trafialiśmy na siebie, jakby zamek sam uznawał, że prędzej czy później nasze drogi i tak powinny się przeciąć - ja robiłem coś bez sensu, a ona pojawiała się chwilę później i zadawała tyle pytań, aż sam zaczynałem się zastanawiać, czy rzeczywiście miałem jakiś plan. To działało zadziwiająco dobrze, nawet kiedy się ze mnie nabijała albo wygłaszała najbardziej ponure przewidywania świata, miałem wrażenie, że wszystko było dokładnie na swoim miejscu. Cieszyłem się, tak po prostu, że znowu mnie znalazła, że mieliśmy siebie nawzajem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
23.07.2026, 07:36  ✶  

- Wszyscy inni kłamią, ja jestem szczera. - Uważała, że to było ważną cechą w przyjaźni. Mogłaby mu mydlić oczy, sugerować, że jakoś to będzie, ale podchodziła do problemu całkiem racjonalnie. Jej zdaniem nie przeżyłby upadku z takiej wysokości, a więc dzieliła się tą opinią, zresztą pewnie udałoby jej się w kilka sekund policzyć z jaką prędkością uderzy w ziemię. Musiałaby jednak nadrobić nieco braki w literaturze, bo nie sięgała jeszcze po książki, które opowiadały o tym jak się to statystycznie rozkładało. Dodała to do punktów do odhaczenia na swojej długiej liście informacji, których musiała się dowiedzieć. Skoro miała przyjaciela z takimi zapędami wypadało mieć odpowiednie dane, które mogłaby wyciągnąć z rękawa w każdej chwili. Prudence lubiła wiedzieć, co najważniejsze istotne dla niej było to, aby faktycznie mówić prawdę.

Wiedziała, że Wish bardzo lubił czuć i przeżywać, nie zamierzała być kimś kto będzie stał nad jego głową i mówił mu, że to nie jest właściwe. Starała się go wspierać w tych poczynaniach, a jeśli robił coś skrajnie głupiego to po prostu opowiadała mu o możliwych konsekwencjach, żeby po prostu wiedział, jak może się to skończyć. Czuwała też zawsze obok, gdyby jednak mogła mu się do czegoś przydać. Nie zamierzała mu oczywiście w żaden sposób przeszkadzać, nie była osobą, która leciała po profesora, nie na tym polegała przyjaźń, czyż nie?

- Kiedy o tym mówisz wydaje się to całkiem proste, tylko wiesz, mogą pojawić się czynniki zewnętrzne na które nie masz wpływu, chociażby silniejszy podmuch wiatru. - Którego mógłby się nie spodziewać, czy coś. To mogłoby odrobinę skomplikować sprawę, a naprawdę wolałaby jednak nie patrzeć na to jak leci w dół. Musiała na szybko pomyśleć nad czymś co mogłoby złagodzić jego lądowanie, bo na pewno nie miała zamiaru pozwolić na to, aby jego ciało zamieniło się w papkę.

- Cieszy mnie to, że wychodzi na Twoje, oby jak najdłużej, jestem tutaj jednak po to, żeby zastanowić się nad tym, co by było jeśli by się to zmieniło. - Doskonale znała swoją rolę w ich duecie, to ona była chodzącym rozsądkiem, wolała więc po prostu powiedzieć mu o tym, jak ona to widziała. Nie zamierzała ściągać go z tej balustrady siłą - była świadoma, że to mogłoby przynieść zupełnie odwrotne skutki, pewnie razem zupełnie przypadkiem spadliby wtedy w przepaść.

- Byłoby głupie, ale nie mogłabym tak sobie stać, gdy Ty byś leciał, to chyba jasne? - Dla niej było to całkiem logiczne, nie obserwowałaby go z daleka, musiałaby jakoś mu pomóc, albo przynajmniej spróbować to zrobić, a że przy okazji uszkodziłaby sama siebie, cóż - zawsze pojawiały się jakieś konsekwencje. Z dwojga złego przynajmniej nie musiałaby rozpaczać za swoim przyjacielem, zawsze to jakiś pozytyw.

- Mówisz? Samemu pewnie smutno tak leżeć pod ziemią, myślę, że my, razem zawsze znaleźlibyśmy sobie jakieś zajęcie, mogłoby być fajnie. - Z Wishem zawsze było fajnie, nie miała więc żadnych wątpliwości co do tego, że nawet w życiu pozagrobowym dobrze by się bawili, gdyby mieli siebie obok. Nie wiedziała jak dokładnie to działało, ale to akurat było mało istotne.

- Tak, też nie chciałabym, żeby to był ktoś inny, Ciebie lubię nawet jak mnie wkurzasz. - Przyznała jeszcze zupełnie szczerze. Był w końcu jej najlepszym przyjacielem, akurat on mógł ją denerwować, wiedziała, że nie robił tego, żeby ją skrzywdzić tylko się z nią droczył.

- To zdecydowanie ułatwiłoby sprawę, oszczędziło czas, mam wrażenie, że widzę same pozytywy związane z taką możliwością. - Zgadzała się z nim stuprocentowo, wspólny grób brzmiał dobrze, mogliby spędzić ze sobą wieczność, jak patrzyła na to z takiej perspektywy to wyglądało to naprawdę nieźle.

- Myślę, ze duchy też się mogą gubić, zresztą, czy one nie są związane z jakimiś miejscami? Nie do końca wiem jak to działa, więc jakbyśmy tutaj razem umarli, to może latalibyśmy tylko w tym miejscu? - Kolejny temat, który wypadało nadrobić, nie rozważała nigdy wcześniej takich możliwości, trzeba było to bardzo dokładnie przeanalizować, żeby później nie okazało się, że coś źle zrozumieli.

- Mamy umowę. Będzie fajowo. - Pokiwała jeszcze twierdząco głową, nie podeszła do niego, aby potwierdzić ten pakt najbardziej poważną czynnością, jaką było skrzyżowanie małych palców, bo wolała trzymać się z daleka od balustrady. Wiedziała jednak, że dotrzyma słowa, zawsze to robił. Naprawdę nie znosiła wysokości. - Zastanawiam się, czy nie umarłabym ze strachu, gdybym leciała stąd z Tobą. - Postanowiła podzielić się z nim swoimi przemyśleniami, nim wylądowałaby na bruku jako plama, pewnie zdążyłaby zejść po drodze, było to całkiem ciekawą perspektywą.

- Nie zrobiłabym Ci tego, zadbałbym o każdy szczegół, nie musisz się martwić. - Powtórzyła jeszcze, chociaż to pewnie było całkiem oczywiste. Jeśli miałaby go pozbierać to jak najdokładniej potrafiła, nie zostawiłaby ani kawałka poza wiaderkiem. - Najbardziej prawdziwa przyjaźń ze wszystkich. - Potwierdziła jeszcze. Nie musiał o tym nikomu opowiadać, ale tego już nie powiedziała, wystarczyło, że on miał świadomość, że zawsze mógł na nią liczyć, inni nie musieli tego wiedzieć.

- Pewnie coś w tym jest, przynajmniej wtedy wiesz, że robiłeś coś niesamowitego. - Zgodziła się z nim, chociaż sama niekoniecznie widziała siebie w paszczy jakiegoś potwora, obawiała się, że gdyby prowadziła nieco bardziej ryzykowne życie to skończyłoby się one zdecydowanie zbyt szybko, Prue nie była szczególnie sprawna fizycznie, zdarzało jej się potykać o własne sznurówki - w jej przypadku więc niektóre aktywności mogły bardzo szybko wpędzić ją do grobu. On był od niej w tym przypadku zupełnie różny. Podziwiała go zawsze jeśli o to chodzi.

- Ułożyłabym je po kolei. - Dodała jeszcze z uśmiechem. Nie zostawiłaby jego zębów tak po prostu, jasne jak słońce, że musiałby zostać pochowany z wszystkimi, już na pewno o to zadba, szczególnie, że miała na to jego przyzwolenie.

- W sumie, gdy o tym mówisz to faktycznie brzmi jak ćwiczenie. - Miało to jakiś sens. Nie oceniała go, właśnie dlatego zawsze zadawała pytania, aby spojrzeć na świat przez jego, zupełnie inną perspektywę. - Skończysz jak znajdziesz się przy samej krawędzi i nie będziesz się bał? - Najwyraźniej będzie musiała zostać tu jeszcze trochę. Nie, żeby jej to jakoś zbytnio przeszkadzało. Lubiła spędzać z nim czas i obserwować go podczas tych wszystkich działań. Nawet jeśli nie do końca brała udział w tych jego przedsięwzięciach to stała gdzieś obok, czekając na moment w którym mogła się przydać, czy wygłosić jakieś swoje mądrości. Działało to nie najgorzej i nie widziała sensu, aby to zmieniać. Stał się jej najlepszym przyjacielem nieprzypadkowo, zawsze się odnajdywali, nie musieli ustalać tego, gdzie i kiedy się spotkają, może było to dziwne, ale miała wrażenie, że nogi zawsze ją do niego prowadziły.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
25.07.2026, 00:03  ✶  
Kiwnąłem głową z głębokim uznaniem dla jej specyficznego, zaskakująco drobiazgowego rozumowania, które brzmiało wystarczająco dziwnie i makabrycznie, żeby od razu przypadło mi do gustu, stanowiąc doskonały dowód na to, dlaczego zawsze wolałem przychodzić ze wszystkimi swoimi najbardziej niedorzecznymi pomysłami właśnie do niej, a nie do kogokolwiek innego w tym zamku. Nie wyobrażałem sobie zwrócenia się z tym wszystkim do kogoś innego. Gdybym postanowił zapytać o zdanie któregoś z chłopaków z Gryffindoru, uzewnętrzniając swoje myśli i zamiary, zapewne poklepaliby mnie tylko protekcjonalnie po plecach, zakrzyknęli z entuzjazmem, że na pewno dam radę i nic złego mi się nie stanie, a potem bez dłuższego zastanawiania się sami weszliby na kamienną balustradę, żeby sprawdzić, kto z nas odważy się wychylić mocniej nad przepaścią. Z kolei cała reszta ludzi w Hogwarcie, na czele z profesorami, natychmiast zacząć musiałaby od panicznych krzyków, kategorycznych zakazów oraz robienia surowych min pedagogów, którzy po raz kolejny odkryli, że jakiś nierozważny uczeń postanowił skrócić sobie żywot w wyjątkowo kreatywny sposób. Pruey była jednak zupełnie inna, ponieważ potrafiła z całkowicie kamienną twarzą i naukową wręcz precyzją wyjaśnić mi, dlaczego za chwilę umrę, co dokładnie stanie się z poszczególnymi kośćmi mojego ciała po uderzeniu w twarde skały oraz jakie będą tego opłakane konsekwencje, co wprawdzie brzmiało potwornie, ale jednocześnie miało w sobie coś niesamowicie uspokajającego, bo od zawsze wolałem najgorszą, najbardziej brutalną prawdę od najładniejszego kłamstwa, nawet jeśli ta prawda zakładała mozolne zbieranie moich szczątków do wiaderka.
Patrzyłem na nią z tym samym, lekko głupkowatym, odrobinę bezczelnym uśmiechem, który pojawiał się na mojej twarzy za każdym razem, kiedy zaczynała mówić z nieznoszącym sprzeciwu przekonaniem o sprawach, nad którymi większość normalnych ludzi wolałaby nawet przez ułamek sekundy się nie zastanawiać. Dla kogoś z zewnątrz taka chłodna analiza mojej potencjalnej katastrofy mogłaby brzmieć okropnie i ponuro, lecz dla mnie była niepojęcie pocieszająca, gdyż wychodziłem z prostego założenia, że skoro Pruey poświęcała aż tak dużo swojego cennego czasu na precyzyjne przeliczanie moich obrażeń i przewidywanie powodów mojego ewentualnego upadku, to znaczyło, iż w głębi duszy naprawdę bardzo jej na mnie zależało. Najbardziej w tym wszystkim podobało mi się to, że przebywając w jej towarzystwie, nie musiałem zupełnie niczego przed nikim udowadniać ani zakładać żadnej maski, mogłem gadać największe bzdury na świecie, zgrywać nieustraszonego bohatera, cwaniaka albo kompletnego idiotę, a ona i tak patrzyła na mnie z tym swoim przenikliwym spojrzeniem, które bez słów mówiło mi, że doskonale wiedziała, jaki naprawdę byłem pod tą całą otoczką, i choć bywały momenty, w których ta jej nieomylność strasznie mnie irytowała, po chwili jednak znowu zaczynała mi niezwykle odpowiadać, a nawet podobała mi się jeszcze bardziej właśnie przez ten lekki gniew, jaki we mnie wywoływała, skłaniając mnie ostatecznie do uznania, że skoro Sunny i tak przejrzała mnie na wylot i znała każdy mój słaby punkt, to nie pozostawało mi nic innego, jak zachowywać się wobec niej jeszcze bardziej bezczelnie, co traktowałem jako jedyną godną i właściwą odpowiedź na jej wnikliwość.
Wcale mnie nie dziwiło, że również tym razem wypowiedziała swoje wnioski z tak bezdyskusyjną pewnością siebie, bo w gruncie rzeczy właśnie tego się po niej spodziewałem, jako że Prudence nigdy, pod żadnym pozorem nie owijała niczego w bawełnę, nawet jeżeli wyjawiana przez nią prawda okazywała się wyjątkowo makabryczna, krwawa albo zwyczajnie niewygodna dla słuchacza. Niezwykle to w niej lubiłem i to wcale nie dlatego, żebym miał jakąś szczególną słabość do ponurych wizji własnego rychłego końca na dnie przepaści, lecz po prostu z tego powodu, że przy niej nigdy nie musiałem głowić się ani zastanawiać, czy mówiła to, co naprawdę myślała, czy jedynie starała się być miła. Wyszczerzyłem zęby jeszcze szerzej, kiedy z tak niepodważalnym przekonaniem oznajmiła, że wszyscy inni dookoła kłamią, a tylko ona mówi mi czystą prawdę, co w jej ustach wcale nie brzmiało zarozumiale, pysznie ani arogancko, bo Prue po prostu taka była - jeśli czegoś nie wiedziała, przyznawała się bez bicia, a gdy była czegoś pewna, potrafiła bronić swojego stanowiska z niesamowitum uporem, eliminując jakąkolwiek potrzebę zgadywania jej intencji.
Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, gdy z pełną powagą zaczęła mówić o podmuchach wiatru oraz o nieprzewidywalnych czynnikach zewnętrznych, byłem niemal pewien, iż w głowie już zdążyła stworzyć całą nieskończoną listę potencjalnych katastrof, które mogły w mgnieniu oka pokrzyżować mój genialny plan niespadania z krawędzi. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że miała pełną rację, ponieważ porywisty wiatr istniał jak najbardziej realnie i nie zamierzał pytać nikogo o zgodę na zdmuchnięcie mnie z krawędzi, ale jednocześnie miałem przemożne wrażenie, że gdybym zaczął nieustannie uwzględniać wszystkie możliwe katastrofy naturalne, nigdy w życiu nie odważyłbym się zrobić niczego naprawdę ekscytującego ani ciekawego. Raz jeszcze spojrzałem w dół - tam, gdzie tafla wielkiego jeziora błyszczała w oddali niczym ciemne lustro - podczas gdy nad boiskiem do Quidditcha przemknęło kilkanaście ptaków, w których miejscu natychmiast wyobraziłem sobie smukłe miotły i sylwetki graczy przecinających chłodne powietrze z taką lekkością, jakby grawitacja była jedynie głupią regułą wymyśloną dla ludzi przykutych do ziemi. Gdybym któregoś dnia naprawdę chciał grać w szkolnej drużynie na pozycji ścigającego, a pragnąłem tego bardziej niż czegokolwiek innego na świecie, nie mogłem przecież za każdym razem na wysokości kilkudziesięciu metrów zastanawiać się, czy za minutę nie zerwie się nagła wichura, bo chciałem przecież ścigać kafla, nurkować odważnie między zawodnikami przeciwnej drużyny i przez krótką chwilę czuć, że całe niebo należało wyłącznie do mnie, a trudno było połączyć tak wielkie marzenie z ciągłym strachem przed każdym podmuchem, gdyż bojąc się wiatru, równie dobrze mógłbym od razu odłożyć sprzęt do schowka i nigdy więcej do niego nie wracać, czego nie zamierzałem robić za żadne skarby świata. Doskonale wiedziałem, że miotła w każdej chwili mogła się złamać pod wpływem przeciążenia, ciężki tłuczek mógł trafić mnie prosto w głowę, a błąd oznaczał upadek z kilkunastu metrów na twardą murawę, a mimo to wszyscy najlepsi czarodzieje latali bez wahania i właśnie dlatego tak bardzo pragnąłem stać się jednym z nich.
- To wtedy po prostu będę musiał być szybszy od wiatru. - Na samą wzmiankę o niesprzyjających warunkach uniosłem dumne czoło wysoko do góry, pozwalając jednemu z silniejszych podmuchów uderzyć mnie prosto w twarz, a kiedy mój płaszcz zafalował gwałtownie na plecach, unosząc poła niczym skrzydła nietoperza, nie zachwiałem się ani trochę, tylko rozłożyłem lekko ręce, jakbym rzucał wyzwanie całemu światu. - No, widzisz? Już próbował i nadal mu nic z tego nie wyszło. - Pokiwałem głową z udawaną, mocno przesadzoną powagą. - Poza tym, gdybym miał bezustannie przejmować się każdym podmuchem, musiałbym spędzić całe życie zamknięty w zamku. A przecież tam też wieje, tylko od profesora astronomii. - Prychnąłem cicho, szczerze rozbawiony własnym żartem, po czym znowu stanąłem dokładnie tak jak wcześniej, kontynuując myśl. - No, ale… Masz rację, tylko wtedy musiałbym zacząć uważać na wiatr, deszcz, śnieg, obluzowane kamienie, ptaki mogące we mnie wlecieć i na każdego, kto wpadłby na pomysł, żeby mnie stąd siłą ściągnąć. Za dużo tego. Wolę pilnować tylko tego, na co sam mam wpływ. - Wzruszyłem ramionami, z rozbrajającą szczerością, bo to wcale nie była kwestia niezwykłej odwagi, lecz zwyczajnej nieumiejętności życia w ciągłym strachu przed wszystkim, co mogłoby pójść nie tak.
Nie obiecywałem, co prawda, że natychmiast zejdę na bezpieczną posadzkę, bo to byłoby z mojej strony zbyt daleko idące zobowiązanie ograniczające moją wolność, ale mogłem przecież wspaniałomyślnie przyznać, że wiatr rzeczywiście istniał i stanowił pewne realne wyzwanie.
- No widzisz? Dlatego tak dobrze się dogadujemy. Ty martwisz się za nas oboje, a ja nie martwię się za nikogo. Wychodzi po równo. Sam bym nie dał rady robić obu rzeczy naraz. - Spojrzałem na nią kątem oka, dostrzegwszy, że rzeczywiście stała zaledwie kilka kroków ode mnie, robiąc dokładnie to, co robiła zawsze - myślała i analizowała konsekwencje za nas dwoje. Bardzo to w niej lubiłem, ponieważ sam nigdy nie miałem w sobie dostatecznie dużo cierpliwości ani chęci do bezustannego zastanawiania się nad wszystkim, a ona nadrabiała ten mój ewidentny brak z tak imponującym uporem i konsekwencją, że w ogólnym rozrachunku wychodziło nam to zdecydowanie na dobre.
Na chwilę jednak zupełnie zamilkłem i spoważniałem, kiedy wyznała cicho, że gdybym zaczął spadać, ona i tak bez wahania próbowałaby mnie złapać. Wiedziałem bez cienia wątpliwości, że mówiła całkowicie poważnie, i właśnie z tego powodu odruchowo zmarszczyłem nos, a szeroki uśmiech momentalnie zniknął z mojej twarzy, bo absolutnie nie podobał mi się ten pomysł.
- Nie rób tak nigdy." - Wyrwało mi się szybciej, niż zdążyłem się nad tym zastanawiać, więc odruchowo zmarszczyłem brwi, na moim czole pojawiła się głęboka zmarszczka. - Nie bądź głuptasem. To brzmi okropnie. Wtedy miałbym wyrzuty sumienia nawet jako duch. A podobno duchy nie śpią, więc musiałbym mieć je bez przerwy. - Pokręciłem stanowczo głową z nieskrywanym oporem. - Ty masz stać bezpiecznie na górze i potem powiedzieć wszystkim, że od początku mnie ostrzegałaś, bo inaczej cały ten twój mądry wykład pójdzie na marne. To znaczy… Wiesz, obiecałaś. Ktoś przecież musi mnie później pozbierać do tego wiaderka. - Dodałem szybko z uśmiechem, próbując obrócić wszystko w żart, choć przez krótką chwilę naprawdę nie było mi do śmiechu na myśl, że mogłaby ucierpieć przez moją lekkomyślność, tylko dlatego, że chciała mi pomóc.
Zaśmiałem się na powrót pod nosem dopiero wtedy, kiedy przyznała, że lubi mnie nawet wtedy, kiedy ją denerwuję, co akurat wiedziałem od dawna, bo gdyby było inaczej, już dawno przestałaby za mną chodzić i wysłuchiwać tych wszystkich głupot, które wygadywałem. A jednak zawsze mnie znajdowała i miałem wrażenie, że nawet gdybym schował się na końcu świata, prędzej czy później i tak usłyszałbym za plecami jej głos zadający jakieś niemożliwie mądre pytanie. Właśnie to najbardziej w niej lubiłem - to, że nie musialem jej szukać, bo ona po prostu była - gdyby ktoś zapytał mnie, z kim chciałbym spędzić całą wieczność, odpowiedź wydawałaby się tak oczywista, że aż zbyteczna.
- No widzisz? Mówiłem. We dwójkę nawet bycie duchami brzmi ciekawie. Wszyscy mówią o wiecznym odpoczynku, a ja nie rozumiem, po co odpoczywać przez całą wieczność. Lepiej byłoby coś robić. - Nie wyobrażałem sobie jednak, żeby dzielić ten los z kimkolwiek innym. - Moglibyśmy straszyć ludzi i… I podsłuchiwać wszystkich! I zwiedzać zamek nocą, i… I nikt nie mógłby nas wyrzucić z żadnego miejsca! - W mojej głowie była to naprawdę genialna perspektywa bezkarnej zabawy. - - I nikt! Nikt! Nie powiedziałby, że znowu włażę tam, gdzie nie powinienem, bo duchowi chyba wolno wszędzie. - Ta część wydawała mi się szczególnie kusząca i godna uwagi.
- Fajowo. - Powtórzyłem z niezmiernym zadowoleniem. - To ustalone. Jak kiedyś umrę, to masz dopilnować, żeby mnie nie wsadzili z kimś obcym. Z żadną inną dziewczyną. Nieważne, ile to jeszcze potrwa, jesteśmy razem, nawet jak będziesz marudzić na mnie jeszcze przez sto albo dwieście, albo ile tam lat. - Wzruszyłem lekko ramionami, jakby była to najbardziej oczywista rzecz pod słońcem, bo była i nie musiałem długo myśleć nad odpowiedzią, nie umiejąc sobie wręcz przypomnieć dnia, w którym nie cieszyłbym się, że znowu na nią wpadłem, jednak chwilę później w mojej głowie pojawiła się pewna merytoryczna wątpliwość związana z technicznymi detalami naszej pośmiertnej egzystencji, więc dodałem z pełną powagą. - To byłoby strasznie głupio, gdybyśmy pomylili miejsce. Wyobraź sobie, że ty utkniesz tutaj, a ja umrę gdzieś daleko i cały plan się popsuje. - Przez chwilę naprawdę nad tym rozmyślałem. - Nie, musimy kiedyś znaleźć jakiegoś ducha i go o to zapytać. Nie będziemy przecież zawierać umowy, która ma dziury. To w końcu to śmiertelnie poważna sprawa. - Dodałem z absolutnym przekonaniem, w końcu wizja wspólnego życia po śmierci wydawała mi się równie zwyczajna, co planowanie wyprawy nad jezioro. Gdybym miał wskazać jedną osobę, z którą chciałem robić absolutnie wszystko, od cichego siedzenia nad jeziorem po wymyślanie zasad nieżycia, wskazałbym właśnie Prudence, i to nie z żadnego głupiego obowiązku, jak moi starzy, ale dlatego, że nigdy w życiu nie przychodził mi do głowy nikt inny - nie umiałem i nawet nie chciałem wyobrażać sobie przyszłości, w której nie siedzielibyśmy razem, nie kłócilibyśmy się o największe głupoty, nie wymyślalibyśmy kolejnych niedorzecznych umów ani nie planowalibyśmy rzeczy mających wydarzyć się za dziesięć, dwadzieścia albo pięćdziesiąt lat, będąc święcie przekonanym, że tak już zostanie na zawsze, bo kiedy jest się dzieciakiem, wydaje się przecież, że najważniejsze osoby na świecie są dane człowiekowi raz na zawsze.
Zastanowiłem się też nad sytuacją, gdybyśmy jakimś cudem mieli spadać razem, po czym energicznie potrząsnąłem głową.
- Gdybyś leciała ze mną w dół, gadałbym do ciebie bez przerwy przez całą drogę, więc nie miałabyś nawet sekundy, żeby umrzeć ze strachu, będąc zbyt zajętą odpowiadaniem na moje pytania. - Zapewniłem ją z głębokim przekonaniem, puszczając do niej oko, nawet kwestia pogrzebowych detali wydawała się w naszych ustach czymś absolutnie zwyczajnym i naturalnym. - Albo ewentualnie mógłbym zacząć śpiewać na cały głos, chociaż w takim wypadku chyba umarlibyśmy od tego śpiewu jeszcze szybciej. - Dodałem z namysłem, po czym wyszczerzyłem się, bo nawet spadając, pewnie nie potrafiłbym siedzieć cicho, w sumie szkoda byłoby zmarnować taki lot na krzyczenie.
- No i widzisz! Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. - Pokiwałem głową z wielką satysfakcją, podświadomie powracając do ulubionego tematu. - Jak kiedyś zostanę sławnym ścigającym i z impetem walnę z miotły, to przynajmniej będę wiedział, że ktoś zadba o odpowiednią liczbę zębów na mój pogrzeb. Wyobrażasz sobie minę grabarza, jak wręczysz mu woreczek i powiesz, że jeszcze tego brakowało? - Przybrałem najbardziej oficjalny wyraz twarzy, na jaki tylko było mnie stać. - Pilnuj tylko naprawdę, żeby żaden się nie zgubił, bo lubię je wszystkie, a zwłaszcza ten tutaj. - Wyszczerzyłem się najszerzej jak potrafiłem, stukając palcem w przedni ząb. - Byłoby głupio obudzić się jako duch i ciągle syczeć przy każdym słowie, więc jak zgubisz choćby jeden, to będę cię później straszył dziurą w uśmiechu. - Dodałem groźnie, choć jednocześnie spróbowałem przybrać przy tym dostojną minę, ale wytrzymałem zaledwie dwie sekundy, po czym znowu wybuchnąłem śmiechem.
Potem jednak spojrzałem na nią trochę dłużej niż zwykle. Znowu przyszła, znowu mnie znalazła, nie umawialiśmy się przecież, nigdy nie musieliśmy. Nie obchodziło mnie, z jakiego domu pochodziła, jakie nazwisko nosiła ani co powiedzieliby o tym dorośli. Dla mnie była po prostu Pruey, dziewczyną, z którą mogłem rozmawiać o lataniu, śmierci, duchach, przyszłości i zupełnie głupich rzeczach, a żadna z tych rozmów nigdy nie wydawała się głupia…
- Nie wiem, czy skończę. - Przyznałem po chwili, wracając wzrokiem ku dalekiemu horyzontowi. - Jak już przestanę się bać tej wysokości, to pewnie znajdę wyższą. A potem jeszcze wyższą. Chyba o to chodzi. Nie chcę dojść do końca. Wolę ciągle mieć przed sobą coś, czego jeszcze nie zrobiłem. - Podczas gdy inni ludzie patrzyli w dół i widzieli wyłącznie przerażającą przepaść, ja patrzyłem w tę samą przestrzeń i widziałem miejsce, z którego już nie raz udało mi się wzbić, i może właśnie dlatego tak często właziłem tam, gdzie nie powinienem, próbując przekonać samego siebie, że kiedyś żadna wysokość nie będzie już robiła na mnie wrażenia.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
30.07.2026, 16:53  ✶  

Prue miała specyficzne podejście do życia. Od zawsze rozkładała wszystko na części, analizowała - nie przesadzała po prostu podchodziła do wszystkiego całkiem racjonalnie. Było to nie do końca typowe dla osób w jej wieku, mimo wszystko dla niej liczyły się głównie fakty, po które lubiła sięgać. Bardzo dużo czytała, aby mieć odpowiednią wiedzę, lekko przychodziło jej zapamiętywanie bez problemu sięgała po te informacje, które znajdowały się w jej głowie. Nie widziała też niczego złego w tym, aby się nimi dzielić, bo były to fakty - nie jej wymysły, czyste fakty.

Sama nie potrzebowała sprawdzać, jak to wszystko wyglądało naprawdę, wystarczało, że miała obok siebie Wisha, który uwielbiał testować granice, mogła być jego wsparciem, dzięki czemu poniekąd uczestniczyła w tych jego eksperymentach, chociaż ona skupiała się właśnie głównie na danych. Podobało jej się to, że nie lekceważył tego, co miała do powiedzenia, ale mimo to robił swoje. To było dla nich wyjątkowe, nie machał ręką, nie udawał, że nie słyszy, brał to pod uwagę, nie sugerował, że mówi głupoty. Przynajmniej wiedział, czego się spodziewać, co mogło go czekać, nie ukrywała nigdy tego przed nim, zasługiwał na prawdę, czyż nie? Było to dla niej całkiem proste, tak przecież robili przyjaciele - nie okłamywali się, mówili sobie wszystko, co powinno zostać powiedziane.

- Nie jestem pewna, czy tak się da. - Zmrużyła oczy, jakby się nad tym zastanawiała. - To znaczy na pewno się da, ale nie zawsze, czasem on wieje tak szybko, że się nie da, więc jest to trochę podchwytliwe. - Wszystko zależało od prędkości wiatru, a ta jak wiadomo była różna, mogła zaskoczyć, więc tak - Wish mógł być szybszy od wiatru, tyle, że nie zawsze. W sumie pewnie mogliby określić jego maksymalną prędkość, gdyby chciał. Mieliby wtedy całkiem suche dane, żeby wiedzieć, kiedy mógł się z nim mierzyć. To nie byłoby takie trudne. - Moglibyśmy to policzyć. - Powiedziała jeszcze, gdyby tylko chciał mogliby przeprowadzić eksperyment, to znaczy on byłby jej obiektem doświadczalnym, a ona by go przetestowała. - Tylko na mniejszej wysokości, wiesz, żeby nic ci się nie stało. - To było dla niej oczywiście bardzo istotne, mogła to sprawdzić, ale w bezpiecznych warunkach, być może nie sprawiłoby mu to aż takiej frajdy, ale wolałaby nie ryzykować tego, że może stać mu się jakakolwiek krzywda.

- Bo jeszcze nie jest na tyle silny, dobrze, że mu się nie udało. - Dodała i pokręciła przy tym głową, widziała jak jego płaszcz falował na wietrze, miała nadzieję, że nie jest on na tyle ciężki, że jakiś nieodpowiedni ruch mógłby spowodować zachwianie równowagi Rookwooda. Podchodziła do tego dużo bardziej sceptycznie od niego.

Słuchała jego wywodu, kiwała przy tym głową, jako znak, że rozumie do czego zmierza, coś było w tym co mówił. Gdyby miał się zacząć przejmować każdym czynnikiem, który mógłby wypłynąć na to, co mogło się wydarzyć, to musiałby się przejmować wszystkim, może więc faktycznie - łatwiej było jednak sobie to odpuścić. - Mimo wszystko warto być czasem ostrożnym i zwracać na to uwagę, nie, żebym uważała, że niepotrzebnie ryzykujesz, ale niektóre czynniki ciężko zignorować. - Może niekoniecznie obluzowane kamienie, ale nie pchałaby się na zamarznięte jezioro, by sprawdzić, czy lód faktycznie jest wystarczająco zamarznięty. Zresztą i tak nie musiała tego robić, on pewnie sam by się tam wpakował.

- O siebie nie muszę się za bardzo martwić, bo raczej po prostu patrzę na to, co Ty robisz, jesteś moim jedynym zmartwieniem, ale przynajmniej mam co robić. - To działało nie najgorzej, bo przynajmniej miała jakieś zajęcie, sama przecież prowadziła niezbyt interesujące życie, a tak to mogła pomartwić się o niego.

- Musiałabym to zrobić, przecież nie mogłabym tak stać i patrzeć, bo jesteśmy przyjaciółmi. - Może i sama znała konsekwencje, ale gdyby coś mu się stało, a ona by nie zareagowała to by sobie nie wybaczyła. Zawsze była obok, miała być jego wsparciem - to było dla Prue całkiem proste. Jasne, najlepiej wychodziło jej analizowanie, ale nie stałaby z założonymi rękoma, kiedy on robiłby sobie krzywdę. Nie umiałaby. - Może przydałyby Ci się jakieś wyrzuty sumienia, pewnie z czasem by Ci to przeszło i cieszyłbyś się moim towarzystwem. - Czymże była chwila z wyrzutami sumienia wobec wieczności? Na pewno oswoiłby się z tym, że coś takiego się stało. - Fakt, obiecałam, więc możliwe, że masz rację, nikt by Cię tak dobrze nie pozbierał jak ja, muszę się więc nad tym zastanowić. - Nie była to wcale taka prosta decyzja, jakby się mogło wydawać, obietnica jednak była obietnicą, to właściwie zadecydowało o tym, co powiedziała później. - Dobrze, jeśli coś takiego by się stało to faktycznie zostanę z boku, będziesz musiał na mnie poczekać, aż do Ciebie dołączę. - Było to chyba jedynym rozwiązaniem. - Tylko, co jeśli to trochę potrwa i ja będę stara, a Ty nie? - Musieli rozważyć różne możliwości, właściwie, czy wiek miałby coś zmienić, na pewno tak, czy siak byliby najlepszymi przyjaciółmi, to było jedynym pewniakiem w tym wszystkim, mieli się przyjaźnić zawsze, bez względu na wszystko.

- Odpoczywanie może być męczące, wyobrażasz to sobie, wiecznie nic nie robić? Ileż można? - Zgadzała się z nim zupełnie. Miałaby odpoczywać zamiast się uczyć? Jako duch mogłaby stać się specjalistą w każdej dziedzinie, nie miała na to czasu teraz, bo nie była w stanie dowiedzieć się wszystkiego czego chciała, doba była zbyt krótka - ale wieczność? To brzmiało fantastycznie. - Tak, gdybyśmy byli duchami, to nie mogliby nas znikąd wyrzucić, mogłabym przeczytać wszystkie księgi w dziale zakazanym, wiedzieć wszystko. - Pokiwała jeszcze głową, to brzmiało naprawdę fajnie. - Straszenie też brzmi jak nie najgorsza rozrywka, moglibyśmy się nabijać z tych wszystkich ślizgonów i nie dawać im spokoju, mieliby nas dość. - Niby mogli robić to i teraz, jednak jako duchy mieliby zdecydowanie większe możliwości. To brzmiało jak całkiem przyjemny plan na przyszłość, powinni go rozważyć.

- Co jeśli ja umrę pierwsza? Też tego dopilnujesz? Jak coś masz moje słowo, że o to zadbam. - Była w tym co mówiła śmiertelnie poważna, nie wyobrażała sobie, że mogłoby być inaczej, nie po tym, co przed chwilą ustalili. Nie mogli jednak przewidzieć, które z nich umrze pierwsze. Jasne - Wish podejmował bardziej spontaniczne decyzje, ryzykował to wcale nie oznaczało, że odejdzie z tego świata przed nią. Nie dało się tego przewidzieć, więc musieli rozważyć wszystkie możliwe scenariusze, czyż nie?

- Tak, to byłoby głupie, bo nie chciałabym być duchem bez Ciebie. Naprawdę musimy się z kimś skonsultować. - Co wcale nie było takie trudne bo przecież Hogwart był pełen duchów, na pewno któryś uchyli im rąbka tajemnicy, jeśli odpowiednio do niego podejdą. Musieli to wszystko zweryfikować, aby ich plan wypalił.

- W sumie to pewnie by przeszło, jak coś wolałabym, abyś jednak gadał, a nie śpiewał, proszę. - Miała świadomość, że śpiew nie był jego mocną stroną, zdecydowanie wolałaby, aby do niej mówił - nie zauważyłaby wtedy nawet, że spadają, zwłaszcza jak zacząłby jej zadawać pytania, musiałaby wtedy szukać odpowiedzi w swojej głowie i jakoś by to było.

- Dlaczego od razu zakładasz najgorsze? Jako wybitny ścigający na pewno będziesz wiedział jak uniknąć upadków z miotły, nie będziesz musiał się martwić tym, że zgubisz wszystkie zęby. - Nie wątpiła w to, że uda mu się spełnić jego marzenie. Wish był bardzo zdeterminowany kiedy mu na czymś zależało, a wiedziała, że jednym z jego marzeń była profesjonalna gra w quidditcha - jeśli tak sobie założył to na pewno mu się uda. Wiedziała, że latał na miotle, robił to całkiem nieźle, wystarczy trochę pracy, a na pewno osiągnie swój cel. - Będę przychodzić na wszystkie Twoje mecze, jak coś zawsze będę miała przy sobie ten woreczek na zęby, chociaż nie sądzę, że się przyda. - Nie była fanką quidditcha, jednak dla niego na pewno pojawiałaby się na każdym meczu, tak robili przecież przyjaciele - wspierali swoich najbliższych, było to więc dla niej całkiem oczywiste.

- Jeśli dojdzie do tego, to na pewno zadbam o to, by Twój uśmiech wyglądał jak najlepiej. - Skoro było to dla niego ważne, to w ogóle nie widziała innej możliwości, zbierze te wszystkie zęby, aby przez wieczność mógł normalnie mówić i wyglądać, inaczej pewnie faktycznie by ją straszył, bo był okropnie uparty.

- Dobrze, skoro tak, to będę zawsze gdzieś z tyłu, bo ja nie lubię się z wysokością. - Skoro tego właśnie chciał, skoro zamierzał przekraczać kolejne granice, musiała się na to przygotować. Nie odradzała mu tego, jak zawsze miała być gdzieś obok, chociaż sama nigdy w życiu nie zdecydowałaby się na to, by podejść do krawędzi.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
31.07.2026, 20:01  ✶  
Dla większości ludzi podobna rozmowa skończyłaby się już dawno, jeszcze zanim by się dobrze zaczęła, najpewniej uznaliby ją za kompletnie bez sensu, ale właśnie dlatego uwielbiałem gadać z Pruey. Nigdy nie mówiła, że coś było głupie tylko dlatego, że brzmiało dziwnie, jeżeli rzucałem jakimś pomysłem, od razu próbowała znaleźć sposób, żeby go sprawdzić. Czasami dochodziła do wniosku, że się nie dało, czasami wymyślała dziesięć powodów, dla których mogło się nie udać, ale zawsze traktowała moje pomysły poważnie, to było chyba najfajniejsze. Im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że było to okropnie zabawne, i gdyby kiedyś ktoś zapytał mnie, jak wyglądała moja najlepsza przyjaciółka i co było jej cechą charakterystyczną, chyba właśnie od tego bym zaczął. Nie od koloru włosów ani oczu, tylko od tego, że na wszystko miała teorię.
Parsknąłem śmiechem, kiedy z całkowitą powagą zaczęła zastanawiać się nad tym, czy człowiek mógł być szybszy od wiatru. Była chyba jedyną osobą, która potrafiła potraktować podobny temat jak prawdziwe zagadnienie naukowe, zamiast zwyczajnie machnąć na mnie ręką i powiedzieć, żebym przestał wymyślać głupoty, to właśnie uwielbiałem, nigdy nie odbierała mi radości z robienia rzeczy, które większość uznałaby za kompletnie idiotyczne, zamiast tego siadała obok i zastanawiała się, jak można byłoby to policzyć. W jej głowie wszystko miało jakiś wzór, jakąś zależność, jakiś sens, w mojej wystarczało, że było ciekawe i nie nużyło, razem działało to zaskakująco dobrze.
- Policzyć? - Powtórzyłem z wyraźnym zainteresowaniem, marszcząc nos, a potem rozpromieniając się, jakbym właśnie usłyszał zalążek najlepszego planu na najbliższy weekend. - Oczywiście, że moglibyśmy to policzyć. To brzmi świetnie. Możemy sprawdzić, czy jestem szybszy od wiatru. Jak wyjdzie, że nie jestem, to będę musiał ćwiczyć, aż będę. - Pokiwałem głową z pełnym przekonaniem, kompletnie nie przejmując się tym, że dla większości ludzi taki wniosek byłby zupełnie odwrotny. Gdyby okazało się, że czegoś nie potrafiłem, nie znaczyło to przecież, że miałem przestać próbować. Raczej, że powinienem spróbować jeszcze raz. - I doooobra, no, możemy zacząć nisko. Niech będzie. Tylko nie za nisko, bo nie będzie żadnej frajdy. - Nie było we mnie aż takiej znowu niechęci do pozwolenia Prue na dobór warunków badawczych oraz metody, wizja zostania jej obiektem doświadczalnym wcale mnie nie odstraszała, wręcz przeciwnie, jeśli miałem wykonywać jakieś dziwne eksperymenty, zdecydowanie wolałem robić je z nią niż z kimkolwiek innym. Wiedziałem, że nigdy nie pozwoliłaby, żeby naprawdę stała mi się krzywda, a to wystarczało, żebym bez większego zastanowienia zgadzał się na większość jej pomysłów.
Nigdy nie zastanawiałem się, dlaczego akurat jej ufałem w takich sprawach bardziej niż profesorom - po prostu ufałem - gdyby powiedziała, że potrzebowała tygodnia na obliczenie, ile razy mrugałem podczas rozmowy i kazała mi robić w związku z tym coś nieoczywistego, pewnie uznałbym, że faktycznie mogło to być przydatne. Słuchałem jej dalej, kiwając powoli głową - wiedziałem, że miała rację, nie ze wszystkim, bo pewnie nigdy nie zgodzilibyśmy się całkowicie, ale właśnie to było najlepsze.
Wzruszyłem lekko ramionami, spoglądając na mój płaszcz poruszany przez wiatr, a potem z powrotem na nią. Czasami naprawdę zastanawiałem się, jak było to możliwe, że ona widziała tyle rzeczy naraz - ja patrzyłem przed siebie, ona widziała jeszcze wiatr, kamienie, prawdopodobieństwo, konsekwencje i pewnie ze trzydzieści innych rzeczy, których nawet przy najlepszych intencjach nigdy nie dostrzegałem. Dziwnie dobrze było wiedzieć, że ktoś obserwował takie szczegóły, sam pewnie nigdy nie zwróciłbym na większej uwagi na część warunków towarzyszących moim eskapadom, ale skoro robiła to za mnie, to właściwie po co miałem się tym zajmować? Wystarczało, że ona patrzyła, a ja mogłem robić swoje, tak to działało od dawna i jakoś ani razu nie pomyślałem, żeby cokolwiek zmieniać.
Przez chwilę przyglądałem jej tylko się w milczeniu, kiedy powiedziała, że byłem jej jedynym zmartwieniem. Kąciki moich ust uniosły się same, zanim zdążyłem nad tym pomyśleć. Brzmiało to jakoś… Dobrze. Straaasznie dobrze, jak na temat zjaw i duchów przystało.
- To nawet mi się podoba. - Przyznałem bez najmniejszego zawahania. - Lubię być twoim największym zmartwieniem. Znaczy… Nie dlatego, że chcę cię martwić. - Szybko się poprawiłem. - Po prostu… Fajnie wiedzieć, że ktoś tak bardzo zwraca na mnie uwagę. Zwłaszcza ty. - Uśmiechnąłem się szerzej. - To chyba całkiem niezła robota. Wolałbym być twoim największym zmartwieniem niż kimś, o kim w ogóle byś nie myślała. Poza tym nie masz aż tak ciężko. Nie codziennie włażę na mury, dachy i takie tam. Czasami włażę na drzewa. - Wzruszyłem ramionami, chociaż prawda była taka, że spodobało mi się to bardziej, niż powinno - świadomość, że gdziekolwiek szedłem, ona gdzieś z tyłu zastanawiała się, czy nic mi się nie stanie, dziwnie mnie ogrzewała. Nie czułem się przez to pilnowany. Czułem się… Ważny, zupełnie tak, jakby dla kogoś naprawdę miało znaczenie to, czy wrócę cały, a nie, czy sprawię jakiś problem moim zachowaniem. Nie umiałem ubrać tego lepiej w słowa, wiedziałem tylko, że robiło mi się jakoś cieplej na myśl, iż zawsze gdzieś tam była, nawet jeśli stała kilka kroków dalej i kręciła głową nad kolejnym moim pomysłem. Sam fakt, że patrzyła, wystarczał, miałem wtedy dziwne wrażenie, że świat był dokładnie taki, jaki powinien był być.
- Pruey… - Pokręciłem głową. - Jesteś okropnie uparta. Prawie tak samo jak ja. To trochę problem. - Zmarszczyłem jednak nos, kiedy znowu wróciła do skakania za mną. - Nie, nie, nie.Nie–e-e. Nie chcę mieć wyrzutów sumienia, wyrzuty sumienia są głupie. - Pokręciłem głową. - Umowa jest umową. Ty zostajesz. Potem mnie zbierasz. Potem czekam. Koniec dyskusji. Tak ustaliliśmy. Nie możesz teraz zmieniać zasad tylko dlatego, że zrobiło ci się mnie szkoda. - Po chwili jednak sam zacząłem się zastanawiać nad tym, co powiedziała później.
Nie miałem pojęcia, czy dało się coś takiego obiecać, lecz w gruncie rzeczy nie miało to większego znaczenia - w mojej głowie naprawdę wyglądało to właśnie tak - świat rzucał przed nas kolejne przeszkody, a my po prostu próbowaliśmy je przeskoczyć. Czasami się udawało, czasami pewnie kiedyś miało się nie udać, ale nie zamierzałem przestać tylko dlatego, że istniała taka możliwość.
- Mogę czekać nawet bardzo długo. - Powiedziałem to z taką łatwością, jakbym mówił o czekaniu na rozpoczęcie uczty, a nie o czymś znacznie większym. Nie miało dla mnie znaczenia, ile lat by minęło, gdy było oczywiste, że jeśli gdziekolwiek miałbym kiedyś trafić pierwszy, to po prostu usiadłbym i czekał na nią, nie wyobrażałem sobie, żebym miał robić cokolwiek innego.
- Zaraz… - Podrapałem się po karku. - To właściwie ciekawe. Jak umrzesz jako staruszka, a ja wcześniej… To czy będę musiał mówić do ciebie „proszę pani Pruey”, kiedy już będziesz duchem? Bo byłoby trochę dziwnie. - To także musieliśmy dopisać do listy pytań, bo przecież duchy powinny mieć wybór tego, jak będą wyglądały po śmierci, czy coś… Im dłużej o tym rozmawialiśmy, tym bardziej wydawało mi się, że bycie duchem naprawdę miało kilka całkiem niezłych stron. Oczywiście najlepiej było dożyć tego jak najpóźniej, ale skoro już mieliśmy plan, warto było go dopracować.
Ponownie zmarszczyłem nos, kiedy zapytała, co będzie, jeśli umrze pierwsza.
- Nie podoba mi się ten plan. - Odpowiedziałem odruchowo. - Wolę ten, w którym oboje jesteśmy strasznie starzy i wszyscy mają nas już serdecznie dosyć. - Ten, ten mi dużo bardziej odpowiadał. - No i przecież wiesz, że tak. - Dopowiedziałem natychmiast. - Nawet nie musisz pytać. - Nie przyszło mi do głowy, że mogłoby być inaczej. Gdyby kiedyś naprawdę mnie zostawiła, zrobiłbym dokładnie wszystko, co obiecałem, w mojej wyobraźni nie istniała nawet druga możliwość - skoro powiedzieliśmy sobie, że zawsze będziemy razem, dbając o siebie nawzajem, to znaczyło zawsze - obietnice nie kończyły się dlatego, że robiło się trudno.
- Wiesz… Jak będziemy już strasznymi staruchami… Takimi naprawdę starymi, z brodą do kolan… Dobra, ty bez brody. - Poprawiłem się natychmiast. - To możemy zamieszkać obok siebie. Albo najlepiej w jednym domu. Wtedy nie trzeba będzie codziennie do siebie chodzić. Wyjdziemy tylko przed drzwi i już. To byłoby strasznie wygodne. - Brzmiało to całkowicie logicznie, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jakie duże potrafiły być domy, zdecydowanie nie było potrzeby wychodzenia na zewnątrz, by się odwiedzić, skoro można było do tego podejść dużo bardziej racjonalnie… I kto mówił, że nie myślałem przyszłościowo? - Jak chcesz, to nawet za życia będziesz miała wielką bibliotekę i… I będziesz czytać wszystkie książki, a potem będziesz mi opowiadać najciekawsze rzeczy. Ja nie dam rady przeczytać wszystkiego. Wolę, jak mi tłumaczysz. Zawsze robisz to lepiej niż książki. - To również było dla mnie czymś zwyczajnym, Prudence miała talent do porządkowania świata, którego ja nigdy nie miałem. Właściwie… Miała całkiem sporo brakujących mi talentów, ale przecież od tego byliśmy, by się nimi wymieniać.
- Dobrze, będę mówił. Ale jak będziesz zadawała za trudne pytania, to specjalnie zacznę śpiewać. - Udałem zawiedzionego, ale tylko troszeczkę, ponieważ zaraz mi przeszło, bo przeszliśmy do mojego ulubionego tematu - Quidditcha.
- Wiesz co? Chyba specjalnie nie będę ich gubił. Byłoby mi strasznie głupio, jeśli bym robił taaaakie manewry - taaaaaaaaaaakie, nawet ona nie wiedziała, jakie, ale taaaaaaaakie - i zamiast je obserwować, musiałabyś naprawdę musiała biegać po boisku i szukać moich zębów. Nawet nie wiem, czy by cię tam wpuścili. Chociaż… Dobrze wiedzieć, że nawet na taki wypadek jesteś przygotowana. Ty naprawdę myślisz o wszystkim. Jesteś trochę jak mój talizman, wiesz? - Brzmiało to całkowicie logicznie, w końcu większość szczęścia działała właśnie w taki sposób, miało się coś na wszelki wypadek i dzięki temu ten wypadek nigdy się nie wydarzał.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#10
04.08.2026, 21:34  ✶  

Im bardziej coś brzmiało dziwnie, tym bardziej wydawało jej się interesujące. Prosta sprawa, właśnie dlatego tak doskonale rozumiała się z Wishem. On miał te swoje nie do końca racjonale pomysły, które ona mogła weryfikować, idealnie się pod tym względem dopełniali, mimo, że pewnie komuś z boku ta znajomość mogłaby się wydawać bardzo dziwna - bo byli różni, zdawała sobie z tego sprawę, ale właśnie dlatego ją ceniła. Z nim mogła więcej przeżywać, nawet jeśli niekoniecznie sama znajdowała się w centrum wydarzeń, a była raczej obserwatorem. Nigdy nie wpadłaby na podobne pomysły bez niego, ceniła sobie wyjątkowo podejście swojego przyjaciela, bo patrzył na świat nieco inaczej niż ona, nie uznawała tego za coś złego, raczej za bardzo ciekawego. Ogólnie wprowadzał bardzo wiele koloru do jej życia i naprawdę to doceniała, czasem zastanawiała się dlaczego kumplował się z kimś tka nudnym jak ona, nigdy jednak go o to nie zapytała, naprawdę wierzyła w to, że po prostu ją lubi od momentu, kiedy wpadli na siebie w pociągu do Hogwartu.

Musiała zastanowić się głębiej nad jego teorią, na pewno dało się poruszać szybciej od wiatru, zwłaszcza, że ten miewał różne prędkości, przecież czasami dni były zupełnie bezwietrzne, co było argumentem za tym, że miał rację, dało się poruszać szybciej od niego, jednak było wiele zmiennych, wiele różnych sytuacji - nie do końca była pewna, czy dało się wymyślić jakąś jedną, konkretną wersję, co niekoniecznie jej się podobało - lubiła mieć konkretne odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania.

- Cieszę się, że nie masz nic przeciwko, możemy wyliczyć Twoje maksimum, a później próbować je przekraczać? Będziesz miał nad czym pracować. - Oczywiście, że nie zamierzała sugerować mu, że ma się na tym zatrzymać, gdzie tam, dzięki temu mogli sprawdzić na ile aktualnie może sobie pozwolić i próbować nad tym pracować, aby mógł osiągnąć lepsze wyniki - w końcu chciała dla niego jak najlepiej, być może dzięki jej liczbom naprawdę mógłby przekraczać swoje aktualne granice, to brzmiało nie najgorzej, zwłaszcza, że on sam zaakceptował ten pomysł. Uwielbiała go za to - nie wyśmiewał jej analiz, nie machał na nie ręką - tylko uważał, że może z nich faktycznie wyciągnąć dla siebie coś dobrego, to była idealna współpraca. Prue uwielbiała eksperymenty i miała do tego idealny obiekt, który nie widział ku temu żadnych przeciwwskazań, czy mogłaby sobie wyobrazić lepszą możliwość? No nie.

- Jasne, nie za nisko, zapamiętam, ale też nie za wysoko - żebyś nie zgubił zębów. - Na pewno uda im się znaleźć jakiś złoty środek, zawsze im to wychodziło.

- Też to lubię, to znaczy niekoniecznie lubię to, że prosisz się o kłopoty, ale lubię na Ciebie patrzeć, to znaczy trochę Cię pilnować i się o Ciebie martwić, inaczej na pewno bym się nudziła. - Co do tego nie miała żadnych wątpliwości, Aloysius wpadał co chwilę na różne, błyskotliwe pomysły i mogła go w tym wspierać swoim czujnym okiem, pilnować, czy przypadkiem nie robił sobie krzywdy, działało to nie najgorzej, doświadczała dzięki temu dużo więcej.

- Jestem uparta. - Powtórzyła za nim, to było tylko stwierdzenie faktu, nie mogła zaprzeczać, bo przecież byli ze sobą szczerzy, nie miała zamiaru więc go okłamywać, kiedy faktycznie była bardzo uparta. - To nie jest problemem, dzięki temu się rozumiemy. - No, chociaż odrobinę. Nie przepychali nigdy na siłę swojego zdania, bo mieli świadomość, że druga strona tego nie przyjmie - musieli się akceptować takimi jakimi byli z racji na swoje podobieństwo w tym aspekcie, wydawało jej się, że między innymi dzięki temu potrafili się dogadać.

- Niech Ci będzie, nie powinno się zmieniać umowy przez późniejsze odczucia, masz rację. - Zdążyli już coś ustalić, więc powinna się tego trzymać, zgodziła się z nim, starała się podejść do ich wspólnych planów najbardziej racjonalnie jak potrafiła, chociaż to wcale nie było takie proste w przypadku sytuacji o której rozmawiali, chodziło przecież o ewentualną śmierć.

- Jesteś tego pewny, nie będziesz się nudził? - Ile to właściwie było bardzo długo w jego opinii? Nieco ją to zmartwiło, bo faktycznie, jeśli ona będzie zwlekać ze swoją śmiercią zbyt długo to będzie ich dzieliła spora różnica wieku w tym przypadku, który rozważali. - Nie, nie będziesz musiał tak do mnie mówić, to byłoby dziwne, dla mnie zawsze będziesz Wishem, nawet jak już długo Cię nie będzie i ja będę pomarszczona, dziwnie bym się czuła, gdybyś mówił do mnie proszę pani. - Wolała to nieco naprostować, bo nie potrafiła sobie wyobrazić sytuacji, w której zwracałby się do niej w taki sposób, to byłoby dla Prue bardzo niekomfortowe, w ogóle w tej chwili nie do końca umiała sobie wyobrazić tego, że kiedyś dla kogokolwiek mogłaby być panią - to brzmiało bardzo dziwnie.

- Myślisz, że można to tak ustalić? Że chcemy być razem duchami, gdy już będziemy starzy? Ta wersja też mi się najbardziej podoba i wydaje się być najbardziej spójna. - Nie musieliby się przejmować tym, że któreś z nich będzie starsze, że któreś pozostanie dzieckiem - wydawało jej się więc to być najbardziej optymalne, tylko nie do końca wierzyła, że da się umrzeć w podobnym wieku bo tak się chce, świat chyba tak nie działał.

- Wiesz, że wolę zapytać, żeby mieć pewność. - Nawet jeśli było to całkiem oczywiste.

- Myślisz? To w sumie nie jest taki głupi pomysł, tak właściwie to moglibyśmy razem zamieszkać już wcześniej, w końcu to siebie najbardziej lubimy, samemu pewnie jest nudno, po co czekać, aż będziemy siwi? Przecież będziemy mogli się dobrze bawić razem przez wiele lat. - To wydawało jej się całkiem proste, skoro byli najlepszymi przyjaciółmi to przecież mogli tak po prostu ze sobą zamieszkać i spędzać razem czas, żeby przypadkiem go nie tracić - na pewno byliby dzięki temu bardzo szczęśliwi.

- To brzmi wspaniale, gdybym ją miała już za życia. Od tego mnie masz, żebym to ja czytała. - To też wydawało jej się być całkiem logiczne. - Ja czytam, później Ci tłumaczę, a Ty sprawdzasz to w praktyce, to jest idealny układ. - Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, doskonale się dopełniali, byli bardzo, ale to bardzo kompatybilni pod tym względem, nie miała pojęcia, jak to właściwie było możliwe, że wtedy zupełnie przypadkiem na siebie wpadli, wszechświat musiał mieć wobec nich jakiś większy plan, bo niby dlaczego inaczej skrzyżowałby ich drogi ze sobą? Na pewno wiedział, że są dla siebie doskonałym towarzystwem.

- Obiecuję, że nie będę! - Była skłonna zrobić wszystko, byleby on tylko nie śpiewał. Zapamięta to sobie, gdyby faktycznie pojawiła się podobna ewentualność, co by nie kusić losu zupełnie niepotrzebnie.
[a] - Postaraj się faktycznie o to zadbać, na pewno to będzie łatwe, jak będziesz już robił teee swoje manewry. - Nie wiedziała jakie, ale kiedy o nich tak mówił, to wierzyła w to, że będą niesamowite, więc na pewno zdoła zadbać o swoje uzębienie. - Nie pytałabym o to, czy mogę tam wejść, po prostu bym tam wlazła i nikt nie byłby mnie w stanie zatrzymać. - Dodała z ogromną pewnością siebie w głosu, na pewno nie miałaby zamiaru nikogo prosić o zgodę, nie kiedy obiecała mu, że się tym zajmie, miałaby gdzieś tych wszystkich innych, zrobiłaby po prostu to, co do niej należało. - Tak myślisz? - Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Niekoniecznie wydawało jej się to być logiczne. - Czy ludzie mogą być w ogóle talizmanami? - Miała co do tego pewne wątpliwości.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (10077), Prudence Fenwick (5674)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa