Gary, gdy tylko zawitał w Londynie, powiedział sobie, że pójdzie z pseudo zawodowej ciekawości, ale cholera, nawet on nie kupował tej wersji ani trochę. Na szczęście tłumaczyć jeszcze się przed nikim nie musiał i jeśli tylko wieści rozeszły się tak daleko jak tego podejrzewał, to nie spodziewał się spotkać u bram ogrodu wielu znajomych.
Po mugolskiej stronie straszyły między innymi blaszany parawan, tablica z nazwą firmy budowlanej, której nie ma w żadnym rejestrze, i błoto udające wykop. Klasyka. Za tym mur, bluszcz gruby jak przedramię i brama od wschodu.
Potem żwir i posągi muz wzdłuż ścieżek, wszystkie z tą samą twarzą, co zawsze wydawały mu się mniej natchnione, a bardziej niepokojące.
No i same róże.
Nie kwitły, tylko obłaziły. Rozarium miało dominantę, której nikt tam nie sadził — czerń nie fioletowa, nie bordowa, ale smolista, tłusta, taka, jaką ma spalone drewno. Pędy wiły się po murach oranżerii i wchodziły w art nouveau tak, jakby ktoś je zaprojektował razem z żeliwem; harmonia była, owszem, i właśnie to było najgorsze. Ładne rzeczy rzadko rosły same z siebie. Wiedział to nawet on, a on na pięknie znał się tyle, co na dobrych winach — z drugiej strony witryny.
Uklęknął przy krzewie w połowie ścieżki i zrobił to, co robił od zawsze przy każdym nowym gatunku: zajrzał pod liść. Nic.
Żadnej mszycy. Żadnego przędziorka, żadnej dziury po gąsienicy, ani jednej babki-złotej-oczy. Na początku października. Na róży. Podniósł wzrok wyżej i policzył uważnie; ani jednej pszczoły przy pąkach, ani jednego bzyka nad stawem, gdzie lilie stały w czarnej obwódce jak zęby w dziąśle. Trawnik cichy. Kos, który powinien tu darł się o zmierzchu jak najęty, nie darł się nigdzie.
Zapach szedł niski i ciężki — wilgotna ziemia po deszczu, tak mówili wszyscy i wszyscy się mylili, bo tak pachnie ziemia świeżo z dołu, a to wcale nie to samo.
Za bramą oparł się plecami o mur i zapalił.
Nie wracał do baru ani do domu. Nie ruszał się w żadną stronę. Stał, patrzył na blaszany parawan z bzdurną nazwą firmy budowlanej i czekał — nie wiedział na co, ale wiedział, że jeśli człowiek, zwłaszcza taki człowiek jak on, stoi wystarczająco długo w wystarczająco niewłaściwym miejscu, to zwykle coś się w końcu wydarza.
Papierosowa trucizna dochodziła do muru i rozkładała się wzdłuż niego płasko, jak mleko rozlane po lustrze. Dalej już nie szła.
No i gdzie te potwory się skrywały?
!Maida Vale