- Spróbuję użyć swojej sieci kontaktów. Jeśli natrafię na ścianę, poproszę cię o pomoc - sam pomysł zaangażowania kogoś od Borgina lub Burke'a był warty rozważenia, szczególnie że miała kontakt nie tylko do Caiusa, ale też Ceolsigne. Może będą w stanie jej pomóc.
- Zgadza się, rama może być dobrym tropem, w zależności od tego jak miałoby to dokładniej działać. Jeśli to samo przejście przez ramę, to pewnie dałoby się zrobić - przez chwilę zastanawiała się, marszcząc lekko brwi - ale jeśli ma być nie tyle przejście, co wejście do obrazu, to płótno też musi mieć odpowiednie właściwości.
Już wiedziała, że po powrocie do biblioteki będzie musiała sięgnąć nie tylko po księgi dotyczące magii obrazów, ale również zastosowanie run. Niewiele już pamiętała z Hogwartu.
Kiedy oddał jej pudełko, przyjęła je z taką ostrożnością, jak gdyby w dłoniach niosła nie kilka garści mchu i jedno niewielkie jajo, lecz przyszłość, której kształtu nikt jeszcze nie znał. Przez chwilę patrzyła na spokojną powierzchnię ściółki. Z delikatnością odłożyła pudełko na komodę stojącą z dala od miejsca, po którym zwykł krążyć Vulcor. Poprawiła jeszcze miękką tkaninę pod spodem, jakby samym tym gestem mogła zapewnić przyszłemu mieszkańcowi Avery Hall odrobinę większy spokój. - Będę pilnowała, żeby ciekawość Vulcora nie zwyciężyła nad jego dobrymi manierami - w jej głosie zabrzmiało rozbawienie. - Choć znając go, uzna, że skoro coś pojawiło się w domu, to z pewnością jest jego.
Odwróciła się ku smoczognikowi, który właśnie przysiadł na wysokiej poręczy i z godnością monarchy obserwował wszystko wokół. - A to byłoby pierwsze poważne rozczarowanie w jego życiu - zaśmiała się, obserwując z czułością stworzenie.
- Dobry pomysł - zgodziła się i poprowadziła go na szerokie patio przylegające do tylnej części posiadłości. Ledwie usiedli na jednej z długich, drewnianych ławek, zza uchylonych drzwi wysunął się Deek. Skrzat pojawił się niemal bezszelestnie, niosąc na srebrnej tacy dwie smukłe kieliszki i butelkę schłodzonego wina. Postawił wszystko przed nimi z należytą starannością, po czym zniknął równie szybko, jak się pojawił. Czarownica sięgnęła po kieliszek i uniosła go na wysokość oczu, obserwując przez chwilę, jak światło zachodzącego słońca przełamuje się w czerwonym płynie. Potem upiła niewielki łyk i odstawiła kieliszek obok siebie.
Smoczognik szybował właśnie wysoko nad ogrodem, a po chwili złożył skrzydła i runął w dół, nabierając prędkości. Tuż nad trawnikiem poderwał się gwałtownie, zataczając szeroki łuk, i zniknął pomiędzy koronami drzew.
- Widziałam wczoraj Aristę Black - zaczęła ze wzrokiem wpatrzonym w Vulcora, który przeleciał nad ich głowami i przysiadł na kamiennym murku. - Ta, która rozpisywała się o mnie i Xanderze - przypomniała o bezwględnych artykułach po śmierci jego brata. - Zaczepiła mnie na ulicy i udawała najlepsze przyjaciółki. Przechwalała się swoim obrzydliwie bogatym mężem i dwójką dzieci. Niedawno urodziła i nie omieszkała współczuć mi staropanieństwa - prychnęła. Uważała to za niedorzeczne, ale Arista najwyraźniej uznała, że nikt nie zechce pechowej panny, wokół której notorycznie ktoś umiera, co zresztą obszernie opisywała w swoich artykułach.
then break some