• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja Horyzontalna v
1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[17.10.1972] Shaken truth between us (Astoria Avery & Rodolphus Lestrange)

[17.10.1972] Shaken truth between us (Astoria Avery & Rodolphus Lestrange)
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#1
Wczoraj, 01:39  ✶  
17.10.1972
Miesiąc miłości, bingo #4
[Obrazek: 0034b387da8b826c507e02d5400cc9292f25f1be.jpg]

List Rodolphusa wywołał tyle samo ekscytacji, co obaw. Zgodziła się na spotkanie, ale czuła w duchu, że nie będzie to prosta rozmowa, szczególnie że sama nie rozumiała swoich uczuć.
Nim zdążyła dotrzeć do herbaciarni, zboczyła z drogi i zatrzymała się przed niewielką kwiaciarnią, której szyby od wewnątrz zaparowane były od ciepła i wilgoci. Jesień tego roku była osobliwie posępna. Przyszło jej na myśl, że Samhain był już nieomal za progiem, a wraz z nim jej stragan z ikonami świętych, który wymagał szczególnej oprawy, naznaczonej przemijaniem, w której pamięć o zmarłych miesza się z nadzieją na odrodzenie.. Nie chciała więc, by wyglądał jak zwyczajny kram z dewocjonaliami, dlatego weszła do środka. Przeszła pomiędzy wiadrami ustawionymi przy ścianach i zatrzymała się przy pierwszym stole. Wśród kwiatów dominowały jesienne barwy. Pomarańczowe nagietki przypominały maleńkie płomienie, czyli niezbyt pożądane wspomnienie; obok leżały główki chryzantem - od bieli przechodzące przez przygaszony krem aż po głębokie, miedziane odcienie. Wzięła jedną z nich do ręki, obracając ją powoli między palcami. Była niemal zbyt okazała. Na drugim stole znalazła astry. Drobne, fioletowe kwiaty zdawały się szczególnie dobrze współgrać z późnojesiennym światłem. Obok leżały gałązki jarzębiny, czerwone owoce błyszczały na nich jak krople zaschniętej krwi, a między nimi przewijały się suche liście paproci i kilka smukłych gałązek głogu. Astoria przesunęła palcami po jednym z bukietów, ale po chwili odłożyła go z powrotem. Za jaskrawe. Nie chciała, by jej stragan wyglądał w Samhain jak święto plonów. Potrzebowała czegoś bardziej uroczystego, niemal melancholijnego. Czegoś, co pasowałoby do wizerunków świętych, złoconych aureoli i starych, ciemnych ram. W końcu zaczęła układać kompozycję w myślach: ciemne dalie, kilka gałązek bluszczu, jarzębina dla koloru, może odrobina suszonych traw i złocistych liści. Do tego niewielkie, miedziane akcenty, które współgrałyby z aureolami świętych na ikonach. Przywołała kwiaciarkę i wskazała jej kolejno wybrane rośliny, składając obszerne zamówienie na wybraną datę. Nie szczędziła galeonów, w końcu było ją stać na wystawność.
Po wyjściu z kwiaciarni, wygładziła materiał płaszcza i ruszyła w stronę pobliskiej herbaciarni, gdzie była umówiona z Rodolphusem. Miała na sobie długą, jesienną szatę z miękkiej, ciemnozielonej wełny, której kolor przywodził na myśl liście bluszczu mokre od listopadowej mżawki. Materiał był ciężki, lecz nie krępował ruchów, a pod wpływem kroków układał się w spokojne, szerokie fałdy, przesuwając się wokół jej kostek z cichym szelestem. Przy mankietach i wysokim kołnierzu pojawiał się delikatny haft - cienkie, niemal czarne gałązki ciernia, przeplatane drobnymi liśćmi. Czy to spotkanie było randką? Sama nie wiedziała, dlatego ubrała się elegancko, ale wciąż dość uniwersalnie. Żadnych ciężkich naszyjników, żadnych pierścieni zdolnych obciążyć dłonie. Na jednym z palców spoczywał jedynie cienki rodowy pierścień, którego kamień połyskiwał przy każdym ruchu dłoni.
Gdy odnalazła wzrokiem mężczyznę, zsunęła z siebie długi płaszcz z ciemnego aksamitu. Była odrobinę zdenerwowana tym spotkaniem, choć nie mógłby tego wywnioskować po jej twarzy.
- Mam nadzieję, że nie czekałeś zbyt długo - odezwała się z subtelnym uśmiechem, bardziej z grzeczności, bo wyszła odpowiednio wcześniej, żeby załatwić wszystkie sprawy, więc z pewnością się nie spóźniła. Usiadła naprzeciwko czarodzieja, prostując się z naturalną dla siebie powściągliwością, która nawet przy zwyczajnym piciu herbaty nadawała jej gestom pewnej staroświeckiej elegancji. Nie była tu pierwszy raz, więc doskonale wiedziała, co zamówić.
- Herbatę z jaśminem, suszoną skórką mandarynki i kroplą syropu z czarnego bzu, proszę.
Wnętrze herbaciarni tonęło w ciepłym, bursztynowym półmroku; zaklęte lampy pod sufitem rzucały na blaty miękkie kręgi światła, a gdzieś w głębi sali porcelana pobrzękiwała cicho, mieszając się z przytłumionymi rozmowami czarodziejów. Za wysokimi szybami Londyn miał barwę mokrego popiołu i starała się nie patrzeć w tym kierunku.
Zamiast tego spojrzała na Rodolphusa i przyjrzała mu się dokładnie. Nie dostrzegła napięcia, które poprzednim razem rysowało się na jego twarzy tak wyraźnie. Stalowoszare oczy pozostawały spokojne, przytomne i skupione. Nie czaiło się w nich tamto szaleństwo, nie było w nich gorączkowego błysku człowieka walczącego z własnym językiem. - Jak się czujesz? - zapytała, przechylając głowę, jakby próbowała dostrzec coś jeszcze, jakiś najmniejszy ślad minionego zaklęcia. Nic. Ani śladu gorączki, ani nerwowego napięcia, ani tamtej niepokojącej bezbronności.


learn the rules
then
break some

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#2
Wczoraj, 09:14  ✶  
Rodolphus zjawiał się na spotkaniach dokładnie tak, jak dyktował mu zwyczaj i uroda dawnych manier – z kilkunastominutowym wyprzedzeniem, pozwalającym wsiąknąć w rytm miejsca, nim nadejdzie właściwy moment. Nie musiał jednak czekać długo. Astoria pojawiła się w progu herbaciarni idealnie na czas, z punktualnością godną prawdziwej damy, co na powrót sprowadziło na jego twarz lekki, ledwie dostrzegalny cień uśmiechu. On sam prezentował się jak zawsze nienagannie, w stałym, bezbłędnym kanonie własnej elegancji: czarne, skrojone z liniałem spodnie, ciemna jak sama noc marynarka i nieskazitelnie biała, idealnie wyprasowana koszula, która odcinała się gładko od surowego materiału odzienia. W jego postawie nie było ani drobiny zmęczenia. Choć los nie szczędził mu ciosów, jego wzrok pozostał bystry, żywy i do bólu przytomny – z tą samą stalową ostrością taksował przestrzeń wokół, rejestrując każdy gest i najmniejsze drgnienie cienia.

Jako dżentelmen powstrzymał się od składania zamówienia przed jej przybyciem. Poczekał niespiesznie, aż kobieta usiądzie naprzeciwko, i dopiero gdy przy ich stoliku zjawiła się młoda kelnerka, złożył zamówienie płynnym, głębokim i opanowanym głosem:
– Dziękuję, dla mnie zielona herbata z dodatkiem pomarańczy i maliny - gdy dziewczyna oddaliła się, pozostawiając ich w poświacie popołudniowego światła, Rodolphus przeniósł bystre, uważne spojrzenie na Astorię. Na jej zatroskane pytania odpowiedział ciepłem, które rzadko gościło na jego zazwyczaj powściągliwym obliczu. – Czuję się dobrze. Dziękuję za troskę, Astorio.
Powiedział miękko, pozwalając, by słowa wybrzmiały gładko między nimi. Chociaż na chwilę zwątpił, czy był to wyraz troski, czy pytanie zadane z grzeczności.

Nastała chwila wytrawnego milczenia. Rodolphus przypatrywał się jej w skupieniu, jakby ważył myśli na delikatnej szali, po czym kontynuował z dbałością o każdy nastrojowy akcent:
– A ty jak się czujesz? Mam szczerą nadzieję, że ostatnie wydarzenia nie odbiły się na tobie zbyt mocno… Chcieć ci również podziękować za pomoc. Twoja obecność i wsparcie były nieocenione.

Subtelny, niemal poetycki klimat małego lokalu został jednak zakłócony z gracją rzuconego w szkło kamienia. Tuż obok ich stolika usiadła trójka mężczyzn, którzy za nic nie pasowali do kameralnego charakteru herbaciarni. Byli zbyt głośni, znoszeni przez los i miasto, a w powietrzu wokół nich natychmiast rozeszła się ciężka, dławiąca woń przetrawionego, taniego alkoholu, brutalnie psująca rześki zapach parzących się liści. Rodolphus drgnął niezauważalnie, na ułamek sekundy omiatając ich spojrzeniem, po czym bez słowa wrócił uwagą do Astorii, jakby obcy ludzie byli jedynie nieistotnym tłem. Może zabłądzili, bo jeszcze nic nie zamówili, a kelnerka patrzyła na nich wzrokiem, którego nie powstydziłby się bazyliszek
- Pięknie wyglądasz - zaczął z uśmiechem, jednak jego wypowiedź przerwał dźwięk tłuczonego wazoniku. Na moment drgnął. Oczywiście, że ci którzy tu przyszli, musieli narobić rabanu i hałasować - a specjalnie wybrał miejsce publiczne, żeby nie stresować Avery i jednocześnie na tyle zaciszne, żeby mogli porozmawiać. Wyglądało jednak na to, że mężczyźni zbierali się do wyjścia, chociaż bardzo powoli i niezgrabnie. Kelnerka do nich podeszła, ale Lestrange nie skupiał się więcej na nich.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#3
Dzisiaj, 00:21  ✶  
Zamówiona herbata dotarła do ich stolika w mgnieniu oka. Czarownica siedziała wyprostowana, z dłońmi spoczywającymi luźno przy filiżance, i przez chwilę pozwalała, by gwar herbaciarni przepływał obok nich niczym rzeka, której nurtu nie trzeba było słuchać. Para znad świeżo zaparzonej herbaty unosiła się cienką smugą ku światłu i na kilka krótkich chwil pozwoliła ukoić się zapachem jaśminu. Nie uśpiło to jednak czujności i wyłapała jego zwątpienie.
- To nie troska, tylko uprzejmość - skłamała gładko. Słowa opuściły jej usta z taką łatwością, jak gdyby od dawna czekały na swoją kolej, by stanąć pomiędzy nią a prawdą. Astoria nie spuściła przy tym wzroku. Przeciwnie - patrzyła na Rodolphusa uważnie, badawczo, jakby właśnie jego twarz mogła dostarczyć jej dowodu, że odpowiedź ta została przyjęta bez podejrzeń. Nie było w niej ani śladu zakłopotania, które mogłoby zdradzić kłamstwo; jedynie lekko uniesiona brew i ten spokojny wyraz oblicza, którym zwykła zasłaniać myśli, gdy nie życzyła sobie, aby ktokolwiek zaglądał głębiej. A jednak gdzieś pod tą starannie zbudowaną powierzchnią coś drgnęło. Troska. Nie lubiła tego słowa. Było nazbyt miękkie, nazbyt bezbronne, jakby samo jego brzmienie odbierało człowiekowi część należnej mu ostrożności. Troszczyć się oznaczało dopuścić kogoś na odległość, z której można już było zostać zranionym. Oznaczało przyznać, choćby przed samą sobą, że czyjś los nie jest obojętny. A Lestrange z całą pewnością powinien być jej obojętny. Tak byłoby rozsądniej.
- Następnym razem mógłbyś spróbować wybrać mniej dramatyczny sposób odwiedzin - kącik jej ust uniósł się nieznacznie. Wspomnienie tamtego wieczoru wciąż miało w sobie coś niedorzecznego. By zatrzeć ten posmak, upiła łyk herbaty. Mandarynka rozeszła się po języku słodką, cierpką nutą, a jaśmin zostawił na podniebieniu delikatny, kwiatowy ślad. Astoria odstawiła filiżankę i oparła dłoń przy jej podstawie. Przyglądała się spokojowi jego oczu, sposobowi, w jaki siedział, drobnym ruchom dłoni, które nie zdradzały już gorączkowego napięcia. Szukała w nim człowieka, którego ujrzała przed kilkoma dniami.
- Nie masz za co dziękować, w zasadzie niewiele udało mi się osiągnąć - stwierdziła spokojnie. Nie lubiła, kiedy przypisywano jej większą dobroć, niż rzeczywiście zamierzała okazać. Pomoc była pomocą; nie musiała od razu przybierać szat poświęcenia. Tym bardziej że sama dobrze wiedziała, jak wiele z jej ówczesnych działań nie wynikało ze szlachetności. Nie zwracała uwagi na otoczenie, dlatego na razie nie zaszczyciła rubasznych mężczyzn nawet spojrzeniem.
- Dobrze, jestem tylko trochę skołowana - przyznała w końcu, dość niechętnie, ale było to na tyle logiczne i widoczne, że ukrywanie się byłoby bezcelowe.
- Dziękuję - kiwnęła głową, przyzwyczajona do komplementów i uparcie ignorująca przyspieszone bicie serca na jego komplement. - Ty też wyglądasz znacznie lepiej, niż kiedy cię ostatni raz widziałam.
Była to kolejna zasłona, kolejny kamień dokładany do muru, który tak dobrze znała. Bo przecież mogła powiedzieć: martwiłam się. Mogła przyznać, że przez te kilka dni myśl wracała czasem do jego twarzy, do tamtego przerażającego bezruchu w jego oczach, do słów, których nie powinien był wypowiedzieć, a które mimo wszystko pozostały w jej pamięci. Nie powiedziała tego. Nie była jeszcze gotowa, by przyznać, że pod całą tą ciekawością, podejrzliwością i potrzebą rozszyfrowania go kryło się coś znacznie bardziej niebezpiecznego.
- To… o czym chciałeś porozmawiać? - zaczęła, zgodnie ze swoim charakterem, przechodząc od razu do sedna. Odwróciła głowę dopiero na dźwięk zbitego wazoniku. Niektórzy naprawdę nie potrafili zachować się w towarzystwie. Wszyscy są równi? Wystarczy spojrzeć na ulice, by zobaczyć, że to kłamstwo. Wystarczy spojrzeć na tych trzech mężczyzn. Zatrzymała wzrok na jednym z nich. Przez jedną krótką chwilę nie wydarzyło się nic. Potem pamięć rozpoznała go za nią. Nie był tamtym człowiekiem. Wiedziała to. Rozum podsunął tę pewność prawie natychmiast. Tamten napastnik miał inne oczy, inny głos, inną twarz. A jednak podobieństwo było zatrważające. To wystarczyło. Jedna rysa na powierzchni teraźniejszości. I atak ze Spalonej Nocy przelał się przez nią gwałtownie, nie jako wspomnienie, lecz jako fizyczne uderzenie. Przez ciało przebiegł jej zimny dreszcz, żołądek ścisnął się boleśnie, a serce zaczęło bić tak gwałtownie, że przez chwilę słyszała je wyraźniej niż wszystko wokół. Penelope przemknęła przez jej myśl niczym błysk - twarz, głos, śmierć - i zniknęła, pozostawiając po sobie pustkę jeszcze straszniejszą niż sam obraz.
Zaczęła oddychać, zbyt szybko i im bardziej próbowała złapać głębszy oddech, tym większe miała wrażenie, że nie może go nabrać. Klatka piersiowa zacisnęła się boleśnie. Palce zaczęły jej drżeć, najpierw delikatnie, potem tak wyraźnie, że musiała oprzeć dłonie o stół. Chciała powiedzieć, że nic się nie dzieje. Nie zdołała. Gardło miała ściśnięte. Usta poruszyły się bezgłośnie. Czarownica zacisnęła palce na krawędzi stołu. Paznokcie wbiły się w drewno. Próbowała zwolnić oddech, lecz każdy kolejny przychodził zbyt szybko. Poczuła wilgoć pod włosami przy karku i nagłą słabość w nogach, jak gdyby organizm przygotowywał się do ucieczki, choć ona sama nie miała pojęcia, dokąd miałaby pobiec.


learn the rules
then
break some

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#4
11 godzin(y) temu ✶  
Mimo że w głębi serca tętniły w nim skomplikowane emocje, na zewnątrz Lestrange pozostawał posągowo chłodny i zdystansowany – dokładnie taki, jakiego znał go świat: powściągliwy, wyprostowany, odgrodzony od rzeczywistości niewidzialną murem d dumy. A jednak za każdym razem, gdy jego bystry wzrok spoczywał na twarzy Astorii, ten lodowaty pancerz pękał. W jego jasnych oczach odzywało się wtedy coś zupełnie nowego, jakaś utajona, miękka nuta ciepła, której kobieta nigdy wcześniej u niego nie dostrzegła.
– Dziękuję ci… za to, że mnie wtedy po prostu nie wyrzuciłaś za drzwi – powiedział cicho, a jego głos, zazwyczaj mocny, osiadł w powietrzu z głęboką, poruszającą pokorą. Po tych słowach nastała gęsta, pełna znaczenia pauza. Rodolphus powoli uniósł dłoń i przeczesał palcami swoje czarne jak noc, gładkie włosy, naciągając pasma w geście rzadko spotykanego u niego zniecierpliwienia samymi myślami. Wypuścił głośno powietrze z płuc, oparł się o oparcie krzesła i na ułamek sekundy zerknął na sufit, jakby tam szukał odpowiednio ważących słów. – To, co wtedy mówiłem… to było…
Zaczął niepewnie, lecz zdanie zamarło mu na ustach, nim zdołał je dobiec do końca.

Zauważył bowiem, jak z twarzy Astorii w mgnieniu oka odpływa cała krew, pozostawiając jedynie kredową, przerażającą bladość.
– Wszystko w porządku? – zapytał natychmiast, a w jego głosie chłodna dystynkcja momentalnie ustąpiła miejsca nagłemu, ostremu niepokojowi. Nim zdążyła odpowiedzieć, jej ciałem wstrząsnęła reakcja, której końcówkę wyłowił w jedynym ułamku sekundy. Widząc, jak gwałtownie traci rezon, Rodolphus zerwał się z miejsca z szybkością drapieżnika. Pomiędzy stolikami przesunął się niczym czarny cień i w mgnieniu oka znalazł się tuż przy niej. Bez wahania otoczył jej drżące ramiona silnym, ochronnym uściskiem, chroniąc ją przed całym światem, i zaczął czule, rytmicznie gładzić jej włosy, próbując przywrócić jej oddech. – Astoria? Co się dzieje? Powiedz mi, błagam…
Szeptał gorączkowo, schylając się nad nią, po czym uniósł głowę i rzucił w przestrzeń ostry, władczy rozkaz:
– Wody! Przynieście natychmiast wody!

W tym samym ułamku sekundy, gdy w łagodną przestrzeń herbaciarni wdarł się ten nagły, dramatyczny impuls, trójka opryskliwych mężczyzn przy sąsiednim stoliku zniknęła. Wyczuwając zmieniającą się gwałtownie atmosferę ulotnili się bezszelestnie przez uchylone drzwi, pozostawiając po sobie jedynie mętną smugę po alkoholu i głuchą ciszę, w której liczył się już tylko każdy urwany oddech Astorii. Rodolphus z niesamowitą delikatnością ujął oparcie krzesła, na którym siedziała kobieta, i powoli odsunął je od stołu, by zyskać więcej przestrzeni i dostępu do słabnącej kobiety. Sam nie dbał już o nienaganność własnego stroju czy czystość posadzki – bez wahania opadł na kolana tuż obok niej, stając się dla niej jedynym, niewzruszonym oparciem. Trzymał ją mocno, tak żeby w razie utraty przytomności nie uderzyła o posadzkę.

Gdy przerażona, drżąca kelnerka zjawiała się przy ich stoliku, wyciągając szklankę z chłodną wodą, Lestrange przejął naczynie z jej rąk płynnym, ostrożnym ruchem. Przysunął szklankę do pobladłych warg Astorii, podtrzymując drugą dłonią jej drżącą brodę i próbując pomóc jej wziąć choć mały łyk.
– Pij, tylko powoli – szeptał nieprzytomnie cicho, a w jego głosem tętniła desperacka czułość. Jego bystre, zwykle tak analityczne oczy omiatały każdy milimetr jej ciała z najwyższym skupieniem. Obserwował gwałtowne, nierówne falowanie jej piersi, drobne drżenia przebiegające pod bladą skórą i ten obcy, przejmujący wzrok, w którym odbijało się coś, do czego nie miał dostępu. Przeglądał w pamięci każde słowo, każdy zapach, każdy detal tego i poprzedniego popołudnia – szukał trucizny, nagłego ataku magicznego, skrytej klątwy albo dawnego urazu, który mógł uderzyć z opóźnieniem. Ale nic nie przychodziło mu do głowy.

Jego zazwyczaj błyskotliwy umysł, zdolny rozwikłać najtrudniejsze zagadki, tym razem napotykał jedynie głuchą, przerażającą pustkę. Nic nie układało się w logiczną całość, nie przychodziło mu do głowy zupełnie nic, co mogłoby wytłumaczyć tak gwałtowne załamanie. Ten brak odpowiedzi palił go od środka gorzej niż najgorsze przeczucie, podczas gdy on po prostu trzymał ją mocno, nie pozwalając jej osunąć się w ciemność. Atak paniki? Ale… Dlaczego? Czy to reakcja na niego? Ostrożnie pozwolił kobiecie zsunąć się z krzesła.
- Oddychaj - powiedział szeptem, gładząc ją po włosach. - Jeden, dwa…
Liczył, sam nie wiedział po co. Ale może jakaś powtarzalność w liczbach uspokoi Astorię na tyle, żeby nie osunęła się w ciemność?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astoria Avery (1446), Rodolphus Lestrange (1153)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa