Wczoraj, 01:39 ✶
List Rodolphusa wywołał tyle samo ekscytacji, co obaw. Zgodziła się na spotkanie, ale czuła w duchu, że nie będzie to prosta rozmowa, szczególnie że sama nie rozumiała swoich uczuć.
Nim zdążyła dotrzeć do herbaciarni, zboczyła z drogi i zatrzymała się przed niewielką kwiaciarnią, której szyby od wewnątrz zaparowane były od ciepła i wilgoci. Jesień tego roku była osobliwie posępna. Przyszło jej na myśl, że Samhain był już nieomal za progiem, a wraz z nim jej stragan z ikonami świętych, który wymagał szczególnej oprawy, naznaczonej przemijaniem, w której pamięć o zmarłych miesza się z nadzieją na odrodzenie.. Nie chciała więc, by wyglądał jak zwyczajny kram z dewocjonaliami, dlatego weszła do środka. Przeszła pomiędzy wiadrami ustawionymi przy ścianach i zatrzymała się przy pierwszym stole. Wśród kwiatów dominowały jesienne barwy. Pomarańczowe nagietki przypominały maleńkie płomienie, czyli niezbyt pożądane wspomnienie; obok leżały główki chryzantem - od bieli przechodzące przez przygaszony krem aż po głębokie, miedziane odcienie. Wzięła jedną z nich do ręki, obracając ją powoli między palcami. Była niemal zbyt okazała. Na drugim stole znalazła astry. Drobne, fioletowe kwiaty zdawały się szczególnie dobrze współgrać z późnojesiennym światłem. Obok leżały gałązki jarzębiny, czerwone owoce błyszczały na nich jak krople zaschniętej krwi, a między nimi przewijały się suche liście paproci i kilka smukłych gałązek głogu. Astoria przesunęła palcami po jednym z bukietów, ale po chwili odłożyła go z powrotem. Za jaskrawe. Nie chciała, by jej stragan wyglądał w Samhain jak święto plonów. Potrzebowała czegoś bardziej uroczystego, niemal melancholijnego. Czegoś, co pasowałoby do wizerunków świętych, złoconych aureoli i starych, ciemnych ram. W końcu zaczęła układać kompozycję w myślach: ciemne dalie, kilka gałązek bluszczu, jarzębina dla koloru, może odrobina suszonych traw i złocistych liści. Do tego niewielkie, miedziane akcenty, które współgrałyby z aureolami świętych na ikonach. Przywołała kwiaciarkę i wskazała jej kolejno wybrane rośliny, składając obszerne zamówienie na wybraną datę. Nie szczędziła galeonów, w końcu było ją stać na wystawność.
Po wyjściu z kwiaciarni, wygładziła materiał płaszcza i ruszyła w stronę pobliskiej herbaciarni, gdzie była umówiona z Rodolphusem. Miała na sobie długą, jesienną szatę z miękkiej, ciemnozielonej wełny, której kolor przywodził na myśl liście bluszczu mokre od listopadowej mżawki. Materiał był ciężki, lecz nie krępował ruchów, a pod wpływem kroków układał się w spokojne, szerokie fałdy, przesuwając się wokół jej kostek z cichym szelestem. Przy mankietach i wysokim kołnierzu pojawiał się delikatny haft - cienkie, niemal czarne gałązki ciernia, przeplatane drobnymi liśćmi. Czy to spotkanie było randką? Sama nie wiedziała, dlatego ubrała się elegancko, ale wciąż dość uniwersalnie. Żadnych ciężkich naszyjników, żadnych pierścieni zdolnych obciążyć dłonie. Na jednym z palców spoczywał jedynie cienki rodowy pierścień, którego kamień połyskiwał przy każdym ruchu dłoni.
Gdy odnalazła wzrokiem mężczyznę, zsunęła z siebie długi płaszcz z ciemnego aksamitu. Była odrobinę zdenerwowana tym spotkaniem, choć nie mógłby tego wywnioskować po jej twarzy.
- Mam nadzieję, że nie czekałeś zbyt długo - odezwała się z subtelnym uśmiechem, bardziej z grzeczności, bo wyszła odpowiednio wcześniej, żeby załatwić wszystkie sprawy, więc z pewnością się nie spóźniła. Usiadła naprzeciwko czarodzieja, prostując się z naturalną dla siebie powściągliwością, która nawet przy zwyczajnym piciu herbaty nadawała jej gestom pewnej staroświeckiej elegancji. Nie była tu pierwszy raz, więc doskonale wiedziała, co zamówić.
- Herbatę z jaśminem, suszoną skórką mandarynki i kroplą syropu z czarnego bzu, proszę.
Wnętrze herbaciarni tonęło w ciepłym, bursztynowym półmroku; zaklęte lampy pod sufitem rzucały na blaty miękkie kręgi światła, a gdzieś w głębi sali porcelana pobrzękiwała cicho, mieszając się z przytłumionymi rozmowami czarodziejów. Za wysokimi szybami Londyn miał barwę mokrego popiołu i starała się nie patrzeć w tym kierunku.
Zamiast tego spojrzała na Rodolphusa i przyjrzała mu się dokładnie. Nie dostrzegła napięcia, które poprzednim razem rysowało się na jego twarzy tak wyraźnie. Stalowoszare oczy pozostawały spokojne, przytomne i skupione. Nie czaiło się w nich tamto szaleństwo, nie było w nich gorączkowego błysku człowieka walczącego z własnym językiem. - Jak się czujesz? - zapytała, przechylając głowę, jakby próbowała dostrzec coś jeszcze, jakiś najmniejszy ślad minionego zaklęcia. Nic. Ani śladu gorączki, ani nerwowego napięcia, ani tamtej niepokojącej bezbronności.
learn the rules
then break some
then break some
![[Obrazek: 0034b387da8b826c507e02d5400cc9292f25f1be.jpg]](https://64.media.tumblr.com/682f333b22e5270669dbede20ab884c2/0e02927a58c84d58-ee/s2048x3072/0034b387da8b826c507e02d5400cc9292f25f1be.jpg)