• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [01.10.72] Where the wild roses grow | Edith, Gareth

[01.10.72] Where the wild roses grow | Edith, Gareth
cythryblus
Angel pen ffordd, diawl pen tân
wiek
35
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
uzdrowiciel
Ma bladą, niepokochaną przez słońce, za to gęsto obsypaną piegami, cerę. Oczy jasne, zielonoszare, osadzone głęboko pod ciężkim łukiem brwiowym, przez co nawet neutralne spojrzenie wygląda na foch i pretensję. Miękczą je jedynie rzęsy, gęste i dłuższe niż wypadałoby chłopu tej postury. Nos długi, ze śladem po dawnym złamaniu, którego nikt mu porządnie nie nastawił. Zarost zazwyczaj nosi krótki i nierówny, goli się na specjalne okazje. Włosy sięgają obojczyków, falują nieprzewidywalnie i wiecznie wchodzą w twarz; związuje je do pracy i w pogodę, która ciska w usta więcej niż dziesięć przekleństw na minutę. Jest szeroki w barach i mierzy ponad sześć stóp wzrostu. Buciory, których nie zdejmuje właściwie nigdy, dokładają mu nie tylko parę cali, ale i za dużo hałasu, bo słychać go w korytarzu na długo, zanim się pojawi. Chodzi ciężko i pewnie, z lekkim przechyłem na prawą stronę, pamiątką po czymś, o czym nie opowiada.

Gareth Rowle
#1
09.08.2026, 20:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 21:33 przez Gareth Rowle.)  
Ponoć ogrody Maida Vale opętały mroczne moce. Usłyszał o tym w Caernarfon, przy trzeciej szklance, od człowieka handlującego skórami z Kentu, który słyszał od kogoś, kto w istocie tam niedawno przebywał. I ledwo przeżył, bo go dopadły mięsożerne „czarne róże”.
Gary, gdy tylko zawitał w Londynie, powiedział sobie, że pójdzie z pseudo zawodowej ciekawości, ale cholera, nawet on nie kupował tej wersji ani trochę. Na szczęście tłumaczyć jeszcze się przed nikim nie musiał i jeśli tylko wieści rozeszły się tak daleko jak tego podejrzewał, to nie spodziewał się spotkać u bram ogrodu wielu znajomych.
Po mugolskiej stronie straszyły między innymi blaszany parawan, tablica z nazwą firmy budowlanej, której nie ma w żadnym rejestrze, i błoto udające wykop. Klasyka. Za tym mur, bluszcz gruby jak przedramię i brama od wschodu.
Potem żwir i posągi muz wzdłuż ścieżek, wszystkie z tą samą twarzą, co zawsze wydawały mu się mniej natchnione, a bardziej niepokojące.
No i same róże.
Nie kwitły, tylko obłaziły. Rozarium miało dominantę, której nikt tam nie sadził — czerń nie fioletowa, nie bordowa, ale smolista, tłusta, taka, jaką ma spalone drewno. Pędy wiły się po murach oranżerii i wchodziły w art nouveau tak, jakby ktoś je zaprojektował razem z żeliwem; harmonia była, owszem, i właśnie to było najgorsze. Ładne rzeczy rzadko rosły same z siebie. Wiedział to nawet on, a on na pięknie znał się tyle, co na dobrych winach — z drugiej strony witryny.

Uklęknął przy krzewie w połowie ścieżki i zrobił to, co robił od zawsze przy każdym nowym gatunku: zajrzał pod liść. Nic.
Żadnej mszycy. Żadnego przędziorka, żadnej dziury po gąsienicy, ani jednej babki-złotej-oczy. Na początku października. Na róży. Podniósł wzrok wyżej i policzył uważnie; ani jednej pszczoły przy pąkach, ani jednego bzyka nad stawem, gdzie lilie stały w czarnej obwódce jak zęby w dziąśle. Trawnik cichy. Kos, który powinien tu darł się o zmierzchu jak najęty, nie darł się nigdzie.
Zapach szedł niski i ciężki — wilgotna ziemia po deszczu, tak mówili wszyscy i wszyscy się mylili, bo tak pachnie ziemia świeżo z dołu, a to wcale nie to samo.
Za bramą oparł się plecami o mur i zapalił.
Nie wracał do baru ani do domu. Nie ruszał się w żadną stronę. Stał, patrzył na blaszany parawan z bzdurną nazwą firmy budowlanej i czekał — nie wiedział na co, ale wiedział, że jeśli człowiek, zwłaszcza taki człowiek jak on, stoi wystarczająco długo w wystarczająco niewłaściwym miejscu, to zwykle coś się w końcu wydarza.
Papierosowa trucizna dochodziła do muru i rozkładała się wzdłuż niego płasko, jak mleko rozlane po lustrze. Dalej już nie szła.
No i gdzie te potwory się skrywały?

!Maida Vale
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
09.08.2026, 20:47  ✶  

Maida Vale


Stojąc przy sztucznym stawie, zauważasz dziwną grę świateł na dotychczas pozornie spokojnej tafli wody. Gdy nachylasz się, by spojrzeć, pojawia się na niej obraz przypominający odbicie twarzy, ale nie twojej – to twarz młodej kobiety o długich, czarnych włosach, która unosi rękę w niemym geście ostrzeżenia. W chwili, gdy próbujesz się cofnąć, czujesz, wilgoć osiadającą na twojej dłoni, a z wody wyłania się pojedynczy, czarny płatek. Zanim cokolwiek zrobisz, płatek rozpływa się, a staw wygląda, jakby nigdy nic się nie wydarzyło.

Do kości można odnieść się w dowolnym fragmencie sesji - w przypadku nieznajdowania się w miejscu docelowym, należy się w nie przemieścić i odegrać scenę z kostki. Postaci Świra wydaje się, że doświadczył widzenia Pani Księżyca. Postaci będącej częścią rodu Lestrange lub posiadającej sensowne, fabularne uzasadnienie (na przykład bycie historykiem specjalizującym się w historiach czystokrwistych rodów) udaje się rozpoznać w kobiecie matkę Isabelli Lestrange, czyli babcię czwórki sióstr Lestrange. Postacie biorące udział w tej sesji nie mogą już użyć kości Maida Vale w ten sam dzień fabularny. Daty sesji nie można przesunąć.
edytka rokłudowa
I'll hide behind a smile
and

understanding eyes
wiek
25
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
amnezjatorka
Niebiesko-zielone oczy Edith, przydymione trochę niedbałym, ciemno-szarym makijażem są przeważnie neutralne — czasem tylko na ułamek sekundy skrzą niejednoznacznie, zupełnie jakby ich właścicielka planowała coś niedobrego. Włosy, nie potrafiąc zdecydować pomiędzy prostą taflą, a burzą loków, okalają bladą twarz niesfornie, zakrywając czoło i lekko odstające uszy. Przeważnie spływają swobodnie w dół pleców, nieskrepowane skomplikowanymi upięciami czy tysiącem wsuwek, bo kto miałby do tego cierpliwość. 170 cm wzrostu, normalnej budowy. Chód Rookwood jest zupełnie zwyczajny, chociaż z ust niemiłych ciotek i plotkujących matron, nie raz słyszała, że brakuje jej gracji oraz powabu typowego dla panien z czystokriwstych rodzin — nadrabia to jednak drogimi, dobrze skrojonymi i modnymi szatami w kolorach głębokiej zieleni, czerwieni oraz czerni. Jest blada, ktoś mógłby powiedzieć, że chorobliwie blada, ale nawet długie godziny w słońcu nie są w stanie zmienić kolorytu jej cery. Z drugiej strony może to i dobrze, bo dzięki temu jej twarz nieoświadcza rumieńcy, piegów czy najdrobniejszych pieprzyków. Długie palce i dłonie zdobią misterne pierścienie oraz srebrne bransolety, które brzęczą z każdym jej ruchem. Pachnie świeżo i dość przyjemnie; świeżym praniem oraz soczystymi owocami, chociaż gdzieś w tle można poczuć również zapach dymu papierosowego.

Edith Rookwood
#3
10.08.2026, 17:46  ✶  

Przechadzała się ścieżkami ogrodu powoli, z twarzą zakrytą kołnierzem czarnej, jesiennej szaty, spojrzeniem raczej zimnym i zmarszczonymi w głębokim zamyśleniu brwiami. Jej znudzone spojrzenie krążyło w kółko od czarnych pąków róż, po unoszące się na powierzchni zamarzniętego stawu nenufary czy rozrastający w najgłębszych zakamarkach Maida Vale, bluszcze.

Nigdy nie potrafiła zrozumieć, skąd brał się ten cały zachwyt nad tą całą zielenią, i różnokolorowymi kwiatami, i tym wszystkim co zupełnie jej nie radowało. Wielokrotnie była świadkiem rozmów czystokrwistych panienek, co to rozpływały się nad pięknem przyrody i nad tym ogrodem właśnie, bo był on podobną Oazą pośród szarych murów wielkiego miasta i zgiełku brudnych ulic. W tamtych chwilach, Edith słyszała tylko i wyłącznie przyprawiający o ból głowy świergot wszechobecnych ptaszysk, i widziała kałuże i błoto oblepiające jej buty. Czuła smród wody w sadzawce w upalny dzień, do której ktoś może przypadkowo wpaść, ale również można kogoś w tej brudnej wodzie utopić oraz ławkę, która nigdy nie będzie równie wygodna, co obite miękkim materiałem krzesło, w jakimkolwiek cywilizowanym przybytku.

I czasem może nawet zazdrościła im tego uczucia, bo czasem również ona chciała się zachwycić nad tymi kompletnymi durnotami, nad śpiewem wróbla czy wonią świeżo zerwanych, źdźbeł trawy i nad głupim robakiem, co spogląda na człowieka, równie mocno zaciekawiony, co on spogląda na niego.

I może nawet trochę ją to zasmuciło, i może gdyby była trochę bardziej, jak Ofelia to rzuciłaby się w tu, wprost w tą zimną, brudną wodę? I może wreszcie poczułaby coś więcej niż to przeklęte znużenie. Poirytowało ją bardzo, ta cała melancholia, jaką czuła w tym ogrodzie, pośród smolistych płatków i ciężkiej, gorzkiej atmosfery.

Wyszła zza bramkę, potrzebowała świeżego powietrza.

Tam, do jej nozdrzy dotarł zapach dymu papierosowego. Spojrzenie, mimowolnie podążyło w stronę kłębków, które ulatniały się nieopodal sylwetki czarodzieja. Pierwsze co zauważyła to rudość włosów, pokrywająca jego głowę i piegatą skórę, której dla zachowania obecnego kolorytu niepotrzebne były ciepłe promienie słońca.

Kojarzyła tą twarz, ale niezbyt dobrze. Widziała go kilka razy, ale wyłącznie przelotnie. To chyba był jeden z Rowle, chociaż te piegi, i ta cała jego słoneczna rudość sugerowały również Weasleyów. Pechowiec. Ciekawe, jak wiele razy ktoś wziął go za członka tego właśnie klanu? Jak często rodzice mężczyzny zastanawiali się, czy aby na pewno, kiedy byt jeszcze płaczącym zawiniątkiem, ktoś nie podmienił ich dziecka na kogoś obcego?

I zaciekawiło to ją, zaciekawiło nawet bardzo, podeszła więc bliżej i jeszcze bliżej, aż w końcu stanęła, gdzieś w zasięgu jego wzroku. Uśmiechnęła się ładnie, może nawet szczerze i oparła o ten sam mur, znalazła się jednocześnie, praktycznie na wyciągnięcie jego ręki. Spojrzenie wlepiła w to samo miejsce, w kawałek metalu, który wyszedł spod rąk mugoli i wyciągnęła papierosa, by dołączyć do swego chwilowego towarzysza.

— Mam nadzieje, że nie przeszkadzam, — mruknęła cicho i omotała swym spojrzeniem jego sylwetkę, ale dość przelotnie. Nie wiedzieć czemu, nie potrafiła oderwać wzroku od pstrokatego żelastwa, które tą całą krzykliwością kontrastowało z całym otoczeniem. — Zabawne, w jednej strony ogrody, po których przechadzają się czarodzieje, dobijający swoich małżeńskich targów, a z drugiej to coś…— dowód naszego upadku. Chciała jeszcze dodać, ale zależało jej na tych wszystkich pozorach. Nie ufała nikomu, bo nawet najczystsi z nich, bez wyrzutów sumienia, bez cienia moralności, plamili swój honor w mugolskim brudzie.



charm me. FURIOUSLY.
[Obrazek: 7a90f11105af48eb0dfbf06ddd0ce3052d8869b1.jpg]
torment me. IN DETAIL.
cythryblus
Angel pen ffordd, diawl pen tân
wiek
35
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
uzdrowiciel
Ma bladą, niepokochaną przez słońce, za to gęsto obsypaną piegami, cerę. Oczy jasne, zielonoszare, osadzone głęboko pod ciężkim łukiem brwiowym, przez co nawet neutralne spojrzenie wygląda na foch i pretensję. Miękczą je jedynie rzęsy, gęste i dłuższe niż wypadałoby chłopu tej postury. Nos długi, ze śladem po dawnym złamaniu, którego nikt mu porządnie nie nastawił. Zarost zazwyczaj nosi krótki i nierówny, goli się na specjalne okazje. Włosy sięgają obojczyków, falują nieprzewidywalnie i wiecznie wchodzą w twarz; związuje je do pracy i w pogodę, która ciska w usta więcej niż dziesięć przekleństw na minutę. Jest szeroki w barach i mierzy ponad sześć stóp wzrostu. Buciory, których nie zdejmuje właściwie nigdy, dokładają mu nie tylko parę cali, ale i za dużo hałasu, bo słychać go w korytarzu na długo, zanim się pojawi. Chodzi ciężko i pewnie, z lekkim przechyłem na prawą stronę, pamiątką po czymś, o czym nie opowiada.

Gareth Rowle
#4
17.08.2026, 19:35  ✶  
Sześć lat wcześniej, pod Llyn Llydaw, całe gniazdo zamilkło na dwa tygodnie — nie skowyt, albo ryk, tylko cisza, którą obsypano zbocze jak wapnem sypanym na padlinę. Ludzie z rezerwatu obstawiali kłusowników; on obstawiał zarazę i przegrał czternaście galeonów, bo w szczelinie pod skałą siedziało coś, czego smoki nie chciały nawet ruszyć. Wykurzyli to po miesiącu. Do dziś nie wiedział, jakie monstrum miał wtedy w kleszczach, bo pamiętał tylko wagę, ciepło i to, że materia poddawała się pod naciskiem jak przetrawione mięso. Nauczył się wtedy jednej ważnej rzeczy — cisza nie była brakiem hałasu. Cisza to organizm, który wkroczył na miejsce hałasu. I zaczął go trawić.

Biała smuga przyszła z innej strony.
Usłyszał ją, zanim zobaczył — srebro o srebro, cichy brzęk bransolet przy każdym ruchu ramion. Pierwszy porządny dźwięk odkąd się tu pojawił; w ogrodzie, w którym nie odezwał się ani jeden kos, ktoś chodził obwieszony dzwoneczkami i nic go nie zjadło. Nie odwrócił głowy od razu, bo od razu odwracają ją ludzie albo przestraszeni, albo ci zbyt dobrze wychowani, a on przecież nie należał do żadnej z tych grup. Chociaż na wychowanego czasem jednak pozował.

Potem ujrzał sylwetkę w czerni; dobre cięcie, dobry materiał. Twarz do połowy schowana w kołnierz, blada tak, że nie miała już czym zblednąć — cera jak wnętrze muszli, bez piega, bez rumieńca, bez jednego naczynka wybroczonego pod skórą. Oczy niebiesko-zielone, przydymione czymś ciemnym i rozmazanym niedbale. Neutralne, choć przez ułamek sekundy nieneutralne, i to zapamiętał. Pachniała świeżym praniem i owocami, a pod tym papierosem, i przez trzy oddechy była jedyną rzeczą w promieniu stu jardów, która pachniała jak coś, co jeszcze się nie rozkłada.
Chyba znał tę twarz. Dwa szybkie spojrzenia w bok mu przypommiały — Rookwood.
— Nie przeszkadza pani — powiedział głośno i chropawo, bo whisky i tytoń ewidentnie wypaliły mu fałdy głosowe.
Edith, przypomniał sobie sekundę później  Nazwiska nie dodał, nie kiedy oficjalnie sobie przedstawieni nigdy nie byli.
Wyciągnął różdżkę z rękawa i podał ogień jednym drgnieniem kciuka na drzewcu; płomień wyszedł o połowę większy, niż powinien, jak zwykle u niego — uzdrowicielskiej subtelności wyuczył się w opuszkach, wszystkiego innego nie. Osłonił go dłonią, chociaż nie było czego osłaniać. Potem srebrna papierośnica z czyimiś inicjałami, zatartymi jego własnym kciukiem do gładkości blizny, i drugi papieros, i mur pod plecami, chłodny przez płaszcz aż po łopatki.
Zdanie zostało nieskończone. Ogrody z jednej strony, a z drugiej to coś — miał się domyśleć i domyśleć się może i mógł, ale z tego by żadnej konwersacji nie było.
— To coś… czyli co? — zapytał z niewinnym uśmiechem na wargach.
Zaciągnął się, a papierosowa trucizna szła mu do gardła cierpko i znajomo, osiadała na podniebieniu tym samym nalotem co zawsze.
— Wykop na prawie dwie stopy. Niezły potworek.
Kciuk odruchowo poszedł do kieszeni, gdzie leżał płaski ołówek ciesielski, zabrany z deski przy wejściu, bo tam leżał, w jego oczach niczyj i niepotrzebny. Nie nazywał tego kradzieżą, nie nazywał tego nawet ubytkiem; myśl, która stała za tym gestem, ważyła w nim tyle co strząśnięty popiół i właśnie dlatego nie zamierzał wypuszczać jej na powietrze. Miał ją w sobie od jakichś dwudziestu lat, wyhodowaną przy tym samym stole, przy którym wyhodowano mu nazwisko, i wiedział, ile taka myśl kosztuje, kiedy się ją mówi obcej kobiecie przy murze.
— W tym wszystkim ciekawi jedna rzecz. — Postukał końcem papierosa o blachę; odpowiedziała głucho, wypchana z tyłu czymś miękkim. — Dzieje się tu coś — zaciągnął się —niecodziennego. Wie Pani co i dlaczego? Ministerstwo z pewnością wie.
A Ministerstwem jesteś ty mógłby dodać, ale przecież wcale nie musiał.
edytka rokłudowa
I'll hide behind a smile
and

understanding eyes
wiek
25
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
amnezjatorka
Niebiesko-zielone oczy Edith, przydymione trochę niedbałym, ciemno-szarym makijażem są przeważnie neutralne — czasem tylko na ułamek sekundy skrzą niejednoznacznie, zupełnie jakby ich właścicielka planowała coś niedobrego. Włosy, nie potrafiąc zdecydować pomiędzy prostą taflą, a burzą loków, okalają bladą twarz niesfornie, zakrywając czoło i lekko odstające uszy. Przeważnie spływają swobodnie w dół pleców, nieskrepowane skomplikowanymi upięciami czy tysiącem wsuwek, bo kto miałby do tego cierpliwość. 170 cm wzrostu, normalnej budowy. Chód Rookwood jest zupełnie zwyczajny, chociaż z ust niemiłych ciotek i plotkujących matron, nie raz słyszała, że brakuje jej gracji oraz powabu typowego dla panien z czystokriwstych rodzin — nadrabia to jednak drogimi, dobrze skrojonymi i modnymi szatami w kolorach głębokiej zieleni, czerwieni oraz czerni. Jest blada, ktoś mógłby powiedzieć, że chorobliwie blada, ale nawet długie godziny w słońcu nie są w stanie zmienić kolorytu jej cery. Z drugiej strony może to i dobrze, bo dzięki temu jej twarz nieoświadcza rumieńcy, piegów czy najdrobniejszych pieprzyków. Długie palce i dłonie zdobią misterne pierścienie oraz srebrne bransolety, które brzęczą z każdym jej ruchem. Pachnie świeżo i dość przyjemnie; świeżym praniem oraz soczystymi owocami, chociaż gdzieś w tle można poczuć również zapach dymu papierosowego.

Edith Rookwood
#5
17.08.2026, 21:13  ✶  

Edith nie była wielką fanką tych wszystkich grzeczności. Była panią, to prawda, ale dla szlam i zdrajców krwi, reszta społeczeństwa, a przynajmniej ta w jej oczach cywilizowana, mogła zwracać się do niej po imieniu albo po prostu po nazwisku, chociaż za bardzo tego nie lubiła, bo za dużo Rookwoodów chodziło po angielskiej ziemi i nigdy nie wiedziała czy ktoś nie myli ją z kuzynką czy ciotką, do której była chociaż odrobinę podobna. Nie pasowała do niej zupełnie, ta cała sztywności narzucona im przez konwenanse i zestresowanych rodziców, których jedynym zmartwieniem było znalezienie dla nich odpowiednich mężów oraz żon. No, ale skoro wybrał sobie właśnie to, stwierdziła, że będzie w to brnąć, bo może on był właśnie z tych w jej oczach przestarzałych? W końcu Rowle był od niej odrobinę starszy.

Zachowywał się również, jak na gentelmena przystało. Odpalił jej papierosa — przy okazji prawie pozbawiając ją brwi. Prawie, bo na swoje własne szczęście nie pochylała się jeszcze nad jego różdżką. Nie skomentowała tego czynu w żaden sposób, zachowując jakiekolwiek przytyki tylko i wyłącznie dla siebie.

Przyglądała mu się z bok, tak samo, jak i on jej się przyglądał i dostrzegała co raz to więcej. Nie była co prawda aurowidzem, ale na pierwszy rzut oka albo raczej, gdy już stanęła z nim prawie ramię w ramie, mogła swobodnie stwierdzić, że był dziwaczny. Nie chodziło już nawet o kolor włosów, ale z daleka śmierdział jej, jak ktoś nawet odrobiny zaufania niegodny. Zupełnie jej to nie przeszkadzało, bo szczerze, nudzili ją Ci wszyscy pozornie normalni oraz grzeczni panowie i panie, w ozdobnych szatach, co to bali się wypowiedzieć nawet jednego słowa, byleby nie wypaść źle w towarzystwie.

— Jeśli oczekuje Pan odpowiedzi to ode mnie Pan jej niedostanie. Nie jestem fanką ogrodów nawet tych najpiękniejszych, a Ministerstwo na całe szczęście nie angażuje się w to co czarodzieje hodują w swoich prywatnych ogródkach. Zresztą… — gówno mnie to obchodzi, rzuciła prawie, w ostatniej chwili się powstrzymując. — Właściwie to mogę Panu dzisiaj potowarzyszyć i może razem dowiemy się czegoś ciekawego. Chociaż pomoc będzie ze mnie raczej marna, nie znam się na roślinach, ale istnieje nadzieja, że i moje niedoświadczone oko cokolwiek zauważy. — zakończyła w końcu i uśmiechnęła się po tym bardzo ładnie, może trochę zachęcająco, następnie znów zaciągnęła się papierosem i wypuściła spomiędzy warg kolejną chmurę dymu.

Był obecnie jedyną rozrywką w odległości kilkudziesięciu metrów i skoro już tam stali, przed bramą do Maida Vale, to mogła mu potowarzyszyć w trakcie poszukiwania przyczyny całego zamieszania. Nie wiedziała może czy on w przeciwieństwie do niej jest tym zainteresowany, ale nigdy nie odmawiała sobie spędzania czasu w towarzystwie osób zupełnie jej nieznajomych. Nie przeszkadzało jej również nigdy, że Ci nieznajomi często, nie życzyli sobie jej towarzystwa. Może nawet dziękowała teraz tej całej grzeczności, jaką powinni się w życiu codziennym w kierunku do wielkich panów i zamożnych pań kierować, bo skoro panienka z dobrego domu proponowała mu teraz swoje towarzystwo, to musiał się zgodzić, prawda?



charm me. FURIOUSLY.
[Obrazek: 7a90f11105af48eb0dfbf06ddd0ce3052d8869b1.jpg]
torment me. IN DETAIL.
cythryblus
Angel pen ffordd, diawl pen tân
wiek
35
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
uzdrowiciel
Ma bladą, niepokochaną przez słońce, za to gęsto obsypaną piegami, cerę. Oczy jasne, zielonoszare, osadzone głęboko pod ciężkim łukiem brwiowym, przez co nawet neutralne spojrzenie wygląda na foch i pretensję. Miękczą je jedynie rzęsy, gęste i dłuższe niż wypadałoby chłopu tej postury. Nos długi, ze śladem po dawnym złamaniu, którego nikt mu porządnie nie nastawił. Zarost zazwyczaj nosi krótki i nierówny, goli się na specjalne okazje. Włosy sięgają obojczyków, falują nieprzewidywalnie i wiecznie wchodzą w twarz; związuje je do pracy i w pogodę, która ciska w usta więcej niż dziesięć przekleństw na minutę. Jest szeroki w barach i mierzy ponad sześć stóp wzrostu. Buciory, których nie zdejmuje właściwie nigdy, dokładają mu nie tylko parę cali, ale i za dużo hałasu, bo słychać go w korytarzu na długo, zanim się pojawi. Chodzi ciężko i pewnie, z lekkim przechyłem na prawą stronę, pamiątką po czymś, o czym nie opowiada.

Gareth Rowle
#6
20.08.2026, 01:24  ✶  
Na myśl przyszła mu wizja padliny. Nie chodziły przy niej te stworzenia, które są głodne, bo te po prostu pojawiały się i żarły, bo głodne. Chodziły przy niej te, które udawały, że im nie zależy, a tak naprawdę kręciły coraz ciaśniejsze koła, w końcu przysiadając bokiem, tak jakby akurat tędy przelatywały. Kilka razy w życiu widział, jak taka jedna siada dopiero po godzinie, i za każdym razem dałby wcześniej rękę pociąć, że zaraz odleci. Za każdym razem stał przy tym jak skończony kretyn.
Odmowa Edith była gładka i dociśnięta na cztery spusty. Ale zaraz po niej padła propozycja spaceru. Zanim odpowiedział, wypuścił powoli dym, patrząc jak dochodzi do muru i rozpuszcza się w szarości londyńskiego nieba.
— Marne oko jest lepsze od żadnego — ogłosił i odepchnął się plecami od muru. — I proszę się nie przejmować roślinami. Rośliny… są tu chyba najmniej ciekawe.
Rozgniótł peta obcasem, wpiął kciuk za pasek i ruchem głowy wskazał niski połysk między drzewami, gdzie kończyła się ścieżka i zaczynała woda.
— Nie musimy się skradać — dodał skrzętnie. Oczywiście niepytany. —Zresztą… już za późno. Przez pani biżuterię wszystko, co miało tu na nas czekać, poszło się gdzie indziej wyspać. —wzruszył ramionami, bo zdawało mu się, że wypowiada się o niezaprzeczalnym fakcie, nie własnej opinii — zapewne więc zostały już tu tylko upiorne krzewy. No i moje towarzystwo.
Staw leżał w zachodniej ćwiartce i udawał lód, chociaż mróz jeszcze nie przyszedł. Tafla była matowa, bez jednego kręgu, a lilie wsadzone w nią równo, każda w czarnej obwódce, jak zęby w chorym dziąśle. Woda stała nieruchomo, ale biegało po niej dziwne światło; jasna łuna drgała tam, gdzie powierzchnia nie drgała wcale.
Kucnął przy krawędzi, bo z góry widziało się głównie monument własnego cienia, a na ten nie miał wielkiej ochoty teraz patrzeć.
— Gdyby coś stąd wyszło i mnie zjadło, proszę nie powiadamiać Ministerstwa — rzucił przez ramię, spojrzeniem nurkując w tafli. 
Wtedy zaczęło się światło. Ani chmury, ani okna oranżerii — widział coś pod spodem, ruchomego, w rytmie, którego nie umiał podłożyć pod nic znajomego, jakby ktoś przesuwał lampę po drugiej stronie szyby. Nie zobaczył własnej twarzy.
— Mam bach — wyrwało mu się, w języku, którego w tym mieście nie używał na trzeźwo, bo wracał do niego przy krwotokach i przy przegranych — cachu hwch.
Ujrzał kobietę. Młodą, o długich czarnych włosach, które leżały na wodzie tak, jakby leżały w smole, niż wodzie. Nie znał jej i nie znać nie mógł, bo nigdy nie umiał odróżnić jednej wielkiej rodziny od drugiej, ponieważ przy stole, gdzie takich rzeczy uczono, był zwykle zajęty wszystkim innym.
Kobieta uniosła rękę. Znał gesty ostrzegawcze lepiej niż ludzkie zwyczaje, nie trzeba było rozwijać czemu. I przez jedną paskudną sekundę poczuł to na karku, tam gdzie ciało ostrzega, zanim zrozumie głowa. Ostrzeżenie. Przed czym?
Sekunda minęła. Cofnął się na piętach i poczuł wilgoć na wierzchu dłoni, tej, która wisiała nad taflą o dobre pół stopy od niej. Chłód osiadł równo, jak na szkle wyniesionym z mrozu do ciepłej izby. Potem wypłynął płatek. Czarny, tłusty, bez żadnej fali i bez śladu skąd. Sięgnął po niego, bo taki był i nic na to nie poradził, a płatek rozszedł się w wodzie jak atrament w mleku. Staw znów stał się matowy i nieruchomy.
Otarł rękę o połę płaszcza. Sucha. Oczywiście, że kurwa sucha.
— Panno Rookwood, nie jest pani ekspertem od roślin — zapiął nerwowo guzik, którego nie musiał zapinać, i uśmiechnął się najuprzejmiej, jak umiał, a umiał średnio. — Ale w wodę patrzeć potrafi każdy. Nawet ja potrafię, a jestem, jak pani widzi, w połowie stworem.
Odsunął się o krok od krawędzi i zrobił jej miejsce; nie wskazał, nie zaprosił gestem, tylko przesunął swój ciężar na bok, co u niego bywało uprzejmością. Panie przodem miał kretyńsko walnąć, ale przecież poleciał pierwszy, przed nią, a teraz zgrywał przed nią nie wiadomo kogo.
Zerknął na Edith i patrzył o jeden takt za długo — nie na to co miała powiedzieć, tylko na to, co twarz miała ukazać i w czym zamrzeć na jeden krótki moment. W trwodze, panice, zamyśleniu. Może niczym.
Miała dwadzieścia parę lat i lico nie zdradzające niczego, a on co najmniej dekadę lat przewagi i dokładnie zero pomysłu na to, czego się od niej spodziewać. Liczył więc również oddechy, bo oddech kłamie ostatni.
edytka rokłudowa
I'll hide behind a smile
and

understanding eyes
wiek
25
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
amnezjatorka
Niebiesko-zielone oczy Edith, przydymione trochę niedbałym, ciemno-szarym makijażem są przeważnie neutralne — czasem tylko na ułamek sekundy skrzą niejednoznacznie, zupełnie jakby ich właścicielka planowała coś niedobrego. Włosy, nie potrafiąc zdecydować pomiędzy prostą taflą, a burzą loków, okalają bladą twarz niesfornie, zakrywając czoło i lekko odstające uszy. Przeważnie spływają swobodnie w dół pleców, nieskrepowane skomplikowanymi upięciami czy tysiącem wsuwek, bo kto miałby do tego cierpliwość. 170 cm wzrostu, normalnej budowy. Chód Rookwood jest zupełnie zwyczajny, chociaż z ust niemiłych ciotek i plotkujących matron, nie raz słyszała, że brakuje jej gracji oraz powabu typowego dla panien z czystokriwstych rodzin — nadrabia to jednak drogimi, dobrze skrojonymi i modnymi szatami w kolorach głębokiej zieleni, czerwieni oraz czerni. Jest blada, ktoś mógłby powiedzieć, że chorobliwie blada, ale nawet długie godziny w słońcu nie są w stanie zmienić kolorytu jej cery. Z drugiej strony może to i dobrze, bo dzięki temu jej twarz nieoświadcza rumieńcy, piegów czy najdrobniejszych pieprzyków. Długie palce i dłonie zdobią misterne pierścienie oraz srebrne bransolety, które brzęczą z każdym jej ruchem. Pachnie świeżo i dość przyjemnie; świeżym praniem oraz soczystymi owocami, chociaż gdzieś w tle można poczuć również zapach dymu papierosowego.

Edith Rookwood
#7
20.08.2026, 22:58  ✶  

I zrobił tak, jak powinien, co Edith niesamowicie ucieszyło, bo właśnie tego od niego wymagała. Coś tam plótł po drodze, o tej biżuterii, co ją nosiła na kościstych nadgarstkach, że wszystko się spłoszy z tego powodu i tracą element zaskoczenia, ale czy było w tym ogrodzie coś, przed czym mieliby się ukrywać. No nie. Dlatego puszczała, każde kolejne jego słowo powyżej uszu — dużo ważniejsza były dla niej te błyskotki obecnie, niż niewidzialność. W tym ogrodzie porośniętym czarnymi różami oraz innymi, równie uroczym w swym jestestwem chwastem, raczej nie skrywała się żadna, mrożąca krew w żyłach bestia. A przynajmniej tego Edith pragnęła, bo w walce z jakąkolwiek istotą była skazana na porażkę.

Prychnęła rozbawiona, słysząc te słowa o ministerstwie.

— Jeśli coś stąd wstanie i Pana zje to mnie tu nigdy nie było, więc niech się Pan nie martwi, ode mnie ministerstwo niczego się nie dowie. — odparła wprost, bo nie chciała być na ich celowniku, nigdy, nigdzie. No i śmierć czarodzieja z tak znanej rodziny na pewno niosłaby za sobą poważne konsekwencje i weź się człowieku tłumacz i łgaj w żywe oczy tak wielu czarodziejom, zbyt upierdliwie.

Ostatecznie, może i mu zaproponowała, że będą wspólnie szukać powodu całego zamieszania w Maida Vale, ale to wcale nie znaczyło, że będzie to robić. Nie zwracała więc na niego zbyt wielkiej uwagi, rozglądała się na boki i kopała nogą w ziemi obok, znudzona. Ale kiedy mu się wyrwało coś w zupełnie obcym dla niej języku, to od razu skierowała swoje spojrzenie na wodę. Nic tam nie widziała, ani tej kobiety, ani tego płatka, co to pojawił się na powierzchni znikąd. Powoli, zaczęło do niej dochodzić, że to kompletny wariat, a nie przyjazny dziwak, tak jak wcześniej jej się wydawało. Wycierał te dłonie nerwowo, a Edith nie potrafiła zrozumieć skąd ta nerwowość się brała, bo przed jej oczyma nie było zupełnie nic.

I może nawet trochę ją denerwował, i może nie powinna tak do niego mówić, jak właśnie za kilka chwil miała powiedzieć, ale chciała się bawić w niańkę, szczególnie dla starego chłopa.

— No dobrze spojrzę, ale jeśli to jakiś żart i nic tam nie ma, to ja sama pana wrzucę do tej wody, żeby coś Pana tam pożarło i wtedy to nawet nie powiadomię o wydarzeniu Pana rodziny. — mruknęła, marszcząc brwi i przykucnęła tuż obok.

Nie musiała wpatrywać się w taflę wody zbyt długo, bo od razu zamiast siebie zobaczyła w niej jakąś kobietę. W głowie szukała znajomych twarzy — podobieństwa do kogokolwiek — odpowiedź nie nadchodziła. Potem był gest, ostrzeżenie? Być może, ale Edith nie należała do czarownic przesądnych i to równie dobrze mogła być jakaś sztuczka Lestrangów, głupi żart mający przerazić zaciekawionych zmianami, jakie zaszły w ogrodzie czarodziejów. Potem był ten płatek i ktoś tu naprawdę znał się na zaklęciach transmutacji, bo ten pojawił się na tafli znikąd, ale rozpłynął się równie szybko, więc czy było się czym przejmować, skoro nic jej nie wciągnęło do wody? Uczucie wilgoci na palcach zignorowała, bo każdemu mogły się spocić dłonie.

Ostatecznie, odchyliła się do tafli, zupełnie niewzruszona.

— Ciekawy pokaz magii, naprawdę. To pan to teraz zrobił? Czy może przeklęci Lestrangowie robią sobie z innych żarty. — patrzyła na niego z boku, szykując siły na to żeby wrzucić go do tej zimnej sadzawki może, jeśli się okaże, że to jego zachowanie to wysublimowana gra aktorska, a nie szczere podenerwowanie. Szukała wrażeń, to prawda, ale była zdecydowanie zbyt dumna i w siebie samą zapatrzona, żeby komuś na to pozwolić. Szczególnie komuś praktycznie jej obcemu.



charm me. FURIOUSLY.
[Obrazek: 7a90f11105af48eb0dfbf06ddd0ce3052d8869b1.jpg]
torment me. IN DETAIL.
cythryblus
Angel pen ffordd, diawl pen tân
wiek
35
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
uzdrowiciel
Ma bladą, niepokochaną przez słońce, za to gęsto obsypaną piegami, cerę. Oczy jasne, zielonoszare, osadzone głęboko pod ciężkim łukiem brwiowym, przez co nawet neutralne spojrzenie wygląda na foch i pretensję. Miękczą je jedynie rzęsy, gęste i dłuższe niż wypadałoby chłopu tej postury. Nos długi, ze śladem po dawnym złamaniu, którego nikt mu porządnie nie nastawił. Zarost zazwyczaj nosi krótki i nierówny, goli się na specjalne okazje. Włosy sięgają obojczyków, falują nieprzewidywalnie i wiecznie wchodzą w twarz; związuje je do pracy i w pogodę, która ciska w usta więcej niż dziesięć przekleństw na minutę. Jest szeroki w barach i mierzy ponad sześć stóp wzrostu. Buciory, których nie zdejmuje właściwie nigdy, dokładają mu nie tylko parę cali, ale i za dużo hałasu, bo słychać go w korytarzu na długo, zanim się pojawi. Chodzi ciężko i pewnie, z lekkim przechyłem na prawą stronę, pamiątką po czymś, o czym nie opowiada.

Gareth Rowle
#8
26.08.2026, 01:15  ✶  
Ciekawy pokaz magii.
Gareth powoli wyprostował się nad taflą i patrzył na nią — nie na wodę, na nią, przez te dwa pełne takty, o które wcześniej zabiegał. Edith widziała to samo co on. Kobietę o czarnych włosach, gest, płatek, wszystko co z jednego momentu z prawdziwego, przemieniło się we wspomnienie. Ale jej jedynym wnioskiem było: transmutacja, żart, może Lestrange'owie. A może on sam, na kolanie przy stawie, rzucający iluzje na publiczną sadzawkę dla dwudziestolatków o zimnych oczach.
Poczuł coś pomiędzy obrazą, zawodem i rozbawieniem, ale odłożył to sobie na później, bo pierwsza reakcja była ważniejsza i już się dokonała — nie przestraszyła się. W ogóle. Ani drgnęła. A on stał tuż obok, wielki, rudy, śmierdzący tytoniem, po tym, jak własnym językiem obiecał jej potwory i pokazał w wodzie kobietę ostrzegającą ręką — a Rookwoodówna mrużyła oczy z miną widza teatru lalkowego. Oddech miała równy, barki luźne. Dłoń rozluźnioną, chociaż chwilę wcześniej szukała sił (rzekomo żartobliwie) na jego wrzucenie do wody.
Czyli jedno z dwóch… Albo miała nerwy hartowane czymś, czego nie chciał znać, albo obejrzała, zarejestrowała i odpuściła, jak panna, który świat traktowała niczym wystawę sklepową.
Obie wersje mu się zarówno podobały jak i nie podobały.
— Nie ja to zrobiłem — przyznał w końcu, spokojnie, bo tłumaczyć się przed nikim nie musiał, a jednak właśnie się tłumaczył. Bez dowodów. — Lestrange… nie są znani z wyrafinowanego poczucia humoru.
Ciekawe, że ich wspomniała, bo on sam nie wyłapał żadnego powiązania. Czyżby wodna zjawa była kimś z ich rodu? Istniała opcja, że ujrzała coś innego, ale w nią wierzyć, z całą upartością swoich trzewi, nie chciał.
— Panno Rookwood. — Głos mu się wyrównał, wróciła warstwa, której używał przy ludziach kłamiących o tym, jak doszło do urazu odbytu — widziała pani to samo, co ja. Kobietę. Gest. Wiem, bo patrzyła pani na taflę dokładnie tak długo, jak trzeba, żeby zobaczyć. I teraz zgadul zgadula, albo to trik, którego sprawca chodzi po tym ogrodzie w szalenie dobrym humorze, albo… to coś innego.
Zaciągnął się resztą papierosa (który to już z kolei?) i rzucił pet w wodę, czego normalnie by nie zrobił, ale chciał zobaczyć, co się stanie. Pet dotknął tafli i stanął na niej. Nie popłynął, nie zamókł — stał, jakby woda pod nim zesztywniała na moment, po czym zaczął się powoli zapadać, pionowo, jak kamień wrzucany w smołę.
— No i masz — mruknął w kierunku sadzawki.
Odwrócił się do Edith i pierwszy raz tej rozmowy uśmiechnął się bez wysiłku — krótko, krzywo, jak uśmiecha się do kolegi z dyżuru w szpitalu, kiedy obie strony wiedzą już, że noc będzie potworna i długa.
— Przyznam, mam słabość do takich sztuczek. Ale jeśli nie żart… — wzruszył ramionami — to ja bym sprawdził przed czym nas to coś ostrzega.
Zamilkł na chwilę. Ciszy w tym ogrodzie może i było za dużo, ale akurat tę uznał za pożyteczną.
— Może mi pani towarzyszyć w tym małym śledztwie… o ile pani mi wierzy, że to nie ja próbuję panią na coś naciągnąć.
Znów się uśmiechnął. Dokładnie tak, jak uśmiechali się wszyscy oszuści, bądź ci, co mieli niejedno za uszami.
edytka rokłudowa
I'll hide behind a smile
and

understanding eyes
wiek
25
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
amnezjatorka
Niebiesko-zielone oczy Edith, przydymione trochę niedbałym, ciemno-szarym makijażem są przeważnie neutralne — czasem tylko na ułamek sekundy skrzą niejednoznacznie, zupełnie jakby ich właścicielka planowała coś niedobrego. Włosy, nie potrafiąc zdecydować pomiędzy prostą taflą, a burzą loków, okalają bladą twarz niesfornie, zakrywając czoło i lekko odstające uszy. Przeważnie spływają swobodnie w dół pleców, nieskrepowane skomplikowanymi upięciami czy tysiącem wsuwek, bo kto miałby do tego cierpliwość. 170 cm wzrostu, normalnej budowy. Chód Rookwood jest zupełnie zwyczajny, chociaż z ust niemiłych ciotek i plotkujących matron, nie raz słyszała, że brakuje jej gracji oraz powabu typowego dla panien z czystokriwstych rodzin — nadrabia to jednak drogimi, dobrze skrojonymi i modnymi szatami w kolorach głębokiej zieleni, czerwieni oraz czerni. Jest blada, ktoś mógłby powiedzieć, że chorobliwie blada, ale nawet długie godziny w słońcu nie są w stanie zmienić kolorytu jej cery. Z drugiej strony może to i dobrze, bo dzięki temu jej twarz nieoświadcza rumieńcy, piegów czy najdrobniejszych pieprzyków. Długie palce i dłonie zdobią misterne pierścienie oraz srebrne bransolety, które brzęczą z każdym jej ruchem. Pachnie świeżo i dość przyjemnie; świeżym praniem oraz soczystymi owocami, chociaż gdzieś w tle można poczuć również zapach dymu papierosowego.

Edith Rookwood
#9
28.08.2026, 18:34  ✶  

Co do tych Lestrangów to ona nie mogła być niczego pewna. W każdej rodzinie, nawet tej najbardziej respektowanej mógł pojawić się pajac, żartowniś, co to transmutuje kolor czyjejś szaty dla żartu czy domalowuje wąsy na obrazie swego przodka, by seniorzy rodu, jęczeli potem w oburzeniu nad obecnym stanem całego społeczeństwa. Ona nie była jedną z takich osób i nie bawiły jej tego typu zabawy, ale potrafiła zrozumieć dlaczego innych bawią. Szczególnie, gdy mają w głowie siano zamiast mózgu, a w jej oczach, nieważne czy krew czysta czy brudna, większość jaką na swej drodze spotykała, była od niej głupsza.

Dalej była nieprzekonana. A może po prosu próbowała się samą przekonać, że nic się tam nie dzieje specjalnego, a to wszystko są zwykłe czary i pewnie, gdyby nie ten pet, co go wrzucił do wody to by się z nim dalej kłóciła, próbując mu wyperswadować swoją rację (przecież ona ją miała zawsze i wszędzie), była jednak świadkiem rzeczy ciekawych, bo iluzja tak raczej nie działała. Chyba. Być pewna nie mogła, bo najlepiej znała się na urokach, transmutacji używając jedynie do zmiany swego własnego wyglądu.

— No i mam. — rzuciła cicho, wlepiając spojrzenie w taflę wody i tego peta, zanurzającego się w niej powoli, jakby ktoś go trzymał pomiędzy palcami i w równiutkiej linii, w stawie zanurzał. — No dobra, dobra — podniosła się do góry i wyprostowała, ręką otrzepując jeszcze szatę z niewidocznego kurzu i prostując, nieistniejące na idealnie układającej się na sylwetce warstwach materiału, zagniecenia.

— Czy czuje Pan, Panie Rowle, że jest coś, przed czym powinien się Pan strzec? — spytała zaciekawiona ruszając przed siebie. Nie liczyła na to, że zacznie teraz sypać swoimi najgłębiej, skrytymi sekretami, jak z rękawa, ale ciekawa była. Bo skoro ta postać aż tak go przeraziła, to może miał coś na sumieniu. Albo kogoś. I może w tym całym, małym zamieszaniu, uda jej się wyciągnąć z niego coś, czego nie powiedziałby nikomu innemu? Ona sama, przekonała się, że sekrety najłatwiej wyjawia się właśnie nieznajomym i to tym, których nie spotka się nigdy więcej, jednak w ich przypadku, istniało duże prawdopodobieństwo, że jeszcze staną, gdzieś na swojej drodze. — Może ona ma na myśli coś zupełnie zwyczajnego. Nie wiem, mniej mięsa w diecie, bo niedozipiesz do siedemdziesiątki albo odpuść sobie ten ostatni kielich wina, bo wątroba Ci wysiądzie. — snuła swoje teorie, próbując go trochę uspokoić. Chociaż szczerze? Śmierć od nadmiaru mięsa czy zapicia wydawały się Edith jeszcze gorsze. Nie wyobrażała sobie posiłku bez krwistego steka czy kieliszka czerwonego wina. W tym podobna była do wielu mężczyzn.

— Ja na przykład prowadzę się całkiem dobrze. — wzruszyła ramionami i kopnęła kamyczek, gdzieś w bok, jakby jego istnienie na utwardzanej drużce, bardzo przeszkadzało. — Jedyne czego mogę się obawiać to staropanieństwa, ale prędzej czy później zapewne znajdą mi męża i może nawet będę z nim szczęśliwa, kto wie. — spojrzała przed siebie, w ten ogród i krzewy, i czarne róże, i tak sobie dumała. Mąż nie był jej do szczęścia potrzebny, bo czuła się spełniona sama z siebie. O dzieciach nie marzyła, nigdy, może dlatego, że widząc siebie jako matkę, widziała swoje dzieciństwo i Miriam, gdzieś daleko w Londynie, zupełnie niezainteresowaną losami jedynej córki.

Była pewna jedynie tego, że jest od wszystkich lepsza i, że zasługuje na coś specjalnego, a że na jej drodze nie pojawił się jeszcze czarodziej, co był w stanie spełnić jej wysokie wymagania, to już całkiem co innego.



charm me. FURIOUSLY.
[Obrazek: 7a90f11105af48eb0dfbf06ddd0ce3052d8869b1.jpg]
torment me. IN DETAIL.
cythryblus
Angel pen ffordd, diawl pen tân
wiek
35
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
uzdrowiciel
Ma bladą, niepokochaną przez słońce, za to gęsto obsypaną piegami, cerę. Oczy jasne, zielonoszare, osadzone głęboko pod ciężkim łukiem brwiowym, przez co nawet neutralne spojrzenie wygląda na foch i pretensję. Miękczą je jedynie rzęsy, gęste i dłuższe niż wypadałoby chłopu tej postury. Nos długi, ze śladem po dawnym złamaniu, którego nikt mu porządnie nie nastawił. Zarost zazwyczaj nosi krótki i nierówny, goli się na specjalne okazje. Włosy sięgają obojczyków, falują nieprzewidywalnie i wiecznie wchodzą w twarz; związuje je do pracy i w pogodę, która ciska w usta więcej niż dziesięć przekleństw na minutę. Jest szeroki w barach i mierzy ponad sześć stóp wzrostu. Buciory, których nie zdejmuje właściwie nigdy, dokładają mu nie tylko parę cali, ale i za dużo hałasu, bo słychać go w korytarzu na długo, zanim się pojawi. Chodzi ciężko i pewnie, z lekkim przechyłem na prawą stronę, pamiątką po czymś, o czym nie opowiada.

Gareth Rowle
#10
Wczoraj, 22:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11 godzin(y) temu przez Gareth Rowle.)  
Poszedł za nią, z opóźnieniem potrzebnym na ostatnie spojrzenie w staw. Po papierosie nie zostało nic, nawet tłuste oczko na powierzchni; przez chwilę miał do sadzawki pretensję, że nie tylko łatwo pożarła jego dymną miłostkę, ale pożarła również swoją tajemniczą wizję, po której oboje z Edith niby się otrząsnęli. Ale chyba żadne z nich nie wiedziało co z tym do końca zrobić.
— Owszem, ale na ogół jakoś się ze mną te nieszczęścia nie mogą uporać.
Uśmiechnął się pod nosem tak jak uśmiecha się każdy przeciętny facet, który przekonany jest o przepotężnej mocy swojej pięści. Większości rzeczy, które go trapiły (bądź wkurzały), potrafiłby przyłożyć w mordę, a temu, czemu przyłożyć się nie dało, nie umiał sobie zawczasu wyobrazić; wyobraźnię miał oczywiście dosyć kiepską i między innymi dlatego tak dobrze szacował własne szanse.

Zrównał z nią krok i zerknął z ukosa, z zaciekawieniem, którego tym razem nie próbował przebierać za uprzejmość. Panna Rookwood miała całkiem przyjemny sposób dobierania się człowiekowi pod żebra; mówiła o winie i obiedzie, zostawiając mu miejsce na podstawienie czegoś gorszego. Gdyby był choć trochę wstawiony, pewnie by jej pomógł. Na trzeźwo język lubił wymykać się z żelaznych pęt sztywnych konwenansów, w których oboje musieli manewrować.
— Porada zdrowotna? — charknął ubawiony, aż prawie zakasłał — i to żeby mniej pić? Mam nadzieję, że za życia była w czymś lepsza niż w przekonywaniu ludzi.
Gary nawet nie wnikał w to, że sam był poniekąd uzdrowicielem i choćby z czystej przyzwoitości, podobnych twierdzeń wyśmiewać nie powinien. Ale najwidoczniej nie mógł.
Spojrzał w stronę oranżerii, której szyby ginęły pod czarnymi pędami, i przez moment znów poczuł wilgoć na dłoni. Pamięć skóry, nic więcej. Potarł ją o szew kieszeni i pokręcił głową, powstrzymując się od kolejnego walijskiego przekleństwa.

Jej zapewnienie o dobrym prowadzeniu przyjął lekkim skinieniem głowy.
— Nie wątpię.— Nie miał żadnych namacalnych podstaw, żeby jej nie wierzyć, poznał ją dziś, a młodych kobiet jej pochodzenia z reguły nie posądzał o prawdziwe łachudrzenie. To ewidentnie wchodziło im w nawyk dopiero po ślubie.
I potem właśnie zeszło na temat męża, na co Gareth obejrzał się na nią uważniej.
Znajdą.
Oho, znał ten czasownik. Przy rodzinnych stołach odmieniano go z wielką swobodą, przeważnie pod nieobecność osoby, której zamierzano kogoś znaleźć. Lekko przeszedł jej przez usta i to bardzo lekko, biorąc pod uwagę, że wypłynęło zaraz po groźbie utopienia go za źle dobrany żart.
— Mnie pani wybrała miejsce pochówku, a męża pozwala sobie pani znaleźć?
Uśmiechnął się pod nosem, lecz dalszą uwagę zatrzymał za zębami. „Szczęśliwa” aż błagało o obśmianie, ale wiedział, że mocniej przyciskać nie powinien i to chyba takich właśnie instynktów mu brakowało kiedy sięgał po kieliszek. Może baba z wody miała jakąś rację?
— Podoba mi się pani ostrożność. „Może nawet będę szczęśliwa”. Dobrze zostawić sobie możliwość złożenia reklamacji.

Przy oranżerii zwolnił. Jeden z pędów przechodził przez oczko żeliwnej balustrady, zbyt gruby, żeby dało się go tamtędy przeciągnąć. Musiał rosnąć już w środku. Gareth przykucnął, odchylając połę płaszcza od mokrej ziemi, i wyjął zabrany przy wejściu ołówek. Wsunął jego tępy koniec pod liść, ostrożnie unosząc go ku resztce dziennego światła.
Znów czysto. Żadnego śladu żerowania, choć roślina zajęła już dobrych kilka jardów muru. Coraz mniej mu się to podobało.
— A pani? Gdyby już znalazł się ten kandydat, co musiałby zrobić, żeby nie wrzuciła go pani do sadzawki?
Spojrzał jeszcze raz na różę, po czym wstał, otrzepując kolano.
— Pytam, bo dotąd poznałem panią od strony samych bardzo poważnych gróźb. Ciekaw jestem… wymagań.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Edith Rookwood (2171), Gareth Rowle (2828), Pan Losu (175)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa