• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[lipiec 1962] Król podwóra daje nura

[lipiec 1962] Król podwóra daje nura
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#11
12.08.2026, 16:52  ✶  
— Obyś nie musiał rezygnować.
Nie spierała się z nim wcale więcej. Dostrzegała, że trafili w kwestię, w której się nie zgodzą. Nigdy do końca, bo sama z sobą Helloise nie potrafiła się w tym dylemacie zgodzić. Jeśli zaś rzecz była dla Maddoxa cenna, nie zamierzała siłą mu tej radości wyrywać. Wiedziała, że on nie odda swojego stanowiska, a tylko się dalej skłócą. Nic więc dobrego nie zostanie osiągnięte, a była to jego sprawa, nie jej.
Widziała, jak na nią patrzył, gdy ich oczy spotkały się na krótki moment, nim odwrócił wzrok. Były takie spojrzenia, którymi się coś w drugim człowieku zostawiało. Czasem oczy rozmawiały ze sobą bez zgody patrzących nimi ludzi i nie dało się nimi skłamać. Wydarzyła się wtedy jedna z tych malutkich chwil, kiedy przeskakuje między dwojgiem przyjemnie mrowiąca iskierka zauroczenia, bo się orientowali, że te momenty nie byłyby tak pełne uroku, gdyby były z kimkolwiek innym.
Widząc, że wywołała w Greybacku szczery moment radości, Helloise zapragnęła wziąć go za ręce i pociągnąć dalej w gęstwinę. Mogła pokazać mu o lesie i sobie tak wiele jeszcze, mogła mu tu przygotować miejsce, żeby sam mógł z dobrodziejstw jej świata korzystać. W chwili tego krótkiego przebłysku wierzyła, że potrafiłaby podzielić się z nim wszystkim i ofiarować mu najczystsze szczęśliwości, o których wierzył, że je stracił.
Utrzymując jednak pozór, że nie stało się nic, tylko się nonszalancko uśmiechnęła. Słodki był to smak lubić kogoś w ten sposób i widzieć, że się ma wzajemność, lecz gdy poszli dalej, Helloise myślała tylko o tym, jak łatwo takie iskry gasną. Myślała z nadzieją. Ludziom się zauroczenia przytrafiały i same mijały, i to minie, gdy Maddox wróci do swoich czy to wieczorem, czy następnego dnia, i znów nie zobaczą się przez długi czas. Zapewne całe lata. Chwytała się tej myśli, aby samą siebie rozgrzeszyć z tego, że jego obecność podobała jej się bardziej, niż przystawało, i sam on jej się podobał z tym swoim straczeńczym idealizmem, który od lat ani w nim nie drgnął.
Było to połączenie niepoprawne, ale nie wydawało się groźne, skoro Maddox był tu tylko przelotnie.
Helloise stała się z tą chwilą bardziej uważna na wszystko, co działo się między nimi. Gdy szukali zasłoniętego miejsca między szuwarami, aby zniknąć ludziom z oczu, było to jakby mieli w tym ustroniu coś występnego ukrywać. Nagle wszystko mogło coś znaczyć.
— Może, ale nie sądzę, żeby talenty były w życiu najważniejsze — odparła czarownica, oglądając się na ludzi spędzających czas przy jeziorze. Śledziła bawiące się dzieciaki i opalające się na plaży matki, dopóki nie zniknęli jej z oczu; widok tętniącej życiem Kniei był jej wcale miły. — Chodzi o to, żeby działać w zgodzie z tym, do czego cię bogowie przeznaczyli. Znaleźć dla siebie dobre znaczenie. Brzmisz, jakbyś ty swoje znał. — Odwróciła się do wilkołaka z łagodnym uśmiechem. — Mooogłam o Zamtuzie słyszeć, ale nigdy tam nie byłam — przyznała zgodnie z prawdą. Wiedziała tylko dlatego, że znała Ambrosię.
Gdy znaleźli się w odosobnionym zakątku plaży, Helloise stanęła pierw, nie wiedząc, co z sobą zrobić. Kręciła się w miejscu, skubała resztki jagód z dzbanuszka, a gdy Maddox zaczął się rozbierać, uprzejmie odwróciła wzrok, zainteresowanie oddając pałkom wodnym i wypływającej spomiędzy nich zabłąkanej kaczce. Dziewczyna wygrzebała z kieszeni sukienki ziarno dla kur i, kucnąwszy przy brzegu, sypnęła ptakowi.
Skarciła się w duchu siarczyście za ten pokaz naiwnej skromności. W zwyczaju miała krępować ludzi wzrokiem obrzydliwie bezwstydnym, penetrującym cudzą intymność. Z rzadka odpuszczała okazję ku tej zabawie, a owego dnia wybrała lśniące w słońcu ptasie piórka zamiast atletycznego chłopaka. Zażenowana sobą, zerknęła na Maddoxa, dopiero gdy ten był już w wodzie, zajęty czyszczeniem ubrań, nie ściąganiem ich. Twarz miała idealnie obojętną, pogodną. Dołączyła do wilka przy brzegu, wzięła i dla siebie kawałek mydła, żeby pomóc mu szybciej się z tym uporać. Spodniom można było okazać mniej delikatności niż uszkodzonemu swetrowi, więc szło dość sprawnie.
— Zgubiłam się. Przypadkiem tam zaszłam — mruknęła zwyczajnie, chowając za uszy włosy, które umoczyły się w jeziorze, gdy pochylała się nad pracą. — Chodziłam wtedy w różne miejsca, żeby popatrzeć, jak świat wygląda — kontynuowała równie beznamiętnie, przepłukując ubranie w bajecznie czystej wodzie.
Kłamała odruchowo, nie dlatego, że Greybacka akurat chciała okłamać. Sama przed sobą wolała słuchać tych kłamstw, bo lepiej jej brzmiały. Były o wygodnym niczym. Nawet jeśli mówiła mało przekonująco, to nie wyglądało, żeby ją jego pytanie szczególnie poruszyło. Podniosła nawet głowę, spotkała się swoim uśmiechem z wyszczerzonymi kłami, a zaraz jej wzrok spłynął niżej, na szramy na ciele chłopaka.
— Twój ojciec musi rzeczywiście nieźle sobie radzić z leczeniem — zauważyła, zwracając przeprane spodnie. — Coś ci zostało przeze mnie?
Czarownica wstała. Podniosła spódnicę nad kolano, żeby przebrodzić kilka kroków w głąb jeziora. Krystaliczne lusterko jasnej wody odbijało bezchmurne niebo, ludzie śmiali się opodal, słoneczne promienie grzały twarz i dłoń dziewczyny, której palce bezmyślnie burzyły taflę. Wśród tej sielanki przed oczy Helloise wystąpiła czarna czeluść, Nokturn. Tamtego dnia, gdy się zobaczyli, usłyszała mrożący krew w żyłach trzask łamanych przemianą kości. Zerknęła przez ramię na blizny Maddoxa. Więc tak mu się żyło na Nokturnie: od bólu przemiany do bólu bijatyki.
On ma miejsce wśród swoich — skarciła się, ledwie przemknęło jej przez myśl, że miałby bólu o połowę mniej, gdyby znaleźć mu miejsce w Kniei.


dotknij trawy
pies wojny
i get mean when i'm nervous
just like a bad dog
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
bandzior
Krótko przystrzyżony szatyn, o gęstych brwiach i dłuższych bokobrodach. Bez zarostu za to niedokładnie ogolony, jakby od tępej brzytwy. W rozciągniętym swetrze w dodatku podziurawionym. Sprawia wrażenie bezdomnego, jednak dobrze zbudowanego, wysokiego[187] i o pełnym, bielutkim uzębieniu. Niesie za sobą nieprzyjemną woń wilgoci i zmokłego kundla. Zielone oczy ze smutnym spojrzeniem, zwykle wbitym gdzieś pod nogi.

Maddox Greyback
#12
16.08.2026, 21:28  ✶  

Niepostrzeżenie to przypadkowe spotkanie zaczęła obrastać w jego oczach czymś znacznie większym, niż powinno. Nie wiedział nawet, w którym momencie zwykły spacer przestał być tylko spacerem, a obecność Helloise przestała być miłym zbiegiem okoliczności. Stało się czymś, na co łapał się wzrokiem z odrobinę zbyt dużą przyjemnością, jakby w jej śmiechu i drobnych gestach było coś, czego wcześniej nie wiedział, że mu brakowało. Zdążył zobaczyć zaledwie skrawek jej świata, a już działał na niego niemal jak sen, za którym będzie tęsknił już zawsze, kiedy przyjdzie się w końcu obudzić. Patrzył na nią z pobłyskującym w oczach zachwytem, bo żyła w sposób, na który on mógł sobie właściwie tylko pozwalać w wyobraźni. Żyła poza ludzkim porządkiem, ale wcale nie poza światem. Z dala od tłumu, urzędów i wszystkich tych sztucznych granic, a jednocześnie tak blisko ziemi, wody, i roślin jakby to właśnie one były jej prawdziwym sąsiedztwem. I właśnie tak Maddox wyobrażał sobie swoje najbardziej naiwnie anarchistyczne marzenia: człowiek nie potrzebuje panować nad światem, żeby być wolnym. Wystarczy, że nie próbuje panować nad nim świat. Że można żyć obok niego, a nie przeciwko niemu.

Na chwilę opuścił wzrok na wodę, jakby odpowiedź, która cisnęła mu się na usta, była jedną z tych, których nie powinien wypowiadać nigdy. Zwykle łatwiej było mu mówić o Sforze niż o sobie, o obowiązku niż o pragnieniach. Tym razem jednak coś w spokojnym popołudniu, w jej obecności i tym dziwnym poczuciu, że świat na kilka godzin przestał od niego czegokolwiek żądać, rozluźniło w nim jakiś zacisk. - Moje miejsce wybrało mnie samo. Powiedział to cicho, z nutą nostalgii, która osiadła w głosie. Nie brzmiało to jak skarga na los. Raczej jak pogodzenie się z czymś, czego nigdy nie odważył się naprawdę zakwestionować. Nigdy nikomu tego nie powiedział. Ba, nie przyznałby się nawet własnemu, obtłuczonemu lusterku do golenia. A jednak patrząc na Helloise, coraz trudniej było mu udawać przed samym sobą, że gdyby dano mu rzeczywisty wybór, bez długu wobec Sfory, nie wybrałby właśnie takiego życia.

Odpowiedział jej spojrzeniem, w którym pojawiło się odrobinę więcej troski niż wcześniej. Na samo wspomnienie Zamtuzu lekko skrzywił usta, jakby nagle przypomniał sobie miejsce, którego najchętniej nie musiałby mieć w pamięci. - Ja też tam nie byłem… - zaczął, po czym zaraz poprawił się z lekkim zakłopotaniem. - To znaczy, byłem. Ale nie po to, żeby korzystać. Przez moment zajął się błotem pod paznokciami, najwyraźniej szukając wygodniejszego miejsca dla spojrzenia. - Przypilnować porządku. W jego głosie pojawiła się niechęć. Widział tam wystarczająco dużo, by przekonać się, jak nisko człowiek potrafi zejść, kiedy własne zachcianki przestają mieć jakiekolwiek granice. Niektóre rzeczy trudno było odzobaczyć. - Miałem okazję zobaczyć, jak podli potrafią być ludzie w swoich perwersjach. Spojrzał na nią spod lekko zmarszczonych brwi, jakby chciał upewnić się, że sama nigdy nie musiała oglądać podobnej strony Nokturnu, na tyle ile na nim była.

Nie zauważył od razu, czym zajęła się Helloise. Dopiero kiedy nie usłyszał za sobą chlupotu jej kroków, obejrzał się przez odsłonięte ramię i zobaczył, że zamiast podążyć za nim do wody, przykucnęła przy brzegu i zajęła się karmieniem zabłąkanej kaczki. Odwróciła przy tym wzrok z taką uprzejmością, że kącik ust Maddoxa drgnął rozbawiony. Uznał ten gest za całkiem miły, choć zupełnie niepotrzebny. Sam nie posiadał szczególnego instynktu wstydu wobec własnego ciała, a cudzy negliż również nigdy nie wydawał mu się czymś, przed czym należałoby spuszczać wzrok. Tym bardziej zaskoczyło go, kiedy chwilę później jednak do niego dołączyła. Jeszcze bardziej, gdy zamiast tylko przyglądać się jego zmaganiom praczki, sięgnęła po kawałek mydła i zaczęła pomagać mu w praniu. Tego zdecydowanie się nie spodziewał. Było w tym coś niepoprawnie miłego, tak zwyczajnego i bezinteresownego, że aż przez moment nie bardzo wiedział, co z tym zrobić. Podziękowanie wydało mu się nagle zbyt małe, może nawet niezręczne wobec tak prostego gestu. Ostatecznie tylko uśmiechnął się powściągliwie i pozwolił jej zostać przy swoim kawałku ubrania, jakby sama jej obecność przy tej małej, jeziornej pralni była czymś, czego nie chciał niepotrzebnie przerywać. Wierzył jej. A przynajmniej wierzył w tę część historii, którą mu podała. Reszta jednak brzmiała jak zbyt wygładzona, żeby nie wyczuł pod słowami przemilczenia. Nie zamierzał jednak naciskać. Jeśli Helloise miała powód, żeby pewnych rzeczy nie wypowiadać, był jej. Swoją ciekawość nie uważał za tak nagłą, żeby domagać się od niej niewygodnych słów. Uszanowałby wszystko co by mu podała. Sięgnął po ubrania, wyciągnął je z wody i porządnie wykręcił, aż z materiału przestała spływać ciężka strużka. Potem rozłożył je na wysokich pałkach wodnych wystawionych na słońce. - Tak. Wielu przeklętych już poskładał do kupy. Wilczki widziały już niejednego przeklętego, który dzięki jego ojcu wracał do świata, chociaż wyglądali bardziej, niż beznadziejnie. Zostawił ubrania na słońcu i wrócił do Helloise. Stanął obok niej, pozwalając, by chłodna woda sięgała coraz wyżej po jego nogach. - Miłe wspomnienie. Było to określenie dość hojnie obchodzące się z prawdą. W tamtym spotkaniu niewiele zasługiwało na takie słowa. Wyzwiska, bójka, i dużo krwi zdecydowanie nie tworzyły katalogu rzeczy miłych. Z dzisiejszej perspektywy było jednak warto nadstawiać za nią karku, za kilka takich miłych chwil.  Dopiero po chwili jego dłoń odruchowo powędrowała do lewego boku, gdzie pod skórą ledwie widoczne pozostały ślady dawnych kłów. Przesunął po nich palcami, bardziej z przyzwyczajenia niż bólu. - Przestań. To wcale nie przez ciebie. Ja niczego nie żałuję. Powiedział to spokojnie, bez najmniejszego wyrzutu. Potem podszedł bliżej, skracając dzielącą ich odległość niemal niepostrzeżenie. Spojrzał na nią głębiej, zatrzymując wzrok na jej twarzy, zanim sięgnął dłonią ku mokrym włosom. Między palcami przesunął kilka ich końcówek, ciężkich od jeziornej wody, pozwalając im leniwie spłynąć z powrotem na jej ramię. Przez moment nic nie mówił. - Popływamy razem? Zapytał, a zaraz potem zanurzył dłonie w chłodnej wodzie i nabrał w nie sporą garść, którą przemył twarz z zaschniętego błota. Zrobił jeszcze kilka kroków w głąb. Woda podnosiła się powoli, najpierw obmywając łydki, potem kolana, aż w końcu dno przestało być tak pewne pod jego stopami i tafla zaczęła skrywać je pod sobą. Zatrzymał się dopiero wtedy, odwracając ku Helloise z wyraźnie rozbawionym błyskiem w oczach. - Nadal chciałabyś zobaczyć przemianę? Zapytał zaczepnie. Tym razem to on podrzucał jej pokusę, dobrze pamiętając, jak bardzo ciekawiła ją jego wilkołacza natura.

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#13
19.08.2026, 17:38  ✶  
Anarchistyczne marzenie, jakim jawiło się życie Helloise, zbudowane zostało na rodzinnym kapitale. Niczym innym jak przywilejem było to, że nie musiała kończyć szkoły, aby mimo to mieć zapewnioną edukację, dach nad głową, wyżywienie. Tak długo, jak tego potrzebowała, żyła otoczona spokojnymi warunkami do wyuczenia się fachu, z którego dziś mogła się tak szlachetnie utrzymać. Powinęła jej się w życiu noga i nic się nie stało, jeśli nie liczyć palącego wstydu, którego się najadła. Konsekwencje jej błędów nie wyszły poza mury domu rodzinnego.
Czynienie z Helloise ikony anarchistycznego snu w rzeczy samej było naiwne, lecz jakże romantyczne.

Czarownica wyczuła wagę wyznania Maddoxa w tonie jego głosu. Chłopak powtórzył w zupełnie nowy sposób słowa, które ona sama tyle razy mieliła w sobie z pełną niezgody złością. Nigdy nikogo nie prosiła, żeby się taką urodzić, jaką się urodziła. Wyrzucała rodzicom, że niczego nie jest im winna, bo wcale nie chciała w domu Rowle’ów przychodzić na świat. Serce więc zabiło w niej mocniej, gdy usłyszała wypowiedziane przez Greybacka słowa sumujące jej nieszczęście i nie brzmiały wcale w jego ustach jak skarga czy niesprawiedliwy wyrok. Maddox był pogodzony z tym, że urodzenia się nie wybierało. Ona także musiała się pewnego dnia z tym pogodzić, lecz nawet pogodzona, Helloise wzbraniała się przed przyznaniem głośno, że chce tego czy nie, to przynależy do kogoś z urodzenia. Nie była wolnym duchem, który pojawił się znikąd i donikąd mógł ulecieć. Miała ojca, miała matkę, smoczą krew i korzenie głęboko w lasach Doliny.
— Wszystkich nas wybrało nasze miejsce. — Przy Maddoksie powiedziała to po raz pierwszy w życiu bez poczucia, że przyznaje się w ten sposób do porażki. — Jak myślisz, ile by z ciebie zostało, gdybyś od nich odszedł? — Pytanie wybrzmiało smutno, bo Helloise znała na nie odpowiedź.
Próbowała kiedyś wyrwać się przeznaczeniu. Zmiana adresu i towarzystwa nie wystarczała, żeby się od swojej tożsamości uwolnić. Na Noturnie czarownica nieustannie kryła się i oglądała przez ramię, czy aby jej kto nie rozpoznał. Aby uciec od siebie, musiałaby wyjechać dalej niż na Nokturn, poza Anglię, może poza kontynent. Nigdy tego nie zrobiła, bo zaczęcie życia od nowa oznaczałoby wybranie życia fikcją. Człowiek nie miał mocy siebie stworzyć na nowo, zaprzeczyć swojej krwi i wzgardzić miejscem, w którym go bogowie postawili. Mógł się o tym tylko okłamywać i szukać złudzeń.
— Potrafię sobie wyobrazić, co tam się może dziać. — Helloise wzruszyła ramionami, bo jakkolwiek los kobiet w Zamtuzie był przykry, to ona nigdy za wiele z tym do czynienia nie miała. — Co poradzisz? Pilnuj swojej siostry — rzuciła, bo kojarzyła Asenę jako prefektkę ich domu. — I dziewczyny — dodała po chwili, wbrew sobie czekając w napięciu tego, czy padnie zaprzeczenie.

Stojąc niemal po kolana w wodzie, czarownica wciąż rozważała w głowie naładowane gwałtownymi negatywnymi emocjami spotkanie, gdy to dołączył do niej Maddox. Ostatnim, co spodziewała się usłyszeć z jego ust, było: miłe wspomnienie. Helloise pochwycona z zaskoczenia jego hojną oceną, smarknęła śmiechem, od którego zatrzęsły się jej ramiona.
— Żartujesz? Ciebie poszarpali, a po wszystkim się pożarliśmy — wydusiła, gdy opanowała wystarczająco wybuch wesołości. Wciąż słychać było w jej głosie echo rozbawienia, gdy się zreflektowała: — Było miłe. Dla mnie było. Naprawdę się zgubiłam i gdy zobaczyłam kogoś znajomego… — Podniosła na Greybacka błękitne oczy wyrażające cichą wdzięczność. — Przez chwilę nie byłam tam zupełnie sama. Mimo że tę chwilę spędziliśmy… — Przemilczała uśmiechem. Oboje pamiętali.
Nie sądziła, że kiedykolwiek będzie miała okazję przyznać się, dlaczego tak po prostu nie ominęła tamtego dnia Sfory. Ku własnemu zaskoczeniu, mówiła o tym Maddoxowi bez trudności ani strachu. Czuła się bezpiecznie w rozmowie z nim.
— To nie była moja wina, ale stało się przeze mnie. — Nie ustępowała. Spojrzała na bliznę, do której sięgnął. Podążyła własną ręką w ślad gestu chłopaka, ale nie odważyła się pamiątki po ranie dotknąć i tylko musnęła palcami wierzch jego dłoni. Nie chciała nigdy, żeby ktokolwiek płacił cenę za jej wyskoki. Ona otrzepała tamtego dnia kolana i poszła dalej, a Maddox cierpiał za jej niewyparzony język. Mimo to cały czas był dla niej dobry, nie obwinił jej. Cofnęła rękę. Patrzyła w milczeniu, jak bawi się jej włosami, i zanim jeszcze moment bliskości urwał się, prędko, nim zdążyłaby zmienić swoją decyzję, wyszeptała enigmatyczne wyznanie: — Wtedy próbowałam zmienić swoje miejsce i wszystko było nie tak. To bolało.
Od razu po tym podchwyciła temat kąpieli, chowając się natychmiast za zasłoną beztroskiej zabawy.
— Jasne — odpowiedziała, nabierając dawnego rezonu.
W kilku szybkich susach, rozchlapując wodę, wybiegła z powrotem na brzeg. Zdjęła z siebie szatę i przerzuciła ją przez pozostawioną na plaży miotłę, pozostając w prostej, białej halce sięgającej połowy uda. Nie miała wiedźma gładkich białych nóżek jeziornej nimfy. Od łażenia po chaszczach cała była podrapana cierniami i kolcami, tu i tam czerwieniły się ugryzienia owadów i pojedyncze siniaki.
— Dobrze ci było w tym błotnistym kamuflażu! — zawołała Helloise, wracając do wody. Uniosła dumnie twarz, eksponując błotnistą plamę na własnym policzku. Do jeziora weszła śmiało po pas, płosząc mgławice malutkich rybek. — Nie bądź niemądry. — Uniosła zirytowana oczy ku niebu, gdy padła ostatnia propozycja. — Jeśli ma być mi dane zobaczyć wilkołaka, to go pewnego dnia zobaczę. Jak się poszczęści, to może nawet nie skończę w paszczy, jak ostatnio.
Wcale nie pociągała jej wizja przemiany. Nie byłaby w stanie tamtego dnia czerpać żadnej radości z zabawy odbywającej się kosztem Greybacka. Zbyt żywe było tych kilka delikatnych momentów szczerości między nimi, aby potrafiła przestać czule patrzeć na Maddoxa i zredukować go do ciekawostki przyrodniczej.


dotknij trawy
pies wojny
i get mean when i'm nervous
just like a bad dog
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
bandzior
Krótko przystrzyżony szatyn, o gęstych brwiach i dłuższych bokobrodach. Bez zarostu za to niedokładnie ogolony, jakby od tępej brzytwy. W rozciągniętym swetrze w dodatku podziurawionym. Sprawia wrażenie bezdomnego, jednak dobrze zbudowanego, wysokiego[187] i o pełnym, bielutkim uzębieniu. Niesie za sobą nieprzyjemną woń wilgoci i zmokłego kundla. Zielone oczy ze smutnym spojrzeniem, zwykle wbitym gdzieś pod nogi.

Maddox Greyback
#14
07.09.2026, 10:14  ✶  

Nie miał pojęcia o wszystkich niuansach jej życia. Nie znał zakrętów i wybojów, które wyrzucały ją z obranej drogi. Wyborów, z których jedne mogły zasługiwać na pochwałę, a inne pewnie na długie, nieprzyjemne milczenie. Znał tylko to, co zdążyła mu pokazać. Resztę, chcąc nie chcąc, jego wyobraźnia uzupełniała sama. A wyobraźnia miała tę właściwość, że z rzeczy nieznanych potrafiła zrobić coś znacznie piękniejszego, niż było w rzeczywistości. W jego głowie więc coraz wyraźniej rysowała się historia o księżniczce, która pewnego dnia porzuciła swoją najwyższą komnatę w najwyższej wieży, wybierając wolność ponad bezpieczeństwo. Zamiast cudzych planów, stworzyła własne i na własne ręce wzięła własne błędy i własne sumienie. Było w tym coś niemal dziecinnie pięknego. Tak pięknego, że Maddox nie zamierzał psuć tego obrazu faktami, których nie znał, ani prawdą, której nie musiała mu przecież opowiadać. Dlatego zamierzał trzymać się swojej bajki tak długo, jak tylko ten dzień mu na to pozwoli.

Nie wybrał ani klątwy, ani życia, które przyszło razem z nią. Urodził się z tym wszystkim, zanim zdążyłby zrozumieć, czym właściwie jest wybór. Dopiero później nauczył się szukać w tym własnego porządku. Nauczył się, kiedy trzymać ludzi z daleka, kiedy pozwolić im podejść, jak przeżyć kolejną pełnię. Dzisiaj potrafił już żyć tak, jakby pogodził się z własnym losem. Potrafił nawet znaleźć w nim coś przypominającego spokój. Ale pogodzenie się z czymś nigdy nie znaczyło, że człowiek wybrałby to samo, gdyby dano mu wybór. Gdyby ktoś kiedyś postawił przed nim dwie drogi i powiedział: możesz przeżyć swoje życie jeszcze raz, ale tym razem inaczej - Maddox nie wahałby się ani przez chwilę. - Niewiele więcej, niż skóra i kości -odpowiedział w końcu, gdy wrócił do jej pytania o to, ile zostałoby z niego bez Sfory. Powiedział to cicho, bez ironii, a smutek w jego głosie był tym bardziej przejmujący, że nie próbował go niczym przykryć. To nawet nie był wybór. Od Sfory nie można było po prostu odejść, nie tak naprawdę. Gdybym odszedł, do końca życia oglądałbym się za siebie. I właśnie wtedy, zupełnie nieproszona, wróciła do niego Asena. Jej imię pojawiło się w myślach z nieprzyjemną ostrożnością. Bo przecież ona również wybrała. Wybrała odejście, własną drogę. A za pewne wybory przychodziło kiedyś zapłacić. W ich świecie rachunki miały zwyczaj przychodzić bez ostrzeżenia. Fenris tylko czekał na moment, w którym uzna, że nadszedł czas, by Asena zapłaciła za swój. Maddox zacisnął na chwilę szczękę i odwrócił wzrok ku spokojnej tafli jeziora. Woda była ciepła, dzień jasny, Helloise była obok, a jednak gdzieś pod tym wszystkim tkwiła świadomość, że nie każdy ma przywilej wybierać, dokąd zaprowadzi go własna droga. Ledwie pomyślał o Asenie, Helloise sama przywołała jej postać, jakby przypadkiem trafiła dłonią dokładnie w miejsce, które wciąż było w nim obolałe. Maddox odruchowo zacisnął szczękę. Przez moment patrzył gdzieś ponad jej ramieniem, na jasną powierzchnię jeziora, a kiedy wreszcie odpowiedział, jego głos był chłodniejszy niż przed chwilą. - Asena porzuciła rodzinę jeszcze zanim spotkaliśmy się ostatni raz - sprecyzował spokojnie. Nie zamierzał przed nią ukrywać, jak sprawy się mają. Mógłby przecież dorzucić do tych kilku słów jeszcze parę kropel żalu, żeby wraz z imieniem wróciło wszystko to, czego nigdy nie udało mu się do końca przełknąć. Ale jezioro było zbyt kojące. Dzień zbyt łagodny. Nie chciał zawieszać nad nim tej ciężkiej, przykrej zawiesiny tylko dlatego, że wspomnienie akurat upomniało się o swoje.

Dopiero wzmianka o dziewczynie wytrąciła go z tego zamyślenia. Tutaj również mógłby się zirytować. Mógłby poczuć ukłucie zawodu albo ten stary, dobrze znany smutek, który zwykle przychodził zaraz po nim. Zamiast tego przez chwilę po prostu patrzył na Helloise z lekkim zaskoczeniem, aż w końcu coś w jej tonie, w pozornie niewinnym wspomnieniu, ułożyło mu się w głowie. Ukryta intencja której się domyślał była niezwykle urocza. Kącik jego ust uniósł się delikatnie. - A ona wybrała współpracę z Ministerstwem. Nie sposób tak żyć - wyjaśnił z uczciwością, której nie musiał niczym ozdabiać. Powiedział to spokojnie, niemal rzeczowo, choć oboje mogli się domyślić, że za tym zdaniem kryje się znacznie więcej, niż chciał wypowiedzieć na głos. Nie miał czelności powiedzieć, kto w tym przypadku od kogo odszedł. Patrzył na nią z cichym, niemal pokrzepiającym zatroskaniem, słuchając, jak przywraca słowami tamte wydarzenia. Jedne po drugich, jak migawki wyciągane z zakamarków pamięci. Niektóre miały w sobie ciepło, choć wtedy jeszcze nie potrafili go w nich dostrzec. Inne były znacznie mniej przyjemne. Maddox przechowywał z tamtego czasu głównie te pierwsze. Kiedy więc słyszał je teraz z jej ust, uśmiechał się lekko i przytakiwał, jakby oboje właśnie sprawdzali, czy pamiętają tę samą historię. Na wszystko pozostałe tylko machał ręką. Nie warto było już nadawać temu większej wagi. - To było tak dawno, że już nawet nie boli - odpowiedział na wpół żartem. I rzeczywiście nie miał się czym przejmować. Ból, nawet jeśli kiedyś wydawał się ledwie do zniesienia, pozostawał ostatecznie czymś tymczasowym. Minął. A on zrobił wtedy to, co należało zrobić. Właśnie w tym widział dla siebie największe zadośćuczynienie. - To już za nami - odpowiedział, kiedy w jej słowach znów pojawiły się tamte poszukiwania i ból, który przez długi czas musiał być ich cieniem. Tym razem uśmiechnął się nieco szerzej. - Najlepsze może dopiero nadejść. Powiedział to trochę tak, jakby samo wypowiedzenie tych słów mogło przekonać rzeczywistość, żeby zachowała się przyzwoicie i nie próbowała mu ich zbyt szybko udowadniać. Była w tym odrobina przezornego optymizmu, może nawet lekkie zaklinanie losu, ale Maddox naprawdę nie widział powodu, żeby martwić się czymś, co już minęło.

Pamiętając, jak wcześniej odwróciła wzrok, kiedy sam rozbierał się do kąpieli, spróbował odwzajemnić jej dyskrecję. Gdy Helloise weszła głębiej do wody, ustawił się nieco bokiem, jakby nagle uznał, że właśnie teraz powinien wyjątkowo dokładnie przemyć twarz. Dłonie przesunęły się po mokrych włosach, potem po policzkach, a on przez kilka dłuższych sekund z konsekwencją udawał, że nie istnieje na świecie nic ciekawszego od własnego nosa. Tyle że przy całej tej demonstracyjnej przyzwoitości nie potrafił oprzeć się pokusie krótkiego spojrzenia. Zaledwie chwila, szybka, prawie ukradkowa, wystarczyła, żeby dostrzegł, jak mokra halka przykleiła się do jej skóry, układając się pod ciężarem wody, wzdłuż jej ciała zupełnie inaczej niż wcześniej. Odwrócił wzrok równie szybko, choć kącik ust zdradził go lekkim uśmiechem. Mógłby oczywiście zachować się wzorowo. Mógłby udawać z kamienną powagą, że Helloise jest mu równie obojętna jak rosnące przy brzegu trzciny. Tylko że przez to jedno popołudnie stała się dla niego zbyt miła, i zbyt interesująca, żeby podobne przedstawienie miało jakikolwiek sens. Woda ustępowała pod jego ramionami z cichym szelestem, kiedy podpłynął nieco bliżej, aż odległość między nimi stała się wyraźnie mniejsza. Na jej określenie przekręcił głowę z przekorną miną, bo został niesprawiedliwie oskarżony o coś, czego wcale nie zamierzał się wypierać. Wynurzył spod tafli dłoń i lekkim ruchem posłał w jej stronę niewielką falę, bardziej zaczepną niż mającą ją rzeczywiście ochlapać. - Nie pytam dla ciebie, pytam dla siebie - odpowiedział przezornie, jakby różnica była naprawdę istotna. Przez moment przyglądał jej się z rozbawieniem, po czym dodał: - Ostatnim razem byłaś nieco… - urwał, szukając określenia, które nie zabrzmiałoby zbyt ostro, choć oboje doskonale wiedzieli, że lista odpowiednich słów mogłaby być całkiem długa. - Nieznośna. - Uśmiechnął się przy tym życzliwie, pozbawiając słowo wszelkiej rzeczywistej nagany. - Dzisiaj dałaś mi inne świadectwo i mógłbym ci zaufać - ciągnął spokojnie, starając się jak najdelikatniej nakreślić jej sytuację. Nie chciał, żeby zabrzmiało to jak próba wystawienia jej na egzamin. Raczej jak przyznanie, że przez ten krótki czas zdążyła mu pokazać coś, czego wcześniej nie doświadczył. - Zażywam regularnie eliksir tojadowy, więc jest bezpiecznie, ale z tobą mogłoby być mi łatwiej. - Przy ostatnich słowach nieznacznie przeciągnął zdanie, a wzrok uciekł mu gdzieś na bok, ku spokojnej tafli jeziora. Było coś osobliwie krępującego w tym, co właśnie zamierzał powiedzieć. Sam pomysł wydawał mu się niewłaściwy, dlatego, że po raz pierwszy od dawna mówił do kogoś w sposób tak bezpośredni, bez osłaniania intencji żartem albo półsłówkiem. W końcu jednak spojrzał na nią z powrotem, a jego uśmiech był już pozbawiony wszelkiego zakłopotania. - Chciałbym widywać cię częściej, Helloise Rowle. Powiedział to z taką prostotą, że niemal nie pasowało do człowieka, który przez większość życia przywykł raczej działać niż prosić o czyjąś obecność. Nie było w tym żądania ani próby zatrzymania jej przy sobie. Tylko szczere wyznanie, podane niemal uprzejmie, bez budowania wokół tych słów żadnej obronnej fortyfikacji.

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#15
22.09.2026, 20:28  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.09.2026, 21:37 przez Helloise Rowle.)  
Czy wybór w ogóle istniał? Kim byłaby Helloise, gdyby spuścić z niej czystą krew? Odciąć jej gałązkę od drzewa rodowego? Wyrwać korzenie łączące ją z Knieją? Czy to wciąż ona by była, czy ktoś zupełnie inny? Mogli z Greybackiem smucić się i marzyć o alternatywnych życiach dla siebie, lecz choćby i one jakimś sposobem znalazły się w zasięgu, to nigdy nie byłyby ich życiami. Helloise nigdy nie wybrałaby urodzić się i żyć inaczej, mimo wszystkich błędów i przeszkód, które splotły się w jej istnienie.

Nigdy nie doszły czarownicy słuchy o tym, że Asena również opuściła swój dom rodzinny. Była to dla Helloise nowość, która w jednej chwili zbliżyła ją nieco do irytującej prefektki Greyback. Na pierwszy rzut oka te same rzeczy można byłoby o nich powiedzieć — obie opuściły rodziny — lecz Hela przeczuwała, że ich historie wcale nie wyglądały podobnie. Zdawało się, że Asena wciąż nie znalazła drogi powrotnej; Rowle’ówna zaś do domu wróciła pokonana przez Nokturn, na który porwała się naiwnie i bez przygotowania.
Aseny nie było; dziewczyny również. Helloise spojrzała na Maddoxa, próbując wyczuć, jak on o tym myśli. Mówił zimno, odwracał wzrok. Był na Asenę zły? Z pewnością był. Och, nie musiała sobie czarownica wyobrażać, co czują zdradzone rodziny. Zadbano o uświadomienie jej tego bardzo dosadnie. Niektórzy zachowywali się, jakby jej nigdy mieli nie wybaczyć, mimo że minęły lata, odkąd nie dała nikomu powodu od zwątpienia w siebie.
— Masz jej za złe zdradę domu czy… tęsknisz? — zapytała ostrożnie, czujnie wyczekując odpowiedzi. Nie była pewna, czy umiałaby zadać takie pytanie we własnym domu; zbyt duże było w niej poczucie winy, aby sugerować im głupiutko, że ktoś mógł za nią tęsknić. Wolała, żeby czuli gniew za to, że wystawiła swoją ucieczką na hazard opinię o rodzie, niż żeby ktoś jej w domu wyznał, że przez nią cierpiał. — Ministerstwo… to brzmi… nędznie — stwierdziła czarownica, dowiedziawszy się, dlaczego Maddox nie ma już dziewczyny.
Helloise nie była jeszcze wówczas aż tak radykalna w swojej obsesyjnej nienawiści wobec rządu, lecz bynajmniej nie uważała, aby to było miejsce, w którym się dało realizować w pozytywny sposób. Spędzanie połowy dnia pod ziemią w otoczeniu papierzysk i identycznych boksów… kimże by trzeba być, aby to dawało satysfakcję? Trudno sobie wyobrazić siedzenie w zatęchłym Ministerstwie w dzień tak piękny jak to lipcowe popołudnie. Chodzić po murowanej piwnicy i załatwiać sprawy służbowe, zamiast czuć pod bosymi stopami miękki piasek i przyjemnie opływającą ciało wodę?

Twarz dziewczyny wciąż śmiała się po tym, jak została ochlapana, ale oczy zdążyły spoważnieć, ledwie wyczuła wagę tego, co jej Maddox mówił. Dodał sytuacji nagłego ciężaru. Nie byli już dziećmi. Przyjaźnie, które od samego początku wywoływały podobne wewnętrzne poruszenie, łatwo zmieniały swój charakter na mniej niewinny. Czarownica potrafiła ocenić nie tylko to, jakie mogły być następstwa takiej znajomości, ale i dostrzec inne zagrożenie. Mężczyźni potrafili żerować na tkliwych kobiecych sercach i ich opiekuńczych instynktach.
— To, co dziś widziałeś, to przecież tylko krótki przebłysk, nie świadectwo — zauważyła, nabierając z trudem dystansu od uroku jego wyznania.
Gdy ludzie zbliżali się zbyt prędko, ktoś musiał skończyć zraniony. Bardziej niż tego, że on zrani ją, obawiała się tego, co ona mogła mu zrobić.
Wilczek oczarował ją swoją ufnością i wrażliwym, smutnym sercem. Jeśli wszystko to było szczere, powinno się z tym obchodzić z szacunkiem. Zaoferował jej oto coś czystego i delikatnego; przestrzeń, gdzie by Helloise mogła dać wyraz trosce i opiekuńczości, jakie miała w sobie. Mogła mu pomóc w momentach wrażliwości — ach, czyż mogłaby potrzebować czegoś więcej, aby poczuć, że jest dobra i potrzebna? Patrzyła więc na tę perspektywę z tęsknym zachwytem.
Zbyt wielkim zachwytem. Coś głęboko w niej niebezpiecznie mocno podekscytowało się i ponaglało, aby natychmiast przyjęła propozycję, zaskarbiła sobie jego zaufanie i obiecała gorąco, że oboje będą z tego zadowoleni. To był ten sam impuls, który wcześniej popchnął ją do wypytywania o jego dziewczynę i przez który tak chętnie zrzuciła na plaży sukienkę. Teraz ten podszept kusił, aby zgodziła się z nim widywać i uczestniczyć w przemianach. Mimo że intencja Helloise była czysta i rodziła się ze szczerej sympatii, to miała prowadzić do zaspokojenia wyjątkowo nieczystej potrzeby: wiedźma uwielbiała smakować ludzkie słabości, chłeptać krew z cudzych ran.
Wtedy Helloise wciąż bała się dokarmiać tego potwora, lecz już za parę lat przyjdzie jej stracić te skrupuły i nie obejrzy się dwa razy, nim weźmie się do pogrywania z cudzymi życiami. Będzie wykradać niedoszłych samobójców spod pieczy uzdrowicieli i przetrzymywać ich w swojej chacie. Z podnieceniem wciągnie do siebie umierającego Śmierciożercę, aby się sycić tym, że jest na jej łasce. Przemaszeruje przez płonące miasto, aby się dobierać do roztrzęsionych kobiet.
Tamtego słonecznego dnia jednak wzdrygała się, wiedząc, że coś w niej uśpione czyha na okazje. Maddox podsuwał jej układ, który by tego potwora niewątpliwie rozbudził. Czarownica czuła do samej siebie odrazę, gdy myślała o tym, gdzie próbowałaby wilka prowadzić przez ofiarowane jej zaufanie: do zrobienia z niego kaleki nieumiejącej bez niej żyć. Potrafiła być słodka. Byłaby słodka, lecz dążyłaby do tego, aby bez niej Greyback nigdy sobie nie poradził. A gdy już raz ujrzała w kimś zależność od siebie, nie potrafiła postrzegać go jako sobie równego.
Miała do wilkołaka szczerą sympatię i nie chciała niszczyć go w ten sposób. Chciała czuć się jego przyjaciółką, a dopuszczenie do siebie myśli, że on mógłby należeć do niej, wszystko by zniszczyło. Największym gestem dobroci było więc zostawić to i nie rozbudzać w żadnym z nich zgubnych chęci. Odmówić jemu, odmówić sobie.
Igranie z rozwijaniem tej relacji było nierozsądne.
Grzech wobec bogów taki chłopiec, rzecz nie do przyjęcia, a podtrzymywać jego nadzieje, aby nasycić pragnienia swojej złej strony, to się młodej Helloise nie godziło.
— Żebyśmy widywali się częściej, musielibyśmy dać sobie obietnicę, której… nie wiem, czy ja sama bym umiała dotrzymać — odparła zmieszana. Z trudem sobie tego odmawiała; wyrzuciła z siebie słowa czym prędzej, zanim zmieniłaby zdanie. Kusiło ją to, kim mogliby być. Spędzili razem przyjemny dzień, a myśl, że częściej by mogła z nim tak rozmawiać jak dziś i dzielić się rzeczami w zaufaniu… lecz zbyt niebezpieczne rzucali sobie spojrzenia. Za bardzo jej się podobało stanie z nim blisko w wodzie, szukała pretekstu do znalezienia się jeszcze bliżej. To było niewłaściwe. — Mogłabym być twoją przyjaciółką, ale między nami zawsze by musiał leżeć nagi miecz. — To byłoby wielkie ćwiczenie duchowe: nie zmniejszać między nimi dystansu, a czuć o Maddoxa troskę niezabrudzoną jej własnymi apetytami. — Chciałabym być twoją przyjaciółką. Chciałabym, żebyśmy się jeszcze zobaczyli. I chciałabym zrobić dla ciebie coś dobrego, ale to nigdy, absolutnie nigdy, nie mogłoby być nic więcej niż nasza przyjaźń. Więcej to zaproszenie dla nieprawości. Wszelkiego rodzaju nieprawości.
Uniosła nieco wyżej brodę, jej uśmiech zbladł, ale oczy miała niezmiennie poważne i smutne jakby. Nie zamierzała być z chłopcem półkrwi ani nie chciała mamić i wykorzystywać Maddoxa.

Koniec sesji


dotknij trawy
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Helloise Rowle (6814), Maddox Greyback (7366)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa