Nie spierała się z nim wcale więcej. Dostrzegała, że trafili w kwestię, w której się nie zgodzą. Nigdy do końca, bo sama z sobą Helloise nie potrafiła się w tym dylemacie zgodzić. Jeśli zaś rzecz była dla Maddoxa cenna, nie zamierzała siłą mu tej radości wyrywać. Wiedziała, że on nie odda swojego stanowiska, a tylko się dalej skłócą. Nic więc dobrego nie zostanie osiągnięte, a była to jego sprawa, nie jej.
Widziała, jak na nią patrzył, gdy ich oczy spotkały się na krótki moment, nim odwrócił wzrok. Były takie spojrzenia, którymi się coś w drugim człowieku zostawiało. Czasem oczy rozmawiały ze sobą bez zgody patrzących nimi ludzi i nie dało się nimi skłamać. Wydarzyła się wtedy jedna z tych malutkich chwil, kiedy przeskakuje między dwojgiem przyjemnie mrowiąca iskierka zauroczenia, bo się orientowali, że te momenty nie byłyby tak pełne uroku, gdyby były z kimkolwiek innym.
Widząc, że wywołała w Greybacku szczery moment radości, Helloise zapragnęła wziąć go za ręce i pociągnąć dalej w gęstwinę. Mogła pokazać mu o lesie i sobie tak wiele jeszcze, mogła mu tu przygotować miejsce, żeby sam mógł z dobrodziejstw jej świata korzystać. W chwili tego krótkiego przebłysku wierzyła, że potrafiłaby podzielić się z nim wszystkim i ofiarować mu najczystsze szczęśliwości, o których wierzył, że je stracił.
Utrzymując jednak pozór, że nie stało się nic, tylko się nonszalancko uśmiechnęła. Słodki był to smak lubić kogoś w ten sposób i widzieć, że się ma wzajemność, lecz gdy poszli dalej, Helloise myślała tylko o tym, jak łatwo takie iskry gasną. Myślała z nadzieją. Ludziom się zauroczenia przytrafiały i same mijały, i to minie, gdy Maddox wróci do swoich czy to wieczorem, czy następnego dnia, i znów nie zobaczą się przez długi czas. Zapewne całe lata. Chwytała się tej myśli, aby samą siebie rozgrzeszyć z tego, że jego obecność podobała jej się bardziej, niż przystawało, i sam on jej się podobał z tym swoim straczeńczym idealizmem, który od lat ani w nim nie drgnął.
Było to połączenie niepoprawne, ale nie wydawało się groźne, skoro Maddox był tu tylko przelotnie.
Helloise stała się z tą chwilą bardziej uważna na wszystko, co działo się między nimi. Gdy szukali zasłoniętego miejsca między szuwarami, aby zniknąć ludziom z oczu, było to jakby mieli w tym ustroniu coś występnego ukrywać. Nagle wszystko mogło coś znaczyć.
— Może, ale nie sądzę, żeby talenty były w życiu najważniejsze — odparła czarownica, oglądając się na ludzi spędzających czas przy jeziorze. Śledziła bawiące się dzieciaki i opalające się na plaży matki, dopóki nie zniknęli jej z oczu; widok tętniącej życiem Kniei był jej wcale miły. — Chodzi o to, żeby działać w zgodzie z tym, do czego cię bogowie przeznaczyli. Znaleźć dla siebie dobre znaczenie. Brzmisz, jakbyś ty swoje znał. — Odwróciła się do wilkołaka z łagodnym uśmiechem. — Mooogłam o Zamtuzie słyszeć, ale nigdy tam nie byłam — przyznała zgodnie z prawdą. Wiedziała tylko dlatego, że znała Ambrosię.
Gdy znaleźli się w odosobnionym zakątku plaży, Helloise stanęła pierw, nie wiedząc, co z sobą zrobić. Kręciła się w miejscu, skubała resztki jagód z dzbanuszka, a gdy Maddox zaczął się rozbierać, uprzejmie odwróciła wzrok, zainteresowanie oddając pałkom wodnym i wypływającej spomiędzy nich zabłąkanej kaczce. Dziewczyna wygrzebała z kieszeni sukienki ziarno dla kur i, kucnąwszy przy brzegu, sypnęła ptakowi.
Skarciła się w duchu siarczyście za ten pokaz naiwnej skromności. W zwyczaju miała krępować ludzi wzrokiem obrzydliwie bezwstydnym, penetrującym cudzą intymność. Z rzadka odpuszczała okazję ku tej zabawie, a owego dnia wybrała lśniące w słońcu ptasie piórka zamiast atletycznego chłopaka. Zażenowana sobą, zerknęła na Maddoxa, dopiero gdy ten był już w wodzie, zajęty czyszczeniem ubrań, nie ściąganiem ich. Twarz miała idealnie obojętną, pogodną. Dołączyła do wilka przy brzegu, wzięła i dla siebie kawałek mydła, żeby pomóc mu szybciej się z tym uporać. Spodniom można było okazać mniej delikatności niż uszkodzonemu swetrowi, więc szło dość sprawnie.
— Zgubiłam się. Przypadkiem tam zaszłam — mruknęła zwyczajnie, chowając za uszy włosy, które umoczyły się w jeziorze, gdy pochylała się nad pracą. — Chodziłam wtedy w różne miejsca, żeby popatrzeć, jak świat wygląda — kontynuowała równie beznamiętnie, przepłukując ubranie w bajecznie czystej wodzie.
Kłamała odruchowo, nie dlatego, że Greybacka akurat chciała okłamać. Sama przed sobą wolała słuchać tych kłamstw, bo lepiej jej brzmiały. Były o wygodnym niczym. Nawet jeśli mówiła mało przekonująco, to nie wyglądało, żeby ją jego pytanie szczególnie poruszyło. Podniosła nawet głowę, spotkała się swoim uśmiechem z wyszczerzonymi kłami, a zaraz jej wzrok spłynął niżej, na szramy na ciele chłopaka.
— Twój ojciec musi rzeczywiście nieźle sobie radzić z leczeniem — zauważyła, zwracając przeprane spodnie. — Coś ci zostało przeze mnie?
Czarownica wstała. Podniosła spódnicę nad kolano, żeby przebrodzić kilka kroków w głąb jeziora. Krystaliczne lusterko jasnej wody odbijało bezchmurne niebo, ludzie śmiali się opodal, słoneczne promienie grzały twarz i dłoń dziewczyny, której palce bezmyślnie burzyły taflę. Wśród tej sielanki przed oczy Helloise wystąpiła czarna czeluść, Nokturn. Tamtego dnia, gdy się zobaczyli, usłyszała mrożący krew w żyłach trzask łamanych przemianą kości. Zerknęła przez ramię na blizny Maddoxa. Więc tak mu się żyło na Nokturnie: od bólu przemiany do bólu bijatyki.
On ma miejsce wśród swoich — skarciła się, ledwie przemknęło jej przez myśl, że miałby bólu o połowę mniej, gdyby znaleźć mu miejsce w Kniei.