1 godzinę temu ✶
Z tym miejscem nie łączyło go żadne dobre wspomnienie. Odkąd wydostał się spomiędzy cholernych krzewów, zdążył usłyszeć „ah, a pamiętasz, jak byliśmy w szkole i tutaj…” jakieś pięć razy i każdy z nich podrapał go po duszy w ten nieprzyjemny, irytujący sposób. Hogsmeade dobitnie przypominało mu, kim był i w jakich warunkach przyszło mu nabrać kształtu jako człowiek.
No ale biznesy to biznesy, tak? Poczochrał sobie ręką tę burzę czarnych błyszczących loków i lekko przygarbiony wszedł do kolejnego z lokali usługowych z jego przydługiej listy.
– Yooo…? – Rozejrzał się po wnętrzu, czekając na kogokolwiek, kto zamierzał wynurzyć się z pomieszczenia, z którego dobiegał hałas. Niczego nie dotknął. Z rękoma splecionymi na wysokości klatki piersiowej, oglądał to, co tutejsi kowale postanowili wystawić na witrynie, ale nie było tutaj nic skierowanego do ludzi z jego wykształceniem. Ostoją cierpliwości może i nie był, ale też nie wzburzył się, jeśli musiał poczekać dłużej, niż wypadało. A kiedy się ktoś z nim przywitał, to przedstawił swoje oczekiwania możliwie krótko i jasno.
– Potrzebuję tych gwoździ, które wbija się w progi. Zakładam, że wiecie, jak je zrobić lepiej niż ja, ale też… – Sięgnął do kieszeni kurtki, tę ze wszytą wsiąkiewką – się chciałem zapytać, czy da się to ogarnąć. – Położył na blacie nóż z wyszczerbionym ostrzem. Jeden z wielu w jego kolekcji, ale nie lubił tracić żadnego.
Generalnie, może i z wyglądu robił wrażenie obszczymura, ale rozmawiało się z nim konkretnie. Ludzie, widząc typa obitego w tapicerkę jak fotel, zakładali zwykle, że mu te noże potrzebne były do kaletnictwa i nie zadawali zbędnych pytań. Jak je zadali, opowiadał zdawkowo: jestem artystą. I faktycznie palce miał pocięte wielokrotnie.
No ale biznesy to biznesy, tak? Poczochrał sobie ręką tę burzę czarnych błyszczących loków i lekko przygarbiony wszedł do kolejnego z lokali usługowych z jego przydługiej listy.
– Yooo…? – Rozejrzał się po wnętrzu, czekając na kogokolwiek, kto zamierzał wynurzyć się z pomieszczenia, z którego dobiegał hałas. Niczego nie dotknął. Z rękoma splecionymi na wysokości klatki piersiowej, oglądał to, co tutejsi kowale postanowili wystawić na witrynie, ale nie było tutaj nic skierowanego do ludzi z jego wykształceniem. Ostoją cierpliwości może i nie był, ale też nie wzburzył się, jeśli musiał poczekać dłużej, niż wypadało. A kiedy się ktoś z nim przywitał, to przedstawił swoje oczekiwania możliwie krótko i jasno.
– Potrzebuję tych gwoździ, które wbija się w progi. Zakładam, że wiecie, jak je zrobić lepiej niż ja, ale też… – Sięgnął do kieszeni kurtki, tę ze wszytą wsiąkiewką – się chciałem zapytać, czy da się to ogarnąć. – Położył na blacie nóż z wyszczerbionym ostrzem. Jeden z wielu w jego kolekcji, ale nie lubił tracić żadnego.
Generalnie, może i z wyglądu robił wrażenie obszczymura, ale rozmawiało się z nim konkretnie. Ludzie, widząc typa obitego w tapicerkę jak fotel, zakładali zwykle, że mu te noże potrzebne były do kaletnictwa i nie zadawali zbędnych pytań. Jak je zadali, opowiadał zdawkowo: jestem artystą. I faktycznie palce miał pocięte wielokrotnie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.