2 godzin(y) temu ✶
Samhain zbliżało się nieubłaganie wielkimi krokami, ponura, brytyjska jesień niepostrzeżenie wyślizgnęła się do domu razem z nami, chociaż przez kilka ostatnich dni próbowałem przekonywać sam siebie, że wystarczyło zamknąć drzwi na cztery spusty i nie wpuszczać jej do środka - oczywiście, zaprzeczanie rzeczywistości nie działało na naturalny bieg koła roku - liście przyklejały się do butów, wilgoć wpełzała pod kołnierz, na parapetach pojawiały się pierwsze ślady kondensacji, przez szczeliny w podłodze zawiewał zimny podmuch z piwnicy, więc kiedy Prue wyciągnęła z szafy pierwsze pudło z ozdobami na nadchodzący sabat, uznałem, że najwyraźniej przegraliśmy tę walkę jeszcze zanim się zaczęła.
Dopiero zaczynaliśmy, jednak po całym domu już walały się kartony, koszyki z suszonymi roślinami, rolki czarnego materiału, barwione świece z pszczelego wosku, drewniane figurki, dynie oraz całe mnóstwo innych drobiazgów, które miały wyglądać dekoracyjnie, a przy okazji również pełnić funkcję, o której żaden z naszych sąsiadów nie powinien mieć pojęcia. Mieszkaliśmy przecież w całkiem zwyczajnej mugolskiej okolicy - w miejscu, gdzie największą ekstrawagancją na przełomie października i listopada były plastikowe nietoperze przyklejone do okien - oczywiście, że naszym obywatelskim obowiązkiem było podnieść średnią, lecz może nie tak bardzo, aby ktokolwiek zaczął podejrzewać, iż nie mieliśmy tylko pierdolca na punkcie Halloween. Ludzie mieli tu przecież swoje idealnie przystrzyżone trawniki, samochody, świąteczne lampki wyciągane z garaży i tę specyficzną potrzebę patrzenia przez okno, kiedy u sąsiada działo się coś choćby odrobinę nietypowego. Z tego powodu nasze przygotowania musiały zachować pewną równowagę między ekscesem a wiarygodnością, chociaż patrząc na stos rzeczy przeznaczonych na zewnątrz, stojących już w holu, nie byłem pewien, czy którekolwiek z nas pamiętało jeszcze, gdzie dokładnie przebiegała ta granica. Chociaż… Skoro wcześniej mieszkał tu ktoś taki jak Ellie, być może nie było to wszystko znowu aż tak nietypowe dla lokalnej społeczności i miało nam to ujść płazem? Nie zamierzałem jednak tłumaczyć nikomu, dlaczego przy framudze drzwi wisiały kości oraz wiązka jarzębiny, skoro równie dobrze mogły być zwyczajną jesienną dekoracją - no, powiedzmy…
Przygotowany specjalnie na tę okazję wieniec leżał na podłodze pod wysokim sklepieniem holu - był ogromny, ciężki, zrobiony z gałęzi, suszonych liści, czerwonych jagód oraz kilku ochronnych dodatków, które dla mugolskiego oka pozostawały zwykłą ozdobą, lecz dla czarodziejów miały dużo większe znaczenie - właśnie na niego patrzyłem, kiedy doszedłem do wniosku, że zawieszenie go na mosiężnym kandelabrze będzie wyglądało po prostu świetnie. Mógłbym zrobić to zaklęciem, oczywiście, że mógłbym, zajęłoby mi to może trzy sekundy i nie wymagałoby żadnego włażenia na drabinę ani podejmowania decyzji, które z perspektywy rozsądnego człowieka były zwyczajnie głupie. Tyle że byliśmy w mugolskiej dzielnicy, a ja miałem wyjątkowo mocne przekonanie, że skoro już bawiliśmy się w udawanie normalnych ludzi, to mogłem przynajmniej raz zrobić coś faktycznie normalnie.
- Nie patsz tak na mnie. - Mruknąłem, przesuwając drabinę jeszcze o kawałeczek. - Mam plan. - Polegał głównie na tym, żeby nie spaść na marmurową posadzkę i nie zabić się na oczach własnej żony, chociaż byłoby to nad wyraz klimatyczne o tej porze roku, ale uważałem, że podobnymi szczegółami nie warto było jej teraz zawracać głowy, zamiast tego oparłem dłoń o stopień, uniosłem wieniec wyżej i zacząłem wchodzić na górę, podczas gdy nad moją głową żyrandol już teraz kołysał się niespokojnie.
Dopiero zaczynaliśmy, jednak po całym domu już walały się kartony, koszyki z suszonymi roślinami, rolki czarnego materiału, barwione świece z pszczelego wosku, drewniane figurki, dynie oraz całe mnóstwo innych drobiazgów, które miały wyglądać dekoracyjnie, a przy okazji również pełnić funkcję, o której żaden z naszych sąsiadów nie powinien mieć pojęcia. Mieszkaliśmy przecież w całkiem zwyczajnej mugolskiej okolicy - w miejscu, gdzie największą ekstrawagancją na przełomie października i listopada były plastikowe nietoperze przyklejone do okien - oczywiście, że naszym obywatelskim obowiązkiem było podnieść średnią, lecz może nie tak bardzo, aby ktokolwiek zaczął podejrzewać, iż nie mieliśmy tylko pierdolca na punkcie Halloween. Ludzie mieli tu przecież swoje idealnie przystrzyżone trawniki, samochody, świąteczne lampki wyciągane z garaży i tę specyficzną potrzebę patrzenia przez okno, kiedy u sąsiada działo się coś choćby odrobinę nietypowego. Z tego powodu nasze przygotowania musiały zachować pewną równowagę między ekscesem a wiarygodnością, chociaż patrząc na stos rzeczy przeznaczonych na zewnątrz, stojących już w holu, nie byłem pewien, czy którekolwiek z nas pamiętało jeszcze, gdzie dokładnie przebiegała ta granica. Chociaż… Skoro wcześniej mieszkał tu ktoś taki jak Ellie, być może nie było to wszystko znowu aż tak nietypowe dla lokalnej społeczności i miało nam to ujść płazem? Nie zamierzałem jednak tłumaczyć nikomu, dlaczego przy framudze drzwi wisiały kości oraz wiązka jarzębiny, skoro równie dobrze mogły być zwyczajną jesienną dekoracją - no, powiedzmy…
Przygotowany specjalnie na tę okazję wieniec leżał na podłodze pod wysokim sklepieniem holu - był ogromny, ciężki, zrobiony z gałęzi, suszonych liści, czerwonych jagód oraz kilku ochronnych dodatków, które dla mugolskiego oka pozostawały zwykłą ozdobą, lecz dla czarodziejów miały dużo większe znaczenie - właśnie na niego patrzyłem, kiedy doszedłem do wniosku, że zawieszenie go na mosiężnym kandelabrze będzie wyglądało po prostu świetnie. Mógłbym zrobić to zaklęciem, oczywiście, że mógłbym, zajęłoby mi to może trzy sekundy i nie wymagałoby żadnego włażenia na drabinę ani podejmowania decyzji, które z perspektywy rozsądnego człowieka były zwyczajnie głupie. Tyle że byliśmy w mugolskiej dzielnicy, a ja miałem wyjątkowo mocne przekonanie, że skoro już bawiliśmy się w udawanie normalnych ludzi, to mogłem przynajmniej raz zrobić coś faktycznie normalnie.
- Nie patsz tak na mnie. - Mruknąłem, przesuwając drabinę jeszcze o kawałeczek. - Mam plan. - Polegał głównie na tym, żeby nie spaść na marmurową posadzkę i nie zabić się na oczach własnej żony, chociaż byłoby to nad wyraz klimatyczne o tej porze roku, ale uważałem, że podobnymi szczegółami nie warto było jej teraz zawracać głowy, zamiast tego oparłem dłoń o stopień, uniosłem wieniec wyżej i zacząłem wchodzić na górę, podczas gdy nad moją głową żyrandol już teraz kołysał się niespokojnie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)