• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[28/10/1972] There’s something rather odd about the new neighbours | Benjy, Prue

[28/10/1972] There’s something rather odd about the new neighbours | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
Wczoraj, 17:06  ✶  
Samhain zbliżało się nieubłaganie wielkimi krokami, ponura, brytyjska jesień niepostrzeżenie wyślizgnęła się do domu razem z nami, chociaż przez kilka ostatnich dni próbowałem przekonywać sam siebie, że wystarczyło zamknąć drzwi na cztery spusty i nie wpuszczać jej do środka - oczywiście, zaprzeczanie rzeczywistości nie działało na naturalny bieg koła roku - liście przyklejały się do butów, wilgoć wpełzała pod kołnierz, na parapetach pojawiały się pierwsze ślady kondensacji, przez szczeliny w podłodze zawiewał zimny podmuch z piwnicy, więc kiedy Prue wyciągnęła z szafy pierwsze pudło z ozdobami na nadchodzący sabat, uznałem, że najwyraźniej przegraliśmy tę walkę jeszcze zanim się zaczęła.
Dopiero zaczynaliśmy, jednak po całym domu już walały się kartony, koszyki z suszonymi roślinami, rolki czarnego materiału, barwione świece z pszczelego wosku, drewniane figurki, dynie oraz całe mnóstwo innych drobiazgów, które miały wyglądać dekoracyjnie, a przy okazji również pełnić funkcję, o której żaden z naszych sąsiadów nie powinien mieć pojęcia. Mieszkaliśmy przecież w całkiem zwyczajnej mugolskiej okolicy - w miejscu, gdzie największą ekstrawagancją na przełomie października i listopada były plastikowe nietoperze przyklejone do okien - oczywiście, że naszym obywatelskim obowiązkiem było podnieść średnią, lecz może nie tak bardzo, aby ktokolwiek zaczął podejrzewać, iż nie mieliśmy tylko pierdolca na punkcie Halloween. Ludzie mieli tu przecież swoje idealnie przystrzyżone trawniki, samochody, świąteczne lampki wyciągane z garaży i tę specyficzną potrzebę patrzenia przez okno, kiedy u sąsiada działo się coś choćby odrobinę nietypowego. Z tego powodu nasze przygotowania musiały zachować pewną równowagę między ekscesem a wiarygodnością, chociaż patrząc na stos rzeczy przeznaczonych na zewnątrz, stojących już w holu, nie byłem pewien, czy którekolwiek z nas pamiętało jeszcze, gdzie dokładnie przebiegała ta granica. Chociaż… Skoro wcześniej mieszkał tu ktoś taki jak Ellie, być może nie było to wszystko znowu aż tak nietypowe dla lokalnej społeczności i miało nam to ujść płazem? Nie zamierzałem jednak tłumaczyć nikomu, dlaczego przy framudze drzwi wisiały kości oraz wiązka jarzębiny, skoro równie dobrze mogły być zwyczajną jesienną dekoracją - no, powiedzmy…
Przygotowany specjalnie na tę okazję wieniec leżał na podłodze pod wysokim sklepieniem holu - był ogromny, ciężki, zrobiony z gałęzi, suszonych liści, czerwonych jagód oraz kilku ochronnych dodatków, które dla mugolskiego oka pozostawały zwykłą ozdobą, lecz dla czarodziejów miały dużo większe znaczenie - właśnie na niego patrzyłem, kiedy doszedłem do wniosku, że zawieszenie go na mosiężnym kandelabrze będzie wyglądało po prostu świetnie. Mógłbym zrobić to zaklęciem, oczywiście, że mógłbym, zajęłoby mi to może trzy sekundy i nie wymagałoby żadnego włażenia na drabinę ani podejmowania decyzji, które z perspektywy rozsądnego człowieka były zwyczajnie głupie. Tyle że byliśmy w mugolskiej dzielnicy, a ja miałem wyjątkowo mocne przekonanie, że skoro już bawiliśmy się w udawanie normalnych ludzi, to mogłem przynajmniej raz zrobić coś faktycznie normalnie.
- Nie patsz tak na mnie. - Mruknąłem, przesuwając drabinę jeszcze o kawałeczek. - Mam plan. - Polegał głównie na tym, żeby nie spaść na marmurową posadzkę i nie zabić się na oczach własnej żony, chociaż byłoby to nad wyraz klimatyczne o tej porze roku, ale uważałem, że podobnymi szczegółami nie warto było jej teraz zawracać głowy, zamiast tego oparłem dłoń o stopień, uniosłem wieniec wyżej i zacząłem wchodzić na górę, podczas gdy nad moją głową żyrandol już teraz kołysał się niespokojnie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
Wczoraj, 20:15  ✶  

Choćby nie wiadomo jak to odwlekali, to ten moment musiał nadejść. Jesień na dobre rozgościła się w Wielkiej Brytanii, a zbliżające się Samhain to potwierdzało. Spora część jesieni już za nimi, teraz miała rozpocząć się zresztą ta mniej przyjemna, ciemniejsza, chłodniejsza nie zachęcająca do wychodzenia z domu.

Jako, że do sabatu zostało ledwie kilka dni, to wypadało zadbać o odpowiednią atmosferę. Prudence należała do osób, które lubiły dzień święty święcić, przez lata zbierała najróżniejsze drobiazgi dzięki którym dom miał zostać odpowiednio przystrojony, a co najważniejsze miała też dostęp do skarbów babci, a to oznaczało, że to miejsce miało naprawdę wyglądać odpowiednio.

Kartony walały się po całym domu, nie do końca wiedziała, w których się co znajduje, więc zaglądała do każdego po kolei, by mieć pewność, że nie zgubią czegoś istotnego. Klimat był ważny, nie obchodziło jej to, że był to tylko jeden dzień świętowania, ich dom miał i wewnątrz i na zewnątrz wyglądać dobrze.

Prue nie miała wątpliwości co do tego, że jej babcia przyzwyczaiła sąsiadów do tego, że co roku bardzo dokładnie przystrajała swój dom, tyle, że ona miała jeszcze większe ambicje, chciała, aby mugole zobaczyli coś, czego jeszcze nigdy nie widzieli, a konkurowanie z Ellie było naprawdę ambitne, co zupełnie jej nie demotywowało, wręcz przeciwnie - zachęcało do działania.

Trzymała w rękach dynię, to znaczy lampion, który przygotował dla niej jej bliźniak. Faktycznie doceniła ten szczerbaty uśmiech, który wydrążył jej brat, wyglądała naprawdę nieźle. Zamierzała ustawić go przed drzwiami ich domu, już miała tam iść, gdy minęła swojego męża, który zachowywał się dziwnie. Przesuwał drabinę, co by oznaczało, że zamierzał na nią wejść i coś gdzieś przymocować. Rozglądała się po pomieszczeniu, jej uwagę przykuł wieniec, spojrzała na niego, później na Benjy'ego i połączyła kropki. Nie powinno jej martwić to, że postanowił ignorować istnienie magii i zawiesić to własnymi rękoma, przecież był bardzo sprawny fizycznie, zdecydowanie nie powinno jej to martwić. Tyle, że mimo wszystko przystanęła i obserwowała, jak przygotował się do tej całej czynności.

- Zapewne bardzo sprytny plan? - Nie zapytała jak ma na niego nie patrzeć, bo doskonale wiedziała, o co mu chodzi i do czego zmierza. Naprawdę wierzyła w jego umiejętności, jednak, czy faktycznie mogła ufać tej drabinie? Przyglądała się jej bardzo uważnie, szukając skazy w tym diabelskim przedmiocie.

- Jesteś pewien, że Cię utrzyma? - Musiała zadać to pytanie, co istotne nie sądziła, że mógł być tego pewien, bo ten przedmiot miał już swoje lata.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
Wczoraj, 21:12  ✶  
Jesień rzeczywiście rozgościła się w Wielkiej Brytanii na dobre, co było szczególnie widoczne rano, kiedy szyby pokrywała wilgoć, trawa w ogrodzie pozostawała mokra przez większą część dnia i samemu zaczynało się szczególnie doceniać fakt, że wymyślono kominki, grube swetry i inne jesieniarskie wynalazki. Prue podchodziła do takich rzeczy, jak aspekty wizualne, znacznie poważniej ode mnie, chociaż musiałem przyznać, że z czasem jej entuzjazm zaczął mi się udzielać - do Samhain zostało zresztą ledwie kilka dni, więc nadszedł ten moment, w którym nawet ja musiałem przyznać, że wypadałoby coś z tym zrobić, zwłaszcza że przygotowywane przez nas ozdoby nie ograniczały się wyłącznie do tych wszystkich pierdołek i ozdóbek, które miały dobrze wyglądać - owszem, to też było istotne, szczególnie dla mojej żony, która miała teraz zdecydowanie większą wersję swojego przytulnego mieszkanka do zaaranżowania wraz z upływem czasu - część z nich miała za zadanie rzeczywiście wnosić trochę wizualnej radości, część miała wyglądać niepokojąco zajebiście, jednak znaczną część miała również zabezpieczać nasze włości, podczas gdy my będziemy udawali przed mugolami, że jarzębina nad drzwiami, odpowiednio związane gałązki głogu, ekscesywna ilość świec, kości zwierząt, czarnych akcentów i symboli poukrywanych między dyniami były wyłącznie kwestią gustu.
Przepastne kartony od dłuższej chwili walały się już praktycznie po całym domu, chociaż zaczęło się skromnie i pamiętałem samodzielne wynoszenie wyłącznie części z nich, z czego kilka kojarzyłem po tym, że kiedyś coś z nich już wyciągałem, tak w ramach całorocznych ozdób naszego nowego lokum. Parę sprawiało za to wrażenie nowych i podejrzanie ciężkich, najpewniej przemyconych przy użyciu magii, nie moich mięśni, jeszcze inne wyglądały jednak tak, jakby zostały odziedziczone po kimś, kto przez ostatnie sto lat kolekcjonował wszystko, co mogło przydać się do urządzenia domu na zbliżające się święto. Do tego dochodziły rzeczy od babci Bletchley, przy czym z doświadczenia wiedziałem już, że określenie „skarb Ellie” mogło oznaczać zarówno śliczną starą ozdobę, jak i przedmiot, którego lepiej było nie dotykać bez rękawic, więc spoglądałem na nie z niejaką rezerwą.
Prue zamierzała ewidentnie wynieść świeży lampion przed drzwi, co uznałem za znak, że ja miałem się zająć głównie wnętrzem, ale zatrzymała się dokładnie wtedy, kiedy przesuwałem drabinę pod żyrandol - dynia, którą trzymała, miała wyjątkowo udany szczerbaty uśmiech, musiałem przyznać, że Elias odwalił przy tym kawał dobrej roboty, bo chociaż sam umiałem bardzo dobrze operować ostrzami różnego typu, jednocześnie pewnie nie potrafiłbym wydrążyć podobnego pyska bez przypadkowego przebicia sobie dłoni, więc wolałem zachować należny respekt dla cudzych talentów - wiedziałem od razu, że zobaczyła to, co zamierzałem zrobić z tym wieńcem, nawet zanim jeszcze się do niej odezwałem. Wiedziałem też, że zaraz miało zacząć się to charakterystyczne śledzenie przez nią otoczenia wzrokiem, a potem wbicie spojrzenia w jeden konkretny punkt, które zwykle oznaczało, że w jej głowie właśnie odbywała się bardzo szczegółowa analiza wszystkich możliwych sposobów, w jakie mogłem zrobić sobie krzywdę. Cóż - było ich aż nadto, szczególnie że dom nie należał do najmłodszych i Ellie trochę zaniedbała kwestie techniczne związane z jego utrzymaniem - nie zamierzałem ułatwiać jej tego zadania ani wycofywać się niczym tchórz tylko przez to, iż powątpiewała w powodzenie mojego przedsięwzięcia. Drabina stała już na miejscu, odpowiednio wycyrklowałem ustawienie się względem żyrandola, miałem wizję i plan, więc spojrzałem na nią z góry, chociaż jeszcze nawet nie wszedłem na pierwszy szczebel, po czym uśmiechnąłem się pod nosem.
- Genialny. Powiedziałbym nawet, sze doplasowany w kaszdym szczególe, ale nie chcę zapeszaś. - Odparłem, opierając jedną dłoń na szczeblu, chociaż Prudence nie wyglądała na ani trochę przekonaną. - To tylko wieniec. - Dodałem, zanim zdążyła powiedzieć coś jeszcze. - Nie zamieszam naplawiaś dachu. - Zapewniłem, jednocześnie odrobinę marszcząc brwi, bo może jednak musieliśmy to zrobić przed nadchodzącą zimą. - Chwilowo… - Technicznie rzecz ujmując, nie było to zupełnie kłamstwo. Wtedy padło drugie pytanie.
Prawda była taka, że sam przez chwilę zastanawiałem się, ile lat mogła mieć ta przeklęta konstrukcja i czy którykolwiek z jej szczebli pamiętał jeszcze czasy, kiedy ludzie używali go z pełnym przekonaniem o własnym bezpieczeństwie.
- Absolutnie. - Stwierdziłem, mimo to, nawet nie poruszywszy powieką, chwyciłem wieniec i zacząłem wchodzić wyżej, bardzo powoli, bo nawet największy bohater w swoim domu mógł czasem uważać, by nie pierdolnąć na podłogę ani w żyrandol.

gigant (I) zawada - jest wysoki i ciężki

1. czy drabina się zarwie?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak

1a. af ◉◉◉◉○ - czy uda mu się spaść na nogi, jeśli tak?
Rzut PO 1d100 - 11
Akcja nieudana


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
Wczoraj, 21:30  ✶  

Plan na dzisiaj był całkiem prosty. Mieli przejrzeć zawartość wszystkich kartonów, zacząć dekorować mieszkanie i dom na zewnątrz, wybrać to, co im się podobało, a resztę schować. Nie brzmiało to szczególnie skomplikowanie, chociaż nie miała wątpliwości co do tego, że powinni być ostrożni, zwłaszcza przeglądając bibeloty Ellie, jej babcia miała bardzo specyficzny gust i mogli trafić dosłownie na wszystko.

Prudence odziedziczyła tę drobną cechę jaką było zbieractwo po babci. Też lubiła kolekcjonować magiczne ozdoby, niektóre straszne, inne mniej, jedne pełne magii inne raczej po prostu zachwycające wizualnie. Nie było w tym wszystkim żadnej metody. Miała wrażenie, że nawet Benjy zaczął czerpać radość z tych przygotowań. Ich pierwsze, wspólne Samhain - nie mogło to wyglądać lepiej.

Widziała, że coś kombinuje, kiedy zobaczyła go z tą drabiną w rękach. Spowodowało to, że postanowiła na moment się zatrzymać, chociaż zmierzała w kierunku ganku, aby ustawić tam lampion wykonany przez jej brata. Eliasz naprawdę się postarał, stworzył dla niej wyjątkowo ładną dynię. Nie bez powodu zawsze ją wyręczał w tych manualnych robótkach - miał prawdziwy talent, w przeciwieństwie do niej. Ona zupełnie nie posiadała takich umiejętności, ale wracając… jej mąż zamierzał najwyraźniej coś gdzieś powiesić, nie mogła sobie odmówić obserwowania go podczas tej czynności.

- Jesteś bardzo pewny siebie, ale skoro tak mówisz, to nie wątpię w to, że plan jest genialny. - Na pewno potrafił ocenić swoje umiejętności. Był przecież taki rozsądny… mimo wszystko postanowiła jednak zostać tutaj jeszcze przez chwilę, potowarzyszyć mu podczas tej wspinaczki po drabinie. Oczywiście zamierzała to robić z odpowiedniego dystansu.

- Oczywiście, to tylko wieniec, żadna fizyka kwantowa. - Wieniec był tylko wieńcem, jednak nie do końca wierzyła drabinie, z której pomocy postanowił skorzystać. Nie miała pojęcia ile właściwie miała lat i kiedy ktoś ostatnio z niej korzystał, być może był to jeszcze jej dziadek? Nie, na pewno nie, to mogłoby bardzo źle wróżyć.

- Masz w planach renowacje dachu? Własnoręcznie? Jak mniemam zdarzyło Ci się już ro robić? - Skoro zamierzał zająć się remontem dachu, to wskazywałoby, że miał w tym jakieś doświadczenie, prawda? Niekoniecznie, w jego przypadku to wcale nie było takie oczywiste, chociaż jeśli już się na coś uparł to na pewno zamierzał to zrobić. Nie sądziła jednak, aby był to świetny pomysł, nie chciałaby zeskrobywać jego ciała z chodnika. Nie był to jednak ich dzisiejszy problem.

- Skoro absolutnie, to musi pójść gładko. - Miał do tej drabiny naprawdę dużo zaufania, nie miała pojęcia z czego ono wynikało.

Zaczął się wspinać, to znaczy wchodzić schodek po schodku z tym wieńcem w rękach. Prudence zrobiła krok do przodu, aby znaleźć się nieco bliżej, po co? Przecież i tak nie byłaby w stanie go złapać, gdyby coś poszło nie tak. Uważnie przyglądała się mężczyźnie, nie spuszczała wzroku nawet na sekundę. Właśnie przez to chyba zorientowała się co się wydarzy jeszcze przed nim, zauważyła pękający stopień, zdążyła jednak wyłącznie otworzyć usta… nim wydobył się z nich jakikolwiek dźwięk jej mąż wraz z drabiną znalazł się na ziemi. Jebnął, ale jak jebnął, miała wrażenie, że podłoga zadrżała.

Nie wylądował zgrabnie, nie wylądował na nogach, zdecydowanie coś nie poszło po jej myśli. Zrobiła kolejny krok w przód, musiała sprawdzić, czy miał wszystkie zęby, być może naprawdę powinna zmienić swoją specjalizację i zająć się wstawianiem zębów? - Żyjesz? - Było to chyba istotne pytanie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
Wczoraj, 23:14  ✶  
Właściwie już wtedy powinienem był zrozumieć, że jeżeli Pruey zaczynała mówić do mnie takim tonem, to prawdopodobnie nie podzielała mojego przekonania o powodzeniu całego przedsięwzięcia, tylko postanowiła dać mi możliwość samodzielnego przekonania się, że „genialność” mojego planu była pojęciem względnym - nie przeszkadzało mi to jednak szczególnie, bo nasze pierwsze wspólne Samhain naprawdę zaczynało nabierać kształtów, mogliśmy podchodzić do niego w dokładnie taki sposób, w jaki tylko nam się to uwidziało, więc nawet mnie, osobę o bardzo praktycznym podejściu do szpargałów, bawiło to całe zamieszanie, chociaż nigdy nie przyznałbym, że przez ostatnie pół godziny sam przestawiałem ozdoby trzy razy, żeby znaleźć dla nich odpowiednie miejsce. Prue mogła więc mieć rację, że dobrze się przy tym bawiłem, ale zamierzałem zachować resztki godności i nie komentować tego faktu - w moim odczuciu zawsze można było udawać, że chodziło o względy praktyczne, a nie o to, że zacząłem mieć własne zdanie na temat tego, gdzie powinny wisieć gałęzie ostrokrzewu, szczególnie jeżeli między nimi ukrywaliśmy zabezpieczenia wyryte w postaci run na kości, więc dokładnie tak postępowałem.
Parsknąłem cicho pod nosem, kiedy wspomniała o fizyce kwantowej. Wieniec, żyrandol, drabina, człowiek - cztery elementy, które mężczyzna o przeciętnych zdolnościach manualnych i raczej niezbyt atletycznej sylwetce powinien był być w stanie połączyć bez większych strat w otoczeniu - brzmiało to rozsądnie, szczególnie jeśli pominąć fakt, że miałem być to ja, a nie tak dawno zdążyliśmy podyskutować co nieco o mojej wadze i posturze, no i to była jednak stara drabina…
„Stara, ale jara, prawda.”
„Prawda?”

Na pytanie o dach odwróciłem głowę tylko na tyle, żeby spojrzeć na żonę.
- Oczywiście, sze lobiłem. - Zrobiłem krótką pauzę. - Las… Plawie… Powiedzmy. - Nie zamierzałem rozwijać tej historii, ponieważ była to jedna z tych opowieści, które zyskiwały przy każdym kolejnym przemilczeniu, poza tym miałem teraz ważniejsze zadanie, a mianowicie udowodnienie własnej drugiej połowie, że nawet ktoś o moich gabarytach mógł bez użycia magii zawiesić kawałek roślinności na żyrandolu i nie skończyć przy tym w szpitalu - skoro w moim odbiorze wszystko było absolutnie przekalkulowane, to rzeczywiście powinno pójść gładko, więc tylko uniosłem kącik ust.
- Mówiłem… - To było całkiem rozsądne stwierdzenie, dopóki drabina nie skrzypnęła po raz pierwszy. Zignorowałem ten dźwięk, bo ignorowanie ostrzeżeń należało do tych umiejętności, które opanowałem jeszcze zanim nauczyłem się właściwie oceniać konsekwencje, czyli w sumie niedawno, jeśli nie tak naprawdę wcale. Przez chwilę rzeczywiście uwierzyłem, że miałem nad sytuacją pełną kontrolę, co samo w sobie powinno było być dla mnie sygnałem ostrzegawczym, bo ilekroć zaczynałem być zbyt pewny własnych możliwości, świat zwykle znajdował sposób, żeby bardzo szybko sprowadzić mnie na ziemię. Tym razem zrobił to nawet bardzo dosłownie…
Drabina skrzypiała przy każdym ruchu, ale uznałem, że było to zwyczajne skrzypienie starej drabiny, nie zapowiedź rychłej katastrofy, bo ktoś wykonujący mój zawód nie mógł przecież interpretować każdego dźwięku jako ostrzeżenia przed śmiercią, inaczej wylądowałby w Lecznicy Dusz już po tygodniu od podjęcia ścieżki kariery klątwołamacza. W pewnym momencie poprawiłem chwyt na wieńcu i uniosłem go wyżej, próbując ocenić, gdzie najlepiej zahaczyć jego mocowanie… Wtedy usłyszałem trzask - nie zdążyłem nawet pomyśleć, że ten dźwięk zdecydowanie nie należał do wspomnianej kategorii „zwyczajnych odgłosów starej drabiny”, ponieważ stopień pod moją nogą zwyczajnie puścił - wszystko wydarzyło się tak szybko, że jedyne, co zdążyłem zrobić, to wypuścić wieniec i spróbować złapać się czegoś, co przez całe życie uważałem za rzecz przeznaczoną do pomagania ludziom we wspinaniu się na wyżyny możliwości, nie do sprowadzania ich na dół. No, kurwa, nie tym razem - drabina przechyliła się wraz ze mną, zahaczyłem ramieniem o bok, potem ciężar całego mojego ciała poszedł w dół - jebnąłem o podłogę z takim impetem, że przez pierwszą sekundę byłem niemal pewien, że oprócz kilku kości uszkodziłem również fundamenty domu. Zaległem na plecach, patrząc w sufit, z płucami pozbawionymi całego powietrza i z poczuciem, że właśnie zostałem bardzo, ale to bardzo anegdotycznie ukarany za próbę zaimponowania komuś, kto „znowu miał rację”, gdzieś obok mnie z kolejnym głuchym łupnięciem upadło narzędzie mej zguby, natomiast sam wieniec potoczył się po podłodze, zatrzymując się dokładnie tam, gdzie Prue mogła go zobaczyć, zapewne utraciwszy co najmniej część swojej ochronnej użyteczności.
„Żyjesz?” - wciągnąłem powietrze, co okazało się zaskakująco trudnym przedsięwzięciem, po czym uniosłem jedną rękę w geście, który miał oznaczać, że sytuacja pozostawała pod kontrolą - spróbowałem poruszyć nogami, działały, palce u rąk też, zęby, sądząc po tym, że język nie znalazł w ustach żadnej nowej dziury, również pozostawały na miejscu, więc nie musiała szukać woreczka…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
1 godzinę temu ✶  

Ona po prostu podchodziła do tego odrobinę sceptycznie, chciałaby ufać tej nieszczęsnej drabinie tak bardzo jak on, jednak niekoniecznie była w stanie. Nie zamierzała jednak niczego mu sugerować, skoro sam wybrał odpowiednie miejsce, przygotował się do tego odpowiednio to nie było sensu. aby się ograniczał. Upewniła się tylko, czy faktycznie wydaje mu się, iż ta drabina wytrzyma jego ciężar, skoro mówił, że tak, skoro się uparł, to nie było sensu go od tego odwodzić. Niech próbuje. W razie komplikacji jednak postanowiła zostać na miejscu. Istniała bowiem i opcja, że będzie musiała zbierać jego zęby, chociaż naprawdę nie chciała nastawiać się negatywnie, to jak zawsze rozważała wszystkie możliwości.

- To rzeczywiście, skoro prawie raz robiłeś wychodzi na to, że jesteś specjalistą do spraw remontu dachów, zdecydowanie to właśnie Tobie powinniśmy powierzyć tę sprawę. - Pokręciła jeszcze głową. No jasne, był do tego idealnym kandydatem. Mniejsza o to, że oczami wyobraźni już widziała, jak spada z jakiejś 10 razy większej wersji tej drabiny która znajdowała się aktualnie w ich salonie. Doskonały pomysł, idealny na to, aby przypadkiem się przy tym zabić, no ewentualnie połamać. Miała jednak świadomość, że jak się na coś uprze to raczej trudno będzie namówić go do zmiany zdania, powinna więc wziąć wtedy wolne i czekać w pogotowiu, gdyby faktycznie skończyło się to tak, jak zakładała.

Tak, mówił, a jakże mogło być inaczej, mówił, że drabina utrzyma jego ciężar, i gdy tylko powiedział to w głos wszystko się sypnęło. Znowu rzeczywistość pokazała im, że raczej nie warto jest chwalić dzień przed zachodem słońca.

Stało się to, czego zdecydowanie nie chciała, ale spodziewała się tego, że może się wydarzyć. Wyszło na jej, chociaż nie czerpała z tego żadnej satysfakcji. Nie podobało jej się, że jebnął na podłogę, nawet jeśli udowadniało to, że miała rację co do tej nieszczęsnej drabiny, nie chciała przecież aby stała mu się krzywda.

Benjy jebnął, drabina jebła gdzieś obok niego, a wieniec potoczył się po podłodze, przeniosła na chwilę swój wzrok na sprawcę całego zamieszania, nie wydawał się być mocno poturbowany - wieniec, bo to, jak sprawa wyglądała z jej mężem miała zaraz dokładnie sprawdzić. Zbliżała się do niego powoli, w rękach ciągle trzymała dynię wyrzeźbioną przez jej bliźniaka.

Benjy się ruszał, to był bardzo dobry znak, musiał być w jednym kawałku, nie powinno mu się stać nic poważnego. Musiała sprawdzić oczywiście stan jego uzębienia… ale to za chwilę. Przystanęła tuż obok leżącego na podłodze mężczyzny, wpatrywała się w niego bardzo długo, dokładnie taksowała go wzrokiem, żeby sprawdzić, czy faktycznie się zbytnio nie uszkodził. Kiedy to sprawdziła i wiedziała już, że nie było tak źle pozwoliła sobie na ten jeden, bardzo krótki komentarz. - A nie mówiłam? - Znała odpowiedź na to pytanie, należało do tych retorycznych, ale i tak postanowiła o to spytać.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (1975), Prudence Fenwick (1403)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa