• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 10 Dalej »
[Spalona Noc] Everything In Its Right Place

[Spalona Noc] Everything In Its Right Place
cythryblus
Angel pen ffordd, diawl pen tân
wiek
35
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
uzdrowiciel
Ma bladą, niepokochaną przez słońce, za to gęsto obsypaną piegami, cerę. Oczy jasne, zielonoszare, osadzone głęboko pod ciężkim łukiem brwiowym, przez co nawet neutralne spojrzenie wygląda na foch i pretensję. Miękczą je jedynie rzęsy, gęste i dłuższe niż wypadałoby chłopu tej postury. Nos długi, ze śladem po dawnym złamaniu, którego nikt mu porządnie nie nastawił. Zarost zazwyczaj nosi krótki i nierówny, goli się na specjalne okazje. Włosy sięgają obojczyków, falują nieprzewidywalnie i wiecznie wchodzą w twarz; związuje je do pracy i w pogodę, która ciska w usta więcej niż dziesięć przekleństw na minutę. Jest szeroki w barach i mierzy ponad sześć stóp wzrostu. Buciory, których nie zdejmuje właściwie nigdy, dokładają mu nie tylko parę cali, ale i za dużo hałasu, bo słychać go w korytarzu na długo, zanim się pojawi. Chodzi ciężko i pewnie, z lekkim przechyłem na prawą stronę, pamiątką po czymś, o czym nie opowiada.

Gareth Rowle
#1
7 godzin(y) temu ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 7 godzin(y) temu przez Gareth Rowle.)  

Początek Spalonej Nocy


W tej przeklętej piwnicy powietrze było nie dosyć że stęchłe i przechodzone tyloma obcymi płucami, że zdążyło skwaśnieć jak mleko ukiszone w cieple, to jeszcze krążyło w kółko między czterema spoconymi ścianami, bez dostępu do żadnego okna. Fajkowy dym, męski pot, ziejące niedomytymi, gnijącymi zębami oddechy, a pod tym wszystkim słodkawa nuta czegoś, co zdechło pod podłogą jeszcze latem, ale nikomu nie chciało się dostatecznie długo szukać, aby znaleźć i pogrzebać. Ludzie, którzy w takich miejscach dobrowolnie przesiadywali, nie zasługiwali w życiu na nic lepszego. A Rowle siedział z nimi już trzecią godzinę.
Gary trzymał właśnie dwie damy i nic poza tym. Nad wkurwieniem panował umiarkowanie i sam już nie wiedział czy stoicyzm go bardziej zdradzał czy wydawał. Przekładał sobie tę swoją damę do damy, zauważając że na początku otworzyli świeżą talię, teraz zaś karty lepiły się do palców jak łuska do noża, tak jakby wilgoć i cudzy pot wrastały tu we wszystko i równie dobrze w kartach mogła być ślina, albo wczorajszy podwieczorek właściciela.

Jeden fagas beknął na głos, co skłoniło Garego do kontemplacji nad kolejnym trunkiem. Szklanka stała przy nim pusta już od dziesięciu minut. Pili przy tej zabójczej rozgrywce coś, co gospodarz oraz lewa etykieta, miały czelność nazywać ognistą, a co smakowało jak przegotowany torf, w którym moczono od dawna stare gwoździe. Schodziło przełykiem chropowatą, ciepłą strugą, zostawiając za sobą zarówno metaliczny posmak rdzy jak i woń utraty kolejnego punktu honoru, którego z jakiegoś powodu, wciąż się strzegł, mimo warunków, w których wyznaczył sobie wieczorne rozrywki. Przy stole siedziało bowiem trzech nieciekawych typów, których prawdziwych nazwisk nie chciał znać ani pamiętać, był też czwarty, wyjątkowo gruby i obleśny, nawet jak na starego kucharza. A każdy gruby i na dodatek stary, miał jeden spory problem — kiepskie pole widzenia.
Jego pozłacany zegarek leżał szczęśliwie w kieszeni Garetha od godziny. Ale Garethowi, ani Grubasowi szczęścia najwidoczniej nie przyniósł, bo obaj wciąż przegrywali od samego początku spotkania. Cóż, przynajmniej jeden z nich wyjdzie z tej nory z czymś na własność.

Nagle na schodach zadudniło, ktoś leciał po stopniach po dwa, potknął się na ostatnim i wpadł do środka razem z drzwiami, które huknęły o kamień.
— Pali się! — Chwycił framugę, żeby nie runąć, gardło miał zdarte do krwi. — Londyn się pali!
Cała czwórka siedziała dalej, z rękami na kartach jak tresowane harty, którym nikt nie pozwolił wstać od miski. Gareth dopiero wtedy usłyszał, jak z góry leci fertyczny tupot i zbite szkło. Krew zaczęła mu walić w podniebienie, wysoko, tuż pod zębami, i nie był to ten rodzaj bicia, który człowiek próbowałby zbyć. Zaufał elektrycznemu impulsowi.
Jedno mrugnięcie, jeden półoddech, a ręka, wprawna i zwinna wnet zgarnęła pulę, różdżka zaś zmiotła resztki resztek, które manewr strącił na podłogę. Wszystko, zwłaszcza cudze monety, które jeszcze nie były jego i nigdy nie byłyby jego.
Rowle wypruł na zewnątrz.
Niebo nad Londynem nie płonęło, jątrzyło się niczym dojrzewająca od kilku dni, paskudna, ropiejąca rana.
Brzuch chmur nabrzmiał od spodu ceglastym światłem, baniastym, tłustawym niczym kurze żółtko, i pulsował leniwie, niemalże sennie, jak coś, co po sowitym posiłku właśnie zaczęło trawić.
Dym nie szedł do góry słupem, tylko rozlewał się bokiem, szerokim, brunatnym językiem, zachłannie wylizując szarawe dachy do czysta. Kominy stały w nim cienkie jak sterczące z gardła ości. Wyżej, tam gdzie powinny być gwiazdy i ich konstelacje, wisiała zielona łuna — chłodna oraz jadowita, wstawiona w to całe pomarańczowe ciepło jak witrażowe szkiełko w asymetrycznej ramie. Popiół prószył z góry niespiesznie, osiadając mu na barkach, w rudych, krótko przystrzyżonych włosach i na wargach. Smakował jak coś, czego ludzki język posmakować nigdy nie powinien. Garemu to jakoś nie przeszkadzało.
Ulica była pełna ludzi, którzy biegli, albo uciekali, nie był w stanie stwierdzić.
Czując na sobie oddech wypłoszonych i oskubanych frajerów, Gary ruszył w tłum.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Gareth Rowle (627)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa