• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[30.10.1972] nieprzespane noce | Benjy & Prue

[30.10.1972] nieprzespane noce | Benjy & Prue
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
16.09.2026, 23:20  ✶  

Ze snu wyrwało ją bardzo uciążliwe stukanie w okno. Ptak, który znajdował się na parapecie był okropnie natarczywy, podejrzewała, że nie była to zwyczajna sowa - te nie waliły dziobem w szybę w ten sposób. Miała wrażenie, że wystarczy jeszcze chwila, a rozwali to cholerne okno i wleci do środka, co za niewychowane ptaszysko. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza, udało jej się zdążyć zapaść w głęboki sen, przez co ta pobudka była bardzo nieprzyjemna. Chwilę zajęło jej otworzenie oczu, nie była bowiem gotowa na to, że będzie musiała to zrobić. Światło księżyca wdzierało się do sypialni, nie było jednak bardzo intensywne, dzięki czemu nie musiała przeżywać jeszcze nagłej jasności, to dopiero by ją zirytowało. Noc była rześka, w końcu jesień już od jakiegoś czasu zaznaczała swoją obecność. Pod palcami czuła ciepłe ciało swojego męża, wtuliła się w niego, gdy zasypiała. Na pewno też zdążył już się obudzić, zwłaszcza, że miał lżejszy sen od niej.

Odezwała się, gdy do jej uszu dotarł odgłos łopotania skrzydłami. - Jakiś pomysł kto może się dobijać do nas o tej porze? - Powiedziała nieco zachrypniętym głosem, nie była to godzina o której ktoś podejmował próby kontaktu, chyba, że był nawalony, albo miał coś pilnego do przekazania. Nie wydawało jej się, aby ktoś bez istotnego powodu postanowił ich obudzić.

Ptak ponownie uderzył w szybę, najwyraźniej się niecierpliwił. Średnio podobała jej się wizja wyjścia spod ciepłej pościeli. - Mam wrażenie, że jeśli zaraz go nie wpuścimy, to sam wleci tutaj z oknem. - Niby miała brata szklarza, ale ten nadal nie wygrzebał się jeszcze ze zleceń po Spalonej Nocy, zresztą rodzina tak, czy siak zawsze była na samym końcu listy… więc zdecydowanie wolałaby jednak ominąć tę część z wybitą szybą. - Mam wstać? - Zapytała, chociaż wolałaby tego nie robić jednak chciała, żeby Benjy miał przynajmniej pozorną możliwość wyboru. Pewnie byłaby niezadowolona, gdyby musiała dotykać teraz stopami zimnego parkietu, ale czego się nie robi dla swojego małżonka.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
17.09.2026, 01:33  ✶  
Obudziłem się właściwie chwilę przed tym, zanim Prue się odezwała, chociaż z początku nie byłem pewien, co właściwie wyrwało mnie ze snu o tej nieludzkiej porze, kiedy dom powinien był milczeć, ogród powinien był milczeć i wszyscy okoliczni ludzie powinni byli robić dokładnie to samo. Dzisiaj z pewnością nie była to bezsenność ani żaden z jej długofalowych efektów, czułem się bowiem aż nazbyt dobrze w tym błogim półśnie, w jaki zapadłem, obejmując żonę i mogąc pogrążyć się w marzeniach sennych. Przez pierwsze kilka sekund po przebudzeniu nie miałem pojęcia, co właściwie się działo, jedyną rzeczą, którą potrafiłem zarejestrować, było ciepło ciała Prudence emanujące gdzieś spod mojego ramienia i ten cholerny, regularny łomot dobiegający zza okna, który z każdym kolejnym uderzeniem coraz skuteczniej wyciągał mnie ze snu.
Przez chwilę leżałem z zamkniętymi oczami, słuchając łopotania skrzydeł i każdego kolejnego stuknięcia w szybę, zastanawiając się, czy istniała jakaś granica, po której można było uznać, że zwierzę rzeczywiście miało pilną sprawę, czy też właśnie trafiliśmy na obrośniętego w piórka idiotę z nadmiernie rozdmuchanymi ambicjami w dostarczaniu wczesnoporannej korespondencji. Ciepło jej ciała przyjemnie kontrastowało z chłodem wpadającym przez szczelinę przy oknie, toteż znalazłszy się w tym stanie naprawdę rozważałem, czy rozsądniej nie byłoby udawać, że niczego nie słyszeliśmy, licząc na to, że ptak po kilku kolejnych próbach uzna nasz dom za wyjątkowo niegościnny i poleci gdzie indziej.
- Jeśli to ktoś znajomy, to najwylaśniej balso chce pszestaś nim byś. - Odmruknąłem niechętnie, przesuwając dłoń po boku Prue i przyciągając ją jeszcze bliżej do siebie, bo skoro już nas obudzono, mogłem przynajmniej wykorzystać ostatnie sekundy przed wstaniem na to, żeby ponownie rozważyć, czy naprawdę warto było zamienić przyjemne ciepło na jesienny chłód panujący za zasnutą parą szybą. Może mogliśmy to po prostu przeczekać?
Nie miałem jednak większych nadziei, że moje życzenia zostaną wysłuchane, szczególnie kiedy ptaszysko ponownie walnęło dziobem w szybę, tym razem z takim przekonaniem, że naprawdę zaczynałem się zastanawiać, czy nie posiadało informacji, których my jeszcze nie mieliśmy. Kimkolwiek był nasz wizytor, nie poleciał, zamiast tego znowu zrobił kolejny zamach, tym razem łomocząc z tak głośnym echem, że aż skrzywiłem się pod nosem i uniosłem głowę z poduszki - spojrzałem w stronę okna, co prawda księżyc zostawiał na szybie bladą poświatę i rozświetlał ogród, ale przez moment zbytecznie próbowałem dostrzec coś więcej niż rozmazaną sylwetkę skrzydeł - nie wyglądało mi to na zwyczajną sowę, ale o tej porze miałem zdecydowanie za mało entuzjazmu, żeby przeprowadzać pełną klasyfikację gatunkową na odległość.
- Nie, nie wstawaj. - Powiedziałem, nim zdążyła naprawdę się ruszyć, nie zamierzałem przecież pozwolić jej marznąć tylko dlatego, że jakiś skrzydlaty idiota postanowił urządzić nam pobudkę, szczególnie że jeszcze przed chwilą spała głęboko i najwyraźniej nie miała najmniejszej ochoty opuszczać ciepłego łóżka. - Zostań pod kołdlą. - Dodałem ciszej, przesuwając kciukiem po jej boku.
Ptaszysko uderzyło ponownie, więc wypuściłem powietrze nosem i sięgnąłem po różdżkę leżącą na stoliku przy łóżku.
- Dobla, dobla, jusz idę, cholela. - Rzuciłem w stronę okna, chociaż miałem świadomość, że nadmiernie ambitne stworzenie raczej nie miało docenić mojego poświęcenia. Nie byłem szczególnie zachwycony perspektywą postawienia bosych stóp na zimnym parkiecie, ale wizja Prue robiącej to zamiast mnie podobała mi się jeszcze mniej, zwłaszcza że doskonale znałem jej stosunek do nocnych pobudek i temperatury podłogi, więc zwlokłem się z łóżka, czując pod stopami lodowatą podłogę i praktycznie natychmiast żałując każdej decyzji życiowej, która doprowadziła mnie do tej konkretnej chwili.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
22.09.2026, 20:50  ✶  

Nie tylko ona miała nie do końca pozytywną opinię na temat tego, kto postanowił dobijać się do nich o tej nieludzkiej porze. Poniekąd uważała to za barbarzyństwo, nikt o zdrowych zmysłach nie wysłałby swojego ptaka tak późno, albo wcześnie? Właściwie to nie do końca wiedziała, jaka była aktualnie godzina, za oknem nadal było ciemno, ich sypialnię oświetlało światło księżyca, co sugerowało, że faktycznie był to środek nocy. Nie miała pojęcia co mogło być tak pilnego, że ktoś postanowił podzielić się tym z nimi właśnie o tej porze. Zapewne za chwilę się o tym dowiedzą, bo ten nieszczęsny ptak nie przestawał uderzać w szybę, był bardzo zdeterminowany, aby dostarczyć list.

- Też mi się tak wydaje, warto weryfikować znajomości na podstawie pory dostarczania korespondencji. - Udało jej się już otworzyć oczy, chociaż nadal nawet nie drgnęła, nie zamierzała opuszczać ciepłej pościeli, jeszcze nie teraz. Być może za chwilę, istniała też szansa, że ptaszysko w końcu się podda i odfrunie, dzięki czemu będą mogli kontynuować sen, ta opcja wydawała jej się być najlepszą z możliwych, dość szybko jednak dotarło do niej, że raczej nie miała szansy się wydarzyć. Ptak nie przestawał dziobać w okno, do tego zaczął trzepotać skrzydłami - najwyraźniej on również irytował się ich opieszałością.

- Jesteś pewien? - Naprawdę doceniała to, że on postanowił się poświęcić, wolała jednak jeszcze raz upewnić się, że jest gotowy na to, aby wyjść z ciepłego łóżka. Nie mieli za bardzo innego wyjścia, któreś z nich musiało to zrobić.

Kiedy Benjy faktycznie wyszedł spod kołdry, Prue nieco podsunęła się na łóżku i oparła o zagłówek, podciągnęła kołdrę, aby dokładnie się nią owinąć, za moment jej mąż miał otworzyć okno i wpuścić do środka chłodne powietrze z zewnątrz. Dowiedzą się kto postanowił wyrwać ich ze snu i co mogło być tak pilne, że potrzebowało natychmiastowego nadania. Być może jakieś kolejne zlecenie? Kto wie? Zajmował się w końcu czymś nie do końca typowym, nigdy nie można było przewidzieć, kiedy ktoś potrzebował jego pomocy. Liczyła jednak na to, że nie będzie musiał wyjść z domu. Nie spuszczała z niego wzroku nawet na chwilę, współczuła mu tego, że to jego stopy znalazły się na tej zimnej podłodze, miała świadomość, że nie było to nic przyjemnego.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
23.09.2026, 17:00  ✶  
Nie wymagałem przecież wiele od życia, wystarczyłoby mi kilka godzin snu bez interwencji, kryzysu lub nagłych okoliczności… Na własne nieszczęście miałem jednak okazję poznać wystarczająco dużo osób, które uważały cudzy sen za przeszkodę do pokonania, a nie za coś, co należało zwyczajnie uszanować, więc to zdecydowanie mogła być jedna z nich i ta sowa mogła być „moja”, nie Prue. Pamiętałem już wystarczająco wiele nocnych pobudek, żeby wiedzieć, że nie miało większego znaczenia, czy miałem na to ochotę, czy nie - musiałem wstać z łóżka - przez większość dorosłego życia zdarzało mi się wychodzić z domu o porach, o których rozsądni ludzie dopiero przewracali się na drugi bok, czasem z różdżką zaciśniętą w ręce, czasem z torbą pełną najpotrzebniejszych przedmiotów przewieszoną przez ramię, a czasem tylko z bardzo nieprzyjemnym przeczuciem, że ktoś gdzieś właśnie odkrył coś, czego nie powinien był dotykać, i uznał, że najlepszym rozwiązaniem będzie obudzenie właśnie mnie. To, że teraz miałem obok siebie żonę i własne łóżko, nie zmieniało szczególnie wiele w kwestii samej pracy, poza tym jednym, dość istotnym szczegółem, że znacznie bardziej niechętnie zostawiałem ją samą w środku nocy niż kiedyś pozostawiałem tak pusty namiot lub pokój.
- Jestem pewien. - Odpowiedziałem, chociaż nie byłem pewien właściwie niczego poza tym, że jeśli jeszcze raz usłyszę ten dziób walący w szybę, prawdopodobnie zacznę rozważać, czy nie potraktować go zaklęciem petryfikującym. Postawiłem stopy na podłodze, chociaż praktycznie natychmiast pożałowałem tej decyzji, bo parkiet był dokładnie tak zimny, jak zapamiętałem go z każdej poprzedniej pobudki, kiedy trzeba było z jakiegoś powodu opuszczać łóżko przed świtem - przez chwilę stałem więc w miejscu, próbując odzyskać czucie w palcach, a jednocześnie zerknąłem przez ramię na Prue, która zdążyła już szczelnie owinąć się kołdrą i zrobić sobie z niej coś na kształt kokonu.
Nie spieszyłem się aż tak bardzo, chociaż sama myśl o tym, że ptak mógłby rzeczywiście uszkodzić szybę, nadal była wystarczającym argumentem, żeby zakończyć tę nocną dyskusję, odbezpieczyłem zatem okno i uchyliłem je ostrożnie. Zimne powietrze od razu wtargnęło do sypialni, przynosząc ze sobą zapach wilgotnego ogrodu i jesiennej nocy.
„Kurwa…”
- A niech mnie… - Wymamrotałem, bo rozpoznałem jastrzębia, nie musiałem nawet sprawdzać przesyłki, żeby wiedzieć, że nie był to przypadkowy pierzasty debil, który pomylił nasz dom z pocztą. Zrobiłem krok w bok, żeby nie dostać skrzydłem w twarz, po czym zamknąłem za nim okno, zatrzymując chłód na zewnątrz.
- Znam go. - Powiedziałem, odwracając się do Prue, nadal trzymając różdżkę w dłoni, nie rwałem się do odczepienia przesyłki, zamiast tego westchnąłem ciężko i potarłem dłonią twarz, nagle znacznie bardziej rozbudzony niż jeszcze chwilę wcześniej. - I to zdecydowanie nie jest dobla wiadomość. - Westchnąłem ponownie, ponieważ aż nazbyt dobrze wiedziałem, iż ten jastrząb nie latał po świecie dla przyjemności ani tym bardziej nie zajmował się nocnym doręczaniem kartek z życzeniami, ptak tymczasem przysiadł obok mnie, a ja spojrzałem na przymocowaną do jego nogi wiadomość, próbując przewidzieć intencję nadawczyni, zanim w ogóle po nią sięgnąłem. Niestety, mimo szczerych chęci, nie mogłem prześwietlić koperty samym spojrzeniem - musiałem przeczytać, czego ode mnie chciano, a potem zdecydować, czy autorka tej wiadomości zasługiwała na pilną odpowiedź, czy tylko na bardzo uprzejme wyjaśnienie z samego rana, że pojęcie „noc” istniało z jakiegoś powodu…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
24.09.2026, 13:48  ✶  

Prudence wcześniej właściwie nie miewała podobnych przerywników podczas snu, właśnie dlatego jej organizm nie był do końca do tego przyzwyczajony. Jej życie było bardzo spokojne, ustabilizowane, dopóki nie wyszła za mąż za Benjy'ego. Od tego momentu działo się wokół niej wiele, do czego najwyraźniej musiała przywyknąć. Oby jej ciało i umysł podeszły do tego entuzjastycznie. Póki co walczyła z chęcią zamordowania tego ptaka, albo jego nadawcy. Ludzie powinni mieć jakieś granice, czy coś. Prue nie należała do mściwych osób, ale to był moment, w którym naprawdę mogłaby kogoś zabić. Nie znosiła nieprzewidzianych pobudek.

Ulżyło jej, kiedy powiedział jej, że jest pewien tego, że ona może zostać pod kołdrą. Właśnie tego potrzebowała, chociaż, czy właściwie wiele to zmieniało? Została wybudzona ze swoich sennych marzeń, minie pewnie trochę czasu nim zaśnie ponownie. Jutro czekał ją długi dzień, musiała być wypoczęta, na co chyba było już trochę zbyt późno. Z drugiej strony, starała się nastawić pozytywnie, przeczytają korespondencję, pójdą spać, a ona będzie miała bardzo dużo energii, aby przeprowadzać szkolenie z pierwszej pomocy dzieciakom. Naprawdę się z tego cieszyła, bo być może nie wyglądała na taką osobę, ale naprawdę lubiła towarzystwo dzieci. Chłonęły wiedzę, jak nikt inny, czuła, że to może być dobry dzień.

Obserwowała swojego męża, gdy ten zmierzał w kierunku okna. Musiała przyznać, że całkiem nieźle prezentował się w tym świetle księżyca. Mogła sobie przynajmniej na niego popatrzeć, skoro już zostali obudzeni. Westchnęła, gdy wspomniał, że znał tego ptaka. To nie znaczyło niczego dobrego. Pewnie jakaś pilna sprawa, czy coś, oby tylko nie musiał dzisiaj wychodzić. Mieli przecież razem spędzić jutrzejrzy sabat, a przynajmniej część dnia. Mieli plany…

- Wiesz to, bo widzisz ptaka? Nie musisz otwierać listu? - Zapewne miał rację, wiedział, czego powinien się po kim spodziewać, a skoro kojarzył ptaka, to pewnie też doskonale wiedział kto go przysłał. Było to wszystko całkiem logiczne. - Mam nadzieję, że nie oznacza to, że zaraz stąd wyjdziesz. - Już nie chciała nawet wspominać, że mają przecież plany na jutro. Jak wiadomo to, czym się zajmował było dość mocno wymagające, czas jego pracy był elastyczny, musiała do tego przywyknąć, co nie zmieniało jednak tego, że pozwoliła sobie na odrobinę marudzenia. Została wyrwana ze snu, musiał jej to wybaczyć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
24.09.2026, 21:06  ✶  
Jeszcze kilka tygodni wcześniej nocne pobudki raczej nie były dla Prudence czymś, do czego musiała się przyzwyczajać, bo jej życie miało tę rzadką, niemal mityczną właściwość, że zwyczajnie toczyło się według przewidywalnego rytmu, w którym noc służyła do spania, łóżko do leżenia, natomiast ptaki do przynoszenia korespondencji w godzinach, w których odbiorca miał przynajmniej cień szansy być przytomnym. Potem pojawiłem się ja, a razem ze mną cały pakiet atrakcji, których nikt przy zdrowych zmysłach raczej nie zamawiał, włącznie z nagłymi wyjazdami, powrotami w wątpliwym stanie, przeklętymi przedmiotami, nocnymi wezwaniami i ptactwem traktującym nasze okno jak obrotowe drzwi wejściowo-wyjściowe. Nie uważałem jednak, żeby należało jej współczuć, przynajmniej nie w sposób przesadny, bo z jakiegoś kosmicznego powodu postanowiła dobrowolnie pisać się na to wszystko w pierwszej kolejności, nadal mnie nie wyrzuciła ze wspólnej sypialni, w drugiej, i biorąc pod uwagę częstotliwość, z jaką moja praca próbowała ingerować w nasze życie prywatne, uznawałem to za całkiem przyzwoity dowód związkowej harmonii - tak na dokładkę. Żywot Prue przed ślubem ze mną rzeczywiście był znacznie spokojniejszy, przynajmniej pod tym względem, przez co nawet czasami zastanawiałem się, czy nie powinienem był dołączyć do aktu małżeństwa jakiejś stosownej informacji ostrzegawczej, najlepiej zapisanej dużymi literami - stety lub niestety - żadnego takiego dokumentu ode mnie nie dostała, najwyraźniej było to zatem jej osobistą wersją drobnego druku, którego nie doczytała przed podpisaniem umowy. „Jakaż szkoda… Prawda?” To nie tak, że ona również wniosła ze sobą całkiem sporo haczyków i drobnych kruczków, wcale, że nie…
Nie chciałem być powodem, dla którego ten dzień zacznie się dla niej od niewyspania, ale w praktyce niewiele mogłem już z tym zrobić. Patrząc na nią, owiniętą szczelnie kołdrą, z włosami rozczochranymi po gwałtownie przerwanym śnie i z wyraźną niechęcią wypisaną w spojrzeniu, uznałem jednak, że powinienem był po prostu przyjąć do wiadomości również tę mniej chlubną część całego układu, czyli fakt, że moja żona miała pełne prawo być wściekła na ptaka, jego nadawcę i pośrednio na mnie, skoro to ja wniosłem do jej życia większość tych nocnych komplikacji. Sam też nie przepadałem za podobnymi pobudkami, byłoby trudno to lubić, chociaż przez lata nauczyłem się znosić je bez większego protestu - przyzwyczajenie robiło swoje, nawet jeśli na to narzekałem - można było nauczyć się wstawać o każdej porze, pakować rzeczy przy minimalnym świetle, wychodzić z domu bez pełnego rozbudzenia i dopiero po kilku minutach odzyskiwać pełną trzeźwość umysłu. Można było również spodziewać się charakteru niektórych wieści, bazując na swoich poprzednich doświadczeniach i mieć z tym pełną rację - nie musiałem nawet otwierać okna, żeby wiedzieć, że posłaniec nie przyniósł nam rachunku za naprawę tapety w korytarzu czy zaproszenia na herbatę, ba, nie musziałem nawet widzieć listu, żeby wiedzieć, że to nie będzie kartka z życzeniami spokojnej nocy i miłego dnia. Niezależnie od kraju, ludzie mieli bowiem osobliwy zwyczaj korzystania z usług specjalistów dopiero wtedy, kiedy problem przestawał być możliwy do zignorowania, toteż pierzasty skurwiel w środku nocy na pełnej kurwie walący dziobem w szybę należał dla mnie do dość czytelnych sygnałów, że ktoś uznał własną sytuację za pilniejszą i bardziej istotną niż nasz spokojny sen. Najwyraźniej przekaziciel informacji również uważał, że dostarczenie przesyłki stanowiło sprawę o znaczeniu tak ogromnym, iż należało przy tym naruszyć wszystkie możliwe zasady dobrego wychowania i poprawnych praktyk pocztowych, więc we dwoje doskonale się dobrali.
Otworzyłem okno, wpuściłem ptaka, zmierzyłem go wzrokiem, bezgłośnie wypuściłem powietrze nosem i… kiedy Prue zapytała, skąd mogłem wiedzieć, czego się spodziewać, zanim jeszcze otworzyłem list, parsknąłem cicho, unosząc brwi i patrząc na nią przelotnie przez ramię.
- Nie muszę otwielaś listu, szeby wiedzieś, kto koszysta s tego ptaka. - Odpowiedziałem, wyciągając rękę w jego stronę, żeby odebrać przesyłkę. - Ten konkletny egzemplasz zdąszył jusz zaplacowaś sobie na swoją leputację. - Niestety był również częścią pakietu udanej zawodowo repatriacji na Wyspach, więc powinienem był okazywać mu trochę więcej sympatii, co było wyjątkowo trudne w samym środku nocy - ptaszysko poruszyło skrzydłami, gdy odebrałem kopertę, jednocześnie przyglądając mu się z rosnącą niechęcią, wyglądało na całkowicie zadowolone z wykonania swojej pracy, co było wyjątkowo irytujące, biorąc pod uwagę, że właśnie wyrwało nas ze snu. - Swoją dlogą, lobiłaś kiedyś losół s jastszębia? - Przez chwilę rozważałem nawet, czy nie otworzyć okna i nie zasugerować mu bardzo stanowczo, że dostawa została zakończona, ale ostatecznie tylko odsunąłem się od parapetu i rozerwałem papier. - Pytam czysto teoletysznie. - Wyjaśniłem, zanim zdążyła uznać, że właśnie przekroczyłem kolejną granicę rozsądku, po czym obróciłem złożony list w palcach, sprawdzając go pobieżnie, zanim w końcu przeniosłem wzrok z powrotem na Prudence. - Nie patsz tak. - Mruknąłem, wracając do łóżka z listem w dłoni. - Jeszcze nigdzie nie wychodzę. Najpielw splawdzę, czego ode mnie chcą. Jeśli okasze się, sze świat się właśnie kończy, będziemy się maltwiś. Jeśli nie, ploblem będzie musiał poczekaś do lana. - Usiadłem na brzegu materaca, nadal trzymając kopertę, przez chwilę przyglądałem się przesyłce w milczeniu, zanim zacząłem zapoznawać się z tym, co zostało zawarte w treści wiadomości. Nie powiedziałem jej, kto konkretnie był po drugiej stronie tej przesyłki, bo najpierw chciałem zobaczyć, co właściwie znajdowało się w środku, ale sam widok kuriera wystarczył mi, żeby wiedzieć, że nie była to przypadkowa korespondencja i że to, co padło z ust Prue, raczej nie było bezzasadnym założeniem. To miał być pierwszy wspólny sabat, który pełnoprawnie razem planowaliśmy, jednak każde kolejne słowo zawarte na papierze tylko pogłębiało ironię naszej sytuacji. W miarę czytania moja twarz stawała się coraz bardziej nieprzenikniona, aż w końcu przestałem reagować na cokolwiek poza kolejnymi słowami zapisanymi na papierze, przeczytałem wiadomość do końca, odwróciłem ją jeszcze raz, jakbym liczył, że treść zmieni się przy drugim spojrzeniu, po czym bez słowa wyciągnąłem pergamin w stronę Prue. Nie zamierzałem tłumaczyć czegoś, co sama mogła przeczytać, zanim zastanowimy się, co dalej…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
25.09.2026, 23:03  ✶  

Tak to już bywało, że małżeństwo niosło ze sobą pewne zmiany w przyzwyczajeniach, w tym przypadku były one dość gwałtowne, bo przecież decyzja została podjęta przez nich bardzo spontanicznie. Nie mieli czasu, aby na spokojnie przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości. Nie, żeby jej to przeszkadzało, no przynajmniej w większości. Te nocne pobudki były czymś, co naprawdę wyprowadzało ją z równowagi, a tak naprawdę mało co w ogóle mogło to zrobić. Prudence należała raczej do osób bardzo stabilnych i opanowanych. Każdy jednak miał jakiś słaby punkt, w jej przypadku najwyraźniej było to przerwanie snu. Nie zamierzała jednak jakoś specjalnie wyżywać się na swoim mężu, podzieliła się z nim tylko swoją reakcją, wiedziała bowiem, że było to coś na co nie do końca miał wpływ, nie mogła więc winić go za to, że została wyrwana ze snu. Taka praca.

Wpuścił ptaka do środka. Prue nie przestała spoglądać w tamtą stronę. Było to spore zwierzę, zdecydowanie nie sowa, trudno jej było stwierdzić z tej odległości co to za gatunek, mogła jednak podejrzewać, że jeden z tych drapieżnych. Nie znała jego właściciela, ale jej mąż doskonale zdawał sobie sprawę z tego, kto go przysłał. - Zawsze się tak zachowuje? - Była ciekawa, czy ptak ciągle był tak bardzo zdeterminowany, aby dotrzeć do nadawcy. Wyglądał na takiego, który nie odpuszczał łatwo, miała wrażenie, że jeśli pojawiłaby się taka potrzeba to przebiłby się tym swoim ostrym dziobem przez szybę.

- Nie robiłam, ale myślę, że mogłabym spróbować, to nie byłoby pewnie szczególnie skomplikowane. - A więc jastrząb, to sporo wyjaśniało. Tak właściwie to nie miała pojęcia, czy ten gatunek ptaków był w ogóle składnikiem kulinarnym, ale przecież zjeść można było wszystko, kiedy pojawiała się taka potrzeba, więc pewnie dałoby się i z niego ugotować zupę, chociaż chyba niekoniecznie chciałaby ją jeść, mogli to jednak przetestować, nie wątpiła bowiem w to, że Benjy jadł jeszcze bardziej nieoczywiste rzeczy, o czym zresztą miał szansę już jej opowiedzieć.

- Mogę zamknąć oczy, ale mam wrażenie, że i tak będziesz czuł ciężar mojego spojrzenia. - Nie robiła tego specjalnie, reagowała odruchowo, naprawdę wolałaby, żeby nie musiał teraz nigdzie wychodzić. Był środek nocy, dobrze było mieć go tuż obok siebie, na zewnątrz nie było zbyt przyjemnie, jeśli wyjdzie pewnie będzie czekać, aż wróci - nie potrafiłaby tak po prostu zasnąć mając świadomość, że szlaja się gdzieś po jakichś niebezpiecznych miejscach, kiedy ona leżała w ciepłym łóżku.

Benjy usiadł na skraju łóżka, wpatrywała się w niego kiedy czytał korespondencję. Próbowała wyczytać coś z jego twarzy. Dobrym znakiem było to, że nie zerwał się od razu, nie zaczął ubierać, więc dalsza część nocy wcale nie musiała być taka zła. Gdy skończył czytać wyciągnął pergamin w jej kierunku, Prue przesunęła się po materacu, aby sięgnąć po list. Po chwili wróciła do poprzedniej pozycji, spojrzała na papier i zaczęła czytać, co było tam zapisane. Zdawała sobie sprawę z tego, że ludzie różnie reagowali na to, że Knieja była zamknięta, wielu osobom nie podobało się to, co robiło Ministerstwo - poniekąd jej to nie dziwiło. Było to ważne miejsce dla okolicznych mieszkańców, a oni je tak po prostu zamknęli. Gdy skończyła czytać złożyła pergamin i położyła go na kołdrze. Przeniosła wzrok na swojego męża. - Pójdziesz tam, prawda? - Doskonale zdawała sobie sprawę, że nie zignoruje tego, że będzie musiał się tam pojawić skoro ktoś go o to prosił. Nie należał do osób, które były obojętne na krzywdę innych, kto wie, czy to co mieszkało w Kniei nie postanowi z niej wyjść, a jeśli ktoś miał sobie z tym poradzić, to pewnie był jedną z tych osób. - Nie podoba mi się to. - Postanowiła jeszcze podzielić się swoimi przemyśleniami. - ale wiem, że nie odpuścisz, proszę tylko, żebyś na siebie uważał. - Mógł to dla niej zrobić, prawda?



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
26.09.2026, 23:30  ✶  
Wraz z zawarciem małżeństwa niewątpliwie dostawało się cały pakiet zmian, których nikt wcześniej nie uznawał za warte wymienienia, a ponieważ moje własne małżeństwo zostało zawarte spontanicznie, bez szczególnie długiego okresu przygotowawczego, Prudence nie miała nawet okazji spokojnie zapoznać się z instrukcją obsługi całego przedsięwzięcia - ja, niestety, miałem już swoje uprzednie doświadczenia, które jednak obecnie zaczęły bardzo znacząco się weryfikować, momentami przyprawiając mnie o wyjątkowo interesujące doznania umysłowe - nasza ponowna zawiłość, tym razem uczuciowa, rzeczywiście przyszła gwałtownie, bez okresu próbnego, bez spokojnego przyzwyczajania się do obecności drugiej osoby, bez tych wszystkich etapów, przez które normalnie przechodzili ludzie, zanim pewnego dnia odkrywali, że ich życie zostało splecione z cudzym. My ominęliśmy właściwie wszystko, co tylko można było ominąć, i od razu przeszliśmy do wersji dla zaawansowanych - trudno było uznać to za szczególnie spokojny początek, ale z jakiegoś powodu nie miałem potrzeby tego poprawiać, Prue raczej również podzielała moje zdanie, chociaż w chwilach takich jak ta mogło być jej o to znacząco trudniej.
Przez lata nauczyłem się, że ludzie potrafili wykazywać zadziwiającą determinację, kiedy chodziło o przekazanie komuś problemu, a ptaki wybierane na posłańców złych wieści zazwyczaj bardzo skutecznie się od nich uczyły. Nie byłem nawet w stanie określić, ile różnych sposobów komunikacji potrafiło pojawić się w życiu kogoś, kto zawodowo zajmował się rozwiązywaniem cudzych bolączek, kiedy przez lata budował sobie sieć znajomości obejmującą ludzi, którzy zdecydowanie nie mieli zwyczaju wysyłać zwykłych sów z grzecznym „dzień dobry”, „miłego dzionka” i „smacznej kawusi”. Ten tutaj konkretny delikwent łypał na mnie z takim przekonaniem, jakby to właśnie on miał pełne prawo być niezadowolony z mojego tempa działania, więc odpowiedziałem mu spojrzeniem, które powinno było jasno przekazać, że na tym etapie znajomości nie zamierzałem przejmować się jego opinią, po czym automatycznie pokiwałem głową, kiedy Prudence zapytała mnie, czy ten konkretny ptak zawsze zachowywał się w ten sposób, bo właściwie nie musiałem się nad tym zastanawiać. Znałem go wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że jego determinacja nie była przypadkowym wybrykiem, ani tym bardziej czymś, co należało przypisywać zwyczajnemu ptasiemu temperamentowi - ten jastrząb miał własne pojęcie o terminach, obowiązkach i skutecznym dostarczaniu korespondencji, przy czym wszystkie trzy najwyraźniej sprowadzały się do jednej zasady -  wiadomość miała dotrzeć do adresata, nawet jeśli po drodze trzeba było doprowadzić go do szału.
- Zawsze. - Odpowiedziałem, zerkając jeszcze w jego stronę, kiedy ponownie poruszył skrzydłami. „Zawsze” nie było może idealnie precyzyjnym określeniem, ale wystarczająco dobrze oddawało sytuację. - Ten konkletny osobnik ma balso plostą filozofię działania - „dostalszyś pszesyłkę albo umsześ plóbująs”. - Nie dodałem, że stosunkowo szybko zacząłem podejrzewać, iż jego największą zaletą było to, że nigdy nie gubił przesyłek, a wszystkie pozostałe cechy charakteru pozostawały natomiast kwestią mocno dyskusyjną. Jego pani również była zajebiście skuteczna, za to niekoniecznie chciało się z nią bardzo blisko obcować na co dzień, co prawdopodobnie było całkowicie odwzajemnionym odczuciem w stosunku do drugiej strony naszego układu, z tym, że ja raczej nie zwykłem wybijać ludziom szyb przy pomocy mojego ptaka.
Tak czy inaczej, Floret miał w sobie więcej determinacji niż połowa ludzi, dla których pracowałem, i chociaż o tej porze trudno mi zdobyć się na szczególny podziw dla jego etyki pracy, nie mogłem odmówić mu uporu, dlatego właśnie nie miałem ochoty sprawdzać, ile jeszcze czasu wytrzymałby pod naszym oknem, nakurwiając w szybkę - najwyraźniej nie uważał przy tym całego zamieszania za szczególnie istotne, bo oddał mi kopertę i teraz najwyraźniej zamierzał czekać na odpowiedź zwrotną - wykonał swoją pracę, więc w swoim mniemaniu mógł przez pięć minut siedzieć stosunkowo spokojnie, podczas gdy ja musiałem mierzyć się z konsekwencjami. Była w tym pewna niesprawiedliwość, ale trudno było dyskutować ze zwierzęciem, szczególnie takim, które miało wystarczająco ostry dziób i dostatecznie twarde szpony, żeby zakończyć rozmowę w sposób niekorzystny dla jednej ze stron.
- Wiedziałem, sze mogę na ciebie liczyś. - Powiedziałem, przesuwając wzrokiem od jastrzębia do Prue - nie miałem pojęcia, czy ptactwo tego typu rzeczywiście nadawało się na rosół, ale nie widziałem powodu, żeby pozwolić faktom przeszkadzać nam w snuciu planów kulinarnych - uśmiechnąłem się pod nosem, ale kiedy spojrzałem na nią ponownie, ten uśmiech trochę zgasł.
Trudno było mi mieć jej za złe tę reakcję, bo podczas gdy ja przez większość dorosłego życia przyjmowałem takie rzeczy jako element zawodu, dla niej były częścią nowej rzeczywistości, do której została wrzucona właściwie bez okresu przejściowego, nasze małżeństwo zaczęło się gwałtownie i najwyraźniej równie gwałtownie postanowiło dostarczyć jej wszystkich możliwych doświadczeń, które zwykle rozkładały się ludziom na kilka lat - sam nie byłbym zachwycony, gdyby sytuacja wyglądała odwrotnie i to ona dostała wezwanie w środku nocy, a ja miałbym zostać w łóżku, nasłuchując każdego dźwięku dochodzącego zza okna - człowiek mógł przywyknąć do niebezpiecznej pracy, mógł nauczyć się rozpoznawać zagrożenie po jednym spojrzeniu, mógł nawet uznać wychodzenie z domu o absurdalnych porach za element codzienności, ale nie oznaczało to, że osoba czekająca na jego powrót miała obowiązek równie spokojnie podchodzić do całej sprawy.
Słysząc jej uwagę o tym, że mogłaby zamknąć oczy, ale i tak czułbym na sobie ciężar jej wzroku, mimowolnie nieznacznie uniosłem kąciki ust, chociaż był to raczej ten specyficzny półuśmiech, który bardziej zdradzał pogodzenie się z losem niż rozbawienie - wiedziałem przecież, że nie robiła tego specjalnie, a już na pewno nie próbowała mnie w ten sposób zatrzymać przed czymś na siłę, wystarczyło jednak, że ponownie zacząłem rozumieć ją trochę lepiej niż kilkanaście lat temu, żeby wiedzieć, co oznaczało takie spojrzenie i ta cała ostrożna próba ukrycia, że wcale nie martwiła się tym, co mogło wydarzyć się później. Byłem świadomy, dlaczego tak na mnie patrzyła, dostrzegałem to po sposobie, w jaki obserwowała każdy mój ruch, po tym, że nie wróciła do wygodniejszej pozycji i po tym, jak mocno owinęła się kołdrą, jakby chciała zatrzymać przy sobie chociaż odrobinę tego ciepła, które za chwilę mogło przestać być wystarczające. Znałem to spojrzenie od czasów, kiedy byliśmy dzieciakami i podczas naszych durnych eksperymentów badawczych próbowałem przekonać ją, że pomysł był doskonały, chociaż zwykle brakowało mi jeszcze jakichś trzech istotnych elementów, takich jak plan, zabezpieczenie albo zdrowy rozsądek. Później dokładnie tym samym spojrzeniem potrafiła doprowadzić mnie do szału, szczególnie wtedy, kiedy oboje byliśmy już wystarczająco dorośli, żeby wiedzieć, że celowe wkurzanie siebie nawzajem było idiotyczne, a mimo to robiliśmy to z godną podziwu konsekwencją, bo byliśmy wtedy zbyt dumni, żeby przyznać, że w gruncie rzeczy doskonale się rozumieliśmy. Z perspektywy czasu wspomnienie tamtego okresu było pod pewnymi względami wyjątkowo absurdalne - gdybym wtedy wiedział, ile rzeczy później będzie musiało zmieścić się między tamtymi czasami a nocą, w której siedziałem z nią na własnym łóżku i próbowałem przekonać ją, że nie zamierzałem jutro zrobić czegoś nierozsądnego, prawdopodobnie roześmiałbym się własnemu odbiciu prosto w twarz, gdyż uznałbym to za wyjątkowo kiepski żart losu. Wiedziałem o tym teraz. I, przy wszystkich swoich wadach, musiałem przyznać, że zdecydowanie bardziej lubiłem momenty, w których śledziła mnie wzrokiem innym, niż wtedy, kiedy świdrowała mnie nim, żeby sprawdzić, co dokładnie chodziło mi po głowie.
- To akulat wiem. - Odmruknąłem, przesuwając dłonią po papierowej kopercie, którą nadal trzymałem w palcach, zanim zdążyłem pomyśleć, czy powinienem był się do tego przyznawać, bo pamiętałem zbyt wiele sytuacji, w których Prue próbowała zachowywać pozory dyskrecji, a ja nadal doskonale zauważałem, jakie miała intencje - i niewątpliwie vice versa - to chyba była jedna z tych rzeczy, których nie dało się oduczyć ani całkowicie się od nich odciąć, gdy już raz się do kogoś zbliżyło i poznało się jego nawyki. - Masz balso chalaktelystyszny sposób patszenia na mnie, kiedy plóbujesz udawaś, sze wcale mnie nie pilnujesz, wiesz? - Nie musiała odpowiadać. Uśmiechnąłem się przy tym krótko, chociaż nie było we mnie zbyt wiele rozbawienia, bo świadomość otrzymania nagłego listu zdążyła już odebrać mi większość dobrego nastroju. - Pszy czym muszę pszyznaś, sze zdecydowanie wolę, kiedy losbielasz mnie wzlokiem, zamiast plóbowaś pszewielciś mi nim czaszkę na wylot. - Powiedziałem to bez mrugnięcia okiem, bo nie widziałem żadnego powodu, żeby sytuacja wymagała ode mnie nagłego porzucenia wieloletnich przyzwyczajeń do mówienia, co mi ślina na język przyniosła. Nie zamierzałem też udawać, że nie rozumiałem, dlaczego zachowywała się właśnie w ten sposób - wiedziałem, co oznaczała jej niechęć do tego, żebym wychodził, wiedziałem, że gdybym teraz powiedział, że muszę ruszać natychmiast, nie próbowałaby mnie zatrzymywać, ale prawdopodobnie przez całą noc nie zmrużyłaby oka - to akurat znałem aż za dobrze.
Przesunąłem dłonią po jej nodze przykrytej kołdrą, kiedy ponownie usiadłem na brzegu łóżka, naprawdę nie zamierzałem jeszcze nigdzie wychodzić - najpierw trzeba było wiedzieć, co właściwie się wydarzyło, bo nie każda wiadomość oznaczała, że zamierzałem natychmiast wciągać spodnie i biec w noc, chociaż musiałem przyznać, że kilka osób bardzo chciałoby, żebym pracował właśnie w ten sposób, bo w ich mniemaniu powinienem najwyraźniej być dostępny dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, a najlepiej jeszcze odpowiadać przed wysłaniem wiadomości, zanim nadawca zdąży ją napisać. Kiedy zaczęła czytać, przez chwilę nic nie mówiłem, tylko siedziałem obok niej, ponieważ treść listu z pewnością była wystarczająco przytłaczająca bez konieczności dodawania do niej własnych komentarzy, szczególnie że dotyczyła zarówno widm, jak i tego, co mogło się wydarzyć podczas najbliższego sabatu ze strony ludzi planujących jakąś akcję. Sam już od pierwszej linijki wiedziałem, że nie była to sprawa, którą mogłem odłożyć na później, nawet jeśli bardzo chętnie wmówiłbym sobie coś przeciwnego, chociażby to, iż byłem w stanie jakkolwiek zdecydować, ile z tego mogłem zostawić za drzwiami własnego domu. Teoretycznie miałem nawet coś, co mogło pomóc, problem polegał na tym, że Knieja nie była zwykłym miejscem, a to, co się w niej znajdowało, zdecydowanie nie należało do kategorii problemów, które można było rozwiązać kilkoma zaklęciami ochronnymi i rozsądnym zaklęciem wiążącym. Nie było to remedium na wszystkie potencjalne niebezpieczeństwa, nie miałem zamiaru udawać, że posiadałem cudowną receptę na wszystko, co mogło tam mieszać, ale miałem wiedzę, przygotowanie i kilka rzeczy, nad którymi pracowałem już wcześniej, bo przecież z kilkoma osobami zajmowaliśmy się tym tematem właściwie jeszcze przed Spaloną Nocą - ja sam niemal od samego początku po przybyciu do kraju - to ostatnie wspomnienie wywołało u mnie mimowolny grymas, ale cóż… Nigdy nie miało być łatwo ani przyjemnie.
Wiedziałem już, dokąd zmierzała ta rozmowa, zanim jeszcze Pruey skończyła przesuwać wzrokiem po ostatnich linijkach, prawdę mówiąc, od chwili, kiedy przeczytałem list, wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał jej powiedzieć, iż nasze plany na Samhain właśnie poszły się jebać… Przez chwilę patrzyłem na nią jednak bez słowa, dopiero potem zerknąłem na pergamin leżący na kołdrze i odchrząknąłem sucho - nie musiała mnie pytać, czy pójdę, bo odpowiedź właściwie znajdowała się już w sposobie, w jaki patrzyłem na list, zanim jeszcze podałem jej papier - gdyby chodziło wyłącznie o cudze niezadowolenie z decyzji administracyjnej, mógłbym wzruszyć ramionami i wrócić pod kołdrę, ale skoro ktoś taki jak Sebastian Macmillan zwrócił się do mojej wspólniczki w sprawie możliwego zagrożenia związanego z ludźmi odwiedzającymi Dolinę w noc, gdy granica między światem żywych i umarłych była szczególnie cienka, ignorowanie tego byłoby zwyczajnie głupie. Knieja była zamknięta, Ministerstwo miało swoje powody, ktoś miał swoje pretensje, a teraz najwyraźniej problem eskalował do poziomu, którego nie dało się rozwiązać samym wystosowaniem kolejnego pisma.
- Nie podoba ci się, bo słusznie zakładasz, sze to nie jest spacel po lesie. Uwiesz mi, wolałbym to olaś, ale nie mogę. - Odpowiedziałem niemal od razu, tym razem bez uśmiechu. - Pójdę. Nie będę udawał, sze wiem dokładnie, s czym lub s kim będę miał do czynienia, dopóki tego nie zobaczę, ale… Muszę. - Tak już miałem, po prostu chciałem dostrzec niektóre rzeczy na własne oczy, być czynnym uczestnikiem wydarzeń, nie kimś biernym, kto później miał żałować, że nie stawił się na czas, zanim było za późno, by spróbować zaradzić tragedii. Nie próbowałem jej okłamywać ani udawać, że zastanawiałem się nad czymś, nad czym w rzeczywistości nie miałem się zastanawiać, właściwie dziwiło mnie, że nigdy o tym nie rozmawialiśmy, bo sprawa zaczęła się bardzo szybko po moim przyjeździe do kraju, jeszcze zanim zdążyłem na dobre poukładać własne rzeczy. Zostałem w to wciągnięty nie tej nocy, a już zaledwie kilka dni po naszym pierwszym spotkaniu, na którego samo wspomnienie mimowolnie skrzywiłem usta w coś, co trudno było jednak nazwać pełnoprawnym uśmiechem. Z perspektywy czasu nasza pierwsza interakcja z Prue również była naprawdę interesująca, chociaż - w przeciwieństwie do tamtej - chyba dopiero później doceniłem, jak bardzo, kolejna zresztą również niewiele jej ustępowała… no, jeśli „interesująca” było odpowiednim słowem na sytuację, którą wtedy określiłbym raczej jako „tragicznie niefortunna”, ale przecież od początku mieliśmy wyjątkowy talent do znajdowania się w sytuacjach, w których rozsądni ludzie poszliby w przeciwną stronę.
Westchnąłem, słysząc jej kolejne słowa, bo akurat tego rodzaju prośby były najgorsze, i to nawet nie dlatego, że były trudne do spełnienia, tylko dlatego, że w głębi duszy bardzo dobrze wiedziało się, iż druga osoba miała powód, żeby je wypowiadać. Nie trzeba było być szczególnie bystrym, żeby przewidzieć, że coś w końcu pójdzie źle, pytanie brzmiało tylko, kiedy i jak źle.
- Zawsze na siebie uwaszam. - Odpowiedziałem, nie chcąc zostawiać zbyt długiej przerwy między kolejnymi słowami, aby zdążyła wcisnąć tam jakieś „ale”. - Mose nie zawsze w sposób, któly pszypadłby ci do gustu, ale uwaszam. Telas tesz będę.  - Nie powiedziałem tego z entuzjazmem, nie miałem powodu, nie było w tym nic szczególnie przyjemnego, a już na pewno nic, co ktokolwiek chciałby sobie dopisywać do planów na dzień, który miał wyglądać zupełnie inaczej. Od początku wiedziałem jednak, że prędzej czy później wydarzy się coś, co będzie wyglądało znacznie gorzej niż zwykłe zlecenie przychodzące w środku nocy, bo stwory w Kniei nie były problemem, który można było zamknąć kilkoma dekretami i uznać za rozwiązany - samo odcięcie terenu nie sprawiało, że to, co znajdowało się w środku, znikało, przeciwnie, przy odpowiednich warunkach mogło stworzyć sytuację, w której coś albo ktoś zacznie szukać wyjścia lub wejścia, a wtedy problem przestanie dotyczyć wyłącznie ludzi, którzy podjęli takie a nie inne decyzje.
- Nadlobimy nasz sabat, gdy wlósę? - Krzywy uśmiech pojawił się ponownie, ale zniknął równie szybko, jak się pojawił, kiedy spojrzałem na pergamin leżący na kołdrze. Atmosfera zrobiła się dziwnie ciężka i nie musiałem się długo zastanawiać, dlaczego, bo przecież przerabiałem już coś podobnego - nie jeden do jednego, nie w tych samych okolicznościach, nie z tymi samymi ludźmi, ale wystarczająco podobnie, żeby moje ciało przypomniało sobie o tym wcześniej niż głowa - ramiona mimowolnie trochę mi się spięły, przez moment wpatrywałem się w list, zanim znów spojrzałem na Prudence. Wiedziałem, że nie muszę się przed nią tłumaczyć. Wiedziałem również, że nie ma sensu udawać, że nic się nie dzieje.
- Odpiszę i wlacam do lószka… - Wolałem nie sprawdzać, jak daleko sięgała determinacja Floreta, szczególnie że właśnie zamknąłem za nim okno i chciałem zachować je w jednym kawałku.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4463), Prudence Fenwick (1674)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa