Zacząłem od otwarcia wszystkich okien, chociaż październikowy chłód od razu wdarł się do środka i przypomniał mi, dlaczego nie było to do końca idealnym pomysłem o tej porze roku, przy aurze panującej na zewnątrz. Nie była to szczególnie przyjemna praca, zwłaszcza że mimo przygotowania, dłonie szybko zaczęły mi marznąć, a mokra szmatka zrobiła się wyjątkowo niewygodna do trzymania, ale przesuwałem ją po szybach cierpliwie - jak na mnie - zbierając kurz, pył, ślady deszczu i wszystko, co przez ostatnie tygodnie zdążyło się na nich osadzić. Otworzyłem kolejne skrzydła, umyłem ich ramy, przetarłem parapety, po czym na powrót zatrzasnąłem wszystkie możliwe lufciki, żeby zimno nie wywiało całego ciepła z domu, zanim jeszcze zdążyliśmy rozpalić rytualny ogień w kominku i zasłonić wszystkie kotary mogące nocą przepuścić światło na zewnątrz.
Potem mogłem przejść dalej - tym razem do luster, których mieliśmy całkiem sporo, zanim zakryliśmy je materiałem, który miała przygotować moja żona - namoczyłem szmatkę, dodałem odrobinę środka czyszczącego i kolistymi ruchami zacząłem przecierać pierwszą taflę, dokładnie czyszcząc również ramę i narożniki, gdzie zdążył osiąść ten sam wszechobecny kurz, co wszędzie indziej, tak typowy dla starych domostw, potem przeszedłem do kolejnego lustra, a następnie następnego, aż wszystkie były czyste i pozbawione smug.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)