• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue

[07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
12.09.2026, 22:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.09.2026, 22:07 przez Benjy Fenwick.)  
Właściwie nie powinienem był tam być, to znaczy, z perspektywy czasu mogłem wymienić co najmniej siedem powodów, dla których obecność na cudzym weselu bez zaproszenia, bez znajomości młodej pary i bez choćby przyzwoitego garnituru była pomysłem wymagającym pewnego rodzaju szczególnego talentu do podejmowania złych decyzji, ale osobiście uważałem, że jeżeli potrafiło się wystarczająco szybko wymyślić wiarygodne kłamstwo, to właściwie nie było czegoś takiego jak „niewłaściwe miejsce”. Poza tym miałem pewność, że nic gorszego od szlabanu nie mogło mnie spotkać, nawet jeśli doświadczenie wielokrotnie udowodniło mi już, że w tej kwestii byłem raczej niepoprawnym optymistą. Wyszedłem zza niewielkiego zagajnika, skróciwszy sobie drogę przez coś, co z początku miało być zwyczajną leśną ścieżką prowadzącą w stronę centrum Little Hangleton, i wtedy usłyszałem muzykę - głośną i przaśną, zdecydowanie nie taką, która sugerowałaby elegancką uroczystość, podczas której starsze czarownice siedziałyby z wyprostowanymi plecami i oceniałyby czyjś sposób trzymania kieliszka, tylko coś znacznie bardziej żywego i przez to zdecydowanie interesującego - skrzypce grały szybciej, niż powinny, ktoś śpiewał kompletnie poza rytmem, co kilka sekund rozlegał się zaś wybuch gromkiego śmiechu, który z pewnością nie bywał przewidziany w programie statecznych ceremonii, do których byłem przyzwyczajony, gdyż rodzice nie uznawali słowa „nie”, kiedy chodziło o odjebanie pokazówki przed krewnymi.
Zatrzymałem się więc, oczywiście wyłącznie z przezorności przed tym, aby przypadkiem się w nic nie wkopać, po czym wychyliłem głowę zza drzewa, dzięki czemu całkiem wyraźnie zobaczyłem kilkunastu czarodziejów zgromadzonych wokół niewielkiego, przystrojonego budynku gospodarczego, kilka girland wiszących zdecydowanie zbyt nisko, żeby ktokolwiek o wzroście wyższym od pierwszoklasisty mógł przejść pod nimi bez zahaczenia głową, oraz tyle butelek po alkoholu, że przez moment pomyślałem, iż trafiłem za Zasłonę. Wyglądało to na wesele, bez dwóch, kurwa zdań, w dodatku trwające już na tyle długo, aby mieć za sobą najnudniejsze części, co oznaczało, że właśnie znalazłem najlepszą możliwą wymówkę, żeby podejść bliżej. Nie zdążyłem jednak zrobić nawet trzech kroków, kiedy zobaczyłem ją - Prudence Bletchley - stała kilka metrów dalej, robiąc naprawdę śmieszny wyraz twarzy wskazujący na zaliczenie kolejnej zawiechy mózgu, otoczona przez grupę kompletnie obcych mi, podpitych dorosłych, którzy najwyraźniej doszli do wniosku, że skoro pojawiła się w pobliżu wesela, to musiała być kimś związanym z młodą parą. Skąd wiedziałem, iż to nie było prawdą? Być może miała w zwyczaju stroić się w dziwnie poważne ubrania, gdy była poza szkołą, lecz jej sukienka nawet dla mnie nadawała się bardziej na pogrzeb, niż wesele w polu. Jeden z mężczyzn właśnie poklepywał ją jednak po ramieniu, robiąc to z taką poufałością, jakby znali się od lat, a drugi próbował najwyraźniej przypomnieć sobie jej imię, co nie szło mu najlepiej. Prue natomiast, gdy jej system chyba postanowił znowu zaskoczyć, wyglądała dokładnie tak, jak człowiek, który w ciągu ostatnich trzydziestu sekund zrozumiał, że jego sytuacja jest fatalna, ale jeszcze nie zdecydował, czy większym problemem będzie ucieczka, czy zamordowanie wszystkich obecnych.
Nie wiedziałem, co było zabawniejsze - jej mina czy świadomość, że właśnie przez chwilę mogłem odejść, naprawdę mogłem, mogłem spokojnie cofnąć się za drzewo, udać, że niczego nie zauważyłem, wrócić do domu albo pójść do miasta inną drogą, a potem przez następne kilka tygodni wspominać z satysfakcją, że Prudence Bletchley została przypadkiem porwana przez pijanych uczestników wesela. Niestety, nie byłem w stanie tak po prostu darować sobie bycia świadkiem rozwoju sytuacji, tudzież czynnym uczestnikiem tego wszystkiego, moje nogi miały inne plany - zamiast zarechotać i okazać się „rozsądniejszym”, ruszyłem w stronę zgromadzonych, przybierając postawę kogoś, kto właśnie przybył na uroczystość, na którą został osobiście zaproszony. Nie miałem pojęcia, kim byli państwo młodzi, wiedziałem za to jedno - jeżeli ci ludzie naprawdę byli wystarczająco pijani, żeby uwierzyć, że Prue w swojej całej krasie była tutaj celowo, bez najmniejszego problemu mieli uwierzyć również w to, że pojawiła się z osobą towarzyszącą. A to było kłamstwo tak absurdalne, że aż chciałem je sprawdzić. Podszedłem więc bliżej, poprawiłem ubranie, którego nie miałem po co poprawiać, i uśmiechnąłem się do najbardziej pijanej osoby w całym towarzystwie.
- Przepraszam za spóźnienie. Już jestem. - Rzuciłem do wszystkich bez mrugnięcia okiem, chociaż nie miałem pojęcia, ile się spóźniłem, po której stronie związku mieliśmy się niby opowiadać i kto to dokładnie był. - Mogłaś na mnie zaczekać, Cia, prawie zgubiłem drogę. - Dodałem niemal natychmiast, całkiem „przezornie”, przelotnie kierując wzrok w stronę Prue. - Wybaczcie, panowie, Audacia jest nieśmiała. - Wyjaśniłem, jakbym właśnie przedstawiał im rzadki i wymagający okaz zoologiczny. - Z początku zawsze tak ma. Stoi cicho, patrzy wielkimi oczami i udaje, że wcale nie chce stąd uciec. Trzeba jej tylko dać chwilę, aż przestanie się bać ludzi. Ze mną też długo się oswajała. - Rzuciłem z całkowitą powagą, zerkając na nią kątem oka, to wystarczyło, mężczyzna najbliżej mnie od razu pokiwał wyrozumiale, rozpromienił się jeszcze bardziej i wyciągnął do mnie rękę, otworzyłem więc ponownie usta, aby mu się przedstawić i…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
13.09.2026, 22:06  ✶  

Dzień był całkiem przyjemny. Ellie wybrała się z nią na spacer, tak właściwie to spacer połączony z krótkim wykładem na temat widmowidzenia. Prue jeszcze nie do końca panowała nad tą zdolnością, co było nieco kłopotliwe, zwłaszcza, że nie wiedziała, które miejsce, czy przedmiot wzbudzą w niej silne emocje. Zdarzało jej się w tym gubić, przeżywać to zbyt mocno, poprosiła więc babcie o to, aby pokazała jej jak działa to u niej. Little Hangleton było idealne jeśli o to chodzi, można było się zaszyć między drzewami nie przejmując tym, że ktoś będzie się interesował ich sprawami. Zagajniki miały swoje historie, a więc mogła też sprawdzać, czy jest w stanie je usłyszeć. Uważała ten dzień za udany, sporo się nauczyła. Nie była może jeszcze w pełni usatysfakcjonowana, czekała ją długa droga, ale najważniejsze było to, że znowu udało jej się zrozumieć więcej. Nie wątpiła w to, że kiedyś dojdzie do momentu, gdy będzie pogodzona ze swoją zdolnością jak jej babcia.

Ellie miała do załatwienia jakąś pilną sprawę, przez co prędzej ruszyła do Londynu. Bletchley postanowiła skorzystać z tego, że była za miastem i poszła na spacer. Dosyć szybko okazało się, że nie było to najlepszym pomysłem.

Niby słyszała muzykę dochodzącą z budynku, który zamierzała ominąć, niby widziała, że jest odświętnie przystrojony, to jednak nie skłoniło jej do tego, aby pójść w inną stronę. Niby dlaczego miała to zrobić? Najwyraźniej ktoś dzisiaj świętował, nie powinno jej to obchodzić, tak było do momentu, kiedy nie została otoczona przez kilku mężczyzn, którzy nie wyglądali na najbardziej trzeźwych. Przystanęła w miejscu, bo nie bardzo jak miała stąd uciec. Nie mogło być gorzej - nie była najlepsza w rozmowach z obcymi, a za plecami nie miała żadnej ściany, w którą mogła się wtopić. Spoglądała na nich krótką chwilę. Naprawdę wydawało im się, że przyszła na ślub? Odruchowo spojrzała jeszcze na swoją sukienkę, która zdecydowanie nie wyglądała jak najlepszy wybór na taką uroczystość. Była czarna, a jakże, był to w końcu jej ulubiony kolor, elegancka, bo zazwyczaj wybierała podobne stroje, ale na pewno nie była sukienką, którą ktoś włożyłby na ślub.

Już miała się odezwać, powiedzieć, że z kimś ją pomylili, odwrócić na pięcie i stąd uciec, kiedy gdzieś za nią rozległ się głos. Znajomy głos. Spojrzała przez ramię, chociaż nie musiała tego robić. Oczy zrobiły jej się ciemniejsze, było widać w nich irytację. No oczywiście, że jakimś cudem wyłonił się znikąd właśnie tutaj. Jak zawsze miał wyjątkowe wyczucie czasu.

- Dick, sądziłam, że masz lepszą orientację w terenie. - Powiedziała przez zaciśnięte usta. Nie chciała robić sceny, więc postanowiła kontynuować tę jego farsę, nie miała za bardzo innego wyjścia. To było czyjeś wesele, wolałaby go nie popsuć przez swoje zdenerwowanie.

- i nadal nie do końca się oswoiłam. - Wtrąciła jeszcze. Miała ochotę nadepnąć mu na stopę, zrobić cokolwiek, żeby się stąd odsunął. Powiedziałaby mu wtedy co o nim myśli, jak zawsze powodował jej zmieszanie i dyskomfort. Teraz nie mogła tak po prostu stąd odejść, bo mężczyźni wydawali się być okropnie zadowoleni z ich obecności. Podawali sobie ręce, nim zdążyła mrugnąć jakimś cudem wszyscy znaleźli się w środku budynku, w którym muzyka grała bardzo głośno, parkiet był pełen ludzi, a stoły uginały się od ilości jedzenia i alkoholu. Bardzo chciała stąd wyjść, ale w tej chwili właśnie ktoś wręczał im kieliszki z alkoholem do rąk.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
14.09.2026, 00:12  ✶  
Mina Prudence powiedziała mi wszystko, zanim jeszcze moja „osoba towarzysząca” zdążyła wypowiedzieć pierwsze słowo - znałem ten moment - Audacia miała kilka rodzajów milczenia, a to należało do tych, które oznaczały, że powinienem był zacząć rozglądać się za drogą ewakuacyjną, problem polegał na tym, że nigdy nie miałem szczególnego talentu do korzystania z ostrzeżeń, które sam rozpoznawałem.
„Dick” - „Naprawdę?” - z całego bogatego zasobu imion, którymi mogła mnie w tej chwili obdarzyć, wybrała właśnie Dicka, co uznałem za wyjątkowo niesprawiedliwie komiczne, zwłaszcza że przy tych wszystkich okolicznościach naprawdę starałem się zachowywać przyzwoicie, zresztą, samo brzmienie tego słowa w jej ustach miało w sobie coś, co od dawna uważałem za całkiem satysfakcjonujące, świadczyło bowiem o tym, iż piekielnie ją irytowałem, szczególnie że potrafiła wypowiedzieć je z miną damy, która właśnie odkryła, że ktoś pozostawił błoto na jej ulubionym dywanie. Musiałem przyznać, że przez moment poczułem nawet pewien rodzaj dumy, bo osiągnięcie takiego poziomu rozdrażnienia samą swoją obecnością wymagało ode mnie lat praktyki, natomiast ta konkretna dziewczyna była jedną z niewielu osób, które potrafiły odpowiednio… docenić moje umiejętności w tej dziedzinie.
- Mam doskonałą orientację w terenie, kochanie. - Odpowiedziałem spokojnie.  - Po prostu zawsze wybierasz drogę naokoło, kiedy się stresujesz. - Zerknąłem na nią z ukosa i uśmiechnąłem się szerzej, bo jej zaciśnięte usta mówiły mi wyraźnie, że jeszcze chwila i po raz pierwszy wybierze najkrótszą drogę prowadzącą mnie prosto na cmentarz. - Trzeba za nią chodzić. - Dodałem porozumiewawczo do reszty mężczyzn, odrobinę się przy tym nachylając. - Jak za prawdziwą gąską. - Uniosłem kącik ust, przyjmując od jednego z mężczyzn całkiem przyjazne klepnięcie w ramię. Ktoś parsknął nieudolnie zduszonym śmiechem, przez co poczułem, że wyjątkowo dobrze wchodziłem w tę rolę, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, iż nie miałem żadnego doświadczenia w udawaniu zaangażowanego narzeczonego, troskliwego chłopaka czy choćby przyzwoitego przyjaciela - albo nim byłem, albo nie, ale najwyraźniej wystarczyło kilka wypitych kieliszków, żeby uznano mnie za wiarygodnego towarzysza młodej panienki.
Nie musiałem nawet patrzeć na Prue, żeby wiedzieć, że podczas, gdy ja wymownie zamilkłem, porozumiewawczo spoglądając po twarzach otaczających nas mężczyzn, ona w tym samym czasie brała za to pod uwagę wszystkie możliwe sposoby pozbycia się mnie bez zwracania na siebie uwagi całego wesela, niestety, byliśmy tu już odrobinę za bardzo publicznie razem.
- To akurat prawda. - Przyznałem, gdy sprostowała to, iż może nie do końca jeszcze była ze mną oswojona. Przez chwilę naprawdę rozważałem odpowiedź, chociaż właściwie bardzo szybko doszedłem do wniosku, że sama podsunęła mi doskonałą możliwość dalszego znęcania się nad nią słownie. Uznałem to za niewielkie zwycięstwo, chociaż rozsądek podpowiadał mi, że być może właśnie podpisałem własny wyrok. - Widzicie? Właśnie o tym mówiłem. - Zawiesiłem głos, przesuwając spojrzeniem po twarzach zebranych, po czym dodałem już ciszej, ale wystarczająco głośno, żeby stojący najbliżej nadal towarzyszyli nam w prowadzonej „spoufalonej” dyskusji, bo przecież o to chodziło. - Jestem bardzo cierpliwy. Postępy są niewielkie, jednak nie tracę nadziei. - Zabrzmiało to dokładnie tak „wyrozumiale” jak zaplanowałem. - Spokojnie, Cia. Nie będę cię przecież oswajał poza domem. - Sam nie wiedziałem, czy bardziej bawiło mnie jej oburzenie, czy fakt, że przez krótką chwilę nie byłem pewien, czy rzeczywiście mnie nie ugryzie, bo sugestia tego, co miałem przy tym na myśli, była aż nadto jasna i nie dotyczyła nieuzgodnionej „przemocy”.
Najwyraźniej trafiłem tym w odpowiedni ton, bo mężczyzna tuż obok mnie roześmiał się głośno, poklepał mnie po ramieniu i powiedział coś, czego nie zrozumiałem przez muzykę, jaka dotarła do nas przez otwierane i zamykane drzwi stodoły, lecz nie miało to większego znaczenia, ponieważ ewidentnie chciał nas poznać i wyglądał na śmiertelnie przekonanego o tym, że właśnie poznawał kogoś niezwykle pociesznego - to było nawet trochę obraźliwe, zważywszy na to, ile pracy wkładałem zwykle w budowanie przeciwnego wizerunku - przyjąłem to z należytą powagą, skinąłem głową i podałem rękę każdemu po kolei, chociaż przy trzecim nazwisku całkowicie przestałem próbować zapamiętywać, kto był kim. Nie miałem pojęcia, czy ktokolwiek z nich w ogóle słuchał, ale wyglądało na to, że wystarczyło powiedzieć coś z odpowiednio przekonującą miną, żeby uznano to za prawdę.
- Oczywiście, jesteśmy bardzo blisko z młodymi. - Skłamałem bez najmniejszego zawahania, gdy padło bełkotliwe pytanie o nasz związek z najważniejszą parą nadchodzącego wieczoru, po czym objąłem Audacię ramieniem, zanim zdążyła się ode mnie odsunąć. - Niestety mieszkamy za daleko, by bywać tu częściej. Właściwie, był taki czas, gdy byliśmy prawie nierozłączni. Stare dzieje, ale dzisiaj przecież wszyscy jesteśmy tu dla nich. - To ostatnie powiedziałem specjalnie, bo widziałem po jej twarzy, że właśnie tego najbardziej potrzebowała - jeszcze chwila i może nawet uwierzyłaby, że dało się wyjść z tego bez konsekwencji, a przecież nie mogłem pozwolić, żeby ominęła ją taka wspaniała okazja do spędzenia czasu w moim towarzystwie - zresztą najwyraźniej nie mieliśmy już żadnego wyboru, bo nim się obejrzałem, weselnicy prowadzili nas do środka z taką energią, jakbyśmy byli długo oczekiwanymi gośćmi mogącymi nawet wznosić oficjalne toasty.
- Nie dziękuj mi. - Mruknąłem pod nosem, ledwo poruszywszy wargami, choć doskonale wiedziałem, że nie zamierzała tego robić. Los podsunął mi ją w najwspanialszych możliwych okolicznościach i najwyraźniej oczekiwał, żebym zachował się przyzwoicie, tyle tylko, że ja nigdy nie byłem szczególnie dobry w spełnianiu cudzych oczekiwań, więc mieliśmy, co mieliśmy.
W środku było jeszcze gorzej, czyli dokładnie tak, jak lubiłem - muzyka waliła po uszach, ktoś już praktycznie prawie tańczył na stole, dwie czarownice próbowały przekonać siedzącego obok czarodzieja, że powinien był wypić z nimi kolejną kolejkę, natomiast na jednym z końców sali ktoś najwyraźniej właśnie rozlał coś wodnistego i klejącego, co powoli płynęło w naszą stronę pomiędzy butami pozostałych biesiadników. Stoły uginały się pod ciężarem jedzenia, napitki pojawiały się w dłoniach szybciej, niż można było je opróżnić, a atmosfera była na tyle swobodna, że po kilku sekundach z pewnością nikt już nawet nie pamiętał, dlaczego właściwie zostaliśmy zaproszeni.
Ktoś wsunął mi do ręki kieliszek, drugi trafił do Audacii - spojrzałem na jej naczynie, potem na swoje i wreszcie na przyjaciół gospodarzy, którzy najwyraźniej uznali, że sprawa została rozwiązana, wyprostowałem się i natychmiast przybrałem najbardziej przyjacielską minę, na jaką tylko było mnie stać, unosząc kieliszek w stronę pozostałych.
- Za młodą parę! - Nie miałem pojęcia, kim byli, wiedziałem natomiast, że to było miejsce, w którym dało się bez większego wysiłku zniknąć w tłumie i udawać, że znało się wszystkich od lat.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
14.09.2026, 21:22  ✶  

Czasem dało się z niej czytać niczym z otwartej księgi. To był właśnie ten moment. Nie zamierzała wcale ukrywać, jak zareagowała na jego obecność. Czym sobie zasłużyła, że pojawiał się na jej drodze nawet podczas wakacji? Naprawdę los nie zamierzał dać jej chociaż odrobiny spokoju od jego towarzystwa? Jakimś cudem jednak wpadli na siebie również poza murami szkoły, tam ciągle im się to zdarzało, nawet wtedy gdy próbowała go unikać. Nie była zadowolona z tego, że nawet w czasie wolnym, który powinien być spokojny i przyjemny musiał znaleźć się tuż obok. Do tego najwyraźniej postanowił udawać, że byli zaproszeni na te przyjęcie.

Być może wybór przez nią imienia dla niego był całkiem przewidywalny, ale idealnie pasował do tego, co właśnie o nim myślała. Nie było to szczególnie wyszukane, ale naprawdę w tej chwili się przez niego zirytowała. Nie mogła stąd tak po prostu odejść, kiedy zaczął mówić o tym, że spóźnili się na przyjęcie weselne, nie kiedy otaczało ich kilka obcych osób. Nie znosiła takich sytuacji, nie była lwem salonowym, nie potrafiła rozmawiać z ludźmi, nie umiała też tak po prostu odwrócić się na pięcie i stąd odejść. To miał być długi dzień.

- Oczywiście, że masz. - Po raz kolejny wysyczała przez zęby. Denerwowała się, zacisnęła dłonie w pięści przez co paznokcie zaczęły jej się wbijać w wewnętrzną część dłoni. - Myślałam, że się już do tego przyzwyczaiłeś, skarbie. - Jad sączył się z jej ust, chociaż dało się to wyczuć jedynie w tonie głosu, mężczyźni zapewne nie mogli tego wyłapać, nie miała jednak wątpliwości co do tego, że Rookwood mógł to zrobić.

Westchnęła ciężko, gdy porównał ją do gęsi, oczywiście, że spodobało się to obecnym tutaj przedstawicielom mężczyzn, wszyscy byli tacy sami. Nie było sensu tego prostować i wdawać się w jakiekolwiek pyskówki, bo nie miała przewagi liczebnej, potrafiła oszacować swoje szanse na powodzenie. Zamiast tego zajęła się rozmyślaniem w jaki sposób mu się za to odwdzięczy, mogłaby podrzucić mu jakiś przeklęty przedmiot, ostatnio czytała o takich interesujących rytuałach… odpłynęła na chwilę w swoich myślach. Zawiesiła się.

- Nieodpowiednie kompetencje powodują brak postępów. - Mruknęła w końcu cicho, tuż po tym, kiedy mrugnęła i wróciła myślami do towarzystwa. Niespecjalnie przejmując się tym, co o niej mówił. Nie była głupią gęsią, którą dało się oswoić, ale o tym już dawno się dowiedział.

Później wszystko wydarzyło się bardzo szybko, padły jakieś nazwiska, a Aloysius zaczął zaprzyjaźniać się z tymi typami, ciekawe, czy zauważyliby gdyby nagle zniknęła gdzieś w tym tłumie i wymknęła się w stronę miasteczka. Niestety wiedziała, że to mogło być ryzykowne, bo jej największy wróg przedstawił ją jako swoją osobę towarzyszącą. Musiała się jeszcze przez chwilę przemęczyć.

Zaczął tę całą opowieść o tym, jak to blisko nie byli z parą młodą i już wiedziała, że szybko nie opuści tego miejsca, bo ci mężczyźni to łyknęli, nie mogło być inaczej, Rookwood był niezłym bajkopisarzem i miała tego świadomość, ludzie jedli mu z ręki, gdy się tylko odrobinę postarał. Westchnęła ciężko, nie była zadowolona z takiego obrotu sytuacji.

- Zdziwisz się. - Ledwie poruszyła ustami. Planowała zemstę, na pewno miała być słodka, nie zamierzała mu tego zapomnieć, wręcz przeciwnie sam prosił się o to, aby odpowiednio się odwdzięczyła za to wszystko.

Nieco przytłoczyło ją to, co działo się w środku. Prudence nie znosiła tłumów, czuła się bardzo nieswojo w miejscach pełnych ludzi, tutaj było jeszcze bardzo głośno, chaotycznie, a ona naprawdę tego nie znosiła. Nie była szczególnie społeczna. Tak wiele się działo, że nie była się w stanie skupić na jednej rzeczy, ktoś z kimś rozmawiał, ktoś tańczył, ktoś śpiewał, ktoś coś rozlewał. Gdyby miała trafić do piekła to właśnie tak by wyglądało, jeszcze z nim u jej boku.

Nie zdążyła zareagować, kiedy ktoś wpychał jej kieliszek do ręki. Zdarzało jej się wcześniej pić alkohol, ale działo się tylko w towarzystwie babci Ellie, nie wśród obcych ludzi. Rookwood wyciągnął swój kieliszek do góry i skandował, a ona stała tuż obok nieco zagubiona. Odruchowo wypiła zawartość swojego jednym haustem, skrzywiła się przy tym okropnie. Co za tragiczny dzień.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
15.09.2026, 00:25  ✶  
Czasem rzeczywiście można było z niej czytać niczym z otwartej księgi, co uważałem za całkiem zabawne i a zadziwiająco praktyczne - dla mnie, nie dla niej, rzecz jasna - szczególnie że Prudence najwyraźniej wcale nie zdawała sobie sprawy z tego, jak wiele mówiła mi choćby nawet samym swoim spojrzeniem. Widziałem irytację, widziałem zaciśnięte dłonie, widziałem ten charakterystyczny sposób zaciskania ust, który oznaczał, że w głowie właśnie z dużym prawdopodobieństwem układała bardzo szczegółową listę wszystkich możliwych sposobów pozbycia się mnie z powierzchni ziemi bez wykopania sobie jednocześnie własnego grobu i, co najważniejsze, widziałem dokładnie to samo pytanie, jakie z początku pojawiło się także w moich myślach, i które musiało krążyć jej po głowie od chwili, kiedy tylko mnie zauważyła… „Dlaczego, na wszystkie zarazy i nieszczęścia tego świata, znowu ty?”
Nie miałem na to, kurwa, rozsądnej odpowiedzi - osobiście zaczynałem podejrzewać, że musiała istnieć jakaś szczególnie złośliwa zasada rządząca naszym życiem, absurdalna korelacja, według której im bardziej próbowaliśmy się nawzajem unikać, tym większe były szanse, że wpadniemy na siebie w miejscu, w którym żadne z nas nie powinno było się znaleźć. Wakacje nie stanowiły wyjątku, ponieważ również wtedy istniało bardzo duże prawdopodobieństwo nawiązania tego wymuszonego kontaktu, bo w końcu przyjaźniłem się z Eliasem i bywałem u Bletchleyów, nie zamierzając przestawać tego robić z jej powodu, chociaż podejrzewałem, że gdyby mogła, zatrzasnęłaby mi drzwi na jajach, postawiłaby między nami mur i najlepiej jeszcze rzuciłaby jakąś komplementarną klątwę „ochronną” zarówno na drewno, na cegły, jak i na mnie. Problem polegał na tym, że w innych miejscach poza szkołą i ich domem  najwyraźniej mieliśmy równie wyjątkowy talent do znajdowania się nawzajem - spotykaliśmy się dokładnie tam, gdzie nie powinniśmy byli tego robić, więc moglibyśmy sobie nawet ustalić linię demarkacyjną, lecz na dłuższą metę nic by to raczej nie dało.
„Dick” nawet mnie nie uraziło, wręcz przeciwnie, uznałem je za całkiem udaną próbę okazania mi uczuć - negatywnych, ale wciąż - przy jednoczesnym zachowaniu pozorów przyzwoitości, co doskonale pasowało do naszej obecnej dynamiki, z jej perspektywy nie dało się przecież nie zauważyć, iż sam wcześniej zrobiłem dokładnie to samo, nazwawszy ją „Audacią”. To było piękne, naprawdę, nie dlatego, że szczególnie mi się podobało, kiedy używała tego określenia w stosunku do mnie, ale dlatego, że słyszałem w nim dokładnie tyle jadu, ile powinienem był usłyszeć.
- Oczywiście, moja zmoro. - Odpowiedziałem równie słodko, specjalnie przybierając ten przesłodzony ton głosu, którego na pewno nie zamierzała mi przepuścić. - Nie martw się, ptaszyno, jestem pełen wyłącznie dobrych myśli. - Spojrzałem po zebranych, unosząc kącik ust. - Ty przecież też jesteś mi w stanie wiele wybaczyć. - Stwierdziłem lekko, posławszy ten bardzo konkretny, wymowny uśmiech w jej kierunku, chociaż wiedziałem doskonale, że tym jednym zdaniem mogłem popchnąć ją o kolejny krok w stronę przejścia od planów mordu do faktycznego morderstwa, ale skoro już znalazłem się na cudzym weselu, nie widziałem powodu, żeby nie zadbać o pełen program rozrywkowy.
Uwaga o moich kompetencjach była znacznie lepsza, niż chciałem jej przyznać, przez sekundę patrzyłem na nią w milczeniu, ponieważ spodziewałem się, że odpowie mi czymś równie celnym, ale niekoniecznie tym, jednak chwilę później powoli uniosłem brwi.
- „Nieodpowiednie kompetencje?” - Powtórzyłem, teatralnie i tylko dla zasady upewniając się, że dobrze usłyszałem. - Audacia, jesteś naprawdę podła. Zaczynam być z ciebie dumny. - Uśmiechnąłem się pod nosem, bo choć właśnie dostałem słowny cios prosto między żebra, musiałem przyznać, że był całkiem niezły. Objąłem ją nawet lekko ramieniem, ponieważ uznałem, że skoro już udawaliśmy parę o raczej dosyć zaawansowanym stażu, mogłem równie dobrze wczuć się w rolę niemal do końca. - Widzicie, panowie? - Zwróciłem się do najbliższego z mężczyzn, kiwnąwszy jednocześnie głową w jej stronę. - Właśnie o tym mówiłem. Ona tylko długo wygląda na nieśmiałą i spokojną, a potem nagle człowiek odkrywa, że przez cały czas ostrzyła nóż. - Mężczyzna obok mnie roześmiał się tak głośno, że kilka osób odwróciło głowy, co uznałem to za kolejny punkt dla mnie. - Ale nad tym też pracujemy. Jest coraz lepiej. Jeszcze trochę i może nawet przestanie próbować mnie otruć za każdym razem, kiedy powiem coś, czego nie chciała usłyszeć. Taka ilość bezoaru robi się trochę kosztowna, ale moje kochanie jest mi droższe, czyż nie tak?
Potem rzeczywiście zaczęło się robić absurdalnie łatwo - kilka nazwisk, kilka bardzo ogólnych historii, odpowiednio pewny ton głosu i już miałem wokół siebie ludzi, którzy byli przekonani, że mieli do czynienia z kimś znacznie ważniejszym, niż w rzeczywistości - to było zdecydowanie moje największe osiągnięcie tego dnia. Nie znałem młodej pary, nie wiedziałem, czyje wesele właśnie sobie bezczelnie zawłaszczyłem, mimo to po kilku minutach jeden z mężczyzn opowiadał mi o panu młodym tak, jakbyśmy obaj spędzili z nim ostatnie wakacje. Kiwałem głową w odpowiednich momentach, dorzucałem pojedyncze „oczywiście”, „tak, tak”, „no właśnie” i „pamiętam”, chociaż nie pamiętałem absolutnie niczego, bo tego nie przeżyłem, kiedy zaś przedstawiałem Audacię jako swoją osobę towarzyszącą, robiłem to z takim przekonaniem, że niemal przekonałem nawet siebie samego.
Nie umknęło mi również to, że nagle odpłynęła gdzieś myślami, niby stała obok mnie, patrzyła przed siebie, ale jej twarz przybrała ten sam nieobecny wyraz, który widywałem u niej czasem w szkole, kiedy nadmiernie coś analizowała i cały świat przestawał mieć znaczenie. W moim własnym odczuciu nie musiałem nawet pytać, o czym myślała, mogłem się tylko domyślać, że właśnie projektowała moje przyszłe cierpienie.
- Nie wątpię. - Odmruknąłem, nadal trzymając ją pod moim ramieniem, bo przecież obecna sytuacja dokładnie tego od nas wymagała - nie mogliśmy zgubić się podczas wejścia na salę - tłum był duży, muzyka zdecydowanie za głośna, wszędzie ktoś mówił, śmiał się, tańczył albo próbował przebić czymś człowieka stojącego obok, dla mnie był to zwyczajny chaos - taki, pośród którego można było bez problemu zniknąć, znaleźć coś dobrego do jedzenia i prawdopodobnie opróżnić, a następnie jeszcze wynieść ze sobą kilka butelek na potem, zanim ktokolwiek zorientowałby się, że nie powinno nas tutaj być - dla niej z pewnością wyglądało to jednak zupełnie inaczej. Znałem Prudence wystarczająco długo i, niestety, zażyle, żeby widzieć, że podobny rozgardiasz szybko zaczynał ją przytłaczać, nawet jeśli zazwyczaj za wszelką cenę próbowała zachować twarz, co mogłem nawet całkiem zrozumieć. No, dobrze, złośliwość złośliwością, kpina kpiną, ale może do końca tego nie przemyślałem - zrobiłem więc coś, czego prawdopodobnie nie powinienem był robić, czyli stanąłem odrobinę bliżej niej - nie powiedziałem nic na ten temat, bo doskonale wiedziałem, że gdybym zaczął pytać, czy wszystko było w porządku, natychmiast by mi się jakoś odgryzła, lepiej było, żeby myślała, że zostałem dla darmowego jedzenia i dla procentów, bo nie mogliśmy się już tak po prostu wycofać.
- Jeśli planujesz mnie wykląć, zaczekaj do oczepin. - Mruknąłem półgłosem, ledwo poruszywszy wargami. - Nie chcę robić sceny przed kulminacją wieczoru. Patrząc na oprawę, może być wystrzałowa. - Potem uśmiechnąłem się do niej ponownie, dużo bardziej pokazowo i zgodnie z tym, czego po nas oczekiwano, skoro byliśmy tu jako para. - Po torcie, kotku, możesz robić ze mną, co chcesz. - Nie byłem pewien, czy właśnie dałem jej obietnicę, czy wręczyłem ostrze, ale po sposobie, w jaki opróżniła swój kieliszek, wniosiłem, że wkrótce miałem się o tym przekonać… Oby tylko rzeczywiście po oczepinach.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
06.10.2026, 18:18  ✶  

Nie miała zielonego pojęcia, co właśnie chciał jej udowodnić los. To, że była na niego skazana? Nawet podczas wakacji musiał pojawiać się gdzieś obok? Serio? Siła wyższa mogła mieć dla niej odrobinę litości, najwyraźniej jednak nie mogło być łatwo. Musiała się nauczyć, że życie wcale nie było takie kolorowe, dlaczego niby inaczej to właśnie on miałby się tutaj dzisiaj pojawić? Nie miała zielonego pojęcia.

Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że tak łatwo mógł odczytać kłębiące się w niej emocje. Wydawało się Prue, że jest w tym wszystkim bardzo dyskretna, a przecież te drobne gesty mówiły same za siebie. Nie dało się ich raczej nadinterpretować - były bardzo jasne w odbiorze. Zapewne powinna nad tym odrobinę popracować, aby nie dawać mu satysfakcji, ale była przecież tylko człowiekiem, miała prawo od czasu do czasu się nieco irytować.

- Nie da się ukryć, że musiałam się nauczyć przy Tobie cierpliwości, ale warto było. - Posłała mu kolejne spojrzenie. Nie podobało jej się wcale to w jakiej sytuacji się znaleźli i jak to wszystko wyglądało, jednak trudno było jej też się teraz z tego wykręcić, kiedy obok znajdowali się wszyscy ci ludzie. Była w kropce, postanowiła więc iść z prądem, chociaż niekoniecznie było to w jej stylu, jak zawsze zresztą przez niego przekraczała swoje granice. Jakoś sobie z tym poradzi, nie był to przecież pierwszy raz.

- Uczę się w końcu od najlepszych. - Nie brakowało jadu w tonie jej głosu, być może zupełnie niepotrzebnie dołączyła do tej głupiej gry, ale skoro już zaczęła w nią grać, to zamierzała to wygrać, jak zawsze kiedy on był jej przeciwnikiem. Nie spodziewała się tego, że ten dzień zakończy się w ten sposób, że będzie musiała ostrzyć pazury, ale potrafiła całkiem szybko dostosowywać się do sytuacji, zresztą on był jednym z powodów przez które się w ten sposób adaptowała, przy nim zawsze musiała reagować bez zastanowienia, co w jej przypadku czasami było nawet niemożliwe, kiedy łapała te swoje zawieszenia, ale nie obawiała się tego starcia, jak zawsze była gotowa na wszystko, chociaż zasady gry były zupełnie inne niż zazwyczaj, bo znajdowali się poza szkolnymi murami.

Nie podobało jej się zachowanie mężczyzn, którzy znajdowali się obok nich, Aloysius dosyć szybko znalazł w nich wsparcie, ale nie spodziewała się niczego więcej po osobnikach, którzy prezentowali się w ten sposób, niby nie powinno się oceniać książki po okładce, ale czasem nie dało się inaczej. - To raczej będzie bardzo długa droga, kto wie, czy jesteś gotowy ją przetrwać. - Odpowiedziała jeszcze na jego słowa. - chociaż Dick jest tak bardzo zakochany, że jest skłonny wybaczyć mi wszystko. - Odezwała się w końcu do mężczyzn, którzy stali obok nich, tego chciał, czyż nie?

Jakimś cudem później znaleźli się w środku i nikt nie kwestionował ich obecności na tym weselu. Zdecydowanie wolałaby, aby ktoś wyłapał to, że nie powinni tutaj być. Tak się jednak nie stało, ku jej niezadowoleniu było wręcz przeciwnie, jakby faktycznie należeli do grona znajomych pary młodej.

Prudence nieco się zmieszała, atmosfera ją przytłoczyła i chociaż nie chciałaby, żeby to zauważył, to niestety na niektóre rzeczy nie miała żadnego wpływu. Starała się jakoś w tym wszystkim odnaleźć, ale niekoniecznie jej to wychodziło. Zauważyła, że znalazł się bliżej niej, ciągle grał, odstawiał tę szopkę, ale to spowodowało, że mrugnęła i postanowiła doprowadzić się do względnego porządku. Nie mogła sobie pozwolić na takie zachowanie, bo nie była tutaj bezpieczna, znajdowała się wśród obcych osób, do tego ze swoim największym wrogiem, nie mogło być gorzej. Czymże sobie zasłużyła na taki los? Nie miała pojęcia. Później w jej dłoni znalazł się kieliszek, wypiła jego zawartość, licząc na to, że może dzięki temu nieco odpuści, poczuje się lepiej.

Zmarszczyła nos, kiedy ponownie się do niej odezwał. Oczepiny, wystrzałowa zabawa? Naprawdę? Westchnęła głośno, nie do końca zadowolona. - Naprawdę chcesz zostać tutaj do oczepin? Serio? - Najwyraźniej zamierzał najeść się i napić za darmo, skoro już się tutaj znaleźli, było to jakieś rozwiązanie, ale miało jeden wielki minus, byli tutaj razem. - Wiesz, że jeszcze pożałujesz tych słów? - Na pewno zdawał sobie z tego sprawę, ale jeśli takie zapewnienie padło z jego ust, to chyba warto było z tego skorzystać, skoro już się tutaj znaleźli.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
06.10.2026, 21:50  ✶  
Przez chwilę naprawdę zastanawiałem się, czy los nie miał przypadkiem poczucia humoru paskudnie podobnego do mojego własnego, bo trudno było mi uwierzyć, że spośród wszystkich możliwych osób, które mogły znaleźć się na tym weselu, musiała trafić mi się właśnie Prudence Bletchley - nie wystarczało najwyraźniej, że widywałem ją niemal codziennie w szkole, że potrafiliśmy pokłócić się o rzeczy tak absurdalne, że po wszystkim sam nie wiedziałem, od czego właściwie zaczęła się sprzeczka, ani że wakacje były jedynym okresem, kiedy można było liczyć na odrobinę rozsądnego dystansu - nie, najwyraźniej ktoś na górze uznał, że powinienem był dostać ją jeszcze w pakiecie z cudzym weselem, darmowym alkoholem i z grupą podpitych czarodziejów, którzy byli gotowi uwierzyć we wszystko, co tylko powiedziałem wystarczająco pewnym tonem. Trudno było uznać to jednak za karę, im dłużej bowiem przyglądałem się tej sytuacji, tym bardziej wyglądało to dla mnie raczej jak bardzo osobliwy prezent, który po prostu musiałem przyjąć, tym bardziej, iż miałem świadomość, że moja partnerka właśnie również pokrętnie zadeklarowała zaangażowanie się w tę grę - mogła próbować udawać, że robiła to tylko po to, żeby nie skompromitować nas przed obcymi, ale znałem ją na tyle, żeby wiedzieć, że kiedy już przyjmowała wyzwanie, nie potrafiła odpuścić - to było zresztą jedną z rzeczy, które najbardziej mnie w niej irytowały, a jednocześnie jedną z tych cech, które najbardziej lubiłem, chociaż oczywiście nie zamierzałem tego mówić na głos.
„Musiałam się nauczyć przy tobie cierpliwości, ale warto było” zabrzmiało tak słodko, że aż prawie sam uwierzyłem, iż ta wersja Audacii rzeczywiście była skłonna mnie tolerować, prawie, znałem ją jednak na tyle dobrze, żeby usłyszeć jad starannie przesączający się pod uprzejmym tonem, subtelnie otulający jej sztucznie wykrzywione wargi, dlatego uśmiechnąłem się szerzej i pokręciłem głową. Dotychczas uważałem, że większość naszych sprzeczek wygrywałem przez samą przewagę w gadaniu, ale sugestia, że po prostu pozwalała mi mówić, dopóki nie znudziło jej się słuchanie, zabrzmiała całkiem urzekająco. Jednocześnie gdzieś z tyłu głowy pojawiła mi się myśl, że skoro już nazwała mnie zakochanym, powinienem wykorzystać to przeciwko niej. „Tylko jak?”
Nie wiedziałem, czy alkohol rzeczywiście jej pomógł, czy po prostu potrzebowała czegoś, na czym mogła skupić uwagę, ale kiedy dostała kieliszek i wypiła go do końca, spojrzałem na nią z pewnym niedowierzaniem, tym razem nie zaśmiałem się jednak z jej miny, chociaż ledwo się powstrzymałem.
- Oczywiście. - Odpowiedź przyszła natychmiast, była najzupełniej oczywista. - Nie po to wprosiliśmy się na cudze wesele, żeby wyjść po pierwszym kieliszku. - Rozejrzałem się po sali, oceniając ilość jedzenia na stołach. - Poza tym spójrz na te wszystkie rzeczy. Mają ciasta, mięsa, pieczone ziemniaki, chyba nawet pudding. Nie zamierzam obrażać gospodarzy, wychodząc przed deserem. - Nachyliłem się do niej jeszcze niżej i dodałem konspiracyjnym tonem. - Po oczepinach mogę rozważyć ewakuację. Wcześniej nie. - Nie było sensu udawać, że jej groźby robiły na mnie większe wrażenie, niż rzeczywiście robiły, w pewnym sensie właśnie ta obietnica zemsty sprawiała, że cała sytuacja była jeszcze zabawniejsza. Musiałem przyznać, że mimo wszystko, pomimo tej chwili zawahania, zaczynała sobie radzić z tą sytuacją zdecydowanie lepiej, niż zakładałem. Jeszcze kilka minut wcześniej wyglądała, jakby samo moje pojawienie się na jej drodze miało wystarczająco skutecznie zepsuć jej cały dzień, tymczasem teraz nie tylko postanowiła uczestniczyć w całej farsie, lecz najwyraźniej uznała, że mogła ją również wykorzystać przeciwko mnie, to było niebezpieczne odkrycie, ponieważ do tej pory uważałem, że przewaga należała w głównej mierze wyłącznie do mnie, bo miałem łatwość gadania, ona niestety miała natomiast tę irytującą zdolność do wypowiadania jednego zdania, po którym rozmówca przez kilka sekund zastanawiał się, czy właśnie został obrażony, czy może jednak powinien być pod wrażeniem.
- Poza tym, skarbie, znam cię. Jeżeli rzeczywiście zamierzasz się zemścić, to i tak nic, co powiem teraz, nie ma już znaczenia. Więc równie dobrze możemy zatańczyć, najeść się, wypić za zdrowie ludzi, których nie znamy, i poczekać na moment, w którym postanowisz udowodnić mi, że ostrzeganie mnie przed konsekwencjami było czymś więcej niż pustą groźbą. - Uśmiechnąłem się pod nosem, przy niej nigdy nie można było mieć pewności, co było gorsze.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
07.10.2026, 19:51  ✶  

Kiedy Aloysius znalazł się koło niej zrobiła się bardzo czujna, jakby zmieniła nagle tryb na bojowy. Zawsze tak miała w jego towarzystwie, bo wiedziała, że mogła się po nim spodziewać dosłownie wszystkiego. Musiała więc uważać i być gotowa na ewentualne odparcie ataku. Skoro już zaczął tę grę, to postanowiła w nią zagrać, oczywiście, że przyjęła wyzwanie, nie mogło być inaczej, nie byłaby sobą gdyby tak po prostu odpuściła. To nie było w jej stylu, nie kiedy chodziło o Rookwooda, na wszystkich innych mogłaby machnąć ręką, ale nie na jego osobę. Zresztą nigdy nie powiedziałaby tego na głos, ale lubiła te ich przepychanki słowne, wszystkie spory, które ze sobą toczyli, wiedziała, że Aloysius był godnym przeciwnikiem do toczenia takich bojów.

Nie spodziewała się tego, że znajdzie się dzisiaj na czyimś weselu, jeszcze jako tymczasowe kochanie swojego największego wroga, jednak jakoś to przyjęła do wiadomości. Skoro już odbębnili to przedstawienie, później znaleźli się w środku, to wypadało jakoś się w tym odnaleźć. Próbowała znaleźć w swojej pamięci dzień, kiedy ostatnio była na jakimś ślubie, było to jakieś dziesięć lat wcześniej, dokładnie odtworzyła sobie w głowie wygląd młodszej kuzynki Penny. Nie była na tyle duża, aby ogarnąć zbyt wiele z tego co się działo. Wryło jej się w pamięć w to, że spała na jakimś krześle tuż obok swojego brata, kiedy jej rodzice całkiem nieźle się bawili. Niekoniecznie jej się to podobało. Być może miała nie lubić ślubów, nie sądziła bowiem, że i ten będzie pamiętała jako coś pozytywnego.

- Jeśli nie po pierwszym kieliszku, to ile ich właściwie zamierzasz wypić? - Nie miała pojęcia jaką miał tolerancję na alkohol, nie zamierzała go stąd targać, ale zostawić też tutaj nie mogła, mimo tego, że za nim nie przepadała, chociaż w sumie, to byłoby całkiem zabawne. Może to był jakiś plan, upić go i zobaczyć, co się wydarzy?

- Pewnie będzie też tort. - Skomentowała jeszcze, kiedy zaczął wymieniać to, co znajdowało się na stołach. Być może alkohol nie był dla niej czymś, co mogło ją przekonać do pozostania w tym miejscu, ale tort? W sumie był to jakiś argument.

- O której będą te całe oczepiny? - Nie, żeby to było szczególnie istotne, bo spodziewała się, że bez względu na to, jaka padnie odpowiedź, to i tak tutaj z nim zostanie do tego momentu. Chciała jednak wiedzieć ile jeszcze będzie się męczyła w jego towarzystwie.

- Jeśli myślisz, że będę się tutaj nie wiadomo jak z Tobą alkoholizować… - Zaczęła mówić, bo niekoniecznie widziała to chyba tak samo jak on. - to się mylisz. - Zdarzało jej się pić, jednak niekoniecznie chciała to robić w towarzystwie obcych ludzi na czyimś weselu. - Nie powiedziałam, że dzisiaj Ci się za to wszystko odwdzięczę. - Na pewno zamierzała to zrobić, jednak lubiła mieć różne możliwości. Skoro miała się zemścić lepiej, aby to przemyślała, szkoda by było zmarnować taką szansę. - ale niech Ci będzie, zostanę tutaj z Tobą do oczepin. - Nie widziała w tej chwili innej możliwości, w sumie liczyła na to, że dzięki temu faktycznie zyska jakąś kartę, którą będzie mogła wykorzystać w przyszłości.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
07.10.2026, 22:06  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.10.2026, 22:07 przez Benjy Fenwick.)  
Nigdy nie wątpiłem w to, że Prudence potrafiła być naprawdę subtelna, kiedy chciała, ale w moim przypadku najwyraźniej wszelkie próby dyskrecji uważała za stratę czasu, co było wnioskiem tak samo prawdziwym, jak i odwzajemnionym. Nie zamierzałem jej oczywiście ułatwiać zadania, skoro już znaleźliśmy się na cudzym weselu, udawaliśmy zakochaną parę i najwyraźniej oboje postanowiliśmy potraktować tę absurdalną sytuację jak kolejną rundę naszej odwiecznej wojny. Prawda była taka, że całkiem lubiłem tę naszą głupią rywalizację, lubiłem ją znacznie bardziej, niż kiedykolwiek zamierzałem przyznać, bo z większością ludzi można było śmiertelnie pokłócić się raz, dwa razy, góra trzy, no, co najwyżej kilka razy w odstępie paru miesięcy, a potem albo dochodziło się do porozumienia, albo przestawało się do siebie odzywać, natomiast panna Bletchley była jednym z niewielu ludzi, którzy nie przyjmowali moich zaczepnych uwag bez odpowiedzi. Większość albo się obrażała, albo próbowała mnie ignorować, albo, co najgorsze, śmiała się z moich żartów, kiedy wcale nie chciałem być zabawny, ona natomiast zawsze oddawała - czasami nawet celniej, niżbym sobie tego życzył - była więc przeciwnikiem idealnym, zdecydowanie godnym mojego czasu, chociaż nigdy nie zamierzałem powiedzieć tego wprost, bo równie dobrze mógłbym wręczyć jej medal za wybitne osiągnięcia w doprowadzaniu mnie do szału.
Spojrzałem na trzymany przez siebie kieliszek, potem na nią, jakbym właśnie został poproszony o rozwiązanie niezwykle skomplikowanego problemu matematycznego, po czym wzruszyłem ramionami.
-Nie wiem. - Zrobiłem krótką pauzę. - To zależy, ile tego mają. - Oczywiście była to kompletna bzdura, ale skoro już zaczęliśmy tę farsę, uznałem, że konsekwencja musiała być ważniejsza od rozsądku. Prawda była taka, że nie miałem najmniejszego zamiaru doprowadzać się do stanu, w którym potrzebowałbym pomocy, szczególnie od niej, ponieważ zbyt dobrze znałem niewypowiedziane zasady naszego obecnego sojuszu, jak i samo moje kochanie, żeby dawać jej taką broń. Nie zamierzałem również, oczywiście, mówić jej, że ta zgoda oznaczała dla mnie coś więcej niż darmową kolację i możliwość dalszego drażnienia jej przez kilka godzin, ani że było w tym coś absurdalnie przyjemnego, bo mimo całej swojej niechęci jednak została, a mogła przecież spróbować wymknąć się przy pierwszej okazji, mogła powiedzieć prawdę, mogła urządzić mi scenę albo po prostu odejść, zostawiając mnie samemu sobie wśród ludzi, których znałem od mniej więcej kwadransa. Nie zrobiła tego i chociaż nigdy nie przyznałbym także tego, trochę mnie to ucieszyło - nie dlatego, że potrzebowałem jej towarzystwa, rzecz jasna, po prostu perspektywa spędzenia kilku kolejnych godzin na obserwowaniu, jak próbowała przetrwać wesele, które z pewnością uważała za katastrofę, wydawała mi się zdecydowanie zbyt zabawna, żeby z niej rezygnować - a kiedy wspomniała o torcie, odruchowo ochoczo skierowałem wzrok w stronę stołu, przy którym ustawiono kilka półmisków z deserami.
- No właśnie. - Przyjrzałem się im z większym zainteresowaniem. - To też argument. - Mój wzrok przesunął się po dekoracjach, paterach, owocach i kremach, zatrzymałem się na moment na wysokim, piętrowym cieście stojącym nieco dalej, ale szybko doszedłem do wniosku, że nie było ono wspomnianym tortem. - Pytanie tylko, jaki. - Liczyłem na coś przyzwoitego, najlepiej czekoladowego albo przynajmniej kremowego, bo jeśli po całym tym zamieszaniu miałem jeszcze spędzić tutaj pół nocy, chciałem dostać za to stosowną nagrodę, tort z sezonowymi owocami byłby jednak ciosem wymierzonym w moje poczucie sprawiedliwości i nie zamierzałem nawet brać pod uwagę takiego scenariusza - oczywiście nie powiedziałem tego Prue… Dacii - nie zamierzałem dawać jej kolejnej rzeczy, którą mogłaby wykorzystać przeciwko mnie.
Ponownie spojrzałem na salę, próbując zorientować się w czasie, chociaż zegar wiszący przy wejściu był zasłonięty przez dekoracje, a na ścianie nie wisiała żadna rozpiska ani plan wieczoru.
- Nie mam pojęcia. - Przyznałem z rozbrajającą szczerością, po czym rozejrzałem się po tłumie. - Ale mogę się dowiedzieć. - To mówiąc, złapałem za ramię przechodzącego obok czarodzieja, który wyglądał, jakby znał harmonogram całego wesela, chociaż równie dobrze mógł być po prostu człowiekiem, który kręcił się bez celu z kieliszkiem w dłoni, jak my, wyłącznie sprawiając wrażenie i tak naprawdę niewiele już ogarniając. - Przepraszam, przyjacielu, o której oczepiny? - Proste? Proste. Przynajmniej w teorii, gdyż mężczyzna odpowiedział mi coś, czego w hałasie nie zrozumiałem nawet w połowie, ale pokiwałem głową, aby nie wdawać się z nim w niepotrzebne przekrzykiwanki. - Świetnie. Dzięki, kolego. Czyli mamy plan. - Kiedy odszedł, spojrzałem na Prue-Dacię… „Prudację? Prudencję, kurwa mać, nawet tu musi wszystko zepsuć”. - Powiedział coś o północy. Albo o pół godzinie. W każdym razie na pewno chodziło o godzinę. Jakąś. - Wzruszyłem ramionami, założywszy, iż mieliśmy się tego dowiedzieć w odpowiednim czasie, co było integralną częścią całego przeżycia.
„Jeśli myślisz, że będę się tutaj nie wiadomo jak z tobą alkoholizować…” - spojrzałem na nią z absurdalnie niewinnym wyrazem twarzy.
- Nigdy czegoś takiego nie powiedziałem. - Odczekałem chwilę. - Pomyślałem, ale to co innego. - Uśmiechnąłem się, kiedy dokończyła, że się mylę. - Oczywiście. Ty jesteś rozsądna i zachowawcza, ja jestem problemem, blablabla.. Znamy ten układ. - Przechyliłem puste szkło w jej stronę i wskazałem na jej kieliszek. - A jednak to ty wypiłaś swój pierwszy jak eliksir leczniczy. Ja tylko próbuję dotrzymać ci kroku. - Uśmiechnąłem się bezczelnie, wcale nie reagując niepokojem na groźbę wstrzymania się z wyrazami wdzięczności, wręcz przeciwnie, przez chwilę przyglądałem jej się z rozbawieniem, po czym nachyliłem się odrobinę bliżej. Najlepsze zemsty wymagały przygotowania na zimno, szczególnie te, które miały być wymierzone we mnie, bo nie tolerowałem niedbałości w tej dziedzinie.
- Spoko. Nie chciałbym przegapić tortu tylko dlatego, że obraziłem cię piętnaście razy w ciągu pierwszych dwudziestu minut. - Stwierdziłem lakonicznie, całkiem zadowolony z siebie, nawet jeśli wiedziałem, że człowiek, który sam prosił się o zemstę, nie powinien następnie tak beztrosko dawać przeciwnikowi czasu na jej zaplanowanie.
Przez chwilę patrzyłem na nią bez słowa, gdy dotarło do mnie, co powiedziała chwilę później, ponieważ chyba nie spodziewałem się, że rzeczywiście się zgodzi - spodziewałem się kolejnej wymiany zdań, może próby znalezienia wymówki, może nawet demonstracyjnego odejścia, które musiałbym zatrzymać wyłącznie po to, żeby nie zostawić jej samej wśród tych ludzi, tymczasem stała obok mnie, najwyraźniej pogodzona z tym, że przez najbliższe kilka godzin będzie musiała znosić moje towarzystwo.
- Wiedziałem, że się dogadamy. - Oczywiście, kłamałem, ale nie zastanawiając się długo, wyciągnąłem do niej rękę, jakbym właśnie zawierał z nią oficjalną umowę. - Umowa stoi. Do oczepin. - Spojrzałem na nią z rozbawieniem. - Potem odzyskujemy pełną swobodę. - Dodałem, chociaż wcale nie zamierzałem jakiejkolwiek tracić. Miałem już na końcu języka coś o tym, że młoda para mogła być dumna, że ich wielki dzień przyczynił się do zbudowania tak pięknej więzi, ale uznałem, że nawet jak na mnie byłoby to przesadą, zamiast tego rozejrzałem się po sali. - Okeeej. Najpierw tort. Potem oczepiny. Później możemy zacząć się zastanawiać, czy wypada wynieść coś na pamiątkę. -  Spojrzałem na nią z udawaną powagą. - Nie patrz tak. Mam na myśli kawałek ciasta. Na przykład dla Eliasa. - Nie mogła mi zarzucić, że nie myślałem perspektywicznie i z pewnością ją to wkurwiało.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#10
08.10.2026, 17:04  ✶  

Nie było to całkiem zdrowe, ale jakoś nie do końca potrafiła się temu oprzeć. Niby wiedziała, że jego towarzystwo będzie ją kosztowało zszargane nerwy, a jednak i tak postanowiła zagrać w tę grę. Najwyraźniej lubiła czasem znęcać się nad samą sobą. Nie miała większego problemu z odmawianiem ludziom, potrafiła przejść bez słowa kiedy ktoś inny ją zaczepiał, czy prowokował, kiedy jednak chodziło o Rookwooda to bierność nigdy nie wystarczała. Zawsze musiała mu się odszczekać, doprowadzić do konfrontacji, które kończyły się różnie. Gdzieś w głębi sprawiało jej to większą przyjemność, niże gotowa była przyznać, nawet przed samą sobą. Czyny mówiły jednak więcej, niż słowa, czyż nie? Właśnie dlatego postanowiła zostać na tym ślubie i odstawiać dalej tę szopkę, bo czemu by nie.

- Wygląda na to, że dużo tego mają. - Przeniosła wzrok na stół który był zastawiony najróżniejszymi trunkami, albo jej się wydawało, albo niedaleko parkietu widziała jeszcze prowizoryczny barek, gdzie znajdowało się naprawdę dużo szkła. Czy tak ważne było picie podczas takich uroczystości? Zmrużyła na moment oczy i pozwoliła sobie zgubić się na chwilę w swoich myślach. Czy istniała jakaś zależność między ewentualnym szczęściem młodej pary, a wypitym alkoholem, nigdy o tym nie słyszała, ani nie czytała. Nie wydawało jej się, aby faktycznie istniała, a jednak ludzie bardzo chętnie sięgali po te szklane butelki i rozlewali ich zawartość. Nie miała pojęcia, czy kiedyś to zrozumie, czy nie do końca. Czy naprawdę, aż taką przyjemnością było niepanowanie nad swoimi myślami i ciałem?

- To jak na moje najsilniejszy argument ze wszystkich. - Wróciła spojrzeniem do Aloysiusa. Tort naprawdę ją przekonywał, na takie uroczystości w końcu wybierano na pewno jakieś niezapomniane smaki, nie można było pozwolić sobie na jakieś pierwsze, lepsze ciasto. Przynajmniej tak się Bletchley wydawało, nie, żeby jakoś specjalnie znała się na ślubach. - Jest lato, na pewno wybrali coś z truskawkami, albo malinami, czy innymi owocami. - Wydawało jej się to oczywiste, zazwyczaj dobierano smaki do panującego akurat sezonu. Nie byłoby nic złego w śmietankowym torcie z dużą ilością owoców. Na samą myśl o tym usta drgnęły jej w uśmiechu. Tak, zdecydowanie musieli poczekać do tortu, ten argument spowodował, że nie widziała w ogóle innej możliwości.

Nie miała zielonego pojęcia, ile czasu będą musieli tutaj spędzić do tych oczepin, na których tak zależało jej tymczasowemu wybrankowi serca. Wydawało jej się, że on mógł tę wiedzę posiadać, no bo był Rookwoodem, na pewno często zapraszano ich na podobne spędy, czystokrwiści lubili hucznie świętować najróżniejsze wydarzenia, a że wszyscy byli jedną, wielką rodziną to jakoś tak doszła do tego, że pewnie często bywał na podobnych przyjęciach. - Skoro możesz, to… - Nie musiała nawet dokończyć zdania, bo już się tym zajął. Spoglądała z niedowierzaniem, kiedy złapał pierwszą, lepszą przechodzącą obok osobę i zadał jej to pytanie. Był zdecydowanie dużo bardziej społecznym stworzeniem od niej, Prue pewnie godzinę zająłby wybór osoby do której mogłaby podejść, kolejną rozważanie, czy faktycznie nie zrobi z siebie głupka… Aloysius bardzo się od niej różnił pod tym względem.

- Bo to żadna różnica północ, czy pół godziny… - Pokręciła jeszcze głową, był naprawdę niemożliwy. Nawet tego nie mógł zrobić dobrze? Odetchnęła ciężko, w sumie to niczego nie zmieniało, ustalili, że poczekają do tortu, do oczepin - bez względu na to, ile czasu miało im to zająć.

Zmarszczyła nos, kiedy znowu się do niej odezwał, w sumie jej cała czas się skrzywiła. Miał nieco racji, ale to tylko dlatego, że kieliszek trafił do jej ręki kiedy zupełnie się tego nie spodziewała i nie panowała nad tym, co się z nią działo, była zamyślona. Oczywiście tego nie zamierzała mu tłumaczyć, nie podzieliłaby się z nim swoją największą słabością, nie chciała, aby wiedział o niej zbyt wiele. - Możesz mieć z tym problem, ale to też dobrze znany układ. - Uśmiechnęła się, ale w tym uśmiechu raczej trudno było szukać szczerości.

- To było dziesięć razy, nie piętnaście. - Poprawiła go, mrużąc przy tym oczy. Tak, próbowała się tego doliczyć, a że pamiętała wszystko bardzo dokładnie, to wolała to sprostować.

Spojrzała na rękę, którą do niej wyciągnął bardzo sceptycznie. Naprawdę zawierali tę umowę, cóż, niech mu będzie, teraz na pewno nie było odwrotu, podniosła rękę, aby faktycznie doszło do tego oficjalnego porozumienia. - Tak, to przecież najbardziej oczywista rzecz. - Prychnęła pod nosem. Zdecydowanie nie było im po drodze z podobnymi deklaracjami. - Zgadzam się, do oczepin, później wszystko wraca do normy. - Nie, żeby wydawało jej się, że do tego czasu nie będą sobą, musieli jednak być nieco bardziej przyzwoici, bo byli między obcymi ludźmi i raczej zależało im na tym, by ich nikt stąd nie wykurzył. Oby ten nieszczęsny tort był wart swojej ceny.

Pokręciła głową z niedowierzaniem, chciał stąd coś wynieść i jeszcze sugerował, że zrobią to dlatego, żeby jej bliźniak miał coś z ich wizyty w tym miejscu. Niesamowite, naprawdę niesamowite. - Wolałabym jednak niczego stąd nie wynosić. - Nie, żeby to powinno go dziwić.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (12805), Prudence Fenwick (6004)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa