Było już grubo po północy, to wiedział na pewno. Dokładna godzina była mu jednak nieznana, bo jak na złość, wszelkie zegarki pouciekały mu z zasięgu wzroku, kiedy razem z Christopherem osuszali kolejne szklanki, kojąc alkoholem ból i upodlenie dnia. Twarz wciąż bolała, a nie ważne ile oboje wyczarowali sobie kostek lodu czy zimnych kompresów – opuchlizna wywołana bójką nie chciała całkowicie zejść, dodatkowo rozlewając się siniakami tam gdzie padły ciosy. Czuł, że o poranku będzie tylko gorzej, jeśli nie posmaruje sobie tego jakąś maścią, a przynajmniej myślałby o tym, gdyby nie była to jedna z ostatnich rzeczy jakie zajmowały mu głowę.
Po pierwsze, całość sytuacji, w jakiej znalazł się z Rosierem, była dla niego zwyczajnie absurdalna. Kiedy już obydwoje się nieco uspokoili i znaleźli sobie miejsce inne niż Zorza, wreszcie udało mu się w pełni połączyć kropki, że jakieś skończone idiotki w kowenie zaczęły rozpowiadać, że pojawili się tam z Victorią, bo są na pewno zaręczoną ze sobą parą. Kompletnie nie wiedział po co i dlaczego, ale chyba wciąż było w nim trochę goryczy co do tego, że nie udało im się wiele załatwić.
Po drugie, nie ważne ile procentów wciągnął tego wieczoru, nie mogło to wygonić z jego głowy jednej, dość konkretnej rzeczy. Albo raczej człowieka – Stanleya Borgina. Kiedy wrócił z Lozanny, spodziewał się wielu rzeczy; prezentów, kartek urodzinowych, wyzwisk (bo zdarzali się i tacy, którzy życzyli mu jak najgorzej) i czegoś słodkiego. Ba, zjadł ten kaktusowy tort, udając że potem się o niego poobraża. Była jednak jedna rzecz, której nie spodziewał się w żadnym wypadku – listu. Koperty, którą nadesłała do niego Lorraine, a która zawierała w sobie więcej, niż mógł się spodziewać. Notki panny Malfoy dość szybko wylądowały w koszu na śmieci, kiedy tylko zorientował się, że miała zamiar prowadzić narrację urażonej księżniczki - niestety dla samego siebie, nieco za długo mu to zajęło. Potem pozostało mu przeczytać to, co nakreślił do niego przyjaciel.
Przyjaciel - czy tak właściwie powinien go dalej nazywać? Miał wrażenie, że nikt z jego otoczenia nie uważał, ze było to najlepsze określenie, a mimo tego Atreus nie mógł zebrać się na to, by jednoznacznie przekreślić Stanleya. Wiedział co zrobił, wiedział że zniknął, zapadł się pod ziemie, nie mówił całej prawdy i ukrywał przed nim rzeczy, ale… ale Bulstrode chyba zawsze gdzieś w środku czuł, że nie widział całego obrazka. Ba, nie chciał go widzieć. Odwracał wzrok umiejętnie, ignorując problemy i pewnie przez to niejednokrotnie stając się ich częścią. Nic już nigdy nie miało być takie samo, a mimo tego czuł że słowa zapisane na pergaminie, trafiają bezpośrednio do serca i są nazbyt aż prawdziwe. Gdyby mógł cofnąć czas, wszystko zrobiłby dokładnie tak samo, jeśli chodziło o przyjaźń ze Stanleyem i chyba dlatego tak go to wszystko rozdzierało. Łamanie na kole byłoby lepsze, a mimo tego korespondencja została złożona i schowana do koperty, którą wsunął do płytkiej szuflady w biurku, gdzie trzymał najważniejsze dokumenty.
Biciem i prowokowaniem Rosiera, chciał zagłuszyć to, co przez cały dzień dudniło mu w uszach, kiedy oglądali sobie z Victorią Knieję Godryka, a potem kowen Macmillanów. Nie był to przeciwnik idealny, ale nie zamierzał wzgardzać tym, co samo do niego przyszło - i za to podejście sam siebie mógłby nie znosić, gdyby miał w sobie odrobinę mniej alkoholu i żalu.
Znalezienie kamieni na mugolskiej ulicy okazało się zadaniem niemalże karkołomnym, ale wreszcie mu się udało, nawet pomimo tego ze parę razy zatoczył się i wpakował w ścianę. Potem przez chwilę zastanawiał się, która kamienica była poprawna, by wreszcie wycelować w okiennice. Jeden, drugi, trzeci - całe szczęście amunicja wcale nie była duża i chyba nie mogła zrobić dużej szkody, ale też szybko się skończyła. Zaklął wtedy, widząc że nie osiągnął zamierzonego efektu i wpakował się do środka. Po klatce schodowej, schodami na piętro - całe szczęście właściwe - po to by z rozpędu próbować otworzyć drzwi, bo przecież znał kod. Coś w nim jednak drgnęło w pewnym momencie, jakaś wyraźniejsza, ostrzegawcza myśl, że może nie powinien czegoś takiego robić. Nawet nie dlatego że nie wypadało, a istniało ryzyko ze dostałby za to zaklęciem. Dlatego zapukał. Na miarę swoich możliwości, czyli źle wymierzywszy siłę i nieco za głośno.
— Bre..enna! To ja, otwórz — szkoda tylko, że godzina była nieboska i tak poranna, że słońce nawet nie zaczęło jeszcze wstawać, ale to było zmartwienie na trzeźwego Atreusa.