09.10.2026, 16:23 ✶
31.10
Myślał o tym bardzo dużo.
Myślał o tym podczas pracy.
Myślał o tym podczas odpoczynku.
Myślał o tym rozmawiając z tymi z którymi pracował, myślał o tym kiedy milczał.
Panna Avery rozbudziła w nim potrzebę, która zgasła równie szybko jak ociosana drzazga wyłuszczona z łuczywa. Własne stoisko, chwalenie się rzeźbami, które ponoć był bruistyczne przez to piękne, prymitywne, przez co intrygujące. Był umęczony, jego ciało krzyczało o odpoczynek, ale zapalił się do tego pomysłu. Amulety, zwierzęce totemy, wisiorki i duperelki, które pełniły funkcje ochronne i estetyczne. Które niosły ze sobą odrobinę ciepła.
Nie były przydatne, większość nie. Dłonie miał naznaczone odciskami a jego umysł niebezpiecznie zbliżał się do granicy, w którym klątwa żywiołów nie byłaby niespodzianką, a wręcz oczekiwanym gościem. Kumulacja stresu, niedospania i poczucia obowiązku wobec wszystkich którym obiecał pomóc… Nie chodziło o to, że żałował. Chodziło o to, że pojawiając się na sabacie naraziłby wszystkich.
Dlatego zgodnie ze swoim nowym sabatowym zwyczajem, odwiedził przedpołudniem Mabel by zjeść z nią ciasto. Nie dał się sprowokować Karlowi, pojawił się w Little Hangleton, by dopilnować straganów, a potem uciekł. Uciekł stamtąd co prędzej, zabierając kilka produktów, które przyjął od swoich zleceniodawców z niezręcznym uśmiechem. Nie był osobą nawykłą do pikników - było to w jego mniemaniu zajęcie dla mieszczuchów, którzy chcieli udawać, że mają jeszcze w zgniłych sercach połączenie z natura. Ostatecznie jednak zabrał słoiczki, chleb owinięty w płócienną szmatkę, ser i pęto kiełbasy, butelkę wina i kosz owoców. Zabrał ze sobą koc oferowany przez panią Wesley i zabrał drewniany amulet wciśnięty w dłoń.
Zabrał wszystko. Swój strach i przemęczenie. Zabrał drżenie człowieka, który w ostatnim czasie wymagał od siebie zbyt wiele.
I w końcu dotarł w to miejsce, które poznał magią uwolnionych elfów kilka tygodni wcześniej. Kwiaty zakwitłe wkoło już obumarły, a słońce dopiero zaczęło snuć się ku zachodowi. Zdawało mu się, że gdy przed momentem opowiadał o tym miejscu komuś w Little Hangleton, o jeziorze Windermere, to oddawał piękno tego miejsca. Teraz jednak zdał sobie sprawę z tego, że słowa pozostawały bezbronne wobec uroku. Wobec piękna. Wobec prawdy.
Rzeczy opadł na miękką trawę, podobnie jak zrzucił z siebie ubrania i nie bacząc na chłód zanurzył się w jeziornej wodzie, póki słońce nie opadło zupełnie, tak aby spłukać z siebie trud, otrzeźwić umysł przed nadchodzącą nocą zjednoczenia dusz, żywych i umarłych. W torbie miał też świece, miał zmniejszone gałęzie gotowe do ułożenia ogniska. Będzie to małe ognisko, ofiarowane szczerą intencją bardziej niż dłońmi kapłanów, ale na razie… na razie oddał się zimnej wodzie i mgle niespiesznie zasnuwającej milczącą taflę.