• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[30/10/1972] Some people are born doomed, others marry into it | Benjy, Prue

[30/10/1972] Some people are born doomed, others marry into it | Benjy, Prue
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
13.10.2026, 12:45  ✶  
Przesunąłem palcami po karku, czując pod skórą wyczuwalne napięcie zesztywniałych mięśni, które pojawiało się u mnie zawsze wtedy, kiedy zaczynałem układać w głowie możliwe scenariusze, nie zamierzałem jednak dopisywać do tego historii o dawnych rytualistach, zapomnianych kultach i tajemniczych strażnikach lasu, dopóki nie mieliśmy choć jednego konkretnego dowodu - takie opowieści świetnie nadawały się do wieczornych rozmów przy kominku, ale podczas pracy potrafiły skutecznie odciągać uwagę od tego, co rzeczywiście znajdowało się przed czyimś nosem. Nie wiedzieliśmy, czy ochronę zapewniały same znaki, czy sposób ich rozmieszczenia, ani czy kromlech został zbudowany w miejscu, które samo w sobie miało jakieś właściwości, możliwe, że znaczenie miała kombinacja wszystkich tych czynników, a my właśnie próbowaliśmy odtworzyć jeden element układu, którego reszty nawet nie rozumieliśmy. Nie wiedzieliśmy również, czy kamień był tylko nośnikiem symbolu, czy też stanowił część większego zabezpieczenia - gdyby okazało się, że znak działał wyłącznie w obrębie konkretnej konstrukcji, medalion mógłby nie dawać nam niczego poza fałszywym poczuciem bezpieczeństwa, dlatego chciałem potraktować go jako dodatkową ochronę, nie jako przepustkę do Kniei. Jeśli zadziała, będziemy mieli podstawę do dalszych badań - jeśli nie zadziała, musieliśmy być przygotowani na to, żeby się wycofać, zamiast uparcie sprawdzać, czy za drugim razem wydarzy się coś innego.
Przez moment patrzyłem na nią w milczeniu, po czym parsknąłem cicho, bo nawet środek nocy nie stanowił wystarczającego usprawiedliwienia dla tego, że właśnie zostałem przyłapany na czymś, co wolałem nazywać „zdrowym instynktem terytorialnym”, a nie „zazdrością” - „zazdrość” brzmiała paskudnie, jak coś, co powinno się leczyć, dopóki nie przestanie sprawiać kłopotów, tymczasem ja miałem jedynie nieszczęście dowiedzieć się, że moja żona utrzymywała znajomość z pewnym Krukonem, o którym nie pamiętałem, żeby kiedykolwiek mówiła mi wystarczająco dużo, bym mógł uznać temat za zamknięty. Co było oczywiście kompletną bzdurą, ponieważ znałem Tristana Warda, wiedziałem, kim był, pamiętałem go ze szkoły, może mieliśmy wtedy kosę, ale jego nazwisko nie powinno wywoływać we mnie żadnej szczególnej reakcji, najwyraźniej jednak nie wszystkie części mojego mózgu otrzymały informację o tym, że od dawna nie miałem już siedemnastu lat, nie musiałem nikomu udowadniać swojej przewagi na szkolnym korytarzu, a Prudence Bletchley, później Fenwick, miała pełne prawo znać dowolną liczbę czarodziejów bez konieczności składania mi raportu z każdej rozmowy.
- „Zwyczajnym tonem”. - Powtórzyłem, unosząc brwi i odchylając głowę, żeby spojrzeć na nią spod pasm włosów opadających mi na czoło. - Okej. Jasne. - Sięgnąłem po medalion, który wcześniej odłożyłem na kołdrę, i zacząłem obracać go między palcami, bo łatwiej było mi zająć czymś ręce, niż siedzieć bezczynnie pod jej spojrzeniem, kiedy najwyraźniej postanowiła przyjrzeć się pewnym aspektom mojego charakteru, których sam wolałem nie analizować zbyt dokładnie. - Wiesz, człowiek się staszeje, pamięś szwankuje, pewne ulasy pozostają jednak wyjątkowo szywotne. Się zdasza. - Mogłem być zazdrosny, mogłem też mieć ochotę rzucić w niego podręcznikiem, ale z tego, co pamiętałem, przynajmniej nigdy nie doprowadziłem do żadnego poważnego incydentu, musiała mi to przyznać. - Poza tym „zazdlość” to balso mocne słowo. Powiedziałbym laszej, sze miałem wówczas uzasadnione zastszeszenia do niektólych osób, któle zbyt chętnie klęsiły się w twoim otoczeniu. - Charakterystyczny krzywy uśmieszek nie zniknął mi z twarzy, ale na tym postanowiłem zakończyć temat, zanim Prue zaczęłaby wydobywać ze mnie kolejne nieprzyjemnie szczere wyznania, a ja musiałbym przyznać, że niektóre rzeczy potrafiły uwierać mnie nawet wiele lat po tym, kiedy przestały mieć jakikolwiek sens, znacznie łatwiej było wrócić do widm, ponieważ przynajmniej one nie miały zwyczaju uśmiechać się niewinnie, kiedy trafiały w czuły punkt.
Po prawdzie mówiąc, chociaż sama śmierciotula była żartem, przez jakiś czas luźno rozważałem podobne rozwiązanie dotyczące jakiegoś innego stworzenia reagującego na ludzkie energie, chociaż dotąd nie miałem okazji opracować go w sposób, który nie kończyłby się koniecznością tłumaczenia komuś, dlaczego uznałem za dobry pomysł sprowokowanie nieznanej istoty na terenie objętym zakazem wstępu. Jeśli udałoby się odciągnąć jedno widmo od pozostałych, moglibyśmy spróbować ustalić, czy reagowało na symbol bezpośrednio, czy dopiero wtedy, kiedy znajdowało się w pobliżu całej konstrukcji, tyle że musielibyśmy wiedzieć, jak je zwabić, jak utrzymać odpowiedni dystans i przede wszystkim jak zapewnić sobie możliwość odwrotu, gdyby postanowiło potraktować naszą próbę jako zaproszenie do kolacji - nie je łapać, nie zamykać je w kręgu i nie machać mu przed oczami amuletem, licząc na to, że zareaguje zgodnie z naszymi oczekiwaniami, chociaż musiałem przyznać, że ta ostatnia część brzmiała jak coś, co mógłbym zrobić…  W rzeczywistości nie chodziło wyłącznie o mnie - gdybym miał podejmować ryzyko sam, zapewne znacznie łatwiej byłoby mi uzasadnić niektóre decyzje, ponieważ nie musiałbym wracać do domu z wiedzą, że własna lekkomyślność mogła pozbawić moją żonę kogoś, z kim dzieliła życie, i to po raz kolejny. Nie zamierzałem jednak mówić tego wprost, potrafiłem, owszem, ale nie chciałem, by każde moje słowo dotyczące wyprawy stawało się kolejnym powodem do niepokoju, zamiast tego sięgnąłem po mniejszy medalion i ułożyłem go na otwartej dłoni, przyglądając się drobnym liniom znaku, który miał pomóc nam przeżyć spotkanie z czymś, o czym wciąż wiedzieliśmy zdecydowanie za mało.
- Duszo. Ale kto, jak nie my? Ostatnio mamy doświadczenie s niepszewidywalnymi klysysami. - Pokiwałem głową z nieskrywanym przekąsem, po czym wyciągnąłem rękę i lekko trąciłem palcem jej kołdrzaną twierdzę, sprawdzając, czy konstrukcja wytrzyma jeszcze jedno naruszenie, choć pozostawiłem wystarczająco dużo miejsca, by mogła zdecydować, czy zamierzała pozwolić mi wrócić do własnych łask, czy też skazać mnie na dalsze siedzenie na brzegu materaca już do samego rana.

Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (6753), Prudence Fenwick (3834)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa