4 godzin(y) temu ✶
Kolejny raz przyznawałem Geraldine rację, skwitowawszy jej słowa krótkim skinieniem głowy, sam także nie widziałem powodu, żeby zmieniać zdanie tylko dlatego, że odwrócony dąb brzmiał jak coś, co powinno zaprzątać uwagę każdego szanującego się badacza magicznych osobliwości - to drzewo było abominacją, nie zamierzałem polemizować z tym określeniem ani udawać, że nie miałem ochoty dowiedzieć się, kto lub co doprowadziło do powstania takiego kuriozum, jednak dopóki nie próbowało nas zaatakować korzeniami czy tam koronami, nie widziałem powodu, żeby już na starcie poświęcać mu więcej uwagi niż istotom mającym stać nam na drodze do Polany Ognisk, które rzeczywiście stanowiły dla nas bezpośrednie zagrożenie. O ile dobrze zrozumiałem, obiekt obrazy religijnych uczuć towarzyszącego nam kaznodziei został wyrwany z poprzedniego miejsca podczas wichury i zaczął wrastać w nowe do góry nogami, lecz od tamtej pory tkwił na swoim kwadracie i chociaż oddziaływał na lokalną florę oraz faunę, tak jak to określiła Gerda, nie wykazywał szczególnej inicjatywy w zakresie przemieszczania się po lesie, podczas gdy widma miały do dyspozycji całą Knieję i zdecydowanie nie potrzebowały zaproszenia, żeby zainteresować się obecnością kilkunastu lub kilkudziesięciu nowych żywych istot przybywających na świąteczną kolację, co czyniło je problemem znacznie bardziej naglącym od pojedynczego drzewa o niewłaściwej orientacji.
„Po prostu nie widzę powodu, żeby stawiać je wyżej na liście priorytetów tylko dlatego, że wygląda na coś, co powinno zainteresować specjalistę. Właściwie to sam nim tak jakby jestem i mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że drzewo, które nie próbuje mnie właśnie zabić, ma niewielkie szanse na zdobycie mojej niepodzielnej uwagi”, nie zamierzałem ulegać własnej ciekawości ani tym bardziej dać się jej zwieść, choć należała ona do nielicznych rzeczy zdolnych skutecznie odciągnąć moje myśli od perspektywy znalezienia się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
- No, nie szebym chciał bloniś dębu. - Oznajmiłem w końcu, uznając, że warto było ponownie zaznaczyć tę kwestię, zanim ktoś przypisałby mi podejrzane zainteresowanie botanicznymi wynaturzeniami, którego zresztą nie potrafiłbym uzasadnić nawet przy dużej dozie dobrej woli, dotychczas samą botanikę traktowałem bowiem podobnie do religii z aspektami rytualnymi, czyli głównie jako dziedzinę dostarczającą składników medycznych i powodów do przeklinania podczas zbierania ich w terenie. - Tak czy inaczej, abominacja pozostaje abominacją, ja tesz uwaszam, sze powinna znaleźć się wysoko na liście szeszy, któlymi naleszy się zająś, ale dopóki nie zacznie pełzaś za nami po polanie albo plóbowaś pszygwoździś nas koloną… czy tam koszeniami do ziemi, widma pozostają znacznie pilniejszym ploblemem. Jeśli zignolujemy ich liczebność, mosemy nawet nigdy nie dotsześ do tej części, gdzie konal zapłonie. - To ostatnie mówiło samo za siebie, jeśli chodziło o hierarchię, jak dla mnie na tym etapie trudno było o bardziej przekonujący argument.
Zdecydowanie bardziej odpowiadała mi perspektywa, w której to my wybieraliśmy, czym zajmiemy się w pierwszej kolejności, zamiast pozwalać, by o naszej kolejności działań decydowało coś, co mogło w każdej chwili wyłonić się spomiędzy drzew, ale oto byliśmy i próbowaliśmy radzić sobie z wieloma złożonymi kwestiami na raz, niekoniecznie mogąc operować dużą ilością czasu i zasobów. W tej chwili nie byłem już nawet pewien, czy brakowało mi kilku elementów układanki, czy też od samego początku próbowałem ułożyć ją według niewłaściwego wzoru, ale nie za bardzo miałem już przestrzeń, aby próbować złożyć to wszystko od nowa. Im więcej się dowiadywałem, tym mniej tak naprawdę wiedziałem, co z oczywistych względów wyjątkowo mocno mi się nie podobało, o ile bowiem wcześniej przynajmniej zdawałem sobie sprawę z tego, jak wiele pozostawało poza moim zasięgiem, o tyle teraz, gdy zacząłem powoli łączyć ze sobą poszczególne fragmenty układanki podsuwane mi z kilku różnych źródeł, odkrywałem, że wyłaniający się z nich obraz w niewielkim stopniu przypominał ten, którego dotąd się spodziewałem. Co gorsza, nie potrafiłem przy tym dalej zrzucać winy na mgliste teorie i brakujące informacje, bo te które otrzymywałem wcale nie ułatwiały mi zrozumienia sytuacji, przeciwnie, sprawiały, że coraz więcej rzeczy zaczynało budzić moje zastrzeżenia.
- „Posiekaś”? I… „Wepchnąś”? - Nawet nie zauważyłem momentu, w którym moje własne słowa niemal idealnie odbiły wcześniejszą reakcję Sebastiana, bo tym razem to ja wbiłem w Gerdę niezbyt rozumne spojrzenie. „Wspaniale, po prostu wspaniałe”, czyli w tym momencie zataczaliśmy jakieś pokrętne koło, powidok, można by rzec, pierwotnego planu Ministerstwa, tylko w bardziej słusznym celu pozbycia się dębu w Limbo, nie zaś rozniesienia jego fragmentów na cztery strony świata. Poza tym… „Magią? Siekierą? A jak siekierą, to czy poświęconą? Jakim sposobem?”
- Flakoniki… - Zawahałem się, bo tak naprawdę na tym etapie już wszystko i nic mogło nam realistycznie pomóc. - Będą… W posządku. Dzięki. - Stwierdziłem z niejakim wahaniem, samemu nie będąc do końca przekonanym, czy właśnie udzieliłem komukolwiek użytecznej odpowiedzi, czy jedynie próbowałem nadać pozory sensu sytuacji, która już dawno całkowicie wymknęła się spod kontroli.
Ograniczenia teleportacji mogły utrudnić nam drogę, rzeczywiście, lecz zaklęcia percepcyjne podważały zaufanie do samego sposobu, w jaki oceniałem miejsce, w którym się znajdowałem, co było o stokroć gorsze. Te pierwsze nałożone na terenie Kniei stanowiły, rzecz jasna, całkowicie poważną kwestię do rozpatrzenia, ale sam jakoś nigdy nie przepadałem za tym sposobem przemieszczania się, woląc polegać na własnych nogach albo na rozwiązaniach, których zasady działania znałem wystarczająco dobrze, żeby nie musieć ufać im na ślepo, potrafiłem zatem jeszcze zaakceptować istnienie podobnych zabezpieczeń. Translokacja nigdy nie należała do moich ulubionych dziedzin magii i nie zamierzałem udawać, że perspektywa utraty możliwości przenoszenia się z jednego miejsca w drugie stanowiła dla mnie szczególny powód do rozpaczy, nawet biorąc pod uwagę obecność Widm, zwłaszcza że w swojej pracy nauczyłem się nie przywiązywać nadmiernej wagi do jednego sposobu wydostawania się z kłopotów, bo tak naprawdę zawsze istniały inne wyjścia, nawet jeśli czasami wymagały większego nakładu energii, kombinowania i improwizacji pod presją, odrobiny szczęścia czy tam opatrzności bogów będących po naszej stronie albo po prostu gotowości do ubrudzenia sobie rąk. Informacja o zaklęciach percepcyjnych należała jednak do zupełnie innej kategorii, to właśnie ona sprawiła, że przestałem traktować ostrzeżenia przedstawiane nam przez Sebastiana jako zbiór upierdliwych, ale ostatecznie akceptowalnych ograniczeń, które ktoś tam w Ministerstwie uznał za konieczne do wprowadzenia na zamkniętym terenie, by ograniczyć szanse przedostania się gawiedzi na teren chroniony.
Nie podobała mi się sama myśl, że w obrębie lasu mogło znajdować się coś zdolnego wpływać na sposób postrzegania otoczenia, szczególnie jeśli działanie takich czarów nie ograniczało się do prostego oszukiwania wzroku, lecz również do zmuszania maszerujących, by stale zmieniali swoje miejsce pobytu, bez możliwości przystanięcia gdzieś na chwilę dłużej i rozważenia opcii. W moim fachu błędna ocena sytuacji potrafiła kosztować znacznie więcej niż utratę kilku godzin pracy czy zawartości sakiewki, dlatego przywykłem polegać na własnej percepcji szczególnie wtedy, gdy pozostałe okoliczności pozostawiały wiele do życzenia - miałem naprawdę dobre pojęcie o iluzjach i podobnych sztuczkach, między innymi dlatego, że jako łamacz klątw musiałem nauczyć się odróżniać to, co rzeczywiście znajdowało się przede mną, od tego, co ktoś bardzo chciał mi pokazać, jednak sama znajomość mechanizmów nie sprawiała przecież, że stawałem się odporny na ich działanie - wiedza pomagała rozpoznać pułapkę, kiedy miało się wystarczająco dużo czasu, żeby przyjrzeć się jej z bliska i mogło się ją jakoś obejść, znacznie gorzej przedstawiała się sytuacja, w której zaklęcia zaczynały działać tak naprawdę od razu, po przekroczeniu konkretnej, zapewne zamkniętej w formie okręgu granicy wyznaczonej przez zespół specjalistów. Poza tym zwyczajnie nie znosiłem sytuacji, w których ktoś próbował mieszać mi w głowie, odbierać mi pewność co do tego, co widziałem lub słyszałem, albo podsuwać mi fałszywe wnioski tak skutecznie, żebym jeszcze sam uznał je za własne, a tutaj ewidentnie właśnie o to chodziło Ministerstwu i badaczom.
Pytanie, jakie padło z ust Gerdy w odpowiedzi na słowa kaznodziei o ewakuacji wydawało mi się przy tym całkowicie zasadne, zwłaszcza że oboje z kuzynką byliśmy słusznego wzrostu i mieliśmy nogi, które pozwalały pokonywać długie dystanse, a także przekraczać przeszkody bez konieczności zatrzymywania się co kilkaset kroków pod pretekstem podziwiania okolicznej roślinności. Z wiadomych pobudek, w wyniku podjętych wyborów życiowych oboje przywykliśmy również do łażenia po dziczy i nie należeliśmy do tych, którzy po godzinie marszu zaczynali rozglądać się za najbliższym powozem, co dawało nam pewną potencjalną przewagę nad resztą towarzystwa mającego zamiar przedrzeć się przez bariery, choć wolałem nie wyciągać z tego zbyt daleko idących wniosków, szczególnie w miejscu, w którym nawet pozornie niewinna zmiana mogła okazać się częścią czegoś znacznie bardziej zabójczego. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że do, ekhem, pielgrzymek w niekoniecznie słuszne miejsca, w niekoniecznie prawych celach również zdążyliśmy się przyzwyczaić, więc sama perspektywa konieczności szybkiego spierdalania nie budziła we mnie szczególnego niepokoju. Z tego samego doświadczenia wiedziałem zresztą, że w razie potrzeby potrafiłem poradzić sobie również z transportem pasażerów, którzy z jakiegoś powodu tracili zdolność samodzielnego pokonywania drogi, miałem bowiem za sobą wystarczająco wiele okazji do noszenia ludzi na barana, by uznać tę umiejętność za praktycznie udowodnioną, moje plecy zaś, póki co, ani razu nie odmówiły współpracy. Mimo wszystko wolałem nie sprawdzać, jakie niespodzianki skrywała sutanna Sebastiana, bo o ile byłem gotów zaakceptować pewien wysiłek fizyczny w imię Matki osiągnięcia celu, o tyle perspektywa odkrywania na własnej skórze, co jeszcze mogło kryć się pod kawałkiem odświętnego materiału, zdecydowanie wykraczała poza moje obecne ambicje. Miałem bowiem nieodparte wrażenie, że znajdowało się tam wystarczająco dużo, bym wolał zachować bezpieczny dystans, zamiast przekonywać się osobiście, czy duchowny skrywał wyłącznie święte tajemnice.
„Po prostu nie widzę powodu, żeby stawiać je wyżej na liście priorytetów tylko dlatego, że wygląda na coś, co powinno zainteresować specjalistę. Właściwie to sam nim tak jakby jestem i mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że drzewo, które nie próbuje mnie właśnie zabić, ma niewielkie szanse na zdobycie mojej niepodzielnej uwagi”, nie zamierzałem ulegać własnej ciekawości ani tym bardziej dać się jej zwieść, choć należała ona do nielicznych rzeczy zdolnych skutecznie odciągnąć moje myśli od perspektywy znalezienia się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
- No, nie szebym chciał bloniś dębu. - Oznajmiłem w końcu, uznając, że warto było ponownie zaznaczyć tę kwestię, zanim ktoś przypisałby mi podejrzane zainteresowanie botanicznymi wynaturzeniami, którego zresztą nie potrafiłbym uzasadnić nawet przy dużej dozie dobrej woli, dotychczas samą botanikę traktowałem bowiem podobnie do religii z aspektami rytualnymi, czyli głównie jako dziedzinę dostarczającą składników medycznych i powodów do przeklinania podczas zbierania ich w terenie. - Tak czy inaczej, abominacja pozostaje abominacją, ja tesz uwaszam, sze powinna znaleźć się wysoko na liście szeszy, któlymi naleszy się zająś, ale dopóki nie zacznie pełzaś za nami po polanie albo plóbowaś pszygwoździś nas koloną… czy tam koszeniami do ziemi, widma pozostają znacznie pilniejszym ploblemem. Jeśli zignolujemy ich liczebność, mosemy nawet nigdy nie dotsześ do tej części, gdzie konal zapłonie. - To ostatnie mówiło samo za siebie, jeśli chodziło o hierarchię, jak dla mnie na tym etapie trudno było o bardziej przekonujący argument.
Zdecydowanie bardziej odpowiadała mi perspektywa, w której to my wybieraliśmy, czym zajmiemy się w pierwszej kolejności, zamiast pozwalać, by o naszej kolejności działań decydowało coś, co mogło w każdej chwili wyłonić się spomiędzy drzew, ale oto byliśmy i próbowaliśmy radzić sobie z wieloma złożonymi kwestiami na raz, niekoniecznie mogąc operować dużą ilością czasu i zasobów. W tej chwili nie byłem już nawet pewien, czy brakowało mi kilku elementów układanki, czy też od samego początku próbowałem ułożyć ją według niewłaściwego wzoru, ale nie za bardzo miałem już przestrzeń, aby próbować złożyć to wszystko od nowa. Im więcej się dowiadywałem, tym mniej tak naprawdę wiedziałem, co z oczywistych względów wyjątkowo mocno mi się nie podobało, o ile bowiem wcześniej przynajmniej zdawałem sobie sprawę z tego, jak wiele pozostawało poza moim zasięgiem, o tyle teraz, gdy zacząłem powoli łączyć ze sobą poszczególne fragmenty układanki podsuwane mi z kilku różnych źródeł, odkrywałem, że wyłaniający się z nich obraz w niewielkim stopniu przypominał ten, którego dotąd się spodziewałem. Co gorsza, nie potrafiłem przy tym dalej zrzucać winy na mgliste teorie i brakujące informacje, bo te które otrzymywałem wcale nie ułatwiały mi zrozumienia sytuacji, przeciwnie, sprawiały, że coraz więcej rzeczy zaczynało budzić moje zastrzeżenia.
- „Posiekaś”? I… „Wepchnąś”? - Nawet nie zauważyłem momentu, w którym moje własne słowa niemal idealnie odbiły wcześniejszą reakcję Sebastiana, bo tym razem to ja wbiłem w Gerdę niezbyt rozumne spojrzenie. „Wspaniale, po prostu wspaniałe”, czyli w tym momencie zataczaliśmy jakieś pokrętne koło, powidok, można by rzec, pierwotnego planu Ministerstwa, tylko w bardziej słusznym celu pozbycia się dębu w Limbo, nie zaś rozniesienia jego fragmentów na cztery strony świata. Poza tym… „Magią? Siekierą? A jak siekierą, to czy poświęconą? Jakim sposobem?”
- Flakoniki… - Zawahałem się, bo tak naprawdę na tym etapie już wszystko i nic mogło nam realistycznie pomóc. - Będą… W posządku. Dzięki. - Stwierdziłem z niejakim wahaniem, samemu nie będąc do końca przekonanym, czy właśnie udzieliłem komukolwiek użytecznej odpowiedzi, czy jedynie próbowałem nadać pozory sensu sytuacji, która już dawno całkowicie wymknęła się spod kontroli.
Ograniczenia teleportacji mogły utrudnić nam drogę, rzeczywiście, lecz zaklęcia percepcyjne podważały zaufanie do samego sposobu, w jaki oceniałem miejsce, w którym się znajdowałem, co było o stokroć gorsze. Te pierwsze nałożone na terenie Kniei stanowiły, rzecz jasna, całkowicie poważną kwestię do rozpatrzenia, ale sam jakoś nigdy nie przepadałem za tym sposobem przemieszczania się, woląc polegać na własnych nogach albo na rozwiązaniach, których zasady działania znałem wystarczająco dobrze, żeby nie musieć ufać im na ślepo, potrafiłem zatem jeszcze zaakceptować istnienie podobnych zabezpieczeń. Translokacja nigdy nie należała do moich ulubionych dziedzin magii i nie zamierzałem udawać, że perspektywa utraty możliwości przenoszenia się z jednego miejsca w drugie stanowiła dla mnie szczególny powód do rozpaczy, nawet biorąc pod uwagę obecność Widm, zwłaszcza że w swojej pracy nauczyłem się nie przywiązywać nadmiernej wagi do jednego sposobu wydostawania się z kłopotów, bo tak naprawdę zawsze istniały inne wyjścia, nawet jeśli czasami wymagały większego nakładu energii, kombinowania i improwizacji pod presją, odrobiny szczęścia czy tam opatrzności bogów będących po naszej stronie albo po prostu gotowości do ubrudzenia sobie rąk. Informacja o zaklęciach percepcyjnych należała jednak do zupełnie innej kategorii, to właśnie ona sprawiła, że przestałem traktować ostrzeżenia przedstawiane nam przez Sebastiana jako zbiór upierdliwych, ale ostatecznie akceptowalnych ograniczeń, które ktoś tam w Ministerstwie uznał za konieczne do wprowadzenia na zamkniętym terenie, by ograniczyć szanse przedostania się gawiedzi na teren chroniony.
Nie podobała mi się sama myśl, że w obrębie lasu mogło znajdować się coś zdolnego wpływać na sposób postrzegania otoczenia, szczególnie jeśli działanie takich czarów nie ograniczało się do prostego oszukiwania wzroku, lecz również do zmuszania maszerujących, by stale zmieniali swoje miejsce pobytu, bez możliwości przystanięcia gdzieś na chwilę dłużej i rozważenia opcii. W moim fachu błędna ocena sytuacji potrafiła kosztować znacznie więcej niż utratę kilku godzin pracy czy zawartości sakiewki, dlatego przywykłem polegać na własnej percepcji szczególnie wtedy, gdy pozostałe okoliczności pozostawiały wiele do życzenia - miałem naprawdę dobre pojęcie o iluzjach i podobnych sztuczkach, między innymi dlatego, że jako łamacz klątw musiałem nauczyć się odróżniać to, co rzeczywiście znajdowało się przede mną, od tego, co ktoś bardzo chciał mi pokazać, jednak sama znajomość mechanizmów nie sprawiała przecież, że stawałem się odporny na ich działanie - wiedza pomagała rozpoznać pułapkę, kiedy miało się wystarczająco dużo czasu, żeby przyjrzeć się jej z bliska i mogło się ją jakoś obejść, znacznie gorzej przedstawiała się sytuacja, w której zaklęcia zaczynały działać tak naprawdę od razu, po przekroczeniu konkretnej, zapewne zamkniętej w formie okręgu granicy wyznaczonej przez zespół specjalistów. Poza tym zwyczajnie nie znosiłem sytuacji, w których ktoś próbował mieszać mi w głowie, odbierać mi pewność co do tego, co widziałem lub słyszałem, albo podsuwać mi fałszywe wnioski tak skutecznie, żebym jeszcze sam uznał je za własne, a tutaj ewidentnie właśnie o to chodziło Ministerstwu i badaczom.
Pytanie, jakie padło z ust Gerdy w odpowiedzi na słowa kaznodziei o ewakuacji wydawało mi się przy tym całkowicie zasadne, zwłaszcza że oboje z kuzynką byliśmy słusznego wzrostu i mieliśmy nogi, które pozwalały pokonywać długie dystanse, a także przekraczać przeszkody bez konieczności zatrzymywania się co kilkaset kroków pod pretekstem podziwiania okolicznej roślinności. Z wiadomych pobudek, w wyniku podjętych wyborów życiowych oboje przywykliśmy również do łażenia po dziczy i nie należeliśmy do tych, którzy po godzinie marszu zaczynali rozglądać się za najbliższym powozem, co dawało nam pewną potencjalną przewagę nad resztą towarzystwa mającego zamiar przedrzeć się przez bariery, choć wolałem nie wyciągać z tego zbyt daleko idących wniosków, szczególnie w miejscu, w którym nawet pozornie niewinna zmiana mogła okazać się częścią czegoś znacznie bardziej zabójczego. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że do, ekhem, pielgrzymek w niekoniecznie słuszne miejsca, w niekoniecznie prawych celach również zdążyliśmy się przyzwyczaić, więc sama perspektywa konieczności szybkiego spierdalania nie budziła we mnie szczególnego niepokoju. Z tego samego doświadczenia wiedziałem zresztą, że w razie potrzeby potrafiłem poradzić sobie również z transportem pasażerów, którzy z jakiegoś powodu tracili zdolność samodzielnego pokonywania drogi, miałem bowiem za sobą wystarczająco wiele okazji do noszenia ludzi na barana, by uznać tę umiejętność za praktycznie udowodnioną, moje plecy zaś, póki co, ani razu nie odmówiły współpracy. Mimo wszystko wolałem nie sprawdzać, jakie niespodzianki skrywała sutanna Sebastiana, bo o ile byłem gotów zaakceptować pewien wysiłek fizyczny w imię Matki osiągnięcia celu, o tyle perspektywa odkrywania na własnej skórze, co jeszcze mogło kryć się pod kawałkiem odświętnego materiału, zdecydowanie wykraczała poza moje obecne ambicje. Miałem bowiem nieodparte wrażenie, że znajdowało się tam wystarczająco dużo, bym wolał zachować bezpieczny dystans, zamiast przekonywać się osobiście, czy duchowny skrywał wyłącznie święte tajemnice.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)