Wywrócił na nią oczami. Okropnie i perfidnie, specjalnie przerysowując ten gest, bo oczywiście, jeśli sprawa dotyczyła jego samego, to to było zupełnie co innego. On podlegał nico innym zasadom, nie wspominając już o tym, że jego zdaniem sytuacja wcale nie była taka sama. On nie wychodził z siebie, żeby pobiec do niej poza godzinami pracy i zdać relację z wydarzeń poprzedniej nocy. A Christopher zrobił dokładnie to.
— Ale Amortencja sprawi, że będzie się chciało bardzo zatańczyć z jego partnerką — zauważył ponuro, chociaż mgliście mu się wydawało, że strzelił go w mordę jeszcze za coś. Coś, co powiedział, tylko nie był pewien co konkretne. Coś o Lorraine? Nic dziwnego że się zdenerwował za insynuacje, że się wciąż z nią prowadził, kiedy działał na niego ten durny eliksir, który kazał mu robić maślane oczy do Millie jebanej Moody.
— A nie? Na pewno nie działa na moją niekorzyść! — zauważył, bo jednak dla niektórych te gazety i ich rankingi mogły mieć całkiem spore znaczenie. I też wydawało mu się to bardzo zabawne, że Brenna w rankingu panien też miała trzecie miejsce.
— Ta, Millie. Ta, walnąłem mu… — rozłożył ręce, bo przecież nigdy w świecie by się nie angażował w walki o Moody. Z jej niewyparzoną gębą, to się sama mogła bić. Co prawda wyglądała wtedy jak nie ona, ale przez tę chęć wgapiania się w nią jak w obrazek zdążył się jej dobrze przyjrzeć. I ją rozpoznać.
— Ale mnie głowa nakurwia. Kaca mam, no zlituj się przecież! — odpowiedział jej z cierpiętniczą miną. — Spoko, już zdążyłem to zrobić i ich nie przyjęła, więc najwyżej spróbuję innym razem. To co z tą maścią?