• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[27.10.1972] In my criminal countryside era | Benjy, Prue

[27.10.1972] In my criminal countryside era | Benjy, Prue
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
30.10.2026, 23:26  ✶  
Wydostaliśmy się z sadu, choć jeszcze długo po przekroczeniu jego granicy słyszałem wrzaski jabłek, ich chór niósł się po okolicy z taką donośnością, że miałem poważne wątpliwości, czy ktokolwiek w promieniu kilku mil mógł pozostać nieświadomy tego, co działo się między drzewami. Nie miałem pojęcia, co właściwie tak bardzo je rozjuszyło, bo przecież w sadzie było pełno plonów i strata dwóch czy trzech sztuk niewiele zmieniała, ale nie zamierzałem też poświęcać czasu na dociekanie, czy miały nam jeszcze coś do powiedzenia, zwłaszcza że przez całą drogę w dół wzgórza, z którego zbiegaliśmy, spodziewałem się, że prędzej czy później zobaczę za nami jakąś wyjątkowo zawziętą jabłoń próbującą dosięgnąć nas gałęziami albo przynajmniej kilka owoców toczących się w naszą stronę z zamiarem dopilnowania, żebyśmy nie zapomnieli o tym spotkaniu.
Na szczęście nic takiego się nie stało, horyzont również pozostawała pusty - żadnych ciekawskich przechodniów, żadnych właścicieli posesji wychylających się zza płotów, żadnych patroli, które mogłyby zainteresować się źródłem tego całego hałasu, nikt nie pojawił się w zasięgu mojego wzroku, co przy naszym szczęściu należało chyba uznać za wyjątkowo pomyślny obrót spraw. Nie musiałem więc tłumaczyć nikomu, dlaczego biegliśmy w takim pośpiechu, ani wymyślać naprędce historii, która pozwoliłaby nam wyjść z tej sytuacji z resztkami godności, doskonale, nie potrzebowałem świadków, a już szczególnie nie takich, którzy mogliby później opowiadać znajomym, że widzieli dwójkę dorosłych czarodziejów uciekających przed czerwonymi jabłuszkami.
Dopiero kiedy oddaliliśmy się na bezpieczną odległość, pozwoliłem sobie zwolnić i porządnie zaczerpnąć powietrza, wtedy też pierwszy raz dłużej zerknąłem na towarzyszącą mi Prue, której naprawdę musiałem oddać sprawiedliwość, uśmiechnąwszy się przy tym pod nosem - naprawdę nieźle biegała pod wpływem stresu - właściwie nic się w tej kwestii nie zmieniło, potrafiła rzucić się w długą, nabrać sporej prędkości spierdalającej i całkiem nieźle pokonywać przeszkody stojące na jej drodze, co ponownie przypomniało mi tamtą jedną sytuację z dawnych lat, wtedy również potrafiła nabrać imponującego tempa, gdy okoliczności dostatecznie ją do tego zmusiły.
Spojrzałem jeszcze w stronę sadu, skąd wciąż dochodziły pojedyncze wrzaski, obejrzałem się za siebie, próbując ocenić, czy hałas wciąż dochodził z tego samego miejsca, czy może któreś z jabłek postanowiło kontynuować akcję obronną poza terenem swojego naturalnego występowania, po czym pokręciłem głową.
- Muszę pszyznaś, Pluey, nadal potlafisz pszebielaś nogami, kiedy sytuacja tego wymaga. - Rzuciłem, próbując odzyskać nieco powagi. Nic się pod tym względem nie zmieniło.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
02.11.2026, 13:45  ✶  

Prudence nie pamiętała, kiedy ostatnio musiała się skąd zmywać tak szybko. To znaczy nie wliczając w to spalonej nocy, gdy wszyscy musieli uciekać przed żywiołem. Nie miała w zwyczaju wpadać w podobne kłopoty, dzisiaj jednak sama je na nich sprowadziła. Raczej była osobą, która oddalała je od siebie i od wszystkich wokół, jednak nie tym razem. Chciała poczuć zew adrenaliny, zdecydowanie nie spodziewała się tego, że próba zerwania kilku jabłek skończy się na tym, że owoce postanowią wyzywać ich od złodziei.

Udało im się oddalić od miejsca zbrodni - na całe szczęście, nikt ich nie złapał, nikt nie zwrócił na nich uwagi, chociaż przez moment naprawdę jej się wydawało, że te jabłka darły się tak głośno, że ktoś na pewno to usłyszy, na szczęście mieli jednak odrobinę szczęścia w tym całym nieszczęściu, bo uciekli stamtąd w podskokach.

Być może nie była tak sprawna fizycznie jak jej mąż, jednak, kiedy wymagała tego sytuacja całkiem nieźle biegała, co dzisiaj mogła mu zaprezentować. Zdecydowanie nie chciała zostać przyłapana na częstowaniu się czyimiś jabłkami bez zgody właściciela, dlatego biegła jakby od tego miało zależeć jej życie, no na pewno honor… Głupio by było gdyby została przyłapana na kradzieży, jeszcze jakiś kolega, czy koleżanka z Ministerstwa zostaliby o tym powiadomieni, a to dopiero byłby powód do wstydu.

Udało im się bezpiecznie oddalić. W końcu mogli zwolnić tempo - na szczęście, na pewno nie dałaby rady dłużej poruszać się tak szybko, o czym zresztą świadczyły jej próby głębokiego złapania powietrza. Naprawdę zmęczył ją ten bieg.

- To była walka o życie. - Skomentowała jeszcze jego słowa. - i tak, są takie momenty, gdy potrafię z siebie co nieco wykrzesać, jednak to by było na tyle, przynajmniej na dzisiaj. - Nie miała wątpliwości co do tego, że przez ten krótki zryw jutro będzie wszystko ją bolało. Tak to już jest ze spontanicznością… - To był taki głupi pomysł. - Dodała jeszcze, nie wspomniała o tym, że był jej bo na pewno doskonale sobie z tego zdawał sprawę, ona była winna temu, że jabłka zaczęły sugerować, że są złodziejami, w sumie trochę byli, ale to były tylko owoce - nie jakieś wyjątkowe artefkaty.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
02.11.2026, 14:42  ✶  
Wyprostowałem się, rozluźniwszy ramiona, po czym zerknąłem na drogę, którą przyszło nam uciekać, „walka o życie” brzmiała może odrobinę przesadnie, biorąc pod uwagę, że naszym największym zagrożeniem były jesienne plony o wyjątkowo niewyparzonych językach, ale nie zamierzałem bagatelizować tego, co mogłoby się stać, gdyby ktoś faktycznie nas tam przyłapał, bo przez lata włóczenia się po świecie zdobyłem popartą doświadczeniem wiedzę, iż niektórzy mieszkańcy małych miasteczek potrafili bardzo skutecznie bronić swojej własności - na szczęście nikt nie zainteresował się naszym przedstawieniem, choć nie wykluczałem, że gdzieś w okolicy mieszkał ktoś, kto właśnie zastanawiał się nad źródłem tych wszystkich wrzasków. Nie planowałem wracać po zdobycz, chociaż przyznawałem, że perspektywa opuszczenia tamtego miejsca z pustymi rękami była pewnym rozczarowaniem, wolałem nie być osobą, która dostarczy lokalsom odpowiedzi o powodzie całego zamieszania, w zupełności wystarczyło mi, że przez najbliższy czas będę musiał żyć ze świadomością, iż zostałem publicznie zwyzywany przez owoce. Jeszcze przez moment spoglądałem w stronę sadu, skąd nadal dochodziły pojedyncze wrzaski, po czym wróciłem wzrokiem do żony.
Tych kilka jabłek naprawdę potrafiło narobić więcej hałasu niż połowa Nokturnu w sobotni wieczór, nie zamierzałem jej jednak wypominać, że pomysł należał do niej, ponieważ doskonale wiedziałem, jak wyglądał przebieg naszych ostatnich decyzji i w jakim stopniu sam przyłożyłem rękę do realizacji całego przedsięwzięcia, miałem więc dokładnie tyle samo udziału w tej kompromitacji. Poza tym, gdybym miał wybierać między spokojnym popołudniem spędzonym w domu a kolejną taką historią z Prue, odpowiedź była dokładnie tak logiczna, jak mogłoby się wydawać. Nie widziałem szczególnego powodu, żeby żałować, podobało mi się, jak szybko udało nam się nadać całej tej wyprawie odpowiednio dramatyczny charakter, szczególnie biorąc pod uwagę, że jeszcze niedawno naszym największym zmartwieniem były dużo poważniejsze rzeczy - tu przynajmniej mieliśmy całkiem zabawną anegdotę - owszem, mogliśmy skończyć z kilkoma siniakami, zadrapaniami albo z koniecznością składania wyjaśnień komuś, kto akurat postanowił wybrać się na spacer po okolicy, ale ostatecznie wyszliśmy z tego bez większych strat.
- W takim lasie chyba powinienem ci podziękowaś, sze nie zostawiłaś mnie tam na pastwę tych wszystkich loswścieczonych owoców. - Parsknąłem śmiechem, wciąż próbując doprowadzić oddech do porządku, po czym poprawiłem rękaw, który zdążył mi się podwinąć podczas ucieczki.
„ Walka o życie”, cóż, zważywszy na okoliczności, trudno było mi się z tym szczególnie spierać, chociaż miałem podejrzenie, że gdyby ktoś z boku obserwował naszą ewakuację, mógłby dojść do nieco innych wniosków - w końcu nie codziennie widywało się dwójkę dorosłych czarodziejów, którzy uciekali przed jabłkami z taką determinacją, jakby właśnie obrabowali skarbiec Gringotta - biegła naprawdę sprawnie, nawet jeśli teraz jej oddech zdradzał, że cały zapas energii przeznaczyła na dotarcie do bezpiecznej odległości. Sam nie miałem większych problemów z utrzymaniem tempa, nie zamierzałem udawać, że podobna przebieżka była dla mnie szczególnym wyzwaniem, bo przez lata zdążyłem przywyknąć do sytuacji, w których szybkie przemieszczanie się z jednego miejsca w drugie stanowiło całkiem rozsądny element planu, ale musiałem przyznać, iż tempo Prue było dla mnie niemałym zaskoczeniem.
- Ja tam niczego nie szałuję. Znasz mnie. Mam pewną słabość do złych decyzji podejmowanych w doblym towaszystwie. - Wzruszyłem ramionami. Sam fakt, że musiałem przyznać jej rację nie stanowił szczególnego problemu, z pewnością zamierzałem jeszcze wykorzystać tę sytuację przeciwko niej przy najbliższej okazji, w końcu nie codziennie dostarczała mi tak dobrego materiału do późniejszych docinek. - Mose był to głupi pomysł, ale pszysnaj, pszynajmniej mieliśmy okazję splawdziś, czy nadal potlafisz zostawiś mnie w tyle podczas biegu na pszełaj. - Zauważyłem, posyłając jej rozbawione spojrzenie, nawet jeśli wynik tej próby był dla mnie odrobinę niewygodny, szczególnie że zwykle uważałem się za tego, który powinien wyznaczać tempo podobnych przedsięwzięć. Wciąż docierały do nas odgłosy dobiegające z sadu, choć z każdą chwilą stawały się coraz cichsze - miałem zatem nadzieję, że właściciel posesji nie postanowi sprawdzić, skąd wzięło się całe to zamieszanie, bo nie miałem szczególnej ochoty na rozmowę o prawie własności, zwłaszcza że nasza linia obrony, jak i tempo, mogła okazać się dość trudna do utrzymania.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
02.11.2026, 15:07  ✶  

Prue niekoniecznie spodziewała się tego, że owoce zaczną drzeć się w chórze i postanowią zwrócić uwagę na to, że w sadzie Abbottów pojawili się nieproszeni goście. Nie zamierzali przecież wynieść stamtąd żadnych drzew, sadzonek, czy Merlin sam wiedział czego. Chcieli po prostu zerwać sobie po jednym owocu z drzewa, bo wyglądały bardzo atrakcyjnie. Nie mogło być jednak zbyt prosto… w sumie zawsze to lepsze niż zakopanie pod korzeniami tych drzew, czyż nie? Obawiała się bowiem tego, że może zbyt lekko potraktowała opowieść swojego męża - w sumie nie byłby to pierwszy raz. Najwyraźniej w każdym miejscu kiedyś istniał człowiek, który zniknął w dziwny sposób i przez niego działy się jakieś rzeczy. O tym oczywiście nie wspomniała w głos, bo przyznałaby się do tego, że opowieść Benjy'ego jednak dała jej do myślenia. Skoro jabłka mogły zmieniać się w kamień, czy krzyczeć, kto wie, co mogły zrobić same drzewa? Tak naprawdę to chyba jednak wolała tego nie sprawdzać, i tak powstało z tego spore zamieszanie.

- Ty wyglądasz jakbyś wybrał się na szybki spacer, a nie jakbyś walczył o życie. To niesprawiedliwe. - Zdecydowanie jej mąż był dużo bardziej przystosowany do podobnych sytuacji, cóż - jego jeden krok pewnie to były jakoś jej trzy, a może i więcej. Odruchowo spojrzała na jego stopy, tak właściwie to chętnie by sprawdziła, jak to właściwie wyglądało. No zdecydowanie nie nadawała się do podobnych akytwności. Nadal ledwie zipała, a ten krótki bieg wymagał od niej sporo energii.

- Tak, znam Cię, aż za dobrze, wiem, że lubisz takie akcje, wydawało mi się, że ja też, ale wyszło jak wyszło. Pewnie miałabym inne zdanie na ten temat, gdyby nic się nie wysypało po drodze, ale nie można mieć wszystkiego, co najgorsze nawet nie udało nam się ugryźć żadnego z tych jabłek. - Była nieco rozczarowana niepowodzeniem, nie dało się tego ukryć, jej twarz mówiła sama za siebie, jak zawsze. Naprawdę liczyła na to, że gra będzie warta świeczki. Zostali jednak pozbawieni przyjemności skosztowania tych wspaniałych owoców, co za niefart. - Nie można jednak odmówić Abbottom finezji. - Dbali o to, aby ich sad był bezpieczny, tylko czy faktycznie musieli rzucać zaklęcia na jabłka? Najwyraźniej byli nieco przewrażliwieni na punkcie swoich drzew.

- Myślę, że gdybyś się chociaż trochę postarał, to ja zostałabym bardzo daleko w tyle. - Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, zawsze tak było. Od najmłodszych lat był od niej dużo bardziej zwinny i szybki, no ogólnie lepiej radził sobie z panowaniem nad swoim ciałem niż ona. Nie było się wcale sensu temu dziwić, kiedyś był przecież sportowcem, a z wiekiem również musiał radzić sobie fizycznie w przeciwieństwie do niej - która większość swojego zawodowego życia spędziła za biurkiem.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
02.11.2026, 20:18  ✶  
Musiałem przyznać, że sam nie spodziewałem się aż takiego przedstawienia, owszem, początkowo żartobliwie uprzedzałem Prudence, że sad Abbottów mógł kryć kilka nieprzyjemnych niespodzianek, opowiadałem o pewnych rzekomych osobliwościach tego miejsca, ale nawet ja nie zakładałem, że skończymy chórnie owrzeszczeni od złodziejów jabłek. Nie zamierzaliśmy przecież prowadzić rabunku na szeroką skalę, dwa owoce, może trzy, gdyby wyjątkowo nam poszczęściło, tylko tyle i już wracalibyśmy do domu z łupem, którego wartość rynkowa zdecydowanie nie uzasadniała całego tego zamieszania. Spojrzałem jeszcze raz w stronę sadu, po czym wzruszyłem ramionami, miałem za sobą kilka naprawdę paskudnych wypraw, podczas których musiałem uciekać przed rzeczami zdecydowanie mniej przyjemnymi od rozkrzyczanych owoców, więc być może zwyczajnie wyrobiłem sobie odporność na sytuacje, w których należało szybko zabierać tyłek z miejsca zdarzenia, coś w tym raczej było.
- Niektószy po plostu mają wlodzone pledyspozycje do uciekania pszed konsekwencjami własnych decyzji. - Odparłem, wyraźnie zadowolony z własnej teorii. Przywykłem do wysiłku, długich marszów, biegania w terenie i sytuacji, w których brak odpowiedniej kondycji potrafił kosztować znacznie więcej niż zadyszkę, Prue miała natomiast pełne prawo narzekać, zwłaszcza że jej codzienność rzadko wymagała podobnych wyczynów, ale czy uważałem to za niesprawiedliwe - niekoniecznie, tym bardziej, że zdążyła udowodnić mi, iż w odpowiednich okolicznościach potrafiła całkiem sprawnie wykorzystać swoje nogi. - Wybacz, Sunny, następnym lasem postalam się wyglądaś na balsiej umęczonego. Mogę nawet pszysiąść na jakimś kamieniu i pszes kilka minut udawaś, sze potszebuję pomocy usdlowisiela. Nie chciałbym pszeciesz, szebyś poczuła się pokszywdzona pszes własnego męsza i jego nieznośnie długie nogi. - Zerknąłem na jej stopy, pochyliwszy głowę niemal identycznym gestem, co ona chwilę wcześniej, po czym wróciłem wzrokiem do twarzy żony. Nie próbowałem zaprzeczać, warunki fizyczne trochę mi pomagały, choć w naszym przypadku różnica długości kroku była chyba najmniejszym problemem, jaki mieliśmy podczas dzisiejszej wyprawy. - Mogę ci zolganizowaś kilka dodatkowych demonstlasji w lamach instluktaszu, jeśli chcesz, chociasz nie lęszę, sze wszystkie będą odbywały się w walunkach, któle pszypadną ci do gustu. - Nie miałem zamiaru ponownie wspominać, że jej kondycja wcale nie była taka zła, szczególnie biorąc pod uwagę, ile wysiłku kosztowało nas oboje ostatnie kilkaset metrów, zresztą, gdyby naprawdę nie dawała sobie rady, pewnie już dawno musiałbym ją podtrzymywać, zamiast wysłuchiwać teatralnych pretensji o niesprawiedliwy podział naszych możliwości fizycznych.
Pomysł był głupi, rzeczywiście, ale teraz, kiedy znajdowaliśmy się już poza zasięgiem jabłonek, mogłem spokojnie docenić jego rozrywkowy potencjał, szkoda tylko, że nie udało nam się nawet spróbować tych zaklętych owoców, bo wyglądały naprawdę zachęcająco, co zresztą było powodem, dla którego znaleźliśmy się w tej sytuacji. „Finezja” była chyba ostatnim określeniem, którego użyłbym w odniesieniu do ich zabezpieczeń, ale musiałem przyznać, że ktoś włożył w nie sporo pracy.
- Nie mosna im odmówiś pomysłowości. Ciekawe, czy mają osobne zaklęcie na śliwki, czy te zachowują się pszyzwoiciej. - Skwitowałem. - Mose ich gluszki lesytują ciekawsze akty oskalszenia? - Przechyliłem głowę, spoglądając jeszcze w kierunku drzew.
Lubiłem takie akcje, szczególnie kiedy pojawiała się okazja, żeby zrobić coś zupełnie niepotrzebnego, trochę głupiego i potencjalnie kłopotliwego, lecz zwykle starałem się przynajmniej zachować pozory, że wszystko zostało wcześniej przemyślane. W tym wypadku również uważałem, że cała ta wyprawa powinna była przynieść nam nieco więcej korzyści, szczególnie że ryzykowaliśmy już wystarczająco dużo, żeby zasłużyć przynajmniej na jeden porządny owoc do podziału, ale powrót i powtórka z rozrywki niespecjalnie mnie kusiły, nawet jeśli aż tak bardzo się nie zmęczyłem i byłem ciekaw, jak dokładnie działały tamte zabezpieczenia. Nie wiedziałem, czy wszystkie owoce zostały objęte podobnymi zaklęciami, czy trafiliśmy akurat na wyjątkowo paskudną odmianę, ale musiałem przyznać, że pomysł był całkiem skuteczny. Ostatecznie jednak ciekawość nie była wystarczającym powodem, żeby wracać pod drzewa i przeprowadzać dodatkowe oględziny.
- Pewnie, sze mógłbym. Tylko po co miałbym to lobiś? - Zapytałem, unosząc lekko brwi i wsuwając dłonie do kieszeni. Lubiłem ją straszyć, czasami nawet zdecydowanie za bardzo, zwłaszcza wtedy, gdy w odpowiedzi zaczynała kwestionować opowiadane przeze mnie historie, ale miałem swoje granice i całkiem dobrze wiedziałem, gdzie przebiegała różnica między dostarczeniem żonie odrobiny adrenaliny a wystawieniem jej na niebezpieczeństwo. - Jeśli dobsze pamiętam, nigdy nie miałaś szczególnych opolów pszed dotszymywaniem mi kloku. - Uśmiechnąłem się krzywo, bo oboje doskonale wiedzieliśmy, że w podobnych sytuacjach nie miałem zamiaru zostawiać jej samej, niezależnie od tego, jak bardzo kłopotliwy okazywałby się obrany przez nią kierunek. Nie istniał scenariusz, w którym miałbym po prostu pobiec przed siebie, zostawiając ją na pastwę martwego sadownika, tak samo nie zostawiłem jej przecież na pastwę upiora grabarza, choć tamta historia dostarczyła mi wystarczająco dużo powodów, żebym mógł kolejny raz poważnie zastanawiać się nad istnieniem jakiejś leżącej na nas klątwy.
- Najwyszej wziąłbym cię pod pachę. - Puściłem jej oko, po czym ruszyłem powoli przed siebie, wyraźnie zadowolony, chociaż podejrzewałem, że miałbym wtedy znacznie większe problemy z jej niezadowoleniem niż z samym pościgiem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
02.11.2026, 20:46  ✶  

Tak naprawdę to Prue wątpiła w to, że wróciliby do domu z łupem. Gdyby wzięli sobie po jednym jabłku, to na pewno zdążyliby je skonsumować po drodze, a nie zamierzali przecież wynosić od Abbottów jakichś niebotycznych ilości owoców, tylko po takim jednym na spróbowanie. Okazało się jednak, że to wcale nie było takie proste, jabłka reagowały na nieznajome ręce, czy coś. Możliwe było, że ktoś je w taki sposób zaczarował. W sumie, Prue przystanęła na krótką chwilę i zawiesiła wzrok, próbowała znaleźć w swojej głowę informacje o tym, w jaki sposób można było osiągnąć podobny efekt, czy było to zaklęcie, może jakiś rytuał, być może coś było w nawozie? Opcji było wiele. Mrugnęła i zrobiła kolejny krok w przód.

- Myślę, że poniekąd one mogą być również nabyte. - Nie wątpiła w to, że część jego umiejętności musiała wziąć się z genów, tak samo jak pakowanie się w kłopoty, jednak to w jaki sposób później sobie z tym radził przynajmniej częściowo zostało wyuczone, przynajmniej tak się jej wydawało. Tak więc nie miała z nim najmniejszych szans, bo jakże mogłaby się równać zarówno z genami i doświadczeniem? Szczególnie, że jej raczej brakowało jednego i drugiego.

- Najpierw będziesz musiał znaleźć taki wielki kamień, na którym uda Ci się usiąść, to też może trochę potrwać, więc w sumie to chyba niepotrzebne. Muszę się pogodzić z tym, że w takich sytuacjach zawsze będę gorzej wyglądać. - Prue nie miała problemu z akceptacją swoich niedoskonałości. Miała świadomość, że nie da się być świetnym w każdej dziedzinie, zresztą ich dotychczasowy tryb życia bardzo się od siebie różnił. Ona raczej rzadko kiedy wyściubiała nos poza Londyn.

- To już prędzej, wydaje mi się, że faktycznie możemy popracować nad moją kondycją w różnych warunkach, chociaż jednak wolałabym w takich, które mi się spodobają. - Mogła mieć chyba jakieś drobne życzenia, jeśli o to chodzi, czyż nie? Na pewno będzie w stanie zorganizować coś, co spodoba się i jej i jemu. W końcu to on był specjalistą od aktywności fizycznej.

Cóż, nie miała świadomości, że jabłonie Abbottów najwyraźniej żyją swoim własnym życiem i są w stanie bronić się przed ewentualną kradzieżą, gdyby o tym wiedziała na pewno nie byłaby taka chętna do przeskakiwania przez płot i sięgania po owoce. Być może cała sytuacja nie skończyła się tragicznie, ale mogła! Następnym razem powinna nieco lepiej się przygotować do dokonywania przypadkowej kradzieży.

- Z tego, co mi wiadomo, to te jabłka są ich dumą, więc może resztę traktują inaczej, nie wydaje mi się, żebym chciała to sprawdzać. - Zwłaszcza po tym, jak prawie wyzionęła ducha po ich pierwszej konfrontacji z drzewami Abbotów, kto wie, może o wszystkie dbali w podobny sposób? Zdecydowanie wolałaby, aby ktoś inny to sprawdził. Im wystarczy tej rozrywki.

- No tak, grupowa odpowiedzialność, czy coś. - Już kiedyś przeżyli podobną rozmowę, wtedy jednak Prue oddaliła się bardzo daleko, zupełnie przypadkiem, ba nigdy nie założyłaby nawet, że będzie w stanie przed nim uciec. Jak widać w nieprzewidzianych sytuacjach potrafiła wykrzesać z siebie bardzo duże pokłady energii i zadziwić sama siebie. Dzisiaj w sumie też nie było tak źle.

- Oporów może nie miałam, ale sporo mnie to kosztowało, nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, że to wcale nie było takie proste. - Być może nigdy o tym nie mówiła, jednak wcale nie tak łatwo było jej mu dorównać, jednak zaciskała zęby i udawała, że przychodzi jej to z lekkością. Nie potrafiła mu bowiem tak po prostu odpuszczać, a wcześniej zawsze zależało jej na tym, aby za nim nadążyć.

- Jest to jakieś rozwiązanie. - Na pewno kiedyś nie mogli z niego korzystać, no przynajmniej na początku ich znajomości, ale aktualnie miało nawet rację bytu. Oddychała już nieco lżej niż przed chwilą, udało jej się uspokoić oddech po tej nie do końca zaplanowanej aktywności fizycznej.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
Wczoraj, 00:19  ✶  
Uśmiechnąłem się pod nosem, słuchając jej opinii o nabytych predyspozycjach - właściwie trudno było mi się z nią nie zgodzić, gdy tak to przedstawiała - dobra kondycja rzadko kiedy brała się wyłącznie z genów, nawet jeśli akurat w moim przypadku podejrzewałem, że dostałem od natury całkiem przyzwoity pakiet startowy, który później konsekwentnie wykorzystywałem w sposób mogący budzić zastrzeżenia osób odpowiedzialnych za moje bezpieczeństwo. Faktycznie, trochę rzeczy otrzymałem w spadku po przodkach, nie dało się tego nie zauważyć, ale akurat skłonność do pakowania się w kłopoty mogła być równie dobrze wynikiem wyjątkowo kiepskiego wychowania, reszta natomiast przychodziła z czasem, z nabywanym doświadczeniem i z kilkoma mniej przyjemnymi lekcjami, których raczej nie polecałbym nikomu jako sposobu na poprawianie kondycji. Prudence miała natomiast własne doświadczenia, własną pracę i zupełnie inny zestaw codziennych obowiązków, więc porównywanie nas pod względem sprawności fizycznej wydawało mi się odrobinę nieuczciwe - oczywiście nie zamierzałem jej tego mówić, bo jeszcze gotowa byłaby uznać, że próbowałem ją pocieszać, czego oboje zdecydowanie nie potrzebowaliśmy.
- Zgoda. Chociasz pamiętaj, sze w moim pszypadku tludno ustaliś, gdzie kończy się genetyka, a zaczyna zwyczajny blak instynktu samozachowawczego. - Zerknąłem na nią spod brwi, zupełnie bez żadnych ceregieli przyznając się do tego faktu, wyraźnie za to rozbawiony. Rzeczywiście, sporo zawdzięczałem praktyce, choć nie zamierzałem wdawać się w szczegóły dotyczące wszystkich sytuacji, w których musiałem nauczyć się szybko biegać albo znikać. - Mogę cię jednak pocieszyś, sze pakowanie się w kłopoty tesz da się wyćwiczyś. Jak na moje, masz jusz całkiem niezłe podstawy, wystalszy tlochę plaktyki. - To mówiąc, spojrzałem na najbliższy fragment pobocza, jakbym rzeczywiście rozważał znalezienie odpowiednio wygodnego miejsca do odegrania sceny wielkiego wyczerpania, po czym pokręciłem głową. Nie wspominałem już nawet o wszystkich okazjach, kiedy musiałem ratować własną skórę, bo uznałem, że miała wystarczająco dużo materiału do wyciągania ze mnie informacji na temat moich wątpliwych przygód.
- Bzdula. Skąd w ogóle ten pomysł? - Nie mogłem się z nią zgodzić, choćby tylko dlatego, że pamięć podsuwała mi zupełnie inne argumenty odnośnie tego, w jaki sposób prezentowała się, gdy była zmęczona.
Nie uszło mojej uwadze, że wspomniała o tym, iż wolałaby wybierać sobie rodzaj aktywności fizycznej, byłem całkiem gotów przyjąć tę propozycję, szczególnie że miałem kilka pomysłów, które nie wymagały ani specjalistycznego sprzętu, ani opuszczania domu.
- Jestem elastycznym instluktolem, Sunny. Potlafię dostosowaś ploglam do indywidualnych potszeb. Nawet tych balso szczególnych. - Spojrzałem na nią z odpowiednio niewinnym zainteresowaniem, choć drżący kącik ust zdradzał, że doskonale wiedziałem, dokąd zmierzały te słowa.
Zerknąłem jeszcze raz w stronę sadów owocowych, kiedy wspomniała o dumie Abbottów, trudno było mi zaprzeczyć, że ich jabłka zasługiwały na szczególną uwagę, nawet jeżeli po dzisiejszym spotkaniu miałem wobec nich kilka zastrzeżeń.
- Wiesz, jak się namyślisz, mosemy kiedyś splóbowaś ustaliś, co dokładnie im zlobili. - Zaproponowałem, bo wciąż nie dawało mi spokoju, w jaki sposób zabezpieczono owoce i czy rzeczywiście wszystkie reagowały na dotyk obcych, Prue najwyraźniej również zaczęła się nad tym zastanawiać, co dostrzegłem po jej krótkim zamyśleniu, nawet jeśli nie zadeklarowała chęci sprawdzania wszystkiego drugi raz na własną rękę. - Bez macania, szesz jasna. Nie zamieszam ponownie wysłuchiwaś oskaszeń o kladziesz s ust Blamleya, szczególnie sze jego słownictwo pozostawiało spolo do szyczenia. - Wzruszyłem ramionami. - Pszysnam jednak, sze jeśli o mnie chodzi, telas jestem ciekaw, czy śliwki tesz mają coś do powiedzenia. Nie skleślałbym tak łatwo tej mosliwości. - Uśmiechnąłem się, poprawiając rękaw kurtki.
Uśmiech przygasł mi odrobinę, kiedy usłyszałem uwagę o tym, jak trudno było jej kiedyś dotrzymywać mi kroku - wiedziałem, że nie mówiła tego bez powodu - Prue nigdy nie należała do osób, które chętnie przyznawały się do trudności, szczególnie przede mną, znałem tę skłonność do zaciskania zębów i udawania, że wszystko przychodziło jej z łatwością, bo sam przez lata postępowałem dokładnie tak samo. Od zawsze miała talent do trafiania w te miejsca, których wolałem nie odsłaniać przed innymi, potrafiła być uparta, złośliwa i irytująco spostrzegawcza, szczególnie wtedy, kiedy próbowałem coś przed nią ukryć. Nie raz zdarzało mi się wychodzić ze spotkania z nią z przekonaniem, że następnym razem zachowam się rozsądniej - oczywiście nigdy mi się to nie udawało - bywało, że nie wiedziałem, dokąd zmierzała ani czego właściwie ode mnie oczekiwała, ale mimo wszystko ruszałem za nią, bo jakoś nigdy nie przychodziło mi do głowy, żeby pozwolić jej odejść samej. Przez długi czas przyjmowałem jej obecność za coś oczywistego, nawet wtedy, kiedy nasze drogi prowadziły w zupełnie różne strony, kiedy każde z nas miało własne powody do dumy, żalu i uporu. Nasza znajomość miała przecież swoje zakręty, czasami tak ostre i zawiłe, że trudno było później ustalić, w którym miejscu właściwie zgubiliśmy drogę. Do pewnego momentu nic nigdy nie przychodziło nam szczególnie łatwo, nawet wtedy, kiedy oboje bardzo się staraliśmy. Bywały między nami okresy, kiedy zwyczajność przychodziła nam z trudem, kiedy potrafiliśmy znaleźć się w jednym pomieszczeniu i nie wiedzieć, co właściwie zrobić z tym, co nas łączyło. Nie brakowało nam okazji do kłótni, nieporozumień ani podejmowania decyzji, których konsekwencje ciągnęły się za nami znacznie dłużej, niż którekolwiek z nas zakładało. Zerknąłem na nią z ukosa, przypominając sobie co najmniej kilka sytuacji, w których jej decyzje kompletnie wytrąciły mnie z równowagi
- Nie zawsze byłem szczególnie łatwym towaszystwem, plawda, Audacia? - Delikatnie trąciłem ją ramieniem. - Nie chciałbym, szebyś odniosła wlaszenie, sze plóbuję zszuciś na ciebie odpowiedzialność za wszystkie moje niefoltunne decyzje, ale odkąd cię poznałem, moje szycie zdecydowanie pszestało byś pszewidywalne. Tak tylko nadmieniam. - Niektóre rzeczy zmieniały się z wiekiem, inne pozostawały dokładnie takie same, miałem na koncie wystarczająco dużo głupich decyzji, żeby nie próbować udawać, że wszystkie nasze problemy brały się wyłącznie z jej uporu, ale nie mogłem sobie darować tego komentarza. Z perspektywy czasu potrafiłem dostrzec, jak wiele rzeczy wtedy przemilczeliśmy, ile niepotrzebnych założeń poczyniliśmy i jak szybko potrafiliśmy zepsuć coś, co przez moment wydawało się całkiem proste.
Przez moment szedłem w milczeniu, myśląc o tym, ile razy w przeszłości byliśmy o krok od porozumienia, tylko po to, żeby za chwilę znowu znaleźć się po przeciwnych stronach. Nie wszystko potrafiłem lub chciałem wtedy naprawić, niektórych rzeczy nie umiałem nawet odpowiednio nazwać.
- Właściwie to powinienem ci podziękowaś. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, przypominając sobie tamten konkretny wieczór, którego temat zdążyliśmy już dzisiaj poruszyć. Pomyślałem o Little Hangleton, o kilku godzinach, podczas których wszystko układało się zaskakująco dobrze, zanim zdążyliśmy ponownie skomplikować sobie życie - pamiętałem, jak łatwo przyszło mi wtedy śmiać się z nią i jak bardzo później brakowało mi tej swobody. Nie zamierzałem psuć sobie dzisiejszego popołudnia rozpamiętywaniem tego, co już się wydarzyło, ale nie mogłem też udawać, że tamten wieczór zupełnie nic dla mnie nie znaczył.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
Wczoraj, 18:07  ✶  

- Nie da się z tym dyskutować. - Zdecydowanie była gotowa się z nim zgodzić, jeśli akurat o to chodziło. Benjy lubił przekraczać granice, sprawdzać na co może sobie pozwolić, co wiązało się z tym, że w jakiś sposób musiał się nauczyć radzić sobie z konsekwencjami podejmowanych przez siebie decyzji. Nie wątpiła w to, że jego sprawność fizyczna w dużej mierze mogła zależeć właśnie od tego. Zapewne kilka razy w swoim życiu zdarzyło mu się przed czymś bardzo szybko uciekać, albo walczyć. Zdecydowanie ich tryb życia się od siebie różnił. Miała to na uwadze oczywiście, ale nie lubiła szukać dla siebie usprawiedliwień, raczej należała do tych osób, które od siebie sporo wymagały.

- Akurat tego wolałabym się nie uczyć. - Oczywiście, że bywały pewne momenty, kiedy nie potrafiła się powstrzymać przed pewnymi, spontanicznymi pomysłami, jak chociażby dzisiaj, zazwyczaj działo się to w tym samym towarzystwie, zresztą gdy była młodsza również tak to wyglądało. Mało kto potrafił ją namówić do zrobienia czegoś nieodpowiedzialnego, a tak się jakoś składało, że jej mąż nawet nie musiał ją w żaden sposób do tego przekonywać. Jakoś tak wychodziło, że przy nim wykrzesała z siebie całe, bardzo, ale to bardzo ukryte w sobie pokłady impulsywności, o których istnieniu zapomniała dopóki znowu nie pojawił się obok.

- Stąd, że Ty nie wypluwasz płuc, a ja walczę o każdy, kolejny oddech, to nie wygląda dobrze. No, przynajmniej nie w moim mniemaniu. - Nie zamierzała się z nim spierać oczywiście, mógł to widzieć zupełnie inaczej, ale oczywiście zamierzała wspomnieć o tym, jak to wyglądało w jej oczach. Nie miała wątpliwości co do tego, że powinna nieco popracować nad swoją kondycją, zwłaszcza, że ostatnio nieco się zasiedziała.

- Po raz kolejny nie mogę mieć wątpliwości, co do tego, że nie mogłam lepiej trafić. Elastyczny instruktor, tylko tego mi brakowało, do tego świetny w robótki ręczne, jak to możliwe, że taki ideał stanął na mej drodze. - Pokręciła jeszcze głową. Tak właściwie tylko trochę się z nim droczyła, właściwie to przecież nic z tego, co powiedziała nie było kłamstwem. Benjy co chwilę zaskakiwał ją kolejnym pakietem swoich umiejętności, miała świadomość z czego to wynikało. Od wielu lat musiał sobie radzić zupełnie sam, nie miał u swojego boku kogoś, kto mógłby go chociaż odrobinę odciążyć. Miał wszystko na swojej głowie, a w takich sytuacjach człowiek uczył się jak być samowystarczalnym w każdej dziedzinie.

- Nie wiem, czy do tego nie potrzebowalibyśmy próbki, a zważając na to jak reagują owoce, nie sądzę, że uda nam się zwinąć drzewo. To znaczy moglibyśmy oczywiście przeprowadzić rozważania czysto teoretyczne, tylko nie wiem, czy one byłyby w pełni rzetelne. - Nie mogła przejść obojętnie wobec podobnej propozycji. Prudence lubiła wiedzieć dlaczego coś działało tak, a nie inaczej i w jaki sposób właściwie do tego doszło. Chętnie dowiedziałaby się więcej o jabłoniach Abbottów, tyle, ze jednak wolałaby więcej nie musieć stawiać swojej stopy na terenie ich sadu, a przede wszystkim czegoś z niego wynosić, bo spodziewała się powtórki z rozrywki, a może nawet większych konsekwencji, bo przecież próbowali tylko spróbować owocu, a nie wynieść z niego całe drzewo.

- To może być prawdopodobne, kto wie, czy nie dbają tak samo o wszystkie swoje rośliny. - Zdecydowanie właściciele sadu dbali o swoje rośliny, nie można im było zarzucić niedbalstwa, ale czy było się czemu dziwić? W końcu to dzięki nim ich rodzina była bardzo znana w czarodziejskim świecie.

- Nie da się ukryć, że bywały momenty kiedy był z Ciebie kutas. - Zdecydowanie brakowało jej polotu w tamtym momencie, ale nie mogła wymyślić nic lepszego od Dicka, zresztą było to przecież tylko odbiciem piłeczki, jak zawsze on zaczął. Było to dla niej wtedy zupełnie normalne, te ich przepychanki słowne, dzięki nim wtedy czuła, że żyje. Pojawiło się między nimi w przeszłości wiele niedopowiedzeń, wiele niejasności, ale zawsze była ta iskra, która towarzyszyła im do dzisiaj. Nie wszystko jednak dostawało się podane na tacy od razu, czasem kosztowało to całkiem sporo, jednak nigdy tego nie żałowała. Najistotniejsze bowiem było to, że w końcu udało im się sobie wszystko wyjaśnić.

- To całkiem ciekawe, bo mam z Tobą tak samo. - Wydawać by się mogło, że Prue jest raczej wzorem przewidywalności i rozsądku, jednak najwyraźniej nie zawsze tak działało. Miała świadomość, że mieli na siebie ogromny wpływ, teraz i w przeszłości i raczej nic nie będzie mogło tego zmienić.

- Podziękować? Niby za co? Za doprowadzanie Cię do szału? - Zdawała sobie sprawę z tego, że nie była najłatwiejszym towarzyszem za czasów młodości, wręcz przeciwnie, potrafiła uderzyć tak, żeby zabolało. Wyjaśnili już sobie to wszystko wcześniej, jednak nie zmieniało to faktu, że czasem zastanawiała się, jak mogła tak łatwo odpuścić, przecież lubiła dochodzić do genezy problemu, drążyć sprawę dopóki nie dostawała odpowiedniego wyjaśnienia. Wtedy się poddała, tylko, czy właściwie mogła jakoś na to wpłynąć? Nie mieli się tego nigdy dowiedzieć. Grunt, że wszystko się jakoś ułożyło, być może minęło wiele lat, ale dostali drugą szansę i jej zdaniem nie mogli jej lepiej wykorzystać.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
7 godzin(y) temu ✶  
Nie zamierzałem się z nią spierać w kwestii przewagi genetyki nad doświadczeniem ani innych takich, szczególnie że Prudence miała niestety tę wrodzoną zdolność dostrzegania rzeczy, które sam wolałbym pozostawić bez komentarza, posiadła całkiem spory zasób wiedzy popartej faktami gromadzonymi w archiwum w swojej głowie, zwłaszcza kiedy chodziło o moje zamiłowanie do sprawdzania, gdzie kończyła się granica prawa, bezpieczeństwa, zdrowego rozsądku albo zwykłej przyzwoitości, bo to zdecydowanie wcale nie zmieniło się przez lata, jakie spędziliśmy z osobna. Niektóre z nich przekraczałem z premedytacją, inne odkrywałem dopiero wtedy, gdy coś zaczynało na mnie warczeć, wybuchać albo próbowało odgryźć mi rękę lub mnie opętać i doprowadzić do mojej rychłej zguby - kondycja rzeczywiście mogła być jednym z ubocznych skutków takiego trybu życia, trudno było przez lata pakować się w kłopoty, wychodzić z nich o własnych siłach i nie nabrać przy okazji pewnej wprawy w bieganiu. Zdarzało mi się też walczyć, wspinać, przedzierać przez miejsca, w których nawet porządnie utrzymana szutrowa ścieżka stanowiła luksus, więc miałem nad nią pewną przewagę, nie zamierzałem jednak robić z tego powodu wykładu o zaletach aktywności fizycznej, tym bardziej że sam nie należałem do osób, które zaczynały dzień od rozgrzewki oraz szklanki wody z pieprzem cayenne i cytryną. Poza tym niektóre z moich osiągnięć wymagały naprawdę niewielkiego wysiłku, wystarczyło znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, reszta zwykle robiła się sama - zazwyczaj los prędzej czy później sam znajdował sposób, żeby zmusić mnie do ruchu, tak jak choćby dzisiaj.
Ostatecznie oboje skończyliśmy na ucieczce przed owocami, które miały zdecydowanie zbyt wiele do powiedzenia w sprawie własnej nietykalności, toteż deklaracja, że wolałaby nie uczyć się podobnych zachowań, spotkała się z moim zupełnie nieskrywanym rozbawieniem. Znałem ją wystarczająco długo, żeby wiedzieć, jak niewiele trzeba było, by rozsądna Prudence Madison Fenwick née Bletchley zaczęła rozważać pomysł, który jeszcze chwilę wcześniej uznałaby za niedopuszczalny - nie musiałem jej specjalnie namawiać, wystarczyło czasem rzucić uwagę, spojrzeć na nią w odpowiednim momencie albo samemu zrobić coś, co uruchamiało w niej tę część osobowości, którą na co dzień trzymała pod bardzo staranną kontrolą.
- Oczywiście. Nie chciałbym pszeciesz demolalizowaś własnej sony. To byłoby wyjątkowo nieodpowiedzialne s mojej stlony, zwłaszcza sze najwylaśniej doskonale lasi sobie s tym sama. - Przechyliłem lekko głowę, przyglądając się jej z udawaną oceną. - Mogę za to obiecaś, sze będę pilnował, szebyś nie lobiła niczego, czego sam wcześniej nie splawdziłem. W mialę mosliwości. No. Nie chciałbym składaś obietnic, któlych nie będę w stanie dotszymaś. - Jasne było, że nie zamierzałem namawiać mojej żony do podobnych treningów odbywanych na co dzień, skoro sama nie miała na to ochoty, lecz nie mogłem zaprzeczyć, że jej spontaniczne pomysły należały do moich ulubionych niespodzianek. Przez większość czasu sprawiała bowiem wrażenie osoby, która miała wszystko dokładnie przemyślane, potrafiła przewidzieć kilka możliwych następstw jednej decyzji i jeszcze znaleźć powód, żeby odrzucić te najmniej rozsądne, wystarczyło jednak, że znaleźliśmy się razem we właściwym miejscu i czasie, żeby cała ta starannie wypracowana ostrożność zaczynała mieć pewne wyjątki od reguły. Nie uważałem się za szczególnie dobry wpływ, zresztą nigdy nie miałem powodu, żeby się za takiego podawać, zawsze jednak podobało mi się, że potrafiła od czasu do czasu zapomnieć o wszystkich zasadach, które sama sobie narzucała, nawet jeśli później musieliśmy wspólnie mierzyć się z konsekwencjami.
Zatrzymałem na niej spojrzenie, pozwalając sobie na chwilę namysłu, chociaż odpowiedź miałem właściwie gotową, ponieważ ambicja Prudence Bletchley była jedną z tych cech, które swego czasu potrafiłem podziwiać i przeklinać zależnie od okoliczności, szczególnie kiedy zaczynała traktować własne niedoskonałości jak osobisty projekt do natychmiastowej poprawy. Nie zamierzałem odbierać Prue satysfakcji z samodzielnego wyciągania wniosków, ale w tym przypadku chyba należało nieco skorygować obrany przez nią kierunek - była w tym konsekwentna, potrafiła być wobec siebie wymagająca do granic absurdu, szczególnie gdy coś nie wychodziło jej tak dobrze, jak sobie zaplanowała, musiałem jej to przyznać, ale akurat teraz jej logika prowadziła ją w stronę dość niefortunnych porównań - porównywała długość naszych nóg, wydolność i zdolność do pokonywania większych odległości, podczas gdy ja miałem w pamięci całkiem sporo innych okoliczności, w których jej możliwości prezentowały się wyjątkowo przekonująco, znacznie bardziej niż moje do przebiegnięcia kilkunastu dodatkowych metrów. Niektóre z nich oglądałem z bardzo bliska, inne wymagały ode mnie znacznie większego zaangażowania niż zwykły spacer po sadzie i wciąż potrafiłem wymienić kilka powodów, dla których nie miałbym nic przeciwko powtórce. Miałem wystarczająco dużo wspomnień, by wiedzieć, że nie potrzebowała mojej aprobaty po każdym przebiegniętym kawałku drogi, ale mogłem jej przypomnieć, że nie wszystkie jej atuty dało się zmierzyć czasem i oddechem.
- Słoneczko, nie doceniasz swoich pledysposysji. - Przesunąłem spojrzeniem po jej sylwetce, nie próbując nawet udawać, że chodziło mi wyłącznie o kwestie sportowe. - Mógłbym ci pszypomnieś, sze widziałem cię w stanie, w któlym sama mogłabyś mieś ploblem s losposnaniem siebie i zapewniam, sze wyglądałaś wtedy doskonale, ale nie o to mi chodzi. -  Mogłem jej nawet przyznać rację, gdybyśmy rozmawiali o przygotowaniu do maratonu albo o regularnych ćwiczeniach, ale nie taki był mój zamysł. - Bieganie jest zlesztą dość nudnym klytelium. Masz jeszcze inne mosliwości. I nie mówię o umiejętności wyplowadzania mnie s lównowagi, choś tę opanowałaś niemal do pelfeksji. - Spojrzałem na nią wymownie, ale nie zdradziłem niczego więcej, nawet jeśli miałem na ten temat całkiem konkretne zdanie.
- Nie wiem, czy zasługuję na asz tyle pochwał, ale skolo nalegasz… - Wypuściłem powietrze nosem, nie miałem zamiaru udawać skromności, bo takowa nigdy nie należała do moich najmocniejszych stron, szczególnie w naszej relacji. - Małszeństwo ze mną to właściwie niekończący się ciąg koszyści. Czasami sam się zastanawiam, jakim cudem udało mi się zglomadziś tyle posządanych cech w jednym śmieltelnym ciele. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, powstrzymując uśmiech, który z każdą sekundą coraz trudniej było mi ukrywać. Wiedziałem, że bezczelnie się ze mnie nabijała, ale nie przeszkadzało mi to - nie uważałem się za szczególnie uzdolnionego, po prostu nie lubiłem być zależny od cudzej pomocy, zwłaszcza kiedy mogłem coś zrobić własnymi rękami - naprawianie, szycie ran, majsterkowanie, gotowanie, rozpoznawanie podejrzanych przedmiotów i rozbrajanie czegoś, co z pozoru wyglądało na nieszkodliwy bibelot, należały do tej samej kategorii umiejętności, które zdobywało się z czystej praktyki, zazwyczaj niestety przy okazji zyskania kilku niepotrzebnych obrażeń. Niektóre umiejętności przychodziły z czasem, inne z potrzeby uniknięcia kolejnego wydatku albo konieczności tłumaczenia komuś, dlaczego znowu coś zepsułem. W moim przypadku ta kwestia przybierała dość osobliwą postać, bo potrafiłem przez pół dnia naprawiać coś, co można było załatwić jednym zaklęciem, wyłącznie dlatego, że uznałem, iż powinienem móc zrobić to sam. Przez długi czas nie miałem nikogo, kto mógłby przejąć ode mnie choćby część obowiązków, więc albo radziłem sobie sam, albo zostawałem z problemem na głowie, i nawet jeśli teraz to się zmieniło, trudno było mi całkiem wyplenić pewne przyzwyczajenie do niezależności. Nie zamierzałem obiecywać jej, że odtąd wszystko miało być proste - znała mnie zresztą wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że byłaby to obietnica bez pokrycia - nadal miałem swoje przyzwyczajenia, pracę, która potrafiła zaprowadzić mnie w miejsca, do których rozsądniej byłoby się nie zbliżać, a także skłonność do pakowania się w kłopoty, kiedy tylko pojawiała się okazja. Wiedziałem jednak, że nie musiałem już podejmować każdej decyzji w pojedynkę, ani zakładać, że milczenie rozwiąże problem, mogłem jej powiedzieć, co się działo, pozwolić jej ocenić sytuację i wysłuchać tego, co miała do powiedzenia, nawet jeśli nie zawsze miała ochotę przytakiwać moim pomysłom.
Nie miałem jednak zamiaru opowiadać jej teraz całej historii swojego rzekomego samodoskonalenia, skoro znacznie ciekawszy temat pojawił się praktycznie sam, w momencie, gdy zaczęliśmy rozważać możliwość zdobycia próbki zaczarowanego owocu. Zatrzymałem na niej spojrzenie, a potem przeniosłem je na drogę przed nami i potarłem kciukiem dolną wargę. Oczywiście żartowałem, choć tylko częściowo, Prue miała rację kolejny raz dzisiaj.
- Moglibyśmy wylewitowaś małą jabłonkę. Taką w doniczce czy wolku ploduksyjnym. Bes dotykania. - Powiedziałem to z taką swobodą, jakbym proponował zakup kilku doniczek do ogrodu, bo właściwie całkiem podobał mi się ten pomysł. Wystarczyłaby młoda sadzonka, najlepiej taka, która jeszcze nie zdążyła wykształcić owoców, zarzucilibyśmy na nią worek i przewieźlibyśmy ją do domu, gdzie posadzilibyśmy ją gdzieś za warsztatem i moglibyśmy obserwować, co się wydarzy.
Nie miałem pojęcia, czy drzewa Abbottów były zabezpieczone w ten sam sposób, co ich owoce, ale podejrzewałem, że mogli poświęcać podobną uwagę całemu gospodarstwu, ich nazwisko nie wzięło się przecież znikąd, a rodzinne uprawy od dawna stanowiły część ich reputacji. Jeśli ktoś wkładał tyle pracy w utrzymanie sadu, musiał też zadbać o to, żeby nikt niepowołany nie wynosił z niego plonów, sadzonek ani czegokolwiek, co mogło posłużyć do odtworzenia ich metod. Z drugiej strony, im więcej zabezpieczeń, tym ciekawsze stawało się ustalenie, jak właściwie działały, nie zamierzałem jednak ponownie ryzykować wrzasków dobiegających z każdej strony, przynajmniej nie tego samego wieczoru.
- Masz lasję, pewnie dbają o wszystkie lośliny. Co oznacza, sze jeśli udałoby nam się zdobyś sadzonkę, mielibyśmy okazję splawdziś, czy zaklęcia przechodzą na nią jusz na wczesnym etapie wzlostu… - Dorzuciłem, tak naprawdę niespecjalnie się nad tym zamyślając, bo wtedy do moich uszu dotarł wyjątkowo trafny komentarz.
Zerknąłem na nią ponownie, kiedy określiła mnie mianem kutasa - nie mogłem nawet zaprzeczyć, choć przez wzgląd na własną reputację zapewne powinienem był przynajmniej spróbować - w przeszłości zdecydowanie zbyt często zdarzało mi się zachowywać w sposób, który nie pozostawiał zbyt wiele miejsca na łagodniejsze określenia. Nie miałem zamiaru udawać, że nasza przeszłość składała się wyłącznie z uroczych sprzeczek oraz niewinnych żartów. Zdarzało mi się mówić rzeczy, których później żałowałem, choć - oczywiście - nie zawsze potrafiłem przyznać się do tego w odpowiednim momencie, Prue również nie należała do osób, które zamierzały ustępować tylko po to, żeby zachować święty spokój. Czasami wystarczało jedno zdanie, żebyśmy oboje zapomnieli, od czego zaczęła się kłótnia i skupili się wyłącznie na tym, kto zdoła dotkliwiej odpowiedzieć drugiemu.
- Ach, czyszby? - Parsknąłem śmiechem, bo trudno było mi znaleźć argument, który mógłby skutecznie podważyć tę ocenę, zwłaszcza że sam wielokrotnie dochodziłem do podobnych wniosków. Miałem swoje powody, miałem też wystarczająco dużo okazji, żeby zachować się lepiej, niż zachowywałem się w przeszłości, nie zawsze z nich korzystałem. Byłem uparty, niecierpliwy, czasami zbyt pewny siebie i niepotrzebnie okrutny, potrafiłem też powiedzieć coś, czego później nie dało się cofnąć, nawet jeśli dopiero po czasie docierało do mnie, jak mocno mogłem ją tym zranić. Zdarzało mi się też zachowywać tak, jakby wszystko można było załatwić żartem, zuchwałością albo kolejną próbą odwrócenia uwagi od sprawy, której nie chciałem poruszać. Prudence znała te wszystkie sztuczki, znała również mnie, co w pewnych okresach naszego życia musiało być dla niej wyjątkowo niewdzięcznym doświadczeniem.
- „Bywały”? - Powiedziałem, „dobre sobie”, mogłem się z nią spierać dla samej przyjemności prowadzenia kolejnej słownej przepychanki, ale akurat w tym przypadku trudno byłoby mi znaleźć argumenty na swoją korzyść. - Doceniam dyplomację. Znam kilka osób, któle uszyłyby w tym miejscu znacznie mniej eleganckiego okleślenia. - Nie było w tym przesadnej pokory, nie uważałem się również za osobę, która powinna teraz nagle udawać, że wszystko robiła dobrze - wiedziałem, ile razy utrudniałem jej życie, ile razy zostawiałem ją z pytaniami, na które powinienem odpowiedzieć wcześniej, i jak często własnym uporem doprowadzałem sprawy do punktu zapalnego, „bo byłem kutasem”.
- Domyślam się. Czasami miałem wlaszenie, sze niezalesznie od tego, co powiem albo zlobię, i tak nie znajdę właściwego sposobu, szeby do ciebie dotsześ. - Wzruszyłem lekko ramionami. - Nie byłem szczególnie dobly w takich splawach. Fakt. Właściwie nadal nie jestem, ale pszynajmniej telas mogę legalnie cię pocałowaś, zamiast zastanawiaś się pszes tszy dni, czy powinienem napisaś list s pszeplosinami, czy mosze jednak pójść w pasywno-aglesywną poezję. - Uśmiechnąłem się krzywo, bo jej pytanie przypomniało mi, jak wiele rzeczy potrafiliśmy sobie wzajemnie utrudnić, nawet kiedy intencje mieliśmy całkiem dobre.
- Kuszące, ale nie. Za to akulat nie muszę ci dziękowaś, bo lobisz to intelesownie i s imponującą legulalnością. - Zauważyłem. - Widzisz, właśnie dlatego nie powinnaś mi pszelywaś, kiedy plóbuję powiedzieś coś konstluktywnego. Od lasu szukasz sposobu, szeby oblóciś to pszeciwko mnie. - Oczywiście, że mógłbym jej podziękować za doprowadzanie mnie do szału, ale obawiałem się, że wówczas musiałbym również przyznać, iż przez lata całkiem dobrze radziła sobie z tym zadaniem, niekiedy nawet bez większego wysiłku, a tego nie zamierzałem obecnie robić, bo pierwotnie naprawdę chciałem docenić coś, co było dla mnie ważne. Nie byłem szczególnie skłonny do podobnych wyznań, przynajmniej nie bez okazji, ale czasami dobrze było powiedzieć coś wprost, zamiast kolejny raz obracać wszystko w żart, tyle tylko, że teraz już po prostu musiałem to zrobić. - Popsułaś naszą podniosłą chwilę. Telas nic ci jusz nie powiem. - Oznajmiłem, postarawszy się przybrać dokładnie ten ton, jakiego mogłaby się spodziewać przy podobnych słowach jeszcze kilkanaście lat wcześniej opuszczających moje usta, nawet jeśli już od dawna oboje nie byliśmy tamtymi niemożliwymi ludźmi.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4997), Prudence Fenwick (2250)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa