• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Walia Snowdonia [11/10/72] Dolina Ffestiniog

[11/10/72] Dolina Ffestiniog
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#1
17.10.2026, 21:07  ✶  
11 października
Gareth i Helloise wyprawiają się na poszukiwania walijskiego uroczyska

Helloise przybyła do posiadłości nad Llyn Llydaw poprzedniej nocy po długim dniu modłów na Ellan Vannin. Kładła się spać z umysłem czystym i uspokojonym. Rano, przed świtem jeszcze, udała się do domowej biblioteki, aby przeglądać podania o okolicach Ffestiniog. Do pomocy wzięła sobie dwa domowe skrzaty, chłopca i dziewczynkę, aby nosiły za nią książki i podały wczesne śniadanie.
Placuszki z owocami leżały pomiędzy opasłymi tomami porozkładanymi na długim bibliotecznym stole. Rozpalony kominek ledwo radził sobie z ogrzaniem dużego pomieszczenia o zimnych kamiennych ścianach, czarownicy marzły więc stopy i przebierała palcami w skarpetkach, próbując je rozgrzać. Z miejsca za biurkiem miała widok na granatową taflę jeziora wlanego między wzgórza. Od czasu do czasu za chmurami dopatrywała się cieni smoczych skrzydeł, lecz były to zwykle ledwie przywidzenia umysłu poszukującego znajomych kształtów. Wstający dzień złożył w pomieszczeniu wystarczająco światła, aby Helloise, ziewając, kazała zgasić lampki. Wschód słońca oglądany z okien na piętrze posiadłości budził w niej nostalgię.

Spełniwszy polecenie zgaszenia sztucznych świateł, skrzatka wskoczyła z powrotem na stołeczek obok krzesła Helloise, aby kontynuować splatanie jej warkoczy. Gdy czarownica oddawała się tego ranka lekturze, skrzatka poświęciła czas na rozplątanie kołtunów we włosach panny. Drobne pomarszczone paluszki stworki sprawnie radziły sobie z zapuszczoną czupryną, a nim słońce zakrólowało nad szczytami Yr Wyddfa, jasne włosy Helloise ścieśnione były w eleganckie warkoczyki oplatające tył głowy, spływające w jednym grubym warkoczu na plecy. Oblicze czarownicy było tego dnia pogodne. Opuszczenie Doliny Godryka i poświęcenie się Rogatemu Panu Słońca na wzgórzach Ellan Vannin pozostawiło w niej promień boskiej jasności Pana, przetrwało w niej błogie wspomnienie ciepłych dotyków słońca wsączającego się do świątyni Rogatego Boga, a noc spędzona z dala od widm i demona chaty była nocą spokojną. Zbyt wiele byłoby jednak powiedzieć, że czarownica promieniała, bo używanie opium i tygodnie lęków odbijały się stale na jej wymizerowanej, zmęczonej twarzy. Wydawała się mimo to odświeżona i lżejsza, uwolniona chwilowo przynajmniej spod ciężkiego cienia nawiedzonej Kniei.

Niechętnie Helloise oderwała oczy od wykluwającego się za oknami blasku walijskiego poranka. Spojrzenie kobiety spadło na krzesło naprzeciw niej. Siedzący tam karnie skrzat był niższy niż oparcie, ginął na jego tle, nie rzucał się w oczy, nie przeszkadzał jej w podziwianiu krajobrazu. Teraz Helloise przypomniała sobie o nim i wlepiła w nerwowe stworzonko ślepia.
— Donieść jakiś tytuł? — zapytał gorliwie skrzat, chcąc uciec się do roboty.
— Nie — odpowiedziała przeciągłym, aksamitnym głosem czarownica. — Chcę, żebyś jadł, Zyzusiu. — Troskliwie podsunęła skrzatowi talerz ze swoimi placuszkami.
— Z pani talerza…? — Zaprotestował stworek, rozszerzając w przestrachu wielkie, wyłupiaste oczy.
— Chcę, żebyś jadł.
Wiedźma patrzyła nieruchomo, dopóki Zyzuś drżącą, wychudzoną łapką nie sięgnął po placuszek. Uśmiechnęła się, widząc, jak bierze pierwszy kęs.
— Bardzo dobrze. Jestem pewna, że przed tobą dzień pełen trudów — rozczuliła się, po czym powróciła do przewracania kart bieżącego tomu.
Bywało, że najdziwaczniejsze kreatury chwytały Helloise za serce. Skrzaty domowe z całą swoją poddańczością zawsze stanowiły w jej oczach ujmujące stworzonka. Litowała się głęboko nad ich żałosnym losem uniżonych sług w pańskich domach, którzy to swoje uciemiężenie przyjmowali z wynaturzonym entuzjazmem. Zyzuś więcej komfortu znalazłby zapewne w byciu połajanym i zmuszonym do zbierania na klęczkach okruchów spod krzesła czarownicy, niż jedzeniem z nią śniadania z jednego talerza. Och, jakże smutny był los tych stworków.
Helloise czytała pobieżnie kolejne paragrafy, delektując się dźwiękami placuszka memłanego w ustach biednego Zyzusia. Gdy dźwięki ustały, podniosła wzrok, otulając skrzata spojrzeniem. Wyciągnęła rękę przez stół i zawiesiła dłoń nad talerzykiem.
— Myślę, że zjesz jeszcze jeden.
Obserwowała czujnie, jak posłuszne skrzacie palce suną nisko nad stołem i nieśmiało odnajdują placuszek. Ręka czarownicy opadła na talerz jak ptasi szpon nurkujący za ofiarą. Wzięli z Zyzusiem po placuszku jednocześnie. Stworek cofnął spłoszony rękę. Rozgniótł ciasto, kurczowo zacisnąwszy na nim kościste palce. Kawałek placka z owocami spadł na blat biurka.
— Ja posprzątam. — Zyzuś gwałtownie zerwał się z krzesła, szczęliw z perspektywy pilnej roboty. Helloise machnęła przyzwalająco ręką i powróciła do czytania, odgryzając sowity kęs puszystego placka z naleśnikowego ciasta.

Stojąca obok skrzatka przypatrywała się temu z duszą na ramieniu, rada, że to nie ona została wytypowana ulubienicą panny Rowle.
— Podaj mi kolejną — mruknęła obojętnie do skrzatki Helloise, zamykając przejrzaną księgę. Ta okazała się zupełnie bezużyteczna, lecz było ich w kolejce przyszykowanych jeszcze kilka.
Czarownica poszukiwała w rodzinnym księgozbiorze informacji o walijskich uroczyskach. Szczególnie wypatrywała między zdaniami nazwy Ffestiniog, na które matka zwracała w liście uwagę. Zapewne Sofia Rowle miała własne zajęcia, co Helloise szanowała, lecz powracała do niej myśl, że matka mogła być wylewniejsza i wytłumaczyć przynajmniej, co też ją akurat na Ffestiniog nakierowało. Nie naciskała jednak i do przeszukiwania rodowych zasobów zabrała się sama.
Skrzatka przydreptała z powrotem, uginając się pod ciężarem nowej pozycji. Czarownica oblizała palce z owocowego sosu i spuściła otwartą dłoń w dół, nie zaszczycając skrzatki spojrzeniem.
Na szklistej powierzchni Llyn Llydaw odbijało się walijskie niebo, woda mieniła się jak jedwabista tkanina.
Helloise poczuła teksturę skórzanej oprawy i ciężar księgi wsuniętej w jej rękę. Rozłożyła ją na stole, otwarła na spisie treści, aby wybrać obiecujące rozdziały, po czym wzięła się do metodycznego przeglądania treści w poszukiwaniu słów kluczowych.

// percepcja ◉◉◉○○ — na coś przydatnego do tematu drzewa, uroczyska, Doliny Ffestiniog
Rzut Z 1d100 - 54
Sukces!


dotknij trawy
Czarodziejska legenda
She should be sure in her soul that the most terrifying thing in the forest was her.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiedźma, która mieszkała w domku stojącym na kurzych nogach. Jadła dzieci na śniadanie — i prawdopodobnie na obiad i do herbaty.

Baba Jaga
#2
28.10.2026, 03:14  ✶  
Helloise zagłębiła się w trzymaną księgę, przeglądając spis treści i wertując stronnice w ślad za najbardziej obiecującymi hasłami. Potem zrobiła to z kolejną… i kolejną… Większość z przeglądanej literatury udzielała jej wiedzy w zakresie charakterystycznych miejsc magicznych, które można było odnaleźć na łonie natury i w okolicy Walii. Wszystko wydawało się obiecujące, w końcu szło za hasłem uroczysk, aczkolwiek nic konkretnego nie zwróciło jej uwagi.
W końcu elfka podsunęła jej stary dziennik podróżniczy. Oprawiony w skórę, ze sztywnymi i pożółkłymi stronnicami. Trzeba były pogłaskać go po okładce, ale akurat z tym Rowle poradziła sobie bez najmniejszego problemu.
W swoich podróżach po okolicznych uroczyskach, w końcu natrafiłam na… – trochę to zajęło, ale Hela mogła przeczytać dalej na parę wpisów dotyczących Ffestiniog; autorka dziennika była na tyle miła, by na górze wpisów wyraźnie zaznaczać o jakiej okolicy mówiła. Prowadziła badania na temat roślinności, katalogując ją, ale także sprawdzając czy wpływały na nie okoliczne linie magiczne, które zbiegały się w takich miejscach. To nie było w tym momencie aż tak istotne, albo raczej stanowiło lekturę na inny dzień, ale jeśli czarownica przeprawiła się przez elementy które mogłaby poczytać sobie w Chatce, dotarła do akapitów o miejscach mało przyjemnych. Autorka wskazywała w okolicy doliny trzy miejsca, które zwróciły jej uwagę ciężką, mało przyjemną aurą. Magia była tam nieco niespokojna, jak to sama określiła, a rozbiwszy w tamtych terenach obóz, spało jej się bardzo źle. Miała koszmary, wrażenie że coś ją obserwuje, a do tego była absolutnie pewna że coś w nocy przeciągnęło jej namiot o parę metrów.
Mówiła też o legendach, które dało się usłyszeć od okolicznych mieszkańców; o wiedźmach, opętanych domach i jaskiniach, w które absolutnie nie można było się zapuszczać.
Miejsca, wokół których obozowała, nie były wszystkie opisane; jednym z nich był kamienny krąg, innym jeden z wodospadów, a trzecie pozostawało jedną wielką tajemnicą (tam przeciągnęło coś namiot autorki i większość wpisu poświęciła na żal z tym związany).
duch puszczy
Angel pen ffordd, diawl pen tân
wiek
35
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
uzdrowiciel
Ma bladą, niepokochaną przez słońce, za to gęsto obsypaną piegami, cerę. Oczy jasne, zielonoszare, osadzone głęboko pod ciężkim łukiem brwiowym, przez co nawet neutralne spojrzenie wygląda na foch i pretensję. Miękczą je jedynie rzęsy, gęste i dłuższe niż wypadałoby chłopu tej postury. Nos długi, ze śladem po dawnym złamaniu, którego nikt mu porządnie nie nastawił. Zarost zazwyczaj nosi krótki i nierówny, goli się na specjalne okazje. Włosy sięgają obojczyków, falują nieprzewidywalnie i wiecznie wchodzą w twarz; związuje je do pracy i w pogodę, która ciska w usta więcej niż dziesięć przekleństw na minutę. Jest szeroki w barach i mierzy ponad sześć stóp wzrostu. Buciory, których nie zdejmuje właściwie nigdy, dokładają mu nie tylko parę cali, ale i za dużo hałasu, bo słychać go w korytarzu na długo, zanim się pojawi. Chodzi ciężko i pewnie, z lekkim przechyłem na prawą stronę, pamiątką po czymś, o czym nie opowiada.

Gareth Rowle
#3
02.11.2026, 16:05  ✶  
— …ja ci mówię, jeśli jest jedna, w okolicy kilkudziesięciu mil będzie gdzieś i druga… fakt faktem, polują samotnie na dużym terenie, ale wystarczy, że poczekam na ruję i wtedy zwabię obie na raz. Myślę, że bez sensu byłoby czekać aż ich cały rytuał umizgowy się skończy, bo w warunkach zamkniętych dużo prościej mi będzie zapanować nad rozpłodem. Tu serio nie ma żadnej większej filozofii, to nie żadne wyrafinowane magiczne stwory, które rozmnażają się raz na kilka sezonów i to tylko wyłącznie w pełnię księżyca.
Żeby siostra nie miała absolutnie żadnych wątpliwości, jak wygląda kocie wabienie, Gareth przysiadł na piętach przy nodze stołu, zwinął dłoń w trąbkę i wydobył z trzewi przeciągłe, gardłowe zawodzenie — coś pomiędzy marcowym kocurem a marudną krową, której ktoś nadepnął na wymię. Skrzatka na ten widok zamarła jak zaklęta w słup soli, z księgą uniesioną nad głową. Widać, że koty i skrzaty nie były ze sobą w ogóle spokrewnione.
— Ja to Lazarusowi wszystko rozrysuję i nie będzie problemu żeby wygryźć kawałek ziemi na ich wybieg. I ja teraz myślę, że w zależności od popytu możemy zacząć od sprzedaży biletowej do zoo – oczywiście nazwiemy je sanktuarium. A potem zaczniemy pełną hodowlę marketingowo skupioną na docelowej grupie mugolaków.
Gareth ze szlamami w bezpośredni kontakt nie lubił wchodzić, ale jeśli chodziło o wyzysk pieniężny, to jego granice miały konsystencję ciasta na placuszki.
— Zareklamujemy je jako umagicznione zwierzęta bojowe, które mogą szczególnie przydać się w „niezwykle trudnych i niepewnych dla wielu grup czarodziejów czasach” — uśmiechnął się perfidnie, miętosząc w łapach książkę „Kotowate – czy to tylko dzikie kotki?”
— No dobra — rozprostował się, gdy już zdążył się nagadać. Przetarł twarz dłonią, zgarniając z niej resztki kociego zapału, i z miną skazańca omiótł spojrzeniem stos ksiąg, nad którym ktoś najwyraźniej siedział już wielu godzin. — to co my właściwie robimy? Co muszę wiedzieć? Matka nie była wylewna
Kotowate wylądowały na blacie z płaskim klapnięciem, rozpychając grzbietem opasłe tomiszcza i trącając niedbale talerzyk z resztką placuszków. Jeden z nich zdezerterował przy tym prosto do jego ust.
Krzesło, przyciągnięte za oparcie, zazgrzytało po kamiennej posadzce z jękiem, od którego wszystkim musiały zwinąć się uszy. Gareth rozwalił się na nim jak na ławie w karczmie i nachylił nad pożółkłym dziennikiem. Przekrzywiając łeb jak kos nad grządką, zdmuchiwał kącikiem ust rude kosmyki lezące mu na nos i ani na moment nie odrywał oczu od stronic.
Autorka pisała pochyłym, ściśniętym pismem, oszczędzając papier jakby na każdą paproć przypadał jej przydział atramentu. Mchy, porosty, wrzosiec, coś o liniach magicznych zbiegających się pod korzeniami, schludne tabelki z datami. Gareth przebiegał po nich wzrokiem z zainteresowaniem, jakim darzył przemowy wujów przy mabonowym stole, przeżuwając placuszek i wodząc palcem po marginesie, aż palec zwolnił sam, trafiwszy na nagłówek z Ffestiniog. Niespokojna magia, ciężka aura, koszmary, wrażenie bycia obserwowaną — prychnął przez nos, rozsiewając okruchy. W Walii każdy, kto rozbija namiot po zmroku i popija parszywą nalewką z bukwi, przebudza się z przekonaniem, że prastare moce go nawiedziły i przy okazji wyrobiły mu podejrzanie dużą dziurę w gaciach.
— Wiedźmy i nawiedzone chałupy — mruknął, zezując ku siostrze spod rudej grzywy. — ciekawe, czy którąś znamy… — Stuknął w lepką plamę własnego autorstwa — Hela, czy ja tu jestem od myślenia, czy od robienia? Muszę wiedzieć jak mocno mam teraz kombinować.

Rzut PO 1d100 - 42
Sukces!

// Wiedza przyrodnicza: ◉◉◉◉○— czy wie/zna/słyszał o którymś z tych 3 miejsc albo czy jest w stanie coś wydedukować z opisów?


I'm gon' hit your business if it's momentary blissness
Czarodziejska legenda
She should be sure in her soul that the most terrifying thing in the forest was her.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiedźma, która mieszkała w domku stojącym na kurzych nogach. Jadła dzieci na śniadanie — i prawdopodobnie na obiad i do herbaty.

Baba Jaga
#4
03.11.2026, 01:08  ✶  
Czy był tu od robienia, czy od myślenia, kiedy tylko Gareth spojrzał na przeglądane przez siostrę księgi, mózg skurczył mu się gwałtownie i chyba dorobił dodatkowy zwój, bo informacje z dziennika wydawały się dla niego o wiele bardziej czytelne. A może spojrzał na zapisane słowa w odpowiedniej kolejności.
Po pierwsze, wspomniany przez autorkę wodospad, wydawał mu się miejscem jak najbardziej znajomym. Jeśli go pamięć nie myliła, zdarzyło mu się być tam parę razy, właśnie z matką, która poradziła Heli by ta zajrzała do rodzinnej biblioteki. Było to specyficzne miejsce, głównie przez sposób w jaki woda wyżłobiła sobie drogę na dół. Niewątpliwie żłobiła skały przez wieki, ale zamiast obmyć kamienie, przeciąć na pół i sprawić, by te z czasem chociaż nieco się cofnęły pod wpływem spadających na nią kropli, przebiła je na wylot tworząc charakterystyczny pierścień, który wisiał mniej więcej w połowie jego wysokości i stanowił przepiękne zjawisko.
Kiedyś mówiło się, że woda nabrana ze zbiornika pod wodospadem, miała lecznice właściwości. Z czasem jednak zmieniono zdanie, twierdząc że miejsce zostało skażone przez złe moce lub wiedźmy, które chciały by czarodzieje przestały zawracać im głowę. Podobno czasem można było zobaczyć jakąś postać, która snuła się za wodną zasłoną, ale z tego co wiedział Rowle, nie było tam żadnej jaskini.
Kartkując dalej dziennik, można było trafić na nieco mętne wzmianki, których skojarzenie wymagało albo wgryzienia się w całą zawartość karka po kartce, albo kojarzenia już niektórych faktów. Całe szczęście, Garethowi przypadło w udziale to drugie. Miał podstawy twierdzić, że trzecim miejscem, gdzie autorkę dziennika przeciągnęło coś w namiocie, były okolice pradawnego kurhanu. Uważano go za miejsce pochówku czarnoksiężnika, który żył w Walii dawno, dawno temu – niestety, wiedza Garetha z tego zakresu była w najlepszym wypadku kulawa i ciężko było mu powiedzieć jak dawno to było, ani nawet jak czarnoksiężnik mógłby się nazywać.
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#5
03.11.2026, 22:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.11.2026, 23:40 przez Helloise Rowle.)  
Gdy kobieta i mężczyzna decydują się rozmnożyć więcej niż raz, mają potencjał stworzyć unikalne więzi, jakie nie powstałyby w żaden inny sposób niż tylko przez ich krew i konsekwentne chowanie dzieciątek latami obok siebie. Były takie rzadkie momenty, gdy do percepcji Helloise docierały niewyraźne cienie obiektywnego spojrzenia na Garetha: doświadczała wówczas refleksji o tym, jak by na jej brata spojrzał ktoś nieznajomy. Wrażenie było dziwaczne.
I najzupełniej zbędne, bo zwierzęce ekspresje były naturalną potrzebą człowieka. Każdego czasem nachodził zew i grzechem byłoby się mu opierać.
— Ciebie ojciec powinien był sprzedać mugolakom, jak jeszcze byłeś dzieckiem — mruknęła znad książek zniesmaczona czarownica, zaszczycając brata w kociej rui leniwym spojrzeniem wodnistych oczu. — Cóż to za pomysł? Nie oddałabym mugolakowi pod opiekę puffka, a co dopiero dzikiego kota. Niech cię Bogini broni przed takim okrucieństwem wobec zwierząt — oburzyła się. — Jeśli wyłapiesz te pantery, zachowaj je, na litość boską, dla siebie. Sprzedawanie biletów na widowisko uwłacza godności zwierzęcia. Wiesz, kto tak robi? — Dała bratu chwilę na zastanowienie się nad sobą, zanim niczym wyrok padła odpowiedź: — Mugolacki cyrk. Tak, Gary. Mugolacki cyrk robi ze lwów widowisko. Chcesz się zniżać do ich poziomu i robić z czarnej pantery swojego klauna dla zysku? To obrzydliwe.
Kobieta z namaszczeniem podniosła rzucone przez Garetha Kotowate i jęła kartkować zmaltretowaną książkę w poszukiwaniu rozdziału o panterach.
— Poza tym, musisz zacząć ciągnąć nawoływanie niżej. — Helloise położyła demonstracyjnie dłoń u szczytu swojego mostka i przeciągle zamiauczała, dodając do owego wycia koci bulgot z głębin gardła. Nie do końca wyszło. Podniosła palec wolnej ręki, nakazując bratu oczekiwanie. Spróbowała jeszcze raz, co wybrzmiało nieco czyściej, choć wciąż pokracznie. Żaden kot by się nie nabrał. — Mniej więcej tak.
Helloise wynalazła wreszcie poszukiwaną sekcję o panterach. Podczas gdy Gareth ciągnął krzesło, ona studiowała kształt uszek. Sięgnęła dyskretnie (a może wcale nie) po różdżkę, a gdy czarodziej zasiadł u jej boku, stuknęła go patyczkiem w tył głowy.

// tajemnicza niespodzianka transmutacyjna ◉◉○○○
Rzut N 1d100 - 75
Sukces!


Spomiędzy kęp rudej grzywy wyrosły piękne, czarne uszka, lekko zaokrąglone przy końcach. Czarna pantera, jak się patrzy.
Wiedźma zacisnęła wargi, tłumiąc złośliwy śmiech klujący się w głębi gardła. Mniej więcej tam, skąd Garethowi kazała wcześniej ciągnąć marcowe wabienie.
— Skrzaty, możecie odejść i zacząć przygotowywać wybieg — rzekła najzupełniej poważnie.
Stworki posłusznie czmychnęły, choć trudno powiedzieć, czy faktycznie udały się przygotowywać wybieg. Ciężkie drzwi biblioteki zamknęły się za nimi i rodzeństwo zostało samo sobie.

Lektura, która Helloise wpadła w ręce, okazała się szalenie ciekawa. Czarownica pożałowała, że nigdy wcześniej na nią nie natrafiła. W innych okolicznościach z miejsca by się rwała szukać tabeli z fazami księżyca, aby sprawdzić, czy daty w dzienniku oprócz zależności wobec zbiegów linii magicznych wykazują je może również względem cyklu lunarnego. Podniecenie związane z możliwością przestudiowania nieznanego sobie wcześniej badania zielarskiego niemalże przeważyło lęk o własne życie. Ten dziennik z pewnością zostanie z rodowej biblioteki wykradziony.
Z żalem przeszła do mniej ekscytującego obowiązku objaśnienia Garethowi istoty problemu.
— Matka nie mogła być wylewna, bo nie opowiadałam jej szczegółów — rzekła, wstając od stołu, aby swoim zwyczajem móc przebierać nogami w czasie mówienia. Trwanie w miejscu nie sprzyjało porządkowaniu myśli Helloise. — Jakiś czas temu coś się w mojej chacie w Dolinie osiedliło. Nie jest to duch. Coś innego. Obserwuje mnie, próbuje rytuałów, które mają mnie wypędzić. Przesuwa po domu rzeczy. Sam wiesz, że jestem tolerancyjna jak mogę, jeśli chodzi o dzikich lokatorów, ale to się zaczęło wymykać spod kontroli. Ten opis — wskazała palcem stronę z dziennika — dość dobrze podsumowuje, co też zaczęło się u mnie dziać. Zasięgnęłam rady wróżbitki. Z jej wizji wynika, że istnieje w Walii drzewo będące lokum jakiegoś złego bytu. Jeśli to zło z drzewa wypełzło i postanowiło zamieszkać ze mną, myślę, że powinno wrócić na swoje miejsce, zanim doprowadzi mnie do obłędu.
Helloise wydawała się sprawą intruza bardziej zirytowana niż przerażona, lecz nie było to dla niej nic nietypowego. Kiedy tylko mogła, wybierała wyrażanie się przez irytację czy złość zamiast uwłaczającego strachu, mimo że to właśnie on często czaił się w rzeczywistości u źródła.
— Myślenie ci zdecydowanie nie zaszkodzi. Szczególnie że nie wiemy, dokąd wywiało namiot tej czarownicy. Damy radę dostać się bez problemu do pozostałych dwóch miejsc, mam nadzieję?


dotknij trawy
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Baba Jaga (617), Gareth Rowle (567), Helloise Rowle (1545)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa