Wczoraj, 11:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 11:22 przez Aaron Andrew Moody.)
— "Nie zazdrość tym, którzy widzą więcej. Nie żałuj ich… Nie należą do naszego świata. Nie podlegają jego prawom". — Była jakaś łagodna przewrotność w sposobie, w jakim przywołał jej własne słowa: jak gdyby odnalazł precedens, który nagle potrafił zredefiniować postrzeganie sprawy. Nie na tym mu jednak zależało. Aaron lekko trącił Lorien ramieniem, chcąc odciągnąć jej myśli od kierunku, w jakim ewidentnie podążyły. Nie umiał ukryć przed nią tego szczególnego wyrazu, jaki odmalował się na jego twarzy, gdy przywołała przy nim imię Morpheusa: sposobu, w jaki drgnął mu policzek, dziwnego zacięcia w spojrzeniu, zdegustowania, jakie błysnęło na dnie oczu mężczyzny, chociaż te nie należały do niego. A może nawet nie próbował tego ukrywać.
Uczucia, jakie żywił wobec młodego Longbottoma były skomplikowanymi. Być może bardziej skomplikowanymi niż zdrada stanu. Moody nie chciał jednak w tym momencie zagłębiać się w to, co ich dzieliło, bo musiałby wówczas uznać to, co ich łączyło. Jakże łatwiej byłoby mu Morpheusa zwyczajnie nienawidzić. Ulec zacietrzewieniu wobec niesprawiedliwości, jaką wygodnie podsunęła mu Lorien, udając, że nie ulegałby wówczas własnej, pierdolonej złości. Jego uraza była przecież urazą natury osobistej. Może dlatego nie stanął w obronie mężczyzny. Nie powiedział nic o kapryśnej naturze daru, jaki przypadł w udziale najmłodszemu z Longbottomów. Nie szukał dla niego wymówek. Nie powiedział nic o tym, jak niejasnymi potrafiły być przeczucia widzących, chociaż żyjąc z Madeleine zaznał bliskości człowieka, którego relacja z czasem i wiedzą nie odzwierciedlała doświadczenia większości.
Nagle to, że jasnowidzowie nie podlegają prawom czarodziejskiego świata, wydało się w ustach Moody'ego złowieszczym.
Nie potępił Morpheusa. Nie zrobił tego, bo zwyczajnie nie umiałby tego zrobić. Nie synowi Godryka Longbottoma. Nie jemu. A jednak milczał, a jego milczenie było wymowniejszym niż wszystko, co mógłby w tej chwili powiedzieć.
Nie milczał, bo obawiał się bycia osądzonym przez Lorien: chociaż zależało mu na jej zdaniu, w głębi ducha uważał, że zrozumiałaby. Oto był akt jego samolubstwa, w którym wyczułaby wreszcie człowieka: nudnego, zawistnego człowieka, wcale nie różniącego się tak bardzo od reszty. A może nie byłby dla niej nudnym? Może skłonność do okrucieństwa, jaką w sobie krył, czyniła go w jej oczach atrakcyjniejszym, rozważył, ni to żartem, ni to serio, gdy wspomniała, że podobało jej się, jak się wydzierał na innych ludzi. Z kpiącym uśmieszkiem na twarzy pokazał na siebie palcem, w niby to naiwnym, "ale że ja?", z trudem hamując rozbawienie, jakie nagle poczuł. Lorien umiała go rozbawić w najbardziej nieoczekiwany sposób. Co by mu powiedziała, gdyby podzielił się z nią swoimi animozjami? Zapewne by go wyśmiała, że okrucieństwem nazywa obojętność. Że prawo do najpospolitszej w świecie niechęci wobec człowieka, niewymagającej wcale wyjaśnień antypatii w stosunku do Morpheusa nazywa samolubstwem: tak, jak gdyby potrzeba było powodu, żeby kogoś tak po prostu nie lubić. Aaron nie potrzebował ku temu powodu, gdy chodziło o większość świata, ale gdy chodziło o bliskich, często było mu trudno. Znacznie trudniej było mu osądzać ludzi, wobec których miał osobiste zobowiązania, bo nie mógł wówczas udawać, że sąd jego jest bezstronnym. Bo Aaron Andrew Moody nie oddzielał. Morpheus nie był dla Aarona wyłącznie jasnowidzem, który mógł ostrzec innych przed katastrofą. Morpheus był młodszym bratem jego najlepszego przyjaciela. Morpheus był synem człowieka, w którym Aaron wciąż widział kogoś najbliższego figurze ojcowskiej w swoim życiu. Był jego sojusznikiem, kimś, kogo gotów byłby wesprzeć w chwili zagrożenia. Kimś, na kogo słowie wciąż polegał, gdy chodziło o sprawy Zakonu. Jako auror, Aaron mógłby ocenić zaniechanie Morpheusa. Jako ojciec, czuł głęboki sprzeciw wobec tego, jaką rolę odgrywał w życiu Millie, zwłaszcza, że ostatnio chodziły słuchy, jakoby sam miał nieślubną córkę. Jako mężczyzna, był zbyt dumnym, żeby nie patrzeć na niego z góry.
Aaron mógł uważać postępowanie Morpheusa za niewłaściwe, a jednocześnie nie chcieć, żeby stała mu się krzywda. Mógł nie lubić go jako człowieka, a jednak odczuwać zobowiązanie wobec jego rodziny. Aaron nie oddzielał, nawet wtedy, gdy wątpliwości zdawały się niemożliwe do pogodzenia. Gdy zobowiązania funkcji, jakie pełnił, stały ze sobą w sprzeczności. A jednak krocząc powoli u boku Lorien, otoczony przez jej słowa — przez ostrożne, może nieco cyniczne, ale przecież boleśnie prawdziwe obserwacje świata, w jakim żyli — łatwiej było mu uznać istnienie tychże sprzeczności bez konieczności rewidowania własnego kodeksu moralnego. Bez narzucania sobie nowych, rygorystycznych zasad, dzięki którym mógł w ogóle funkcjonować. Oto miał zatem prawo do niechęci. Oto miał prawo do zazdrości i małostkowości bez konieczności uznawania, że te uczucia przekreślają wszystko, co w nim dobre. Być może Lorien sama nie była wolna od wątpliwości na temat tego, co jest dobrym, a co złym, ale samo to, że mogli z Aaronem o swoich wątpliwościach tak zwyczajnie porozmawiać, było wyzwalającym.
— Niereformowalna… Konserwatywna… Ministerialna biurwa — powtórzył, na początku wyraźnie zniesmaczony: wciąż trudno mu było czasem uwierzyć, że w taki właśnie sposób wyrażać się mogą sędziowie na obradach Wizengamotu. Lorien chętnie dzieliła się z nim anegdotkami z sędziowskiej ławy, a Aaron nie mógł czasem wyjść ze zdumienia nad prowadzonymi tam dyskusjami. Taki język nie przystaje politykom, oburzył się kiedyś, i może była w tym jego oburzeniu pewna naiwność, ale wbrew pozorom, właściwe decorum było dla Aarona ważnym: od niego zależała przecież powaga sprawowanego urzędu. W końcu jednak zaczął się z tych sporów śmiać razem z Lorien. — Który Potter? — zainteresował się, a zniesmaczona mina ustąpiła miejsca bardziej przewrotnej. — Ten stary, czy młody, co się jąka? Jakoś żaden z nich nie widzi mi się zdolnym do powiedzenia tego wszystkiego na jednym wydechu — zażartował, na nowo obracając w ustach rzuconą w jej stronę inwektywę. Pokręcił przy tym głową, prychnąwszy cicho. Wiedział, że "niereformowalna konserwatywna ministerialna biurwa" na długo wejdzie do ich wspólnego słownika wyrażeń, które będą w stanie wywołać natychmiastowy uśmiech. — Obu przydałpby się zakuć w dyby, jak w starych dobrych czasach, gdy kto porządek obrad naruszał — zawyrokował, zdawałoby się, w pełni poważnie.
"Dla ludzi nie ma znaczenia, Aaronie, czy nie chciałeś ich wprowadzić do naszego świata dla ich własnego dobra, czy w poczuciu obowiązku wobec zasad Kodeksu Tajności. To zawsze będzie czarno-białe. Kto z nami, kto przeciw nam."
— Nie ma znaczenia, jeżeli będą myśleć o mnie źle — odpowiedział, już w pełni poważnie Aaron. Wzruszył przy tym lekko ramionami, jak gdyby chciał przekonać ją, że mówi prawdę. Bo przecież Lorien znała go na tyle, żeby wiedzieć, że opinia innych ludzi nie jest Aaronowi aż tak obojętną, jak mogłoby się wydawać. A jednak mówił szczerze. To, co kiedyś miało dla niego ogromne znaczenie, teraz nie wydawało się wystarczającym, żeby wzruszyć posadami jego świata. Będąc młodym mężczyzną, bardzo dbał o to, żeby prezentować się nienagannie, gdy mógł być ocenionym. Aaron Andrew Moody był chorobliwie wręcz dumnym, ambitnym aż do przesady w swoich aspiracjach: przeżywszy trochę życia, zrozumiał jednak, że duma jego nie leży w zewnętrznym uznaniu, a w czymś, co pielęgnował w swoim wnętrzu. — Mogę być zły, niechże będzie i tak: jeżeli będą narzekać, będzie to znaczyć, że przeżyli. A tylko to się liczy. To, że przeżyją. — Znowu wzruszył ramionami, niby to niedbale. A jednak wolałby, żeby politycy choć raz skupili się na sednie problemu, odkładając na bok te wszystkie… Dywagacje na temat moralności. Nie dlatego, że nie były potrzebne. Moralność, uważał Aaron Andrew Moody, była wszystkim. Nie miała służyć temu, aby potwierdzać wyobrażenia człowieka o jego własnej słuszności. Moralność mówiła nie tyle o tym, jak czynić dobrze, ale o tym, jak żyć dalej z konsekwencjami tychże czynów. Nie była wyłącznie kompasem, który miał wskazać właściwą drogę, zanim człowiek wykona ruch. Była zdolnością pozostania w świecie, który ten ruch zmienił.
"…Nikogo nie obchodzą te dzieci. Nie tak naprawdę. Nikogo nie obchodzą nawet mugole. To nie jest wojna między nimi, a nami. Między magią, a technologią. Są tylko pobocznymi ofiarami segregacji, która trwa od dziesięcioleci i trwać będzie na długo po naszej śmierci."
— Wiesz, jak to ze mną jest, Lorien — zauważył lekkim tonem. — Gadam tak samo z lewakami jak z prawakami, więc ani ci, ani ci, nie darzą mnie zbytnią sympatią. Ale gdyby mi zależało na sympatii, nie robiłbym tego, co robią oni. Bo ja sam często nawołuję do skrajności. Sam wykorzystuję ten mechanizm, żeby wzburzyć do działania. Do wybrania, co jest czarnym, a co białym. Tylko że wybór, na którym mi zależy, nie dotyczy tego, do którego obozu ktoś chce przynależeć. Mnie zależy, żeby widzieć, czy kogoś obchodzą rzeczy, o których mówisz. Bo mnie… — Aaron spojrzał znowu na Lorien. — Mnie obchodzą. Kogoś muszą obchodzić.
Obchodziły go teraz, obchodziły go też lata temu, wtedy, gdy był młodzieńcem, który naiwnie wierzył, że jest w stanie samodzielnie zmienić bieg historii. Świadomy był swojej naiwności, podchodził bowiem rozsądnie nawet do marzeń rozsądku pozbawionych. Dlaczego więc wciąż brzmiał tak naiwnie, wygłaszając swoje credo? Nie wierzył w żadnych mesjaszy, nie przepisywał bogom mocy zbawienia świata, w jakim żyli. Samemu również nie uważał się za zbawcę, a jednak wierzył… Wierzył w ludzi. Nie w ludzką moralność, bo nie był przecież głupcem. Wierzył jednak w potrzebę zmiany, nawet jeżeli zmiana była tylko początkiem kolejnego zamkniętego cyklu powtarzalnego w dziejach ludzkości, wieki temu opisanego na kartach podręczników historii. Być może tym razem się uda, mówił sobie, wbrew wszystkiemu. Być może tym razem zmienimy historię. Oto był upór aurora, który Lorien znała tak dobrze. Z wiekiem coraz trudniej przychodziło mu wierzyć w swoje własne zapewnienia, bo przygniatał go cynizm, ciężar rozczarowań, jakich w życiu doznał.
Uśmiechnął się więc tylko pod wąsem, gdy kazała mu się nie zadręczać. Zamiast odpowiedzieć, po prostu podniósł do ust dłoń, którą wcześniej skaleczyła o krzak róży, i ucałował. Chociaż oboje byli raczej powściągliwymi, wiedział, że Lorien lubiła mimo wszystko te małe, może nieco demonstracyjne gesty. Ale teraz oboje byli przebrani, pod wpływem eliksiru wielosokowego, czemu więc martwić się o to, co ktoś sobie pomyśli? Mógł z tym zaczekać, aż będą w domu, ale ucałował jej dłoń teraz.
"Nie zadręczaj się tym" wciąż miał jednak w głowie.
Może o tym myślała, gdy rozmawiali o Korolevie? Może myślała wtedy, że chce, ażeby powiedziała mu, co jest białym, a co czarnym. Że potrzebował tego, ażeby poczuć się lepiej z samym sobą, utwierdzić się w przekonaniu o własnej wyższości moralnej… Że potrzebował się nie zadręczać. Nie, nie potrzebował tego, bo nie zadręczał się wtedy: wtedy wybór był już dokonanym; podjął go Aaron, gotów ponieść wszystkie jego konsekwencje. Nie chodziło mu więc o to, aby Lorien uspokoiła rozedrgane sumienie. Aaron nie chciał usprawiedliwienia. Nie chciał rozgrzeszenia. Aby go chcieć, musiałby żałować, a nie żałował lekkiego poturbowania przestępcy, na którym podstępem wymusił prowokację. Nie, w tym wszystkim chodziło o coś głębszego, coś, czego sam nie umiał wyjaśnić. Kiedyś powiedziałby, że było to uczucie nieco podobne do tego, które pchnęło go w stronę Zakonu Feniksa. Poroniona nadzieja, że wciąż można postąpić tak, jak należy… Wciąż można zmienić system, którego sam Aaron zdawał się przecież ślepym wyznawcą.
A może nie o zmianę systemu chodziło, tylko o zmianę czegoś w nim samym.
Może po prostu było mu łatwiej znowu uwierzyć w możliwość zmiany, gdy obok była Lorien.
— Nieważne, z czyich ust padają te religijne dyrdymały, i czy nawrócić cię próbuje mugol, czy czarodziej: zawsze jest to diablo męczące — podsumował jej rozmowę z księdza gospodynią, a w jego głosie od razu przebrzmiały weselsze tony. — Wybacz, że to tak długo zajęło mi przy aucie. — Aaron już chciał obiecywać, że następnym razem powie, że ma dwie lewe ręce do roboty… Otworzył jednak szerzej oczy, gdy Lorien wspomniała o starej twierdzy krzyżowców, której nazwę widział dotychczas jedynie na piśmie, na kartach książek: ostre, arabskie zgłoski spłynęły z ust kobiety jak zaklęcie, a Aaron uświadomił sobie nagle, jakim musiał być dla niej śmiesznym: oto wyobrażał sobie, że zmieni bieg historii, a nigdy nie wyściubił nawet nosa poza granice ojczyzny. Nie liczył przecież tych paru zagranicznych misji, które przypadły mu w udziale: nie miał wtedy czasu, żeby pozwiedzać, zastanowić się nad rozległością świata, w jakim żyli. Ale nagle wszystkie te miejsca, o których czytał, istniejące przecież w sposób jak najbardziej namacalny, a jednak do tej pory obecne jedynie w strukturach jego pamięci nagle zdały się bliższymi przez jej doświadczenie: nagle stały się prawdziwszymi.
— Jak… Jak tam jest? — spytał tylko, nagle dziwnie przytłoczony swoim własnym zachwytem, pozwalając mówić Lorien, którą objął ramieniem.
Uczucia, jakie żywił wobec młodego Longbottoma były skomplikowanymi. Być może bardziej skomplikowanymi niż zdrada stanu. Moody nie chciał jednak w tym momencie zagłębiać się w to, co ich dzieliło, bo musiałby wówczas uznać to, co ich łączyło. Jakże łatwiej byłoby mu Morpheusa zwyczajnie nienawidzić. Ulec zacietrzewieniu wobec niesprawiedliwości, jaką wygodnie podsunęła mu Lorien, udając, że nie ulegałby wówczas własnej, pierdolonej złości. Jego uraza była przecież urazą natury osobistej. Może dlatego nie stanął w obronie mężczyzny. Nie powiedział nic o kapryśnej naturze daru, jaki przypadł w udziale najmłodszemu z Longbottomów. Nie szukał dla niego wymówek. Nie powiedział nic o tym, jak niejasnymi potrafiły być przeczucia widzących, chociaż żyjąc z Madeleine zaznał bliskości człowieka, którego relacja z czasem i wiedzą nie odzwierciedlała doświadczenia większości.
Nagle to, że jasnowidzowie nie podlegają prawom czarodziejskiego świata, wydało się w ustach Moody'ego złowieszczym.
Nie potępił Morpheusa. Nie zrobił tego, bo zwyczajnie nie umiałby tego zrobić. Nie synowi Godryka Longbottoma. Nie jemu. A jednak milczał, a jego milczenie było wymowniejszym niż wszystko, co mógłby w tej chwili powiedzieć.
Nie milczał, bo obawiał się bycia osądzonym przez Lorien: chociaż zależało mu na jej zdaniu, w głębi ducha uważał, że zrozumiałaby. Oto był akt jego samolubstwa, w którym wyczułaby wreszcie człowieka: nudnego, zawistnego człowieka, wcale nie różniącego się tak bardzo od reszty. A może nie byłby dla niej nudnym? Może skłonność do okrucieństwa, jaką w sobie krył, czyniła go w jej oczach atrakcyjniejszym, rozważył, ni to żartem, ni to serio, gdy wspomniała, że podobało jej się, jak się wydzierał na innych ludzi. Z kpiącym uśmieszkiem na twarzy pokazał na siebie palcem, w niby to naiwnym, "ale że ja?", z trudem hamując rozbawienie, jakie nagle poczuł. Lorien umiała go rozbawić w najbardziej nieoczekiwany sposób. Co by mu powiedziała, gdyby podzielił się z nią swoimi animozjami? Zapewne by go wyśmiała, że okrucieństwem nazywa obojętność. Że prawo do najpospolitszej w świecie niechęci wobec człowieka, niewymagającej wcale wyjaśnień antypatii w stosunku do Morpheusa nazywa samolubstwem: tak, jak gdyby potrzeba było powodu, żeby kogoś tak po prostu nie lubić. Aaron nie potrzebował ku temu powodu, gdy chodziło o większość świata, ale gdy chodziło o bliskich, często było mu trudno. Znacznie trudniej było mu osądzać ludzi, wobec których miał osobiste zobowiązania, bo nie mógł wówczas udawać, że sąd jego jest bezstronnym. Bo Aaron Andrew Moody nie oddzielał. Morpheus nie był dla Aarona wyłącznie jasnowidzem, który mógł ostrzec innych przed katastrofą. Morpheus był młodszym bratem jego najlepszego przyjaciela. Morpheus był synem człowieka, w którym Aaron wciąż widział kogoś najbliższego figurze ojcowskiej w swoim życiu. Był jego sojusznikiem, kimś, kogo gotów byłby wesprzeć w chwili zagrożenia. Kimś, na kogo słowie wciąż polegał, gdy chodziło o sprawy Zakonu. Jako auror, Aaron mógłby ocenić zaniechanie Morpheusa. Jako ojciec, czuł głęboki sprzeciw wobec tego, jaką rolę odgrywał w życiu Millie, zwłaszcza, że ostatnio chodziły słuchy, jakoby sam miał nieślubną córkę. Jako mężczyzna, był zbyt dumnym, żeby nie patrzeć na niego z góry.
Aaron mógł uważać postępowanie Morpheusa za niewłaściwe, a jednocześnie nie chcieć, żeby stała mu się krzywda. Mógł nie lubić go jako człowieka, a jednak odczuwać zobowiązanie wobec jego rodziny. Aaron nie oddzielał, nawet wtedy, gdy wątpliwości zdawały się niemożliwe do pogodzenia. Gdy zobowiązania funkcji, jakie pełnił, stały ze sobą w sprzeczności. A jednak krocząc powoli u boku Lorien, otoczony przez jej słowa — przez ostrożne, może nieco cyniczne, ale przecież boleśnie prawdziwe obserwacje świata, w jakim żyli — łatwiej było mu uznać istnienie tychże sprzeczności bez konieczności rewidowania własnego kodeksu moralnego. Bez narzucania sobie nowych, rygorystycznych zasad, dzięki którym mógł w ogóle funkcjonować. Oto miał zatem prawo do niechęci. Oto miał prawo do zazdrości i małostkowości bez konieczności uznawania, że te uczucia przekreślają wszystko, co w nim dobre. Być może Lorien sama nie była wolna od wątpliwości na temat tego, co jest dobrym, a co złym, ale samo to, że mogli z Aaronem o swoich wątpliwościach tak zwyczajnie porozmawiać, było wyzwalającym.
— Niereformowalna… Konserwatywna… Ministerialna biurwa — powtórzył, na początku wyraźnie zniesmaczony: wciąż trudno mu było czasem uwierzyć, że w taki właśnie sposób wyrażać się mogą sędziowie na obradach Wizengamotu. Lorien chętnie dzieliła się z nim anegdotkami z sędziowskiej ławy, a Aaron nie mógł czasem wyjść ze zdumienia nad prowadzonymi tam dyskusjami. Taki język nie przystaje politykom, oburzył się kiedyś, i może była w tym jego oburzeniu pewna naiwność, ale wbrew pozorom, właściwe decorum było dla Aarona ważnym: od niego zależała przecież powaga sprawowanego urzędu. W końcu jednak zaczął się z tych sporów śmiać razem z Lorien. — Który Potter? — zainteresował się, a zniesmaczona mina ustąpiła miejsca bardziej przewrotnej. — Ten stary, czy młody, co się jąka? Jakoś żaden z nich nie widzi mi się zdolnym do powiedzenia tego wszystkiego na jednym wydechu — zażartował, na nowo obracając w ustach rzuconą w jej stronę inwektywę. Pokręcił przy tym głową, prychnąwszy cicho. Wiedział, że "niereformowalna konserwatywna ministerialna biurwa" na długo wejdzie do ich wspólnego słownika wyrażeń, które będą w stanie wywołać natychmiastowy uśmiech. — Obu przydałpby się zakuć w dyby, jak w starych dobrych czasach, gdy kto porządek obrad naruszał — zawyrokował, zdawałoby się, w pełni poważnie.
"Dla ludzi nie ma znaczenia, Aaronie, czy nie chciałeś ich wprowadzić do naszego świata dla ich własnego dobra, czy w poczuciu obowiązku wobec zasad Kodeksu Tajności. To zawsze będzie czarno-białe. Kto z nami, kto przeciw nam."
— Nie ma znaczenia, jeżeli będą myśleć o mnie źle — odpowiedział, już w pełni poważnie Aaron. Wzruszył przy tym lekko ramionami, jak gdyby chciał przekonać ją, że mówi prawdę. Bo przecież Lorien znała go na tyle, żeby wiedzieć, że opinia innych ludzi nie jest Aaronowi aż tak obojętną, jak mogłoby się wydawać. A jednak mówił szczerze. To, co kiedyś miało dla niego ogromne znaczenie, teraz nie wydawało się wystarczającym, żeby wzruszyć posadami jego świata. Będąc młodym mężczyzną, bardzo dbał o to, żeby prezentować się nienagannie, gdy mógł być ocenionym. Aaron Andrew Moody był chorobliwie wręcz dumnym, ambitnym aż do przesady w swoich aspiracjach: przeżywszy trochę życia, zrozumiał jednak, że duma jego nie leży w zewnętrznym uznaniu, a w czymś, co pielęgnował w swoim wnętrzu. — Mogę być zły, niechże będzie i tak: jeżeli będą narzekać, będzie to znaczyć, że przeżyli. A tylko to się liczy. To, że przeżyją. — Znowu wzruszył ramionami, niby to niedbale. A jednak wolałby, żeby politycy choć raz skupili się na sednie problemu, odkładając na bok te wszystkie… Dywagacje na temat moralności. Nie dlatego, że nie były potrzebne. Moralność, uważał Aaron Andrew Moody, była wszystkim. Nie miała służyć temu, aby potwierdzać wyobrażenia człowieka o jego własnej słuszności. Moralność mówiła nie tyle o tym, jak czynić dobrze, ale o tym, jak żyć dalej z konsekwencjami tychże czynów. Nie była wyłącznie kompasem, który miał wskazać właściwą drogę, zanim człowiek wykona ruch. Była zdolnością pozostania w świecie, który ten ruch zmienił.
"…Nikogo nie obchodzą te dzieci. Nie tak naprawdę. Nikogo nie obchodzą nawet mugole. To nie jest wojna między nimi, a nami. Między magią, a technologią. Są tylko pobocznymi ofiarami segregacji, która trwa od dziesięcioleci i trwać będzie na długo po naszej śmierci."
— Wiesz, jak to ze mną jest, Lorien — zauważył lekkim tonem. — Gadam tak samo z lewakami jak z prawakami, więc ani ci, ani ci, nie darzą mnie zbytnią sympatią. Ale gdyby mi zależało na sympatii, nie robiłbym tego, co robią oni. Bo ja sam często nawołuję do skrajności. Sam wykorzystuję ten mechanizm, żeby wzburzyć do działania. Do wybrania, co jest czarnym, a co białym. Tylko że wybór, na którym mi zależy, nie dotyczy tego, do którego obozu ktoś chce przynależeć. Mnie zależy, żeby widzieć, czy kogoś obchodzą rzeczy, o których mówisz. Bo mnie… — Aaron spojrzał znowu na Lorien. — Mnie obchodzą. Kogoś muszą obchodzić.
Obchodziły go teraz, obchodziły go też lata temu, wtedy, gdy był młodzieńcem, który naiwnie wierzył, że jest w stanie samodzielnie zmienić bieg historii. Świadomy był swojej naiwności, podchodził bowiem rozsądnie nawet do marzeń rozsądku pozbawionych. Dlaczego więc wciąż brzmiał tak naiwnie, wygłaszając swoje credo? Nie wierzył w żadnych mesjaszy, nie przepisywał bogom mocy zbawienia świata, w jakim żyli. Samemu również nie uważał się za zbawcę, a jednak wierzył… Wierzył w ludzi. Nie w ludzką moralność, bo nie był przecież głupcem. Wierzył jednak w potrzebę zmiany, nawet jeżeli zmiana była tylko początkiem kolejnego zamkniętego cyklu powtarzalnego w dziejach ludzkości, wieki temu opisanego na kartach podręczników historii. Być może tym razem się uda, mówił sobie, wbrew wszystkiemu. Być może tym razem zmienimy historię. Oto był upór aurora, który Lorien znała tak dobrze. Z wiekiem coraz trudniej przychodziło mu wierzyć w swoje własne zapewnienia, bo przygniatał go cynizm, ciężar rozczarowań, jakich w życiu doznał.
Uśmiechnął się więc tylko pod wąsem, gdy kazała mu się nie zadręczać. Zamiast odpowiedzieć, po prostu podniósł do ust dłoń, którą wcześniej skaleczyła o krzak róży, i ucałował. Chociaż oboje byli raczej powściągliwymi, wiedział, że Lorien lubiła mimo wszystko te małe, może nieco demonstracyjne gesty. Ale teraz oboje byli przebrani, pod wpływem eliksiru wielosokowego, czemu więc martwić się o to, co ktoś sobie pomyśli? Mógł z tym zaczekać, aż będą w domu, ale ucałował jej dłoń teraz.
"Nie zadręczaj się tym" wciąż miał jednak w głowie.
Może o tym myślała, gdy rozmawiali o Korolevie? Może myślała wtedy, że chce, ażeby powiedziała mu, co jest białym, a co czarnym. Że potrzebował tego, ażeby poczuć się lepiej z samym sobą, utwierdzić się w przekonaniu o własnej wyższości moralnej… Że potrzebował się nie zadręczać. Nie, nie potrzebował tego, bo nie zadręczał się wtedy: wtedy wybór był już dokonanym; podjął go Aaron, gotów ponieść wszystkie jego konsekwencje. Nie chodziło mu więc o to, aby Lorien uspokoiła rozedrgane sumienie. Aaron nie chciał usprawiedliwienia. Nie chciał rozgrzeszenia. Aby go chcieć, musiałby żałować, a nie żałował lekkiego poturbowania przestępcy, na którym podstępem wymusił prowokację. Nie, w tym wszystkim chodziło o coś głębszego, coś, czego sam nie umiał wyjaśnić. Kiedyś powiedziałby, że było to uczucie nieco podobne do tego, które pchnęło go w stronę Zakonu Feniksa. Poroniona nadzieja, że wciąż można postąpić tak, jak należy… Wciąż można zmienić system, którego sam Aaron zdawał się przecież ślepym wyznawcą.
A może nie o zmianę systemu chodziło, tylko o zmianę czegoś w nim samym.
Może po prostu było mu łatwiej znowu uwierzyć w możliwość zmiany, gdy obok była Lorien.
— Nieważne, z czyich ust padają te religijne dyrdymały, i czy nawrócić cię próbuje mugol, czy czarodziej: zawsze jest to diablo męczące — podsumował jej rozmowę z księdza gospodynią, a w jego głosie od razu przebrzmiały weselsze tony. — Wybacz, że to tak długo zajęło mi przy aucie. — Aaron już chciał obiecywać, że następnym razem powie, że ma dwie lewe ręce do roboty… Otworzył jednak szerzej oczy, gdy Lorien wspomniała o starej twierdzy krzyżowców, której nazwę widział dotychczas jedynie na piśmie, na kartach książek: ostre, arabskie zgłoski spłynęły z ust kobiety jak zaklęcie, a Aaron uświadomił sobie nagle, jakim musiał być dla niej śmiesznym: oto wyobrażał sobie, że zmieni bieg historii, a nigdy nie wyściubił nawet nosa poza granice ojczyzny. Nie liczył przecież tych paru zagranicznych misji, które przypadły mu w udziale: nie miał wtedy czasu, żeby pozwiedzać, zastanowić się nad rozległością świata, w jakim żyli. Ale nagle wszystkie te miejsca, o których czytał, istniejące przecież w sposób jak najbardziej namacalny, a jednak do tej pory obecne jedynie w strukturach jego pamięci nagle zdały się bliższymi przez jej doświadczenie: nagle stały się prawdziwszymi.
— Jak… Jak tam jest? — spytał tylko, nagle dziwnie przytłoczony swoim własnym zachwytem, pozwalając mówić Lorien, którą objął ramieniem.
I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
and I am ready to strike in her name