- Mama twierdzi, że ten Tutley zawsze był trochę pokręcony. Pamięta go jeszcze ze szkoły. Pewnie jest zwyczajnie zazdrosny o to, że dzieciaki szybciej opanowują animagię od niego - ciągnął dalej, brzmiąc nieco niewyraźnie, bo w międzyczasie zajadał się suszonymi owocami, które otrzymał w paczce od Pythii. Większość rodziców korzystała z tradycji szkoły i kontaktowała się ze swoimi pociechami poprzez posłańców snów, jednak pani Trelawney pozostawała wierna swoim własnym przyzwyczajeniom i przesyłała synowi i córkom paczki z pomocą ptaków.
Jamil przesunął niewielką miskę w kierunku Nefret, by poczęstować ją smakołykami. Przy okazji rozrzucił notatki, nad którymi ślęczeli przez większość popołudnia, a o których zdołali zapomnieć, gdy któryś z uczniów przyniósł kości do gry. W tym momencie był już późny wieczór i większość trzecioklasistów udała się do swoich sypialni, ale Anwar był zbyt pobudzony wiadomościami z domu, by w ogóle myśleć o położeniu się do łóżka. McGonagall została razem z nim, choć nie miał pewności, czy była tak jak on zaintrygowana aferą, czy jedynie liczyła na trochę słodyczy, których władze Uagadou zwykle im szczędziły, uważając, że źle wpływają na umysły młodych czarodziejów.
- Twój ojciec wie coś więcej na ten temat? - dopytał po arabsku, gdy przełknął daktyle. Nie silił się już na angielski, skoro zostali w głównej sali tylko we dwójkę. Poza tym niewielu uczniów pochodziło z północy kraju, więc istniały niewielkie szanse, że ktoś ich podsłucha. A posiadanie informacji, o których inni nie mieli pojęcia, dawało spore pole do popisu. Zwłaszcza gdy znowu przegrało się w jakąś grę ze starszakami.
Pamiętał, że McGonagallowie sporo udzielali się na Sympozjum, więc liczył na to, że Nefret cokolwiek mu opowie.
- Oby tylko nie zawiesili nam zajęć z transmutacji przez te skargi!
Zastanawianie się z kolegami, czy zostanie się lwem, czy krokodylem nilowym było przecież najlepszą częścią tych zajęć. Nie każdemu się udawało, ale kolegując się z kimś tak obeznanym jak towarzysząca mu koleżanka, Jamil miał o wiele większe szanse na zostanie jednym z tych wybitnych uczniów.
- Czemu Brytyjczycy są tacy nieznośni? - znów jęknął, opadając głową na stolik, a że nie patrzył, co robi, uderzył czołem prosto w ostre kości do gry, marudząc jeszcze bardziej i przeklinając tak, że matka chyba nakarmiłaby go za to mydłem.