Droga od jeziora do Warowni byla wręcz sielska, więc pomimo wspomnianego zagrożenia, wyglądała prawdziwie baśniowo. Gdzieniegdzie lśniły złudne ogniki, sprowadzające wędrowców na moczary, ale piaszczysta ścieżka do jeziora została wydeptana przez pokolenia mieszkańców Doliny i nie dało się jej zgubić; srebrna nić ksiezycowa w pewnym momencie rozwidiła się na dwa i Longbottom wybrał węższą ścieżkę, która powstała również dzięki jego krokom, zwłaszcza w czasach nastoletnich. Magia zdecydowanie żyła w tym miejscu, tętniła w nim i nic dziwnego, że sam Morpheus nie wydawał się urażony sympatyczną złośliwością Neila. Zamiast tego, wyjaśnił:
— Okolice mojego domu są prawdopodobnie jednym z najbezpieczniejszych miejsc na świecie, ale tak silne zabezpieczenia czasami przyciągają, bo skoro coś jest chronione, to musi być cenne. Pomimo tego drobnego mankamentu, dużo lepiej jest je mieć niż nie mieć. Koniec końców zabezpieczają. Nie próbuj się teleportować wprost do posiadłości, bo może cię rozszczepić. Pamiętam, że nie umiesz tego robić, a jeśli zaklęcie nie rozpozna osoby, która będzie teleportować, cóż... Może być źle.
Wyszli z lasu i oczom Neila ukazał się brzydki, zaniedbany sad, przynajmniej aż do momentu, gdy nie przeszli przez spróchniałą bramkę. Co prawda bramka nadal wyglądała nieszczególnie, ale nagle wszystkie drzewka zakwitły pięknym kwieciem, ukazując ukryte piękno, pośród bielonych pni stały ule, a wiosenne rośliny kwitły wesoło; pośród nich nocne kwiecie rozpoczynało rozpylanie swojego pięknego zapachu.
W tle majaczyły równiutkie rabaty, a posiadłość jaśniała zapalnymi światłami w oknach, gdzie niemal nieustannie ktoś krążył, cieniste sylwetki pojawiały się i znikały, to tu, to tam, wskazując na bardzo aktywną społeczność zamieszkującą to miejsce.
Ogród nie był doskonały, gdzieniegdzie, a nawet bardziej rosła dzika, nieuporządkowana roślinność, tu i ówdzie leżały pozostawione narzędzia ogrodnicze, a dalej, na sznurkach, wisiało pranie. Po ich lewej widoczny był domek ogrodnika, nieco zaniedbany, ale zapraszający kwiatami w doniczkach na ciemnych oknach.
— Malwa! — podniósł nieco głos Morpehus, ale nie dość, by zwrócić uwagę domowników. Skrzatka pojawiła się przed nimi i skłoniła. — Przynieś do domku ogrodnika suche rzeczy, coś do jedzenia i czysty notes, te z górnej szuflady biurka, poproszę.
— Oczywiście, paniczu Morpheusie.
Odpowiedziała i zniknęła, tak szybko jak się pojawiła, lustrując przez chwilę ogromnymi oczami Neila, lecz nie komentując jego obecności.