„Should your angel drop his wings
I will help you fly”
♫
23 lipca 1972, popołudnie
– Laurent & Victoria –
Ostatnie dni były dla Victorii bardzo trudne – bo mocno obciążające fizycznie. Jak wstała do pracy 20 lipca, tak wróciła do domu dopiero późnym wieczorem 21 lipca, był to żmudny proces i dużo pracy, po drodze kontaktowała się z własną szefową, a jeszcze później wpadła do Biura spisać oficjalny raport i złożyć go na biurku Moody. To było bardzo dużo nadgodzin. Dopiero po tym wróciła do domu i padła jak długa; nikt nawet nie zadawał pytań, jak zobaczyli ją w potarganym mundurze, z jeszcze bardziej podkrążonymi oczami niż zwykle, z fryzurą, która nie była już taka idealna. A tego kolejnego dnia postanowiła sobie w końcu porozmawiać z rodziną – dokładniej z matką. I ojcem. O tym, że się wyprowadza. I o tym jak bardzo jest źle jeśli chodzi o śmieszną sprawę związaną z Limbo, Zimnymi i jej prawdopodobnie ulatującym życiem. To nie była łatwa rozmowa. A jednocześnie okazała się być prostsza, niż przypuszczała, tym bardziej, że matka podejrzewała, że Victoria coś kombinuje, nie była przy tym tak skryta, jak sądziła, że będzie – i jednocześnie nawet do końca nie liczyła na to, że to się nie wyda. Ostatecznie jednak… o dziwo rozeszli się w pokoju. Może coś do nich dotarło? A może chcieli zobaczyć co będzie, jeśli ten ptaszek tak całkowicie wyfrunie z gniazdka?
I wyfrunęła.
Nie zignorowała polecenia Harper, doskonale wiedziała, że atak na New Forest, to był dopiero wstęp do tego baletu, i już czuła w kościach, że to będzie dłuższy taniec. Jak długi to będzie występ i czym się zakończy? Nie wiedziała. Ale wszystko zaczynało się i kończyło na Laurencie Prewettcie. Posłała mu jeszcze jeden list, taki abstrahujący od ich nieco podniosłej w tonie i myślach korespondencji, o tym, żeby spotkali się w parku w Londynie w południe. W mugolskiej dzielnicy, w środku dnia… Było to e strony Victorii może dość niespodziewane, ale też pilne. Prócz tego, że chciała zobaczyć, jak Laurent trzyma się tak prywatnie, to chodziło też o sprawę jak najbardziej zawodową. Nie miała pojęcia, czy jej drogi selkie w ogóle będzie chciał współpracować… ale miała nadzieję, że tak, bo to było dla jego dobra, na przyszłość. Gdyby mogła i potrafiła, to naprawdę sprawiłaby, by nie przytrafiały mu się przykrości, by żył szczęśliwy… Lecz takiej mocy nie miała.
Teraz jednak czekała na niego w umówionym miejscu, siedząc na ławce pomiędzy listowiem drzew. Twarz wyciągała do promieni słońca, które jakimś cudem pojedynczo przedostały się tu przez liście, jednak nic to nie dawało. Ciągle była zimna jak trup, choć to uczucie było tak miłe – nawet jeśli tylko chwilowe. Była w dopasowanych do jej kształtów spodniach, pod którymi skrywały się buty na zgrabnej szpilce, i w cieniutkiej, choć eleganckiej koszuli, wpuszczonej w spodnie. Dekoltu dopełniał naszyjnik na cienkim, srebrnym łańcuszku, a włosy miała rozpuszczone, odkrywające delikatne kolczyki. Wyglądała na bardzo spokojną i ucieszoną wręcz – bo tak właśnie było. Jeden kamień spadł jej z barków: udało jej się bez ran oficjalnie przenieść do własnego mieszkania w Londynie.
Uśmiechnęła się ciepło do Laurenta, gdy go w końcu zobaczyła – całego i zdrowego.