• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[23.07.1972] Będę tam | Laurent & Victoria

[23.07.1972] Będę tam | Laurent & Victoria
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#1
20.03.2024, 14:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2024, 22:06 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

„Should your angel drop his wings
I will help you fly”
♫
23 lipca 1972, popołudnie
– Laurent & Victoria –



Ostatnie dni były dla Victorii bardzo trudne – bo mocno obciążające fizycznie. Jak wstała do pracy 20 lipca, tak wróciła do domu dopiero późnym wieczorem 21 lipca, był to żmudny proces i dużo pracy, po drodze kontaktowała się z własną szefową, a jeszcze później wpadła do Biura spisać oficjalny raport i złożyć go na biurku Moody. To było bardzo dużo nadgodzin. Dopiero po tym wróciła do domu i padła jak długa; nikt nawet nie zadawał pytań, jak zobaczyli ją w potarganym mundurze, z jeszcze bardziej podkrążonymi oczami niż zwykle, z fryzurą, która nie była już taka idealna. A tego kolejnego dnia postanowiła sobie w końcu porozmawiać z rodziną – dokładniej z matką. I ojcem. O tym, że się wyprowadza. I o tym jak bardzo jest źle jeśli chodzi o śmieszną sprawę związaną z Limbo, Zimnymi i jej prawdopodobnie ulatującym życiem. To nie była łatwa rozmowa. A jednocześnie okazała się być prostsza, niż przypuszczała, tym bardziej, że matka podejrzewała, że Victoria coś kombinuje, nie była przy tym tak skryta, jak sądziła, że będzie – i jednocześnie nawet do końca nie liczyła na to, że to się nie wyda. Ostatecznie jednak… o dziwo rozeszli się w pokoju. Może coś do nich dotarło? A może chcieli zobaczyć co będzie, jeśli ten ptaszek tak całkowicie wyfrunie z gniazdka?

I wyfrunęła.

Nie zignorowała polecenia Harper, doskonale wiedziała, że atak na New Forest, to był dopiero wstęp do tego baletu, i już czuła w kościach, że to będzie dłuższy taniec. Jak długi to będzie występ i czym się zakończy? Nie wiedziała. Ale wszystko zaczynało się i kończyło na Laurencie Prewettcie. Posłała mu jeszcze jeden list, taki abstrahujący od ich nieco podniosłej w tonie i myślach korespondencji, o tym, żeby spotkali się w parku w Londynie w południe. W mugolskiej dzielnicy, w środku dnia… Było to e strony Victorii może dość niespodziewane, ale też pilne. Prócz tego, że chciała zobaczyć, jak Laurent trzyma się tak prywatnie, to chodziło też o sprawę jak najbardziej zawodową. Nie miała pojęcia, czy jej drogi selkie w ogóle będzie chciał współpracować… ale miała nadzieję, że tak, bo to było dla jego dobra, na przyszłość. Gdyby mogła i potrafiła, to naprawdę sprawiłaby, by nie przytrafiały mu się przykrości, by żył szczęśliwy… Lecz takiej mocy nie miała.

Teraz jednak czekała na niego w umówionym miejscu, siedząc na ławce pomiędzy listowiem drzew. Twarz wyciągała do promieni słońca, które jakimś cudem pojedynczo przedostały się tu przez liście, jednak nic to nie dawało. Ciągle była zimna jak trup, choć to uczucie było tak miłe – nawet jeśli tylko chwilowe. Była w dopasowanych do jej kształtów spodniach, pod którymi skrywały się buty na zgrabnej szpilce, i w cieniutkiej, choć eleganckiej koszuli, wpuszczonej w spodnie. Dekoltu dopełniał naszyjnik na cienkim, srebrnym łańcuszku, a włosy miała rozpuszczone, odkrywające delikatne kolczyki. Wyglądała na bardzo spokojną i ucieszoną wręcz – bo tak właśnie było. Jeden kamień spadł jej z barków: udało jej się bez ran oficjalnie przenieść do własnego mieszkania w Londynie.

Uśmiechnęła się ciepło do Laurenta, gdy go w końcu zobaczyła – całego i zdrowego.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#2
29.03.2024, 00:26  ✶  

Na niektóre rzeczy nie chciało się spoglądać. Brzydkie, zepsute, zniszczone, obdrapane, oklejone. Śmieci z dawnego widowiska życia, tylko brud, tylko kurz, tylko szaleńczo obrzydliwie zamazane kartki, które były kiedyś rysunkami. Kolorowymi mniej czy bardziej - nie szukasz odpowiedzi. Zastanawiasz się co najwyżej co takiego widziałeś w tym świecie, żeby go kolorować w tych tęczowych barwach. Jakkolwiek źle by nie było to uwierzenie, że teraz każda noc i każdy dzień należały do skali szarości, do bieli i czerni, było zbyt krzywdzące. Uwierzenie w to, jak to życie można było łatwo stracić - również. Śmierć, ból, rozczarowania, niespełnione marzenia. Mimo to codziennie wstajemy i się uśmiechamy. Mimo to są ludzie pełni ciepła, dobroci, pełni miłości. Każde to "pomimo" dodawało klejnotów do korony naszego istnienia. Każdy uśmiech przypominał, że pod brzydkimi bazgrołami było kiedyś coś wartego uwagi. Inne zaś tylko uświadamiały, że nawet jeśli zrobiłeś zły krok to jesteś tylko człowiekiem. Ludzkim przymiotem było się mylić. Do ludzi należała również sposobność poprawy swoich pomyłek.

Laurent nie chciał się konfrontować z błędami. Nie chciał spoglądać na ludzi wokół ze strachem, z myślą, że mogą go zdradzić, nie chciał czuć tego samego, co czuł po ucieczce z Podziemnych Ścieżek. A jednak spoglądał teraz na ludzi wokół i zastanawiał się: czy on..? Czy mógłby cię skrzywdzić, zranić, czy byłby w stanie zabić, czy jest złym człowiekiem, a jeśli tak to jak bardzo złym? Gdzie kończyła się jego dobra strona, a gdzie ta zła już wylewała przez brzegi kielicha? Tak niewiele osób było czarno-białych, ale to czyniło nas ludźmi. I w tej niepewności, wśród tych jednostek ludźmi nazywanych, jedno było tylko pokrzepiające - nie potrafił odnaleźć w sobie strachu. Nie potrafił się skupić na tym uczuciu, które powinno go gnać do samorealizacji, w jak poważnej sytuacji się znalazł i jak bardzo powinien się tym przejmować. Że powinien teraz biegać za lepszymi zabezpieczeniami, że powinien dbać o to, żeby nie zostać samemu, bo może to być niebezpieczne, że New Forest mogło być ponownym celem ataku. Nie docierało do niego, jak bardzo niebezpieczna była sytuacja, w jakiej znalazła się Victoria, Brenna, Pandora i Atreus. Owszem, był świadom zagrożenia, znał fakty, ale to wszystko emocjonalnie gdzieś umykało. Teraz, po wszystkim, po swoich słabościach i panice pierwszego i drugiego dnia było jakoś tak... inaczej. Po tym, jak wymienili listy z Victorią, które i tak tylko podbiły to, co miał z tyłu głowy.

Ten obrazek, na który nie chcesz patrzeć. Zamazana strona. Kolory pod kolorami.

Prawda.

- Jak miło mi widzieć moją ulubioną aurorkę z takim uśmiechem. - Odwzajemnił uśmiech, wyciągając ręce na jej spotkanie w zachęcającym geście, żeby ją przytulić. Chciałby tulić ją mocniej, dłużej, ale nie było to możliwe, kiedy to trupie zimno było tak nieprzyjemne. - Dzień dobry. Mam nadzieję, że udało się przespać spokojniej tę noc? Zdobisz ten słoneczny dzień i promienie słońca. - Tak, bo to nie nawet promienie słońca zdobiły jej lico - to ona była ozdobą dla słońca. Słońce mogło być co najwyżej małym kolczykiem w jej uchu.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#3
05.04.2024, 10:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.04.2024, 19:40 przez Victoria Lestrange.)  

Mówiło się, że prawda była jak dupa – każdy miał swoją i na pewien sposób było to stwierdzenie zgodne z rzeczywistością. Pod warunkiem, że mówiło się o prawdzie subiektywnej, przepuszczonej przez pryzmat rozbijający ją na wszystkie kolory tęczy, a każda źrenica widziała je na swój sposób. Światło mieniące się na łuskach węża… Ale była też prawda obiektywna, z którą można się było kłócić, lecz było to bezcelowe, jeśli miało się głowę nadal przytroczoną do szyi, a mózg wielkości większej niż orzeszek włoski, i zdolnym się było do jakiegokolwiek logicznego myślenia.

To, co działo się w życiu Laurenta, jakkolwiek nie chciał na to patrzeć i zasnuwał to ciemną płachtą, zasłoną podobną całunowi pogrzebowemu, było tym drugim rodzajem prawdy. Był w niebezpieczeństwie, mógł w to nie chcieć wierzyć, mogło do niego nie docierać, ale zmartwienie przyjaciół, którzy wpadli do niego wieczorem 20 lipca, nie wzięło się znikąd, a kilkanaście godzin później miało swój finał. Czy raczej finał aktu pierwszego, a czekało nas jeszcze rozwinięcie oraz epilog taki czy inny. Oni wszyscy byli w niebezpieczeństwie tamtego dnia, lecz taka była ich praca – tak jak pracą Laurenta była opieka nad abraksanami i innymi zwierzętami. Teraz zaś w głównej mierze w niebezpieczeństwie była sama Victoria, skoro Moody powierzyła jej to zadanie, a zamierzała je wykonać sumiennie, a nie na skróty. I już wyobrażając sobie tego molocha, w którego cieniu stała, czuła, że to nie będzie proste – ale nie zamierzała się poddać bez walki, tym bardziej, jeśli chodziło o Laurenta.

– Ulubioną? To znasz jeszcze jakąś? – zaczepia go, oczywiście że nie mówiła tego na poważnie i nie planowała się z nim o to kłócić. Ogólnie… oni się nie kłócili, jedynie wymieniali sprzecznymi opiniami, akceptując w pełni zdanie drugiej strony. Miała jednak dobry humor, niezależnie od tego, jak poważna była sytuacja i zwyczajnie dała temu upust, tym małym szturchnięciem. Widząc wyciągnięte do niej ręce, wyprostowała się trochę na ławce i odwzajemniła gest. Sama chciała, żeby trwało to trochę dłużej, ale nie było jej to dane i chociaż człowiek szybko się przyzwyczajał i przywykła do takiego stanu życia, to i tak było jej żal. Jedyna osoba, która to zimno znosiła dłużej, ostatnio była dla niej znacznie mniej dostępna. – Zaczęłam być prawdziwą ekspertką od eliksirów nasennych – uśmiechnęła się do niego pogodnie, ale taka była prawda. Pomiędzy eksperymentami, miała jeden kociołek przeznaczony ciągle na eliksiry nasenne. Długo się przed nimi broniła i nie piła ich regularnie, ale od czerwca… musiała. Potrzebowała. Po tym ataku we śnie musiała się wspomóc i teraz zażywała ich regularnie. – A ty? Jak się czujesz? – zagaiła, robiąc na ławce miejsce dla Laurenta, ale odwróciła się tak, by móc się mu przyjrzeć.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#4
16.04.2024, 11:04  ✶  

Śmierć była wszędzie.

Nie trzeba szukać daleko prawda, z którymi kłótnie były bezcelowe, bezsensowne. Śmierć była wszędzie, dotykała nas, otaczała i otulała ramionami. Jednych mocniej, drugich delikatniej. Miała swoich ulubieńców, których włosy przeczesywała kościstymi palcami myląc je ze szczotką. Uważała to za pieszczotę i bardzo wielu gotowych było jej to wybaczyć. Tendencja do nadmiernej miłości czyniła ją matką lepszą od Nadziei, bo przynajmniej nie była matką głupców. Traktowała wszystkich po równo - tych mądrych, głupich, bogatych i biednych. Pięknych i brzydkich, chorych i zdrowych. Dzieci same wmawiały sobie faworyzację, podczas gdy ona tylko przychodziła do nich w godzinie potrzeby albo godzinach niechęci. Nie zawsze szukałeś jej obecności. Nie zawsze chciałeś przytulać głowę do jej piersi.

Już chciał tłumaczyć, że tak, że zdarzało mu się wpadać do tego biura niekoniecznie nawet z powodów profesjonalnych a zwyczajnie po rodzinnemu. Nie należał do osób pchających się do pracy komuś, żeby mu przeszkadzać, więc nie były to może wizyty pogawędkowe, ale nawet wtedy łatwo było zostać zagajonym czy zagaić nawet kogoś. Zwykłe "dzień dobry" potrafiło pociągnąć za sobą "a nazywam się...". Wracało to do pięknego pytania: czym właściwie było to magiczne słowo "znajomy"? Jak je rozumieć i gdzie prawda była obiektywna wobec tego, a gdzie subiektywna? Znajomości - każde miał swoje. I każdy miał swoje pojęcie tego słowa. Nie powiedział więc nic, bo widział jej uśmiech. Jej reakcję, która pokazywała żarcik, a ten żarcik sprawił, że sam się uśmiechnął. Było nawet lepiej niż dobrze widzieć ją w takiej formie, gdzie słońce znajdowało swoje odbicie na jej pięknej twarzy. Okolona woalem promieni jaśniała, ale wtulona w uśmiech - promieniała. jasnością.

- Kiedy dojdziesz do perfekcji będziesz je tworzyć w trakcie lunatykowania. - To też był żart, bo nikomu tego nie życzył - problemów z nocnym błąkaniem się nie wiadomo gdzie. Potrafiło zostawić to rysę na psychice i rysę na reputacji, albo i całkowicie te reputacje zrujnować. - Jak... jakoś. - Dobrze, ha... właściwie było dobrze jak na to, co się mogło wydarzyć. Jak na wszystko, co działo się w przeciągu tych paru miesięcy. - Dobrze się czuję, tylko... takie wydarzenia zmieniają perspektywę patrzenia na ludzi. - Bardzo zmieniały. Już nie byłeś w stanie spoglądać na kogoś i po prostu dobrze się z nim bawić. Teraz większość osób była potencjalnym zagrożeniem, wszystkich znajomych przeglądało się z myślami, co takiego mogłoby się wydarzyć, gdyby to oni byli Śmierciożercami. Naiwność, z której sobie zdawał sprawę, wiara w ludzi, którą mówili, że powinien nosić jak broń, stała się mieczem obusiecznym. Zawsze nim była. Teraz tylko o wiele groźniej lśniło jej ostrze w mroku. - Przyniosłem część listów, które otrzymałem w tamtym czasie, żebyś mogła w nie zajrzeć. Część, bo niektórzy wiem, że nie mogliby mieć czegokolwiek wspólnego z tymi ludźmi. - Nie sięgnął jednak jeszcze po nie. Dzień był przecież jeszcze młody, a słońce przyjemnie świeciło i ogrzewało palce. Usiadł obok kobiety i też obrócił się ku niej półprofilem, żeby mieć na nią wgląd. - Te listy pokazuję ci nieoficjalnie. Nie złożyłbym ich do biura. - Wiedział, że może liczyć na dyskrecję Victorii, ufał jej całą swoją duszą. Powiedzenie tego nie umniejszało zaufaniu. Tworzyło granicę, którą tworzył w przeważającej ilości przypadków. Rozdzielał pracę z ich przyjaźnią. Była w to zaangażowana osobiście, a tutaj na wszystko za łatwo wpływały emocje. Tak jej jak i jego. - Uważam, że nie powinnaś się tym zajmować. - Dodał przy okazji lecz też nie w jakikolwiek ganiący sposób. Martwił się o nią. Ona martwiła się o niego. Zawsze chcieli dla siebie jak najlepiej.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#5
16.04.2024, 20:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.04.2024, 20:50 przez Victoria Lestrange.)  

Śmierć była bliżej, niż się wydawało. Victoria czuła jej świszczący oddech na karku, lecz wcale nie robiło jej się od tego zimniej – i bez tego potrafiła się momentami trzęść z zimna jak osika na wietrze, bez możliwości ogrzania się choćby na chwilę. Nawet teraz, gdy te promienie słońca prześwitały przez zielone liście drzew, okalając jej twarz, to tego ciepła nie czuła. Czy raczej czuła, ale było to takie widmo niebędące w stanie jej ogrzać. Ile miała czasu? Czy zapadnięcie w hibernację by tę ilość wydłużyło? Czy jej ciało do takiej hibernacji się przygotowywało, obniżając swoją temperaturę…? Lecz gdy oddychała, z jej ust nie wydobywał się żaden obłok pary wodnej w widocznej formie, jak to się działo na przykład w zimie, gdy oddychamy na dworze. Nie chciała się żegnać z tym światem i życiem, uważała, że miała jeszcze tyle rzeczy do zrobienia… Że była stworzona do rzeczy większych, niż smutnego skończenia się, po dość nieopatrznym wejściu w samą bramę piekielną i wykrzywione czeluścią Limbo. Ale o śmierci starała się nie myśleć. Dzisiaj też nie miała królować ta największa z dam, która czasami sobie o kimś zapominała, pozwalając mu przeżyć do starczych dni, choć był największą mątwą społeczeństwa. Niby nie gardziła nikim, wszak każdy umierał, a jednak nie do końca równo. Niektórzy przed swym końcem bardzo cierpieli, niektórzy odchodzili zbyt szybko… a niektórzy zbyt późno.

Voldemort byłby przykładem kogoś, kto odszedł zbyt późno, skoro nadal dychał i mącił w tym świecie, i to za jego sprawą ona i Laurent znaleźli się w tym parku. Nie do końca na stopie prywatnej i przyjacielskiej, bo w to wszystko wmieszana była teraz praca, a główną jej osią w przypadku Victorii, było tropienie czarnoksiężników. A Czarny Pan z pewnością czarnoksiężnikiem był. I to największym tych czasów – z tym mogła się zgodzić. Klątwa, którą z łatwością rzucił na Mavelle, a która przeniosła się z Limbo aż tutaj… Zachwianie równowagą życia i śmierci, zabawa tą przenikającą się zasłoną pomiędzy ich światem, a Limbo… Ktoś mniejszego kalibru by nie mógł tego wszystkiego dokonać.

– Lepiej nie. Nie ufałabym sobie i temu co wtedy robię – na szczęście nigdy nie przejawiała objawów lunatykowania. Po prostu przewracała się w łóżku, nie potrafiąc zmrużyć oka, nawet bardzo zmęczona, aż w końcu udało jej się zasnąć snem przerywanym. Działały różne kadzidła, niektóre potrawy, podobno niektórym pomagała terapia, ale pod ręką Victorii najbliżej były eliksiry. Póki co nie czuła efektów uzależnienia, ale też nie takie było podłoże jej bezsenności, że uzależniła się od nich, więc nie mogła spać. Była na odwrót: nie mogła spać, więc musiała je zażywać, by normalnie funkcjonować. Chociaż czasami była tak wymęczona, że padała jak mucha nawet bez nich. – Wiem. Ale radzisz sobie? – tak, wiedziała to, bo to nie była dla niej pierwsza taka sytuacja. Victoria niewiele o tym mówiła, ale było coś, co już dawno kazało jej kwestionować oblicze wielu osób. – Pamiętasz Drake’a? – zapytała ni stąd ni zowąd, zagajając o jej pierwszego byłego narzeczonego. Była pewna, że Laurent pamiętał, bo tamten mężczyzna wdał się we znaki nawet jemu. Swoją głupotą rzecz jasna. – Byłam wtedy wezwana na akcję, nad mugolskim domem widniał znak, wszystko było rozwalone, było już po wszystkim. Mój mentor rzucił się w pościg i kazał mi się zająć rannymi. Oczywiście żadnych rannych nie było, wyciągnęliśmy spod gruzów trzy ciała. Obejrzeli je w prosektorium, dwójka to byli mugole, jeden to był czarodziej. I był to Drake. Nie sądzę, że to był wypadek. Bo niby co miał robić w mugolskim domu? On? Wielki czystokrwisty, który robił wszystko, co powie mamusia? – nikt nie powiedział tego wtedy oficjalnie, ale Victoria czuła… Czuła, że Drake miał coś wspólnego z tamtym atakiem, ze Śmierciożercami. Może na pewien sposób był to wypadek… a może zginął tam całkowicie nieprzypadkowo. Wcześniej jednak nawet by nie pomyślała, że Drake, ten kretyn, i Śmierciożercy, ale potem… Co jeśli? – Wiem, że to niełatwe. Czasami nie chce się uwierzyć w niektóre rzeczy – albo, że niektórzy ludzie mogą się okazać nie tymi, na których się kreowali, i to w tak drastyczny sposób. Kto, jak nie ona, miałby o tym wiedzieć? Wyciągnęła zimne dłonie do ręki Laurenta, by złapać go za dłoń, zamknąć w bezpiecznym uścisku jej lodowatego dotyku. Zimnego, ale czułego, zmartwionego. Przyniósł listy… to już coś. Victoria jednak obawiała się, że to może sięgać głębiej, niekoniecznie gdzieś, gdzie w ogóle chciał sięgać. Zresztą takie były słowa Harper, która dała jej to zadanie: że najciemniej jest pod latarnią i być może w niebezpieczną sytuację wprowadził go ktoś… bliski. Pozornie bliski. Bo ciężko podejrzewać kogoś, komu się ufa – i akurat tutaj Moody miała rację. Victoria przez moment nic nie mówiła, po prostu trzymała go za rękę, o ile Laurent jej nie zabrał.

– A chciałbyś, żeby zajmował się tym ktoś inny? – żeby ktoś inny prześwietlał jego towarzystwo? Żeby ktoś inny czytał jego listy nieoficjalnie? Ktoś inny mógłby nie być tak delikatny jak ona. Ktoś inny mógłby w to życie Laurenta, tylko pozornie poukładane, wpaść z buciorami i nie zważać na nic innego. – Listy to już coś, ale ja się nie zatrzymam na listach. To zbyt poważna sprawa, by ją traktować po macoszemu – no i…  ocena Laurenta mogła być przydatna, ale być też bardzo niewiarygodna. Nie dlatego, że chciałby coś ukryć, a dlatego, że jemu trudno byłoby na swoje otoczenie spojrzeć obiektywne i na chłodno. – Dwa razy ktoś kręcił się na twoim terenie, a do tego raz w tak dziwaczny sposób. Nie chcę twojej krzywdy, w żadnym wydaniu – powiedziała to znacznie ciszej, niby jakieś magiczne zaklęcie – nie czarowała jednak rzeczywistości, a zwyczajnie mówiła prosto z serca. – Wiesz, że twoja ocena może być trochę zaburzona? – wiedział, na pewno wiedział. Chciała jednak, by to usłyszał od niej na głos. Starała się jednak nie brzmieć ostro, bo jej słowa nie miały być żadnym mieczem, to nie była walka, a raczej chciała Laurenta do niej przygotować i go uzbroić.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#6
18.04.2024, 13:19  ✶  

Była blisko, tańczyła na zielonych trawach starannie przystrzyżonych przez anglików i dotykała palcami stokrotek kryjących się między nimi. Jej odległość od twojej osoby była jednocześnie tak duża, jak daleko sam postawiłeś jej wyobrażenie przed oczami. Czuł ją na karku - te palce, którymi muskała stokrotki - co jakiś czas, ale nie musiał spoglądać w jej twarz. Mógł oglądać ją z daleka. Mógł też nie patrzeć na nią wcale, dopóki nie zmuszała go do obrócenia się w jej kierunku na te krótkie sekundy, gdy już ani ciało, ani umysł nie były w stanie poradzić sobie z upychaniem w ciebie ośrodka ciężkości. Była więc blisko, była daleko, czasem niewidoczna, niekiedy wyczuwalna. Innym razem uwiązywała się w myśl, że może zostanie zaproszona i może w końcu ciało przestanie walczyć. Podda się. Laurent czasami miał tę fatalistyczną wizję - widział, że siedzi w domu, a Śmierć w postaci dowolnego człowieka przechodzi przez próg jego domu, a on wita ją jak dawno niewidzianą przyjaciółkę. W końcu przyszła. W końcu. To były krótkie przepływy, bo nie ważne za jak delikatnego mieli go ludzie wokół to jego esencję wykuli ze stali. Poddanie się nie wchodziło w grę. Nie mogło wejść w grę.

- Radzę sobie na tyle, na ile jestem w stanie. - Czyli trochę radził, trochę nie radził i zanurzał się w świecie, w którym było o wiele lżej, trochę zaczynał szukać kolejnego celu do realizacji, trochę tracił zainteresowanie New Forest. Tak, dbał o nie ciągle, oczywiście. Kochał te stworzenia, kochał to miejsce, był z niego dumny. Ale teraz, kiedy już porozdawał w ręce innych osób kontrolę... jakoś przestało mu zależeć. Jego małe, własne królestwo radziło sobie bez niego - musiał poszukać sobie innego, zbudować coś innego. Gdyby jeszcze tylko dni były dłuższe, doby się tak nie kurczyły i gdyby nie kusiło zamiast szukania czegoś do tworzenia to szukać towarzystwa ludzi na pewno byłoby prościej... chyba byłoby prościej. Prościej na dłuższy dystans, o wiele ciężej na obecny. Laurent nabrał ochoty na to, żeby zapalić. Siedząc tutaj w spokoju z Victorią podzielić się z nią papierosem i popatrzeć w ciszy na słońce i migoczący odbiciem klonowych liści park. - Drake'a? - Powtórzył za nią nie dlatego, że miał wątpliwość, czy usłyszał, a z wyrazu zdziwienia, że to imię zostało wyciągnięte na zewnątrz w tym momencie. - Tak, oczywiście, że pamiętam. - Ciężko byłoby go zapomnieć. Był jedną z bardzo niewielu osób, które Laurent darzył taką antypatią, żeby wylać na niego trochę swojego jadu. Jeśli nie liczyć czasów szkolnych to łatwo było uznać, że Drake dokonał nieomal cudu!

Czy opowieść o człowieku, który dokonał cudu, mogła go zszokować? Pewne rzeczy puszczasz na niektórych etapach swojego życia. Mogą w tobie pozostać pragnienia, marzycielstwo było nieodłączną jego częścią - Laurent przecież marzył o najwyższych wieżach, smokach i księciu na rumaku, nie oznaczało to, że na niego czekał. Nie czekał nigdy. Tak i wiedział, gdzie leżała ta granica głupiej naiwności, jaką w sobie miał. Tak też wiedział, że niszczył nią siebie samego. To była studnia, w której topił samego siebie. Ale to, co stało się w przeciągu ostatnich dni sprawiło, że wbił w cegły swoje paznokcie. Ból... ten ból, którego niby się bał, a jednocześnie niezdrowo go czasem szukał, pomagał czasem otrzeźwieć. Tak samo jak policzek od świata mówiący ci, jak wiele ryzykujesz każdego dnia.

Nie cofnął swojej dłoni. Nie miał też żadnego dobrego słowa na zakończenie tej opowieści. Była wystarczająco adekwatna do sytuacji, wystarczająco mocno pokazująca, że ludzie są dwulicowi... i, och, czy naprawdę tego potrzebował? Doceniał, że podzieliła się z nim tą historią, chociaż nie chciał, żeby jednocześnie historia istniała. Powód był bardzo prosty - nie chciał, żeby Victoria musiała przeżywać rzeczy, które rozkładały świat na części pierwsze. Nie chcieć sobie mógł. Przecież wszystko weryfikował ten okrutny świat.

- Masz papierosy, Victorio? - Chyba jak za starych lat będzie musiał nosić kilka pod ręką. Nie znosił tego smrodu papierosów. Mimo to sama czynność palenia przynosiła jakąś dziwną ulgę. Chociaż na moment ogarniało empirycznym wrażeniem, że te chwile są tak samo lekkie i ulotne jak dym nikotyny. - Jednocześnie tak jak i nie. Nie chciałbym, żebyś przez naszą relację się mocniej angażowała niż to, co już miało miejsce w New Forest. Chociaż jeszcze raz za to dziękuję, nie poradziłem sobie najlepiej w tamtej sytuacji. - Puściły mu nerwy i to bardzo mocno. Prawie tam krzyczał, ale ostatecznie i na krzyk sił zabrakło. Tymczasem była Victoria - zawsze z chłodną głową, starająca się podjąć najbardziej realne i bezpieczne sposoby na dotarcie do celu, jakim była ochrona jego samego i jego domu. - Wiem, że nie. Uznałem jednak, że mogą ci pomóc i będą dobrym początkiem. - Może akurat zobaczy w nich coś, czego on nie widział? Albo da jej jakiś pogląd na to, bo Laurent miał z tym ogromny problem. Mieszało mu się wszystko. Absolutnie wszystko. - Wiem o tym. Będę się starał niczego nie pomijać... - Chociaż miał mnóstwo do ukrycia i robiło mu się niedobrze na myśl, że musiałby się dzielić wszystkim. - ... nie wszystko jest wygodne. - Ufał Victorii, oczywiście. W innym wypadku ukrywałby przed każdym innym aurorem o wiele więcej rzeczy bez znaczenia na to, że to mogło go na coś narażać.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#7
18.04.2024, 22:05  ✶  

Tego się właśnie obawiała – że Laurent szukał zapomnienia, a niekoniecznie rozwiązania obecnej sytuacji. O ile, oczywiście, można tu było jakieś rozwiązanie wskazać. Nie było to takie proste, raczej opierało się to na kontroli obrażeń już zadanych i zmniejszaniu ewentualnych kolejnych, niż całkowite zapobiegnięcie i wymazanie tego z historii. Jednak to szukanie zapomnienia, skok z ramion w ramiona – może działało na chwilę, może na Laurenta, ale Victoria bardzo nie chciała, by pewnego ranka się obudził z przeświadczeniem, że nie ma do czego i kogo wrócić, że nie wie, komu zaufać, że źle postąpił i tak dalej… Życie było tak kruche, a mało kto dostawał od losu prawdziwie drugą szansę na życie po śmierci. Życie było cenne, bardzo, a nie było nic gorszego od żalu.

Było coś jeszcze prócz Drake’a, ale to akurat usłyszała wprost, zobaczyła tatuaż na własne oczy i… nie potrafiła i nie chciała tego nigdzie zgłosić. Trzymała to w głębi swojego serca, za pancernymi drzwiami własnego umysłu, delikatnej woalki oklumencji… Nie powiedziała nikomu i nie powie nikomu, ale choć tyle mogła dla Laurenta zrobić: popracować nad jego sprawą rzetelnie, pomimo własnych przywar. Rozumiała jednak jego sytuację doskonale, przekonać się, że osoby, których by się o to nie podejrzewało, trzymały ze Śmierciożercami. Niekoniecznie z własnej woli, ale oczywistym było, że jak dostajesz rozkaz…

Nie spodziewała się żadnego komentarza, bo co tu komentować? Ta historia wybrzmiała dokładnie tak, jak wybrzmieć miała, dawała perspektywę i spojrzenie i… po prostu brakowało słów. Milczeli więc oboje, a Victoria przeniosła spokojne spojrzenie z pięknego elementu tego obrazka, jakim był Laurent, na resztę parku, na ścieżkę, na majaczących w oddali ludzi, lecz wcale ich nie widziała. Nie pogrążyła się we wspomnieniach, one nie miały takiego znaczenia. Może była okrutna, ale Drake nigdy jej bardzo nie obchodził, a gdy go zabrakło, choć nie życzyła mu śmierci, to poczuła ulgę. Zas ten świat ostatnimi czasy bardzo często rozkładała na części pierwsze, w jej sytuacji nie dało się inaczej. I Laurent chyba powoli też zaczynał to robić. Jej dłoń drgnęła, gdy tak trzymała Prewetta, a on zapytał o papierosa. Nastąpiło krótkie poruszenie, gdy sięgnęła do torebki, by wydobyć z niej paczkę… Tak, miała papierosy, nosiła. Najczęściej i tak brała od Sauriela, ale swoje też nosiła… I popalała od czasu do czasu. Ostatnio częściej, jednak jeszcze nie tak, że nie mogła bez tego żyć. Były jednak takie chwile, że trzęsły jej się ręce i chciała to wszystko zagłuszyć mgiełką w głowie, lekkim kołysaniem świata i zawrotami od zaciągnięcia się tytoniem. Rozumiała tę ulgę, jaką przynosiło palenie, więc bez słowa podsunęła paczkę Laurentowi, nawet jeśli i on nigdy nie widział jej palącej. Nie pytała, nie było potrzeby. Ale sama wyciągnęła sobie jednego papierosa i wygrzebała jeszcze mugolskie zapałki, by jak kompletny menel odpalać w ten sposób papierosa.

– Nie przepraszaj, nie masz za co. W takiej sytuacji każdy by się zdenerwował – oparła się plecami o oparcie ławki i wypuściła przez usta dym, trzymając papierosa w palcach ręki, która znajdowała się dalej Laurenta, nie chcąc mu dymić z fajki prosto w twarz. – Chciałbyś, żeby to ktoś inny w tym grzebał? – dopytała, bo to o to jej dokładnie chodziło. Była tym mniejszym złem, czy tego chciał, chcieli, czy nie. Nie wszystko musiała wciągać w akta, zwłaszcza jeśli uzna to za mało istotne, a mogłoby to Laurentowi zaszkodzić. Tak. To się nie zmieniło – swoich bliskich broniłaby własną piersią, nawet metaforycznie. Tak jak Saurielowi kiedyś powiedziała, że bliskim się pomaga, a nie wtrąca do więzienia, tak miało to bardzo szerokie zastosowanie, łącznie z tym, by bliski mógł uniknąć skandalu. A Laurent był jej bliski. Bardzo. Zaś to, że nie łączyły ich więzy krwi, jak na przykład Laurenta z Atreusem czy Orionem, też grało na korzyść, bo... to ona dostała tę sprawę. – Będą. Będą dobrym początkiem, dziękuję – to było właściwie bardzo wspaniałomyślne ze strony Laurenta, ze sam chciał je przekazać. Wybiórczo, ale jednak i rzeczywiście, był to początek. Ale Victoria widziała, że będzie musiała zrobić rozpytanie wśród pracowników rezerwatu, a nie tylko polegać na informacjach przekazanych przez Laurenta. Sprawdzić listę gości, klientów… przynajmniej na miesiąc wstecz. Bo kto wie, może ten „przypadkowy” wywiad nie był tak przypadkowy? Musiała sprawdzić wszystko. Tego dziennikarzynkę również. – Wiem, kochanie – powiedziała cicho, po czym ponownie się zaciągnęła i spokojnie, powoli wypuściła dym ustami. Odchyliła głowę do tyłu i przymknęła powieki. – Nie pozwolę cię skrzywdzić – otworzyła oczy i przeniosła wolną dłoń w górę, by musnąć palcami policzek Laurenta, bardzo delikatnie, ledwie namacalnie. – W każdym tego słowa znaczeniu. Rozumiesz? – czy rozumiał, co próbowała mu powiedzieć? Miała nadzieję, że tak. Bo to jedno jej zostało – mieć nadzieję. Jej spojrzenie z miękkiego, na moment stało się twarde, oczy się rozszerzyły.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#8
19.04.2024, 13:03  ✶  

Pochylił się, żeby odpalić papierosa od jej papierosa.

Proszę, powiedz, że rozumiesz bez słów. Rozumiała. Akceptowała. Albo nie chciała bardziej dręczyć, drążyć, wbijać igłę we wrażliwą tkankę ciała, które już i tak na mniejsze dotknięcie mogło podskakiwać. "Źle robisz" powinno być wypisane na języku, który przyciskał się do podniebienia, żeby wydać niektóre z dźwięków. Powinno wypadać wśród tłumu innych słów, przy akompaniamencie pogardy, bo przecież tacy jak oni powinni być idealni, a problemy znosić w ten sposób, że traktować je tylko jako kolejne przeszkody do pokonania. Pouczanie kogoś mądrościami potrafiło być zgubne. Jeszcze bardziej zgubna była krytyka. Na końcu spotykaliśmy drwiny, ale tego nie oczekiwało po sobie żadne z nich. Z jednej strony chciał usłyszeć jesteś głupcem, Laurencie. Z drugiej strony nie chciałby usłyszeć nawet początku tego zdania na ustach tej kobiety. Tak jak i na żadnych innych. Kiedy stawał przed tobą nieznajomy zawsze miałeś w głowie, że on cię nie zna, nie rozumie, nie zna twojego życia, więc jego ocena była jak woda na kaczych piórach - zsuwała się kroplami przez ochronny wosk. Kiedy przemawiał do ciebie ktoś, komu już pozwoliłeś wejść pod swoją skórę rzecz miała się inaczej. To się odnosiło do ich obojga. Złoty sposób na powiedzenie o niemądrościach czasem nie istniał, bo wypowiadanie ich tylko pogrążało, jeszcze rozpulchniało już i tak miękką ziemię pod nogami. Aż się kolana zaczynały uginać. Ale oni wiedzieli. To, w jaki sposób Victoria powiedziała o Drake'u - to właśnie ten istniejący sposób, żeby coś pokazać. Uzewnętrzniona własna słabość, choć rzeczywiście - Victoria nigdy za Drakem szczególnie nie przepadała. Bardzo ładny eufemizm jak na to, ze budował się między nimi negatyw, choć Victoria więcej miała go za nic niż się denerwowała jego charakterem.

Nie pytał, czemu ze sobą miała papierosy, dlaczego też paliła, bo nawet nie wpadły mu te pytania do głowy. Przecież to było naturalne jak oddychanie - szukanie pocieszenia, nawet minimalnego, w najbardziej prozaicznych nawet czynnościach.

- Tyle lat uganiania się za perfekcją i odmawiania sobie rzeczy, żeby teraz zrujnować to wszystko przez trochę słabości. - Założył nogę na nogę, obracając się teraz do Victorii profilem w tym samym celu, w jakim i ona obracała głowę. Żeby nie dmuchać na nią dymem. Do tego właśnie nawiązywał - papierosów. Dzieciaki zajadały się słodyczami, a on obsesyjnie pilnował swojego wyglądu, bo nazywali go aniołkiem i tak bardzo mu się to podobało. Nadal podobało. W następnej chwili zaś miał mental breakdown i błagał, żeby nigdy więcej nie usłyszeć tego słowa, ale potrzepał głową i znów chciał to słyszeć. To było kompleksowe uzależnienie, na pewno. Bardzo niezdrowe i złożone uzależnienie. - Gdyby przyszedł do mnie ktoś inny zbyłbym go prędzej czy później. - I na pewno nie dał listów do ręki, choćby miał je spalić, żeby te wszystkie niewygodne fakty nie miały najmniejszej szansy wyjrzenia na światło dzienne. - Nie. Nie chciałbym. To ryzyko, które podejmujemy oboje, a jeśli komuś można pomóc walcząc z nimi to... w końcu razem podjęliśmy decyzję, żeby zawalczyć o coś lepszego. - Wtedy dotyczyło to konkretnie walki o zmianę prawa, które pomagało tylko tym, którzy wykorzystywali możliwość bezkarnego wykorzystywania brudnej magii, przed którą ciężko się bronić. Ale czy na pewno? Mógł chcieć chronić Victorię, ale oboje byli pionkami do wykorzystania na tej planszy szachowej. Należało w końcu podjąć ruchy. Wykorzystać to, że mógł pojawić się jakiś trop. - Pierwszy list z wierzchu rzucił mi się w oczy najbardziej. - Choć list Stanleya, który był już pod spodem, był równie specyficzny. Stanley. Osoba, którą znał tyle lat, z którą dzielił dormitorium, z którym podcięli sobie żyły na Perle... nie. Ciężko było mu sobie w to uwierzyć.

Jej dotyk na policzku był niespodziewany, ale... wyczekiwany. Podświadomie wyczekiwany, bardzo chciany. Przymknął powieki, zamknęła się kurtyna rzęs, wtulił się ufnie w tę dłoń. Jedna z bardzo niewielu, którym ufał i przy których mógł być bardziej sobą. Bez tych wszystkich gier, udawania, pokazywania się ze wszystkich stron jak modelka na wybiegu. Uchylił powieki, żeby spojrzeć na jej zdeterminowaną twarz, pewne spojrzenie. Kiedy taka osoba wypowiada zdanie to mogła nawet szeptać. Świat zamierał. Trzęsienia ziemi, huragany, tsunami - wszystko rozbijało się o przestrzeń między tobą i nią, rozpraszało na boki, bo przecież ta przestrzeń w chwilach takich jak ta nie istniała. Szkoda, że to był tak smutny świat. Gdyby mogli zamieszkać między kartami bajek Victoria byłaby najpiękniejszym z rycerzy. Tak, rycerzy. Wojownicza księżniczka, która nie potrzebowała zamku i wieży, bo prędzej by temu smokowi odcięła łeb.

- Wiem. - Miał poczucie, że wystarczyło stanąć za jej plecami. Och, jakież to było męskie..! Nie było, ale struganie bohatera... Laurent sam powiedziałby, że to nie było w jego stylu, a jak przychodziło co do czego to prędzej gotów był sam zginąć niż kogoś zostawić za plecami. Ale to było coś innego. Znał swoje możliwości i wiedział aż za dobrze, czego zrobić nie może i co będzie trudne do wykonania. Victoria była przecież niepokonana. Nie dla Śmierciożercy, który chciałby odebrać jej coś (kogoś), co kochała.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#9
19.04.2024, 23:02  ✶  

Pytanie o to wydawało się takie bezcelowe i bezsensowne… Victoria była całkiem przekonana, że to, co od kilku miesięcy przezywał Laurent, to był wielki stres. Może nie było tego po nim na co dzień widać – ale ona widziała. Może dlatego, że wiedziała gdzie patrzeć, a może dlatego, że on pozwalał jej to dostrzec, bo dopuścił ją tak blisko siebie. Mogli się ze sobą znajomością nie obnosić przed światem, przed tą zażyłością, ale to nie znaczyło, że jej nie było; była żywa, a Laurent widział Victorię w momentach jej największych upadków, po których jakoś się podnosiła. Był jej podporą, a ona bywała też nią dla niego, tak jak teraz – bo w tej chwili to on bardziej potrzebował tej pomocy i zapewnienia, że wszystko się ułoży i będzie dobrze. Tak, rozumiała go bez słów, dlatego nie uniosła pytająco brwi, nie zapytała od kiedy pali – po prostu podała mu papierosa i nawet zbliżyła do niego swoją twarz, by mógł odpalić swojego od niej. Czy był głupcem? Możliwe. Zapewne. Ona też nie była najmądrzejsza, ale takie już było życie. Zamiast mówić, jakim jest głupcem, to po prostu chciała mu pomóc, by nie wpakował się w jeszcze większe bajoro, które do tej pory przysłonięte było złudną płachtą pięknych kwiatów. Lecz to była zręczna pułapka zastawiona na Laurenta, który chciał dostrzegać we wszystkich ludziach wokół siebie dobro.

– Powinniśmy jeszcze usiąść na oparciu ławki i zarobić piękne minus dwadzieścia punktów dla Slytherinu za popalanie na przerwie – stwierdziła z przekąsem, kpiąc sobie z tej pozornej perfekcji, do której oboje dążyli. Laurent dlatego, że chciał zaimponować ojcu, macosze… a Victoria dlatego, że tego od niej wymagała matka i w ogóle rodzina. Perfekcja była jednak tylko ułudą, piękną fasadą mająca przykryć całkowicie chaotyczną konstrukcję znajdującą się w środku. – Jedna chwila słabości niczego nie zrujnuje – dodała po chwili, wypuszczając dym. Trzeba było przyznać, że Victoria nawet gdy paliła, potrafiła to robić z gracją i klasą. Pewnie gdyby chciała, mogłaby przy tym wyglądać seksownie. – Poza tym, chociaż mogę być całkowicie nieobiektywna, dla mnie jesteś wspaniały – nie zawsze tak było, nie w szkole. Potrzebowali kilku lat rozłąki i dojrzenia, by spojrzeć na siebie zupełnie inaczej i… oto byli tutaj, siedząc razem na ławce, jak para nastolatków, których dzieciństwo w czasach szkolnych całkiem ominęło, i musieli sobie nadrobić teraz. Brakowało tylko butelki piwa (choćby tylko kremowego). Chociaż na cały ten obraz mogło wpływać to, jak bardzo Victorii podobał się zapach papierosów, nie potrafiła określić, w którym momencie się to stało, ale aż na moment przymknęła oczy i wzięła głębszy oddech. Nie mówiła tego wcale po to, by poderwać Laurenta, nie o to w ogóle chodziło, zresztą – to ona całkowicie racjonalnie zakończyła tamten etap ich relacji, bo nie czułaby się z tym dobrze, chciała być fair w stosunku do obu mężczyzn, zbytnio ich szanowała, by sobie pogrywać w ten sposób, poza tym – chciała być też fair w stosunku do siebie.

Pokiwała głową. Tak, oboje się tej walki podjęli – walki innego rodzaju, ale nadal walki. Walki, która w tym momencie BARDZO by jej się przydała, bo nekromancja zdawała się być jedynym co mogłoby jej pomóc, a studiowana po katach, nielegalnie… ach, do kurwy z tym wszystkim.

– Mogę je zobaczyć? – zapytała, gdy Laurent wspomniał o tym pierwszym liście na kupce. Póki co ich nie wyciągnął, nie wiedziała więc o co mu chodzi, a możliwe, że po przejrzeniu ich nadal nie będzie wiedziała, co właściwie miał na myśli. Skoro ten pierwszy był taki alarmujący – to chciała na niego zerknąć choćby teraz i zapytać o to Laurenta. – Co w nim jest takiego specyficznego? – może był to niuans, a może coś całkowicie oczywistego?

Widząc, jak chętnie Laurent przyjął ten gest, nie zabrała dłoni od razu, a pogładziła go nieco bardziej pewnie, pozwalając mu się wtulić w tę zimną dłoń. Dla przechodzących obok mugoli musieli naprawdę wyglądać jak para zakochanych gołąbków, która właśnie wymienia się czułościami – a jakże to było mylne wrażenie! Nie mogło być dalsze od rzeczywistości, ale czułości nie były zarezerwowane tylko dla tych, których kochało się romantycznie. Zresztą… Były wszak różne rodzaje miłości. Gdyby mogli zamieszkać na kartach książki, to Victoria faktycznie byłaby rycerką, wojowniczą księżniczką Xeną, która miała ewidentnie ciągoty do jakże… ciemnego charakteru. Wszystko się zgadzało, tak jak smok, czy trójgłowa hydra…

Pogładziła jego miękki policzek kciukiem i uśmiechnęła się leciuteńko; byli jak dzień i noc, on był tym dniem, łapiąc we włosy promienie słońca, jego oczy jak to niebo… Niebo, właśnie niebo. Wiesz, dlaczego morze jest niebieskie? Bo woda odbija niebo, właśnie tak. Ona zaś była nocą, lilią, która rozkłada swoje płatki w świetle księżyca.

– Mam ochotę na piwo kremowe. Pójdziesz ze mną później? Może nawet do Hogsmeade… – to była luźna propozycja; mogła ich tam zabrać sama, teleportować. Ale to już gdy spojrzy w te listy. Piwo kremowe jednak mogło być na umilenie tego dnia. Bo czemu nie? Dawno nie piła tego przysmaku. Zresztą dawno nie była też w Hogsmeade w pubie pod Trzema Miotłami.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#10
20.04.2024, 11:03  ✶  

Zwyczaj, w którym widziałeś dokładnie to, co chciałeś zobaczyć, był kornikami ryjącymi tunele w ludzkim ciele jak w pniu drzewa. Drzewo było zdrowe, miało się świetnie, w tym roku miało urodzić dorodne jabłka. Potem stawało się puste pod korą i przestawało rodzić owoce z kwiatów. Na końcu już nawet nie pokazywało kwiatów. Nie było już użyteczne, nie było nawet ozdobą. Ludzka wartość zaczynała obracać się wokół tego, czy to drzewo w ogóle do czegokolwiek się nadawało oprócz tego, że zbierało wartości z ziemi, które mogły być przekazane roślinie o lepszej przyszłości. Kora bardzo dobrze chroniła, żeby nie dostrzec, co jest dokładnie w środku. Z dala drzewo mogło być po prostu drzewem dla postronnego obserwatora, który nie poświęcił czasu na zagłębienie się w temat. Jedni nie będą się zastanawiali, co z takim zrobić - zetną je od razu, inni będą poruszani sentymentem, a jeszcze inni będą szukali specjalisty i sposób na to, żeby uzdrowić je. Kto wie? Człowiek był tylko człowiekiem, nie bogiem, który wysyłał sądy wszechmądre i miał prawo decydować o tym, kto żyje, a komu pisana śmierć.

Ludzie więc widzieli to, co chcieli, a reszta była zwykłymi robaczkami żyjącymi w przeciętnej skorupie drzewa. On, Victoria, Atreus, wszyscy bliscy i ci dalsi znajomi, krewni - nie byli nikim szczególnym pośród miliona trybików tego świata, które spajały naszą rzeczywistość i podbijały jej wartość tylko podług tego, czego już udało im się dokonać. Albo według tego, co czuli wobec ciebie ludzie stojący najbliżej. Kto w końcu miał cię wyceniać? To zależało od tego, ile byli w stanie powiedzieć o tobie samym w gazetach. Więcej znaczenia miało, kiedy o modzie na czerwone chusty powiedział ktoś taki jak Louvain Lestrange niż kiedy powiedział to ktoś taki on czy Victoria. Pląsali się więc gdzieś na swoim poziomie pozornego znaczenia w świecie i próbowali nadać mu sens. Nie musieli mieć sensu dla wielkiego świata. Dopóki widzieli sens w samych sobie i drodze przed sobą - mogli tak żyć. Mogli tak wędrować nawet po wyboistych szlakach górskich.

Przymknął oczy i uśmiechnął się. Szkolne czasy były jakie były, ale jednocześnie ściągały z ramion wielki obowiązek, jakim była odpowiedzialność za samego siebie. Za to, że teraz musisz decydować i brać pod uwagę, co jest złe, co jest dobre, jak wiele wartości możesz oddać, sprzedać, ile ucierpi na tym rzeczywistość wokół, ta bardzo mała i bardzo hermetyczna. To już nie była tylko odpowiedzialność wobec rodzica, który może ostro pomachać palcem, opuścić pas na tyłek. Powieki się rozszerzały. Spoglądamy przed siebie i odkrywamy, że to oczy świata. Więc kiedy słyszysz, że zaraz zjawi się woźny, ten paskudny okrutnik, który zacznie cię lać za palenie to nagle robiło się to, z jakiegoś powodu, weselsze. Albo zobaczysz jednego z nauczycieli, którzy odbiorą ci te punkty, bo przecież młodym ludziom nie przystoi takie palenie. Wtedy to byłoby największe zmartwienie, dziś? Dzisiaj to rzeczywiście była kpina. Świat mógł się walić, palić, sam tak mądrze pouczał Victorię o tym, ile brać a ile dawać matce, która jej suszyła głowę, a przecież to była hipokryzja. Owszem, walczył z Edwardem i walczył z Aydayą, ale nigdy nie był od nich w pełni niezależny.

- Jedna, druga, piąta... ile człowiek może sobie mówić, że to tylko jedna chwila? - Oparł się o ławkę i też na jej oparcie zarzucił łokieć wolnej ręki. Jak przyjemnie... Czas musiał się tutaj zatrzymywać, albo to miejsce było zaklęte. Nie wiedział, w którym kierunku to wędrowało, ale przyjemność chwili nawet mimo tak chyboczącego się świata była bezcenna. - Moja słodka Pitajo, taki komplement z twoich ust to lek na moją duszę. - Kilka kropel miodu więcej odmalowało się na jego wargach, przy tym uśmiechu, który jej prezentował. Komplementy niektórych były miłe, a od innych potrafiły rozgrzać serce. Mogli wyglądać na różne sposoby dla postronnych, ale to prawda, że miłość przybierała przeróżne formy. Szczególnie dla Laurenta. Gama odczuć nigdy nie była płaska i płytka, a jeśli tylko człowiek pozwalał sobie na akceptację tych odczuć to zaczynał widzieć, jak nawet delikatne różnice potrafiły całkowicie zmienić człowieka, na którego się patrzyło. Dotknął palcami jej dłoni, żeby ją ściągnąć ze swojego policzka i całować jej palce. Z wdzięczności. - Gaia musi mnie kochać nie mniej niż Matka Woda, skoro pozwoliła mi zaprzyjaźnić się z tak zjawiskową istotą jak ty. - Piękną, mądrą, odważną. Puścił jej dłoń i skinął głową na jej pytanie. - Tak, proszę. - Chciał zwrócić jej uwagę na pierwszy list, ponieważ pierwszy list domagał się szczególnego wyjaśnienia, co w nim było takiego. Tak i zresztą Victoria dopełniła to pytaniem.

- Leviathan Rowle zajmuje się rezerwatem Snowdonii. Łączyło nas kilka biznesowych spraw... i wolne chwile uniesień. - Romans? Nie, to nigdy nie był romans, chociaż Leviathan był bardzo chwytliwym człowiekiem. - Kontakt urwał się na kilka lat. Nie zdziwiło mnie to, że akurat artykuł w Proroku był zapalnikiem do napisania listu, w końcu sam czasem korzystam z takich okazji do odświeżenia dawnych znajomości. Tylko że, widzisz... umówiłem się z nim na spotkanie w Snowdonii, na drugim końcu świata. I dokładnie tego dnia, kiedy mnie nie było, nastąpił atak. - Mówił to bez wzruszenia, bez strachu, bez... bez niczego. Całkowicie spokojnie. I też w nim samym nic się nie czaiło. W przeciągu tej nocy zdążyło się wypalić i teraz był defektem własnego przesilenia emocjonalnego. Nie da się wiecznie stresować. Człowiek w końcu przekracza swoje limity, nawet jeśli to przekroczenie na ledwo kilka chwil. - Jeszcze zanim napisałaś zacząłem się nad tym zastanawiać, ale wiesz, że mam nadmierne problemy z myśleniem... za dużo. - Czasem o wiele za dużo. W jednej chwili był czegoś pewny, w drugiej już się wszystko rozpadało, bo znajdował na to dziesiątki podważeń. Czasem to pomagało, innym razem było zupełną stratą energii.

- Hogsmeade? - Błysnęły mu lekko oczy. - Jasne. Z przyjemnością, Victorio. - Była jak Kwiat Nocy, a jej imię było jak woń tego kwiatu, jak jego kolor, jak muzyka szemrającego wiatru między płatkami. Było zaklęciem. Miłym, przesympatycznym zaklęciem sprowadzającym spokój na duszę. Przecież była Zwycięstwem. - Wiesz... - Sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął z niej małą kłódkę, po której przesunął kciukiem. - Mam pewnego znajomego, poetę, który pokazał mi most, na którym osoby wieszają kłódki ze swoimi inicjałami. Podobno robią to głównie zakochani, ale również przyjaciele, jako symbol swojej wierności, szczęścia i dobrej wróżby, żeby nic ich nie rozłączyło. - Spojrzał w ciemne oczy kobiety. - Chyba z nikim innym nie chciałbym takiej kłódki zawiesić. - Tylko z tobą, moja droga przyjaciółko.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (4524), Victoria Lestrange (5455)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa