• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[05/06.08.1972] zabawa zabawa | Gerry & Billy

[05/06.08.1972] zabawa zabawa | Gerry & Billy
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
12.06.2024, 12:27  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2024, 19:01 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic


Zgubiła gdzieś Erika. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, bo spotykała co chwilę kolejne znajome twarze, z każdym próbowała zamienić słowo. Nie mógł na nią czekać w nieskończoność. Pewnie znalazł sobie inne towarzystwo. Nie do końca tego się spodziewała po tym weselu, okazało się być bardziej kontrowersyjne, niż zakładała. Myślała, że to ona będzie czarną owcą, bo przecież ją zazwyczaj oskarżano o nieodpowiedzialne zachowanie, jednak tym razem było inaczej. Póki co, inni mogli brać z niej przykład. Ojciec byłyby dumny, chociaż może nie do końca. Wiedziała, że docenia jej chaotyczność i niepoukładany charakter.

Stała przy barze, miała ochotę się dzisiaj upić, tak porządnie, bez zastanawiania się nad niczym. Nie szło jej jednak nawet to. Jej myśli co chwilę zmierzały ku Thoranowi, który okazał się nie być tym za kogo się podawał, nie mogła ich zagłuszyć. Była pewna, że potrzebuje więcej alkoholu, musiała doprowadzić się do takiego stanu, żeby nie myśleć, zapomnieć. Sięgnęła po jedną z butelek stojących na barze i dolała sobie whisky do szklanki, czystej. Drinki nie były dla niej szczególnie dobrym wyborem, bo mogła ich wlać w siebie naprawdę sporą ilość.

Suknia, w kórej przyszła na to wesele coraz bardziej ją irytowała. Może wyglądała nieźle, ale nie była przyzwyczajona do tego, że coś ją aż tak bardzo ściska. Do tego miała tyle warstw materiału... Miała ochotę się jej pozbyć, wiedziała jednak, że to jeszcze nie jest czas. Sięgnęła po szklankę i upiła z niej spory haust przyglądając się przy tym gościom, którzy bawili się całkiem nieźle na tym przyjęciu. Nie pamiętała, kiedy ostatnio była na takim wielkim weselu, pewnie inni byli spragnieni takich wielkich przyjęć.

Jeden z kelnerów, którzy stali niedaleko wydawał jej się być nieco znajomy. Przyglądała mu się dłuższą chwilę, aż ją tknęło. Fletcher, którego kojarzyła z Dziurawego Kotła, nie poznała go przez ten strój, Blackowie zadbali o to, aby obsługujący czarodziejów ludzie wyglądali całkiem elegancko. Jako, że nie miała ze sobą co zrobić, postanowiła skorzystać z okazji i do niego podejść. Zatrzymała się tuż przed chłopcem, w sumie to niby mężczyzną, dla niej nadal jednak trochę chłopcem i wyciągnęła w jego kierunku szklankę. - Dolejesz mi? - Był to chyba zupełnie oczywisty początek konwersacji.

Sneaky Lord
i am the architect
of my own destruction
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzy 170 centymetrów wzrostu. Jest normalnie zbudowany, chociaż odkąd jego siostra pracuje w Dziurawym Kotle, zyskał mały, piwny brzuszek. Nierówno obcięte, kręcone, ciemne włosy. Sporadycznie kilka blizn na twarzy. Ubiera się w ciemne kolory, najchętniej chodziłby tylko w czarnych koszulach i płaszczach. Poranione dłonie wskazują na to, że nie boi się fizycznej pracy.

William Fletcher
#2
16.06.2024, 22:40  ✶  
Nigdy nie miał nic do ludzi, którzy lubili dużo pracować, ale sam ograniczał się raczej do niezbędnego minimum. Jeśli musiał zostać po godzinach, robił to z bólem serca, nie ukrywając przy tym swojego niezadowolenia. Jasne, rodzina jest ważna, a że brat aktualnie był jego szefem, to głupio było pyskować. Na szczęście wymykanie się tylnymi drzwiami tego nie wymagało. Jasne, takie podejście kosztowało go trochę galeonów, ale i tak mu na tym nie zależało. Jakkolwiek by to miało nie zabrzmieć, nie robił tego dla pieniędzy, bo w końcu mógł je łatwo zarobić na inne sposoby. Po prostu lubił czasem posiedzieć nad świecidełkami i innymi pierdołami, które klienci do nich podrzucali. Wyszukiwanie klątw było nawet emocjonujące. Najchętniej jednak przesiadywał w pubach, delektując się alkoholem w towarzystwie każdego, kto akurat mu się nawinął. Lubił poznawać nowych ludzi i wsłuchiwać się w ich historie. Czasami zyskiwał w ten sposób przydatne kontakty, a jeśli trafił mu się jakiś zamulacz, pozbawiał go zawartości sakiewki. Po prostu zawsze potrafił wyciągnąć z sytuacji coś wartościowego.
W jaki sposób został kelnerem? W sumie to nie było w tym zbyt wiele logiki. Wpadła mu w ręce gazeta, w której znajdowało się odpowiednie ogłoszenie. Normalnie raczej by się nie zainteresował, ale to konkretne było nawet ciekawe. Chodziło bowiem o obsługiwanie wesela niejakiego Parseka Blacka. Absolutnie nie znał typa, ale wiedział, że jego rodzina jest czystokrwista i dziana. Billy wciąż pamiętał ten jeden pogrzeb Malfoyów, na które wkręcił się z pomocą mylnie wysłanego zaproszenia. Od groma żarcia, drogiego wina i srebrnej zastawy stołowej. Całkiem nieźle się wtedy obłowił. Jeśli tak wyglądały stypy, tutaj musiało być jeszcze lepiej.
Zazwyczaj planowanie nie było jego mocną stroną, ale tym razem poszło zaskakująco gładko. Chyba dlatego, że niewiele dało się schrzanić. Zgłosił się pod wskazany adres, podał fałszywe dane, odbył niezbędne szkolenie i cyk, gotowe. Jedynym minusem był garniak, w który musiał się wcisnąć. Był strasznie sztywny i niewygodny, nieprzyjemnie krępując ruchy. Przez jakiś czas próbował to jakoś poluzować, ale ostatecznie dał sobie spokój. W końcu nie po to tutaj przyszedł.
Początek wesela przebiegł mu dość spokojnie. Donosił żarcie i alkohol, spełniał jakieś prywatne zamówienia — innymi słowy kurewsko się nudził. Im dłużej tutaj siedział, tym bardziej przekonywał się do tego, że bogacze nie mieli co robić z pieniędzmi. Nie, żeby mu to przeszkadzało, w końcu miał zamiar z tego skorzystać.
Jak szło zbieranie łupów? Średnio. Przez większość czasu łaził między kuchnią i holem, ale po kilku godzinach zrobiło się nieco luźniej. Skorzystał z tego, pozbawiając kilku pijanych gości ich soczyście grubych mieszków. Z nadwiązką wynagradzało mu to fakt, że faktycznie musiał pracować. Nie mógł powstrzymać uśmiechu, czując schowane pod pazuchą galeony. Był tym wszystkim tak zaaferowany, że nawet nie zauważył, kiedy ktoś do niego podszedł.
W pierwszej chwili wziął ją po prostu za kolejną naprutą pannę, która chce domówić szampana i krewetek, ale całkiem pozytywnie się zaskoczył. — Oczywiście, szanowna pani. Czy mogę zrobić coś więcej? — odparł gładko, robiąc przy tym wyjątkowo głupią minę. — Może potrzebuje pani zaczerpnąć nieco świeżego powietrza? Ogród to idealne miejsce na zebranie myśli — dodał jeszcze, mając nadzieję, że kobieta to pociągnie i się stąd zmyją. W teorii powinno go zmartwić, że został rozpoznany, ale w tej chwili zbyt mocno skupiał się na bezczelnym obczajaniu jej figury. Całkiem nieźle wyglądała w tej kiecce.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
16.06.2024, 23:02  ✶  

Najwyraźniej niektóre ze znajomych jej osób korzystały z okazji do tego, żeby zarobić nieco grosza u Blacków. Billy nie był pierwszą osobą, którą widziała tutaj w stroju kelnera. Wcześniej spotkała Edga, który również prezentował się wyjątkowo w tym garniturze. Tak naprawdę, to nie spodziewała się, że przyjdzie jej tu spotkać tyle znajomych twarzy. Oczywiście zakładała, że spotka sporą część swoich czystokrwistych znajomych, to mogła przewidzieć, jednak tych innych niekoniecznie się spodziewała tutaj zobaczyć. Miała nadzieję, że organizatorzy wesela solidnie im wynagrodzą pracę podczas tego przyjęcia. Na pewno ich było na to stać.

Spora część gości była już całkiem nieźle wstawiona. Pannie Yaxley póki co nie udało się jeszcze dojść do takiego stanu nieważkości - a szkoda, nawet im trochę zazdrościła tej lekkości bytu. Nie zamierzała się już teraz ociągać, przecież nie przyszła tu po to, żeby wyjść stąd trzeźwa. Nie po to męczyła się tyle czasu tkwiąc w tej niewygodnej sukni, miała zamiar wykorzystać tę okazję w odpowiedni sposób.

Billy zaczął jej paniować. Przyglądała mu się uważnie. Czyżby jej nie pamiętał, a może ten strój, który miała na sobie go zmylił, może po prostu się z nią droczył? Póki co nie wiedziała, która opcja jest prawdziwa, dlatego też postanowiła pociągnąć tę rozmowę w ten sposób.

- Możesz, oczywiście, że możesz zrobić więcej. - Rzuciła lekko, uśmiechnęła się przy tym zadziornie. Sama jeszcze nie wiedziała, co to może być, jednak zawsze można zrobić więcej, to było rzeczą oczywistą.

- Wyglądam, jakbym potrzebowała świeżego powietrza? - Zapytała jeszcze, bo najwyraźniej coś w wyrazie jej twarzy mówiło, że chce wyjść na zewnątrz. Właściwie to nawet trafił w sedno, zazwyczaj znikała podczas takich spędów i zaszywała się z dala od ciekawskich oczu, szukając szczęścia, albo nieszczęścia.

- Chętnie zbiorę myśli w ogrodzie, tylko musiałbyś dyskretnie zabrać jedną butelką lub dwie, żebym faktycznie mogła zacząć myśleć. - Nie zamierzała odpuścić sobie możliwości upicia się za pieniądze Blacków. Szkoda było zmarnować okazję. - Czyżbyś też chciał trochę pomyśleć? Mam wrażenie, że razem może to pójść zdecydowanie lepiej. - Wydawało jej się, że Billy nie powinien mieć jej za złe tego, że odciągnie go od pracy, ba, pewnie jak się zorientuje, że ona to ona, to jeszcze jej podziękuje za to, że dzięki niej ucieknie od obowiązków. Wydawało się jej, że raczej nikt nie powinien zauważyć tego, że stąd zniknie. Na sali było sporo kelnerów. Bez potrzeby by się jeszcze przepracowywał, a tak mogliby spędzić chwilę razem, w towarzystwie nie najgorszej butelki alkoholu. Plan wydawał się jej być sprytny, oby tylko on również tak uważał.

Sneaky Lord
i am the architect
of my own destruction
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzy 170 centymetrów wzrostu. Jest normalnie zbudowany, chociaż odkąd jego siostra pracuje w Dziurawym Kotle, zyskał mały, piwny brzuszek. Nierówno obcięte, kręcone, ciemne włosy. Sporadycznie kilka blizn na twarzy. Ubiera się w ciemne kolory, najchętniej chodziłby tylko w czarnych koszulach i płaszczach. Poranione dłonie wskazują na to, że nie boi się fizycznej pracy.

William Fletcher
#4
22.06.2024, 01:14  ✶  
Jak to mówią, pracują mądrze, a nie ciężko. Wymyślony na kolanie plan miał nieco wad, ale potencjalne korzyści były na tyle duże, że postanowił zaryzykować. W końcu robił w życiu znacznie głupsze rzeczy, nierzadko za darmo. Tutaj mógł przynajmniej zarobić, a naprawdę nie musiał zrobić wiele. Wbicie się na tę imprezę nawet nie było wyzwaniem. Po prostu wbił się jako kelner. Jasne, musiał trochę popracować, ale nie było to dla niego wielkim problemem. Obsługując kolejne stoły, notował wartych obrobienia gości. Powoli przygotowywał się na wieczór, gdy w końcu zaczął działać. Pijani czarodzieje nawet nie odczuwali braku biżuterii czy sakiewki, a Fletcher zwiększał stan swojego konta. Wszystko szło ładnie i gładko, ale jak to zwykle bywa w jego przypadku, coś musiało pójść nie tak. Został rozpoznany. Tyle dobrego, że przez osobę, której raczej nie musiał się obawiać.
Gdy w końcu przestał się gapić na jej nogi, zaczął myśleć. Niby wiedział, że laska była z dobrego domu i w ogóle, ale i tak mu nie pasowała. Może to przez tę kieckę. Chyba nigdy wcześniej nie widział jej w takim wydaniu. Nie, żeby wyglądała źle, to było po prostu... inne. Przywykł do spodni i stołu pełnego butelek po alkoholu. Z jednej strony kusiło go ojebać jeszcze kilku frajerów, ale może nie warto było przesadzać? Poza tym jego kieszenie robiły się już nieco za ciężkie, także odłożenie łupów w jakieś bezpieczne miejsce nie brzmiało tak źle. W ogrodzie z pewnością znajdzie się od groma potencjalnych skrytek, które będzie mógł odwiedzić następnego dnia. Ochrona w tym miejscu to był jakiś jebany żart.
Zrobić coś więcej? Gdy tak na nią patrzył, do głowy przychodziło mu całkiem sporo rzeczy, ale postanowił nie wypowiadać ich na głos. Przynajmniej na ten moment. Czasem nawet on potrafił nad sobą zapanować.
— Ummm, trochę? Na pewno ja bym się stąd wyrwał, bo powoli głowa mi pęka od tego rzępolenia. Kogo oni zatrudnili? — odparł gładko, lekko się do niej nachylając, żeby usłyszało ich w miarę mało osób. O ile ktokolwiek w ogóle ich słuchał. Z pewnością było wiele rzeczy, które przyciągało uwagę bardziej niż panna rozmawiająca z kelnerem. — Dwie butelki? Założę, że to na głowę. Nie muszę być nawet dyskretny, bo przydzielili mnie do roznoszenia alkoholi. Po prostu wbiję na szybko do kuchni i zgarnę butelki. Nikt nawet nie patrzy na to, co biorę. To pojebane. Może wyniosę skrzynkę do domu — zaczął, ale urwał, gdy wspomniała o wspólnym myśleniu. Po prostu nie mógł się powstrzymać od niestosownych myśli, czego nawet nie ukrywał. Obscenicznie przejechał wzrokiem po jej biuście, szeroko się przy tym uśmiechając. — Tak, w towarzystwie zawsze raźniej. Mam już nawet kilka pomysłów na to, co możemy robić. Poza piciem oczywiście. Poczekaj tutaj, piękna — rzucił, po czym szybkim krokiem ruszył w stronę pomieszczeń służby. Zgarnął pod pachę odpowiednią ilość alkoholu, po czym wrócił na salę, wyłapując wzrokiem Ger. Podszedł do niej, wymijając gości, po czym skierował ją w stronę wejścia do ogrodu. Gdy już się tam znaleźli, przeszedł w nieco dalsze alejki, gdzie nie było aż tak bardzo słychać bawiących się gości. Dopiero tutaj klepnął się na ławce, butelki z alkoholem stawiając na ziemi. Zsunął z siebie muszkę z westchnieniem pełnym ulgi, po czym rozpiął dwa górne guziki koszuli.
— Myślałem, że się w tym ugotuję. Jak ludzie potrafią w tym chodzić na co dzień. Pojeby jakieś — westchnął, po czym sięgnął po jedną z butelek. Odkorkował ją, po czym upił kilka solidnych łyków. — Zajebiste, zdecydowanie muszę zabrać kilka do domu — zadeklarował, po czym z ciekawością zerknął na kobietę.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
22.06.2024, 22:59  ✶  

Geraldine była niczym kameleon. Kiedy wypadało potrafiła zadbać o siebie i wyglądać nawet przyzwoicie, oczywiście nie sprawiało jej to szczególnej przyjemności, bo zdecydowanie lepiej czuła się w skórzanych spodniach na tyłku i rozciągniętej koszuli, ale lubiła zaskakiwać. Lubiła wzbudzać zainteresowanie, zazwyczaj udawało jej się to osiągać tą chwilową przemianą, która następowała, gdy pojawiała się na wydarzeniach jak to. Ważne dla niej było to, aby godnie reprezentować swoją rodzinę, śmieszne, bo kilka lat temu nie przejmowała się niczym. Wiele się zmieniło w momencie w którym jej ojciec spadł z konia, a brat został wampirem. Czuła większą odpowiedzialność na swoich własnych barkach, a kiedyś upierała się mocno, że nie będzie się w to wszystko specjalnie angażować. Widać wszystko zależy od punktu widzenia, od momentu w życiu.

- No to nie ma się nad czym zastanawiać, znikniemy stąd tak, że nikt nie zauważy naszej nieobecności. - Oczywiście, że zachęcała go do opuszczenia pracy. Miała wrażenie, że nic tu po nim, zresztą kto normalny liczył kelnerów? Nie sądziła, żeby ktokolwiek miał na to czas, szczególnie, że impreza trwała w najlepsze i większość osób była już całkiem mocno podchmielona. Ona potrzebowała towarzystwa, a wiedziała, że z Billym może być dosyć zabawnie, w końcu chlali już razem nieraz, może nie w takich okolicznościach, ale przecież to niczego nie zmieniało. Jej było obojętne, czy piła w jakiejś obskurnej knajpie, czy na spędzie dla bogaczy, liczyło się przede wszystkim towarzystwo.

- Wynieś do domu nawet i dwie, oni nie zbiednieją. - Może nie powinna zachęcać Fletchera do kradzieży, no ale nieszczególnie przejmowała się tym, co wypada. Niech młody korzysta. Nie będzie musiał pić szczyn przez najbliższy miesiąc, jeśli odpowiednio się zakręci.

Zauważyła, że mierzył ją wzrokiem. Póki co tego nie skomentowała, wiedziała, że ta sukienka jest dosyć wyzywająca i prosiła się o podobne zachowania. Sama była sobie winna, a raczej panna Rosier była temu winna, bo to ona zaprojektowała tę suknię. Właściwie to nawet jej to nie przeszkadzało tak do końca, Yaxley raczej nie miewała wstydu, mogłaby świecić i gołym tyłkiem, gdyby przegrała jakiś zakład, nie spodziewała się jednak, że Młody będzie próbował ją poderwać. Cóż, nigdy nie zna się dnia, ani godziny, jak widać. Jedna sukienka może zmienić sposób patrzenia na człowieka.

- Nigdzie się nie wybieram. - Rzuciła mu tylko, kiedy zniknął w pomieszczeniu z alkoholem. Odprowadziła go wzrokiem i czekała, aż wróci. Obserwowała przy tym parkiet i tych wszystkich podchmielonych ludzi, nie widziała żadnej kapibary, może ktoś już zrobił porządek z tymi dziwnymi drinkami, które doprowadzały gości do dziwnego stanu.

Nie czekała długo, Billy wrócił, a co najważniejsze odniósł sukces, bo był zaopatrzony w alkohol. Wspaniale, będą mogli zniknąć i się uchlać, tego potrzebowała, liczyła na to, że uda jej się z niego wyciągnąć informacje na temat tego, kto był odpowiedzialny za magiczne drinki. Chciała zaspokoić swoją ciekawość, bo zastanawiała się wcześniej nad tym, kto powinien ponieść za to konsekwencje.

W końcu znaleźli się w ogrodzie. Sierpniowe powietrze było przyjemne, niezbyt chłodne, aczkolwiek przynosiło ulgę, można było odetchnąć z dala od tłumu. Dokładnie tego potrzebowała, nikt nie będzie widział jej ewentualnego upadku, co było dość istotne. Ostatnio i tak o niej plotkowali, wolała uniknąć kolejnego gadania na swój temat. Znaleźli ustronne miejsce, usiadła na ławce obok chłopaka. Obserwowała go kiedy odkorkowywał butelkę, po chwili jednak wsadziła rękę pod swoją suknię, chwilę trwało nim udało jej się wyciągnąć papierośnicę. Wyciągnęła ze środka jedną fajkę i wsadziła sobie w usta, odpaliła ją mugolską zapalniczką, zaciągnęła się dymem. Poczuła ulgę. Jakoś udało jej się przetrwać ten ślub. Położyła papierośnicę między nimi na ławce, gdyby i on miał chęć zapalić szluga.

- Ludzie są dziwni, sami sobie urządzają taką katorgę. Na szczęście my nie musimy tak wyglądać na co dzień. - Bardzo dobrze rozumiała jego podejście do tych oficjalnych wdzianek, bo sama ich nienawidziła. Gdyby miała tak chodzić na co dzień... cóż na pewno byłaby zirytowana. - Daj. - Wyciągnęła rękę w jego stronę, żeby sprawdzić, czy trunek faktycznie jest taki dobry jak mówił.

Sneaky Lord
i am the architect
of my own destruction
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzy 170 centymetrów wzrostu. Jest normalnie zbudowany, chociaż odkąd jego siostra pracuje w Dziurawym Kotle, zyskał mały, piwny brzuszek. Nierówno obcięte, kręcone, ciemne włosy. Sporadycznie kilka blizn na twarzy. Ubiera się w ciemne kolory, najchętniej chodziłby tylko w czarnych koszulach i płaszczach. Poranione dłonie wskazują na to, że nie boi się fizycznej pracy.

William Fletcher
#6
30.06.2024, 21:35  ✶  
Początkowo jego plan był naprawdę prosty i nie zakładał żadnych punktów poza jednym — opróżnienie kieszeni jak największej liczby pijanych czarodziejów. Normalnie ograniczyłby się pewnie do maksymalnie kilku mieszków, ale po raptem kilku godzinach więcej niż połowa gości była już solidnie napruta. Po prostu nie byłby sobą, gdyby przepuścił taką okazję. W większości przypadków nawet nie musiał się starać, żeby wsunąć za pazuchę dodatkowe galeony albo pierścień czy wisiorek. Ba, jeden stary pryk nawet sam wcisnął mu mieszek. Dość mocno przy tym bełkotał, także idące za tym intencje były trochę niejasne, ale to w sumie nie był jego problem. Jak tak dalej pójdzie, po tym jednym wieczorze będzie mógł zmienić swój status majątkowy z biednego na stawiacza kolejek przez najbliższy tydzień. W końcu pieniądze były po to, żeby je wydawać. Nie miał najmniejszego zamiaru trzymać ich w skrytce bankowej. Jeszcze by go wytropili i zamknęli, a tak nie będą mieli podstaw do aresztowania, nawet jeśli znajdą się jacyś świadkowie. Przepicie dowodów brzmiało jak idealny plan.
Zazwyczaj większość jego planów pieprzyła się mniej więcej w połowie realizacji. Tym razem nic nie wskazywało na to, żeby coś się miało zjebać. Świadomość, że szło mu naprawdę dobrze, dość mocno podbijała jego i tak wybujałe już ego. Chyba dlatego z tak wielkim entuzjazmem przyjął towarzystwo Ger, zwłaszcza w tym stroju. Zazwyczaj traktował ją jako zwykłą kumpelę od picia, z którą naprawdę spoko można było pożartować. Po prostu spoko ziomek. Teraz jednak zaczynał rozumieć, jak bardzo źle na to wszystko patrzył. Zdecydowanie częściej powinna się odpierdalać w takie kiecki i paradować z odsłoniętymi nogami. W zaledwie kilka sekund jego podejście zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Ger była dojebaną laską, która wręcz prosiła się o nieco uwagi, a on nie miał zamiaru jej odmówić. Ten wieczór robił się coraz lepszy. Jasne, porzucenie przykrywki kelnera na rzecz zabawy zdecydowanie nie było dobrym pomysłem, ale zapewne nie wpadłby na to nawet przy dobrych wiatrach. Teraz zaś w głowie miał jedynie stojącą przed nim kobietę, którą miał zamiar poznać dzisiaj znacznie dogłębniej.
— Nie pamiętam, kiedy ostatni raz chciałem się zwinąć szybciej z imprezy, ale takiej ładnej lasce nie wypada odmówić — odparł gładko, posyłając jej przy tym czarujący uśmiech. Starał się zachować przynajmniej jakąś wstrzemięźliwość, ale mimowolnie i tak co chwilę zlatywał wzrokiem na jej biust i nogi. Ciekawiło go, jak ciężko było taką sukienkę zdjąć. — Mówisz? W sumie to kusi, ale poczekam z tym do końca imprezy. Mniej trzeźwych gości i wypoczętych pracowników, którzy mogą mi zadawać pytania. Na razie ograniczę się do wypełnienia Twojego zamówienia — puścił jej oczko, po czym zwinnie i z gracją przemknął się między gośćmi. Zapewne powinien zachować nieco spokoju, ale ciężko było się wlec, gdy przed oczami miał już wizję tego, jak spędzi co najmniej kilka najbliższych godzin.
Plany planami, ale i tak docenił moment, w którym wyszli na zewnątrz. Powoli zaczynał się tam dusić. Po części przez noszony aktualnie strój, ale przede wszystkim dlatego, że ci ludzie to zdecydowanie nie było jego towarzystwo. Banda snobów, która myślała, że galeony mogły z nich zrobić kogoś. Żenujące. Że niby wykupienie śmiesznych drineczków i wywalenie góry siana na dodatkowe atrakcje coś znaczyło. Wolne żarty. Te stare pryki kurwa nawet nie stały koło prawdziwej imprezy. Ger za to miała szczęście, bo Billy miał zamiar jej pokazać, na czym naprawdę polega dobra zabawa.
Z niemałą lubością zgarnął fajkę, w duchu dziękując losowi za to, że zesłał mu taką laskę. Nie dość, że potrafi pić i ma niezłe cycki, to jeszcze nosi przy sobie szlugi. No po prostu nie mógł prosić o więcej.
Gdy dym wypełnił mu płuca, w końcu poczuł, że schodzi z niego całe to napięcie związane z dzisiejszą akcją. Co prawda wciąż musiał gdzieś ulokować fanty, ale przecież nie musiał się śpieszyć. Będzie się tym martwił dopiero wtedy, gdy zaczną się rozbierać.
— Dziwni? Raczej pojebani. Jeśli ktoś potrzebuje się w to ubierać, żeby pokazać innym, że ma klasę, to jest po prostu pizda i frajer — odparł, patrząc na muszkę ze szczerą nienawiścią. Jak coś tak małego mogło być tak bardzo zjebane?
Bez słowa podał jej butelkę, po czym po prostu otworzył drugą. Jasne, picie z jednego szkła miało w sobie nieco intymności i romantyzmu, ale w takim tempie to nawet nie poczuliby tych procentów. — W jaki sposób zmusili cię do założenia tej kiecki? Nie, żebym narzekał na widoki, ale mam dziwne podejrzenia, że tylko czekasz na moment, w którym to z siebie zrzucisz — zagaił, ciekaw jej opinii. Był wręcz przekonany, że zawrze się w tym co najmniej kilka przekleństw. Następnie, dając jej czas na odpowiedź, raz jeszcze uniósł butelkę, upijając kilka solidnych łyków. Poprawił to jeszcze kilkoma wdechami dymu z fajki i rozłożył się wygodnie na ławce. — Tak można żyć. Nie rozumiem, po co im takie imprezy, skoro do dobrej zabawy starczy ławka, fajka i dobre procenty — westchnął, lekko się przy tym przeciągając. — Wiesz, jeśli ci w tym niewygodnie to zawsze możesz zdjąć. Mogę ci oddać koszulę, żebyś się zakryła — dodał nagle, wiedziony impulsem. Oczy mu lekko błyszczały, gdy czekał na odpowiedź. Trochę igrał z ogniem, ale skoro miał ochotę się z nią przespać, to przecież nie będzie się bawił w gadanie o tym, że jest ładna pogoda.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
02.07.2024, 13:40  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.07.2024, 22:09 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Geraldine nie miała żadnego planu związanego z tym weselem. Wypadało po prostu, żeby się tutaj pojawiła, złożyła życzenia Perseusowi, w końcu darzyła go sympatią (nie chodziło wcale o to, że kiedyś się z nim poznała bliżej), naprawdę za nim przepadała, bo okazał się wyróżniać na tle innych czystokrwistych i okazał jej sporo szacunku, co wcale nie było takie oczywiste. Dbała o to, aby jej rodzina nie została zapomniana. Odkąd ojciec zaszył się w Walii to głównie ona pojawiała się na podobnych przyjęciach, aby nikt nie zapomniał o istnieniu jej rodziny. Mogłaby w zasadzie zniknąć stąd już jakiś czas temu, ale chyba chciała wykorzystać w pełni jeden z nielicznych wieczorów, kiedy mogła pozwolić sobie odetchnąć. Wszystkie jej troski w tej chwili były gdzieś daleko, zapomniała o problemie, jakim był Thoran, cieszyła się towarzystwem znajomych twarzy i żyła tak, jakby nie czaiło się na nią niebezpieczeństwo, jakby wcale nie wywróżono jej tego, że niedługo umrze. Całkiem przyjemna alternatywa od tej codzienności, która ją ostatnio dosyć mocno przygniatała.

- Przecież wcale się nie zwijamy, będziemy obok, zawsze możemy wrócić na imprezę. - Rzuciła jeszcze do chłopaka, żeby nie daj Merlinie nie pomyślał sobie, że zamierza mu uniemożliwić dalszą zabawę. Wystarczyło tylko słowo, a sama by się stąd teleportowała, nie chciała nikomu psuć zabawy.

Czuła, że się jej przygląda. Robił to zresztą mało dyskretnie, miała świadomość, że dla tych którzy znali ją raczej z innych sytuacji taka wersja jej osoby była nie do końca czymś naturalnym. Rzadko kiedy pojawiała się gdziekolwiek w sukienkach, chyba że właśnie były to oficjalne przyjęcia jak to. Właściwie to wcale jej nie przeszkadzało to, że patrzył, nie czuła się niekomfortowo, zupełnie.

- Czas będzie twoim sprzymierzeńcem, zdecydowanie, chociaż i tak większość coraz mniej kontaktuje. - Nie dało się nie zauważyć, że spora część gości była już nieźle wstawiona, zresztą sama Geraldine wlała w siebie sporo alkoholu, jakoś tak całkiem lekko jej się myślało, a raczej nie myślało.

Jak przystało na nałogową palaczkę zawsze miała przy sobie z dwie paczki papierosów, nie mogło być inaczej, nie było w tym też nic zaskakującego, bo zazwyczaj miała w ustach właśnie fajkę.

Yaxley bez mniejszego problemu odnajdywała się w każdym towarzystwie. Nie była typową bogaczką, sporo czasu bowiem spędzała między zwykłymi ludźmi, potrafiła rozmawiać z każdym, jakoś tak lekko jej to przychodziło. Zapewne mało kto z jej znajomych, tych z niższych warstw społecznych zdawał sobie sprawę, że należy do elity. I dobrze, coś czuła, że mogłoby to zmienić ich zdanie na temat jej osoby.

Zaśmiała się w głos słysząc kolejne słowa chłopaka. Był naprawdę zabawny, sama by tego lepiej nie ujęła. Czasem proste słowa potrafiły najlepiej określić myśli. - Zgadzam się z tobą i sama bym tego lepiej nie ujęła. - Lubiła towarzystwo takich osób, które były szczere i nie bały się mówić tego, co myślą.

Przejęła więc tę butelkę i upiła z niej spory łyk. Nawet się przy tym nie skrzywiła, smak nie był najgorszy, chociaż pewnie wypity wcześniej alkohol również był za to odpowiedzialny. Każdy kieliszek smakował coraz lepiej, mniej zwracało się uwagę na smak tego, co się w siebie wlewało. - To nie tak, że mnie zmusili, bo tutaj muszę jakoś wyglądać, nie spodziewałam się trochę, że będzie, aż tak niewygodna, no ale bywa. - Od czasu do czasu musiała się przemęczyć, żeby jej rodzina mogła być spokojna o swoją pozycję. Dzisiaj był jeden z takich wieczorów.

- Bo trzeba się pokazać, inni muszą wiedzieć, jak ci się dobrze wiedzie i jak wspaniale żyjesz. - Chciała mu trochę zobrazować to, w jaki sposób myślą inni czystokrwiści, jej samej pewnie wystarczyłaby i ławka i flaszka, ale nauczyła się, że to nie do końca wszystko.

Wbiła w niego swoje spojrzenie, kiedy wspomniał o tym, że może zdjąć sukienkę. Nie do końca tego się spodziewała. - Mam ją zdjąć tutaj, w tym ogrodzie, gdzie każdy mógłby mnie zobaczyć, nieszczególnie przemyślane, nie lubię plotek, znaczy lubię, ale tylko takie, które sama generuję. - Większość rzeczy, które o niej pisali była spowodowana przez to, że sama tego chciała. - Chociaż coś mi mówi, że ty miałbyś ochotę mi ją zdjąć. - Widziała jak się na nią patrzył, nie bała się bezpośredniości, zawsze mówiła to, co miała na myśli, dlatego też postanowiła się z nim skonfrontować. Zaciągnęła się przy tym dymem papierosowym, jakby od niechcenia.

Sneaky Lord
i am the architect
of my own destruction
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzy 170 centymetrów wzrostu. Jest normalnie zbudowany, chociaż odkąd jego siostra pracuje w Dziurawym Kotle, zyskał mały, piwny brzuszek. Nierówno obcięte, kręcone, ciemne włosy. Sporadycznie kilka blizn na twarzy. Ubiera się w ciemne kolory, najchętniej chodziłby tylko w czarnych koszulach i płaszczach. Poranione dłonie wskazują na to, że nie boi się fizycznej pracy.

William Fletcher
#8
11.07.2024, 02:27  ✶  
Billy był naprawdę prostym człowiekiem, który nie zaprzątał swojej głowy rzeczami, które uznawał za niepotrzebne. Głównie dlatego nie był szczególnie lotny, gdy chodzi o różne tematy związane z wiedzą szkolną, ale za to doskonale odnajdywał się w sytuacjach bardziej życiowych. Gdyby dano mu wybór, zapewne nawet nie poszedłby do Hogwartu, bo poza jakimiś znajomościami i ewentualnie niektórymi przedmiotami, nie zdobył tam zbyt wiele przydatnych zdolności. Tak w zasadzie to poniekąd żałował, że próbował w ogóle zdać egzaminy końcowe. Jasne, w sporej mierze udało mu się to dzięki ściągom, a nie wkuwaniu, ale przecież musiał je ogarnąć! Co prawda ich nie napisał, a po prostu zapłacił garść galeonów jednemu kujonowi, ale i tak musiał się postarać. Zresztą, sama ta sytuacja pokazywała, że szkoła w ogóle nie przygotowywała ich do życia. Bo po co komu spamiętanie w głowie buntów goblinów, czy przepis na nudny eliksir, gdy odpowiednio wielki mieszek stanowił uniwersalny klucz odpowiedzi? W dorosłym życiu istotne były pieniądze i łeb na karku, a nie oceny z jakichś zjebanych egzaminów. Na szczęście dla siebie, akurat w tych sprawach miał głowę na karku. Nie, żeby było to jakoś szczególnie dziwne, w końcu wychował się na ulicach nokturnu. Dla niektórych brzmiałoby to pewnie strasznie, ale Fletcher był z tego powodu bardziej niż zadowolony. To dosłownie jakby wygrać w jakiegoś magitotka. Jakby się wychował na Horyzontalnej, to by co najwyżej potrafił głupio patrzeć w witryny sklepów, a tak to potrafił je opróżniać z fajnych przedmiotów. Wszystko to zaś dzięki absolutnie przypadkowym ludziom, których spotykał na tej "zakazanej" ulicy. Każdy go tam w sumie kojarzył i wiedział, że pochodzi z przyzwoitej rodziny ze średnią reputacją, także co milsi dawali mu rady życiowe. Spośród nich najbardziej polubił kieszonkostwo, które z czasem stało się wręcz jego specjalnością. Korzystał z tego dość chętnie, a dzisiejszy wieczór był niejako kulminacją i ostatecznym testem. Do tej pory raczej nigdy nie działał sam, a już na pewno nie łasił się na tak duże akcje.
— Nie no spokojnie, chciałem ci tylko komplement sprawić. Nie mam zbytnio ochoty tam wracać — odparł szybko, chcąc wyrzucić z jej głowy te pojebane pomysły. Nie po to się zwijał, żeby zaraz wrócić. — Strasznie mnie wkurwiają te odpicowane bogate dupki. Traktują tych kelnerów jak skrzaty. Sami byście se podali kolejny kieliszek szampana, leniwe kurwy — odparł, dając upust nagromadzonej przez ostatnie godziny frustracji. Zdecydowanie nie nadawał się do pracy z klientem. Nawet wizja lepszego zarobku nie mogła go przekonać, żeby tutaj wrócić. Zresztą, wychodził z założenia, że nie może przesadzić, bo słabo jakby zgubiła go chciwość. W teorii więc robił dobrze, a przynajmniej tak mu się wydawało. Nie przewidział bowiem, że zgubić go może coś zgoła innego. Niezła laska. Mowa oczywiście o Ger, która mu się w tej sukience naprawdę podobała. — Niby tak, ale większość tych drinków to straszne siki. Fikuśne kolorki i zero mocy — kontynuował swój rant, gdy już wyszli z sali do ogrodu. — W kotle to bym się upił jedną solidną butelką ognistej whisky, a ci tutaj sączą te koktajle, jakby to miało poprawić ich smak. Słaba lura, tyle ci powiem — kontynuował swój rant, gdy już wyszli z sali do ogrodu. Im dalej od gości, tym bardziej wylewny się robił, gdy chodziło o komentowanie tego wesela. Bo serio, kto normalny lubił się bawić w ten sposób?
Komplementów jej za dużo nie rzucał, ale to głównie dlatego, że nie chciał przyciągać przesadnej uwagi. Kelner podrywający gości zapewne szybko przyciągnąłby uwagę typa, który miał ich wszystkich pilnować. Kamerdynder czy jakoś tak. Posyłał jej jednak bardzo jednoznaczne spojrzenia, które jasno mówiły, co myśli o tym, jak się odstrzeliła. Zazwyczaj odpicowujący się tak ludzie wprawiali go w śmiech, no ale przecież nie wypadało się naśmiewać z panny, do której zamierzał się przymilać.
— No to skoro już mamy ustalone, co powinniśmy o zgromadzonej tam gawiedzi, możemy skupić się na rzeczach przyjemniejszych — zadeklarował, racząc się winem, aby potem poprawić to dymem z fajki. — Hmmm, niezłe. Gdzie kupiłaś, może zrobiłbym sobie mały zapasik — rzucił, gdy już nieco lepiej posmakował tego tytoniu.
Nawet miłe miejsce sobie wybrali. Oddalone od sali balowej na tyle, że muzyka robiła bardziej za tło, a i nie było też innych ludzi. W końcu mógł być sobą, czemu zresztą dał już upust, pozbawiając się niewygodnych elementów stroju.
— Czyli chcesz mi powiedzieć, że cię nawet nie musieli zmusić, żebyś to założyła? Huh, to mnie zaskoczyłaś. Spodziewałbym się, że użyli do tego różdżki, smoka i może jeszcze wilkołaka — rzucił, obracając się przy tym nieco w jej stronę. Założył jedną nogę na ławkę, szukając nieco wygodniejszej pozycji. Następnie wsłuchał się w jej dalsze wyjaśnienia, które nie do końca do niego trafiły, co zresztą widać było po coraz wyżej unoszącej się lewej brwi. Musisz się pokazać i udowadniać wspaniałe życie? Bogaci ludzie mieli bardziej przejebane, niż myślał. Nie przejmował się jednak zbyt długo tym tragicznym losem, bowiem temat zaczął w końcu schodzić na rzeczy, które interesowały go zgoła bardziej. Oczywiście sam zaczął temat, ale ku jego zadowoleniu, Ger podchwyciła go i pociągnęła dalej. — Niby rozumiem, ale też nie. Niektóre imprezy w barach kończyły się na tym, że do domu wracałem tylko w skarpetkach. Zresztą, większość gości jest pijana, pewnie jutro nic nie będą pamiętali — rzucił tylko, wzruszając przy tym ramionami. Z początku uznał, że chciała w ten sposób uciąć temat, ale kolejne zdanie było bardziej niż intrygujące. No i obiecujące.
— Słuchaj, mógłbym się bawić w grzeczności i ładne słówka, ale po co? — zaczął, patrząc na nią uważnie, z lekko zawadiackim uśmieszkiem. — Mógłbym ją zdjąć, ewentualnie podwinąć skoro się cykasz — Tutaj przerwał na krótką chwilę, żeby upić kolejny łyk wina z butelki. — Mogę ją też porwać. Może wtedy byłaby bardziej wygodna? — dokończył, ciekaw odpowiedzi.
Już od dawna wiedział, że niezła z niej dupa, ale dopiero dzisiaj pomyślał, że mogli z tego faktu skorzystać, bo przecież i on był niczego sobie. Wszystko wskazywało na to, że ona myślała podobnie.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
19.07.2024, 22:18  ✶  

To ich trochę różniło, bo panna Yaxley zdecydowanie ceniła sobie to, czego nauczyła się w szkole. Fakt, jeśli chodzi o sprawy związane z wykonywanym przez nią zawodem to większość zawdzięczała ojcu, który od najmłodszych lat przygotowywał ją do pozostania łowcą. Jednak nie tylko aktywność i sprawność fizyczna była jej do tego potrzebna, dzięki siedmiu latom spędzonym w Hogwarcie nauczyła się również korzystać z magii w sposób, który był jej potrzebny. Poza tym oczywiście nawiązała tam wiele znajomości, które przetrwały do dzisiaj, a to też było dla niej istotne.

- Jasne, rozumiem. - Powiedziała uśmiechając się od ucha do ucha. Nie przywykła do wysłuchiwania komplementów, było to dla niej coś zupełnie nowego, ale nie speszyła się tym jakoś specjalnie.

- Zdajesz sobie sprawę z tego, że jestem jednym z takich bogatych dupków? - Miała wrażenie, że o tym zapomniał. Jasne, może się z tym tak nie obnosiła jak większość tutaj zgromadzonych, ale nie miała zamiaru być hipokrytką. Ona również bywała na tych wystawnych przyjęciach nie bez powodu. Należała do tego grona bogatych czarodziejów, którzy mogli pozwolić sobie na zakupienie wszystkiego o czym tylko marzyli. Urodziła się w majętnej rodzinie, ba teraz sama sporo pieniędzy dorzucała do rodzinnego skarbca. Nawet lubiła te spędy, gdzie mogła zobaczyć jak bawią się inni bogacze, ale nie miała zamiaru udawać, że czasem nie jest do nich podobna. Miewała swoje zachcianki, na które potrafiła wydawać naprawdę spore sumy pieniędzy, tylko dlatego, że chciała się przez chwilę dobrze bawić.

Miała świadomość, że dla niektórych może to być frustrujące, w końcu nie wszyscy mogli sobie pozwolić na taką rozrzutność, zresztą bogaci lubili wykorzystywać swoją pozycję i pokazywać innym, że znaczą tyle co nic. Akurat tego nie rozumiała, bo Yaxley ceniła sobie wszystkich - bez względu na status majątkowy.

- Cóż, pewnie dla większości jest to ważne, żeby te driny ładnie wyglądały, jakby nie zdawali sobie sprawy z tego, że wcale nie taka jest ich funkcja. - Gerry wlała w siebie w swoim życiu hektolitry alkoholu, więc jej również trudno było się upić tymi kolorowymi drinami, zdecydowanie wolała alkohol podany w czystej wersji, bez rozcieńczania. Piła w zasadzie po to, aby zapomnieć o otaczającym ją świecie.

- W mugolskim Londynie, jest tam taki niewielki sklep, gdzie można znaleźć naprawdę ciekawe tytonie z całego świata, tam się zaopatruję. - Paliła jak smok, miała w domu naprawdę ogromną kolekcję najróżniejszych papierosów, niektóre przywiozła z innych części świata, inne kupiła właśnie w tym sklepie o którym wspominała. Sama skończyła palić peta, a niedopałek przygasiła swoim fikuśnym bucikiem. Merlinie, to było chyba nawet bardziej niewygodne od tej sukienki, te okropne buty. Postanowiła więc je ściągnąć, aby dać swoim stopom trochę odpocząć. Zdecydowanie wolała swoje stare, znoszone trepy.

- Nieee, aż tak źle nie było. Czasem lubię wyglądać jak człowiek, ale nie zbyt często. - Nie miała zamiaru udawać, że jest inaczej. Jakby nie patrzeć Yaxley też była panną z dobrego domu, przywykła do tych przyjęć na których pojawiała się od czasu do czasu. Lubiła zaskakiwać swoich znajomych swoimi strojami, pozwalała sobie nawet na nieco ekstrawagancji, miała taką możliwość dzięki Rosierom, którzy nie odmawiali jej szycia tych pięknych sukien na miarę.

- To nie chodzi o to, że się cykam, po prostu tacy jak ja, muszą trzymać się pewnych standardów, przynajmniej w miejscach jak to. - Nie wydawało jej się, żeby do końca rozumiał o to, o co jej chodzi. Ta rozmowa niekoniecznie szła w stronę w którą chciała, nie była zadowolona z jej przebiegu.

Sneaky Lord
i am the architect
of my own destruction
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzy 170 centymetrów wzrostu. Jest normalnie zbudowany, chociaż odkąd jego siostra pracuje w Dziurawym Kotle, zyskał mały, piwny brzuszek. Nierówno obcięte, kręcone, ciemne włosy. Sporadycznie kilka blizn na twarzy. Ubiera się w ciemne kolory, najchętniej chodziłby tylko w czarnych koszulach i płaszczach. Poranione dłonie wskazują na to, że nie boi się fizycznej pracy.

William Fletcher
#10
22.07.2024, 23:42  ✶  
Jego dzisiejsza obecność na weselu była przede wszystkim powodowana chęcią zarobku. Oczywiście tego nieuczciwego, przynajmniej częściowo. W końcu mieli mu zapłacić za to całe serwowanie drinków bogaczom.
Jeszcze kilka lat temu ograniczał się raczej do pojedynczych mieszków i małych okazji, ale jak to mówią, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Jego skala wybiła w górę w dniu, gdy przez pomyłkę otrzymał zaproszenie na pogrzeb skierowane do jakiegoś innego Wiliama. Nie pamiętał już nazwiska, ale typ zapewne pochodził z jakiejś starej, bogatej rodziny. Bo innych chyba na tamtą imprezę nie zaprosili. Początkowo poszedł tam głównie po to, żeby się za darmo najeść, ale gdy tylko zobaczył zastawę z czystego srebra, nie mógł się powstrzymać przed niewielką transakcją, oczywiście bez wiedzy właściciela. Bo skoro mieli tego tyle, z pewnością nie zauważą, gdy nieco zniknie, prawda?
Chyba faktycznie tak było, bo nigdy nie miał z tego powodu problemów, a zawinięte fanty zostały przetopione w ozdoby, które otrzymali jego bliscy znajomi. Jak to mówią, zbrodnia idealna, bo dość szybko pozbył się wszelkich dowodów. Tym razem nie miało być inaczej.
Dość łatwo zebrał sporo mieszków, powoli zbierał się do wyjścia, ale na jego drodze stanęła okazja do napicia się ze znajomą. Tylko głupi by nie skorzystał, a że Billy był łebski chłop, to od razu wywęszył okazję. Zdarzało mu się już z nią pić, ale nigdy nie była odstawiona w taki sposób, także co tu dużo mówić. Dodatkowe plusy. Nawet rzucił jej kilka komplementów, chociaż oczywiście nie były szczególnie górnolotne. W tym wdzianku mógł wyglądać, jakby miał klasę, ale jak wiadomo, pozory mogą mylić.
— No, to skoro to już mamy wyjaśnione, to możemy się wyluzować — rzucił wesoło, zostawiając za sobą wszelkie nieporozumienia. Cieszyło go, że byli w stanie się tak łatwo porozumieć. Nie był może z górnych sfer, ale zdarzyło mu się spotykać z kilkoma pannami, które do takich się zaliczały i Merlinie — rozmowy z nimi były drogą przez mękę.
— Słuchaj, spotkałem dzisiaj całkiem sporo gości i w ogólnym rankingu uprzejmości i możliwości rozmowy, plasujesz się tak w samej czołówce. Na podium, pierwsze miejsce. Mało tego, przewidziana była nagroda. Trafił się prywatny kelner, który jest wyłączność do końca wieczoru — odparł, puszczając jej przy tym oczko. Miał zbyt dobry humor, żeby przejmować się etykietą czy rozsądkiem. Miał nadzieję, że Ger podzieli jego podejście.
Dopiero teraz, gdy znaleźli się w ogrodzie, z dala od reszty gości, mógł się w końcu wyluzować. Nie na tyle, żeby zaraz wyjąć fanty i paradować z nimi przed znajomą, ale zdjęcie muszki i rozpięcie marynarki było całkiem przyjemne.
— Hmmm, no dobra. Może jestem zbyt surowy. Sam też czasem lubię kolorowe drinki, także niech będzie, że przepraszam ładnie. Aczkolwiek no, zazwyczaj piję dla faktu, żeby się napić. Ty zresztą chyba też? — dokończył, zerkając na nią, ciekawe reakcji. Dopiero teraz w jego głowie pojawiła się myśl, że w sumie to mógł być nieco nietaktowny. W końcu faktycznie była z grona tych ludzi, także może warto było uważać, kogo i jak akurat obraża? Przynajmniej póki ona słuchała.
— O proszę, nie pomyślałbym, żeby tam szukać tytoniu. Dasz mi adres? Obiecuję nie wykupić towaru, żeby sprzedawać na boku — zaczął, uśmiechając się przy tym szeroko. — Znaczy się... kurwa, bo to źle zabrzmiało. Na serio obiecuję się korzystać tylko w celach prywatnych. No i nikomu nie rozpowiem, żeby nam towaru nie zabrakło — mówiąc to, przełożył rękę w miejscu serca, drugą unosząc w górę. — Uroczyście przysięgam i tak dalej. Nie pamiętam reszty tej formułki — zadeklarował, po czym klapnął się nieco wygodniej na ławce, upijając kolejne łyki wina. Tak, faktycznie było całkiem niezłe.
Zdawało mu się, że rozmowa idzie doskonale, a jego teksty są nad wyraz czarujące i pociągające, a przynajmniej to wnioskował z jej twarzy. Tak mu się przynajmniej wydawało, ale nie przeszło mu przez głowę, żeby się zastanowić, zanim coś powie. — Nie no, słuchaj. Znowu pierdolę trzy po trzy i to źle brzmi — zaczął, drapiąc się przy tym po głowie. Ewidentnie było mu teraz głupio, przynajmniej trochę. — Ładnie ci w tym, żeby nie było. Jeśli lubisz w tym chodzić to spoko, zajebiście nawet — kontynuował, przechylając się na ławce. Tak, żeby mógł na nią lepiej patrzeć. Jasne, faktycznie mógłby to z niej ściągnąć, ale no, niemiły tez nie chciał być.
— Może zaczniemy jeszcze raz? Obiecuję nie spierdolić i nie korzystać z opcji "do trzech razy sztuka" — rzucił, uśmiechając się lekko. — Wyglądasz naprawdę zajebiście. I cieszy mnie, że się razem urwaliśmy, nawet jeśli tylko na chwilę — zagaił, podsuwając jej butelkę, która okazała się być jakimś innym winem niż reszta butelek. — Przypadkiem musiałem wziąć. Coś po francusku, chyba. Nie znam tego języka. Chcesz spróbować pierwsza? — dość mały i w oczach wielu pewnie głupi gest, ale w oczach Billy'ego oddawanie komuś pierwszej kolejki nowego alkoholu znaczyło całkiem sporo.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Geraldine Greengrass-Yaxley (3114), William Fletcher (3774)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa