01/08
Plac na pokątnej
Maximilian Addams & Laurent Prewett
Usiadł na jakiejś ławce na placu. Raczej nie przejmując się ludźmi, którzy go mijali. Zwyczajnie skupił się na swoich ranach, których miał sporo na rękach. Jednak nie były na tyle głębokie by używać zaklęć, chciał by jednak zagoiły się same. Z resztą nigdy nie przepadał za magią uzdrawiająca, zdecydowanie nie używaną na nim samym.
Uznał, że maść będzie wystarczająco. Dlatego odkaził wszystkie rany i powoli zaczął w nie wsmarowywać lekarstwo. Zastanawiając się, od jakiej strony ugryźć tę całą sytuację. Gojące się już rany, były jego najmniejszym problemem w tej sytuacji. Westchnął tylko przypominając sobie małego smoczka, jego perłowe łuski i wielokolorowe oczy. Sprawiały, że czuł się poekscytowany to nie był typowy widok, nawet jak na smoka. Tak samo jak miejsce, gdzie ów malucha znaleźli. Smoki te pochodzą z całkiem innego otoczenia. Co więc sprawiło, że znalazły się właśnie tutaj? To byłą zagadka do rozwiązania, co zapewne łatwe nie będzie.
Z westchnięciem zakręcił pudełeczko z maścią i wrzucił do torby, tam gdzie miała swoje miejsce. Potrzebne mu to było na przyszłość, do leczenia takich ran. Zmarszczył brwi opierając podbródek na kolanie ugiętej nogi. Ciągle miał przyśpieszony lekko oddech i zarumienione od emocji policzki. Tych rumieńców nie ukrywały nawet piegi licznie je zdobiące. Po chwili zaś wygrzebał butelkę wody by polać jej sobie trochę na rękę i zwilżyć twarz. Przy okazji mocząc część włosów, które i tak były już lekko oplecione potem po dzisiejszym spotkaniu.